poniedziałek, 17 listopada 2014

The horse whisperer, cz. 1 [Jack]

Pamiętam to miejsce. Pamiętam jego spokój i połacia zielonej trawy. Pamiętam rozległą przestrzeń i zachodzące słońce. Pamiętam jej śmiech wirujący w samochodzie wspólnie z nutą muzyki i porywistym wiatrem. Pamiętam jej błyszczące oczy. Wszystko pamiętam. Tylko tam chciała ze mną jeździć i tylko tam mogłem ją zabrać, by nie narażać się na zdegustowane spojrzenia jej rodziców. Zabawne, prawda?

 Wypadła z auta nim jeszcze zdążyłem na dobre postawić Mercedesa pod stajnią. Nie potrafiła usiedzieć w fotelu dłużej niż to potrzebne. Zapewne wyskoczyłaby już przed bramą wjazdową, gdybym nie jechał zbyt szybko. Czasem nabierałem chęci, by zamknąć auto od wewnątrz i wypuścić ją wtedy, kiedy ja będę miał na to ochotę. Choleryczny despota lubujący w sadyzmie i szkockiej whisky... 

Nic dziwnego, że jej matka patrzyła na mnie jak na pogromcę dziewic, a ojciec zapewne tylko czekał na pretekst, by wbić mi w gardło swoją zabytkową brzytwę do golenia. Mimo wszystko ONA mnie kochała, więc czymże miałyby być dla mnie te wszystkie niewerbalne groźby? Czym miałyby być dla zakochanego na zabój Nathaniela Crowa gniewne spojrzenia opiekunów rzucane za plecami jedynej córki? Były dla mnie niczym. Dlatego za każdym razem śmiało przekraczałem próg ich domu ze świadomością, że nie jestem tam mile widzianym gościem, dlatego zuchwale patrzyłem w oczy gospodarzowi, dlatego bezczelnie chwytałem dłoń Tatiany zawsze, gdy widziałem, że mają mnie na oku. Na domiar złego zbyt szarmancko obchodziłem się z żoną pana McGrove, za co raz udało mi się wylecieć przez okno. Nie, to nie żart, ten gość wyrzucił mnie do ogrodu kiedy zbyt natrętnie kręciłem się obok jego uroczej małżonki. Wszystko, żeby tylko podnieść mu ciśnienie. To był mój chleb powszedni.

Wracając do tematu, w samochodzie zostawałem sam i zazwyczaj ucinałem sobie wtedy drzemkę, bądź paliłem szlugi, czekając aż moja dziewczyna skończy jazdę. Zazwyczaj Tatiana wracała do mnie po godzinie, góra dwóch, lecz tym razem doczekałem się jej już po dziesięciu minutach... Była cała we łzach. Nie powiem, żeby poruszyło mnie to do głębi, bo niby co mogło się stać? Padł jej ulubiony koń? Pies połamał łapę? Omijało mnie to, to był jej świat, nie mój. Ja bezwłasnowolnie stałem się jego częścią, kiedy wybrałem ją sobie na obiekt westchnień. Zgniotłem kiepa w popielnicy, spojrzałem na siedzącą na masce brunetkę i wysiadłem z wozu, zamykając drzwi. Kaszlnąłem, zbliżając się do przykurczonej sylwetki dygocącej w spazmach płaczu. Spróbowałem dotknąć jej ramienia, jednak odtrąciła mnie szybciej niż zdążyłem na dobre wpić palce w materiał jej kamizelki. Była ognista i wściekła. Chyba tę porywczość lubiłem w niej najbardziej. Ceniłem też jej niezależność. Nigdy mi nie ulegała moim urokom, może dlatego tak traciłem dla niej głowę? Trudno powiedzieć. Odchrząknąłem chrypę zalegającą na krtani, po czym usiadłem obok i tym razem bezapelacyjnie objąłem ją ramieniem, przyciągając ku sobie. Wiedziałem, że nie będzie już odstawiać scen, była na to zbyt dumna. Oparła policzek o mój tors. Pogładziłem więc jej cudowne włosy, po czym zanurzyłem w nich palce, aż w końcu nawinąłem sobie miękki, pachnący kosmyk na kciuk. Spojrzałem na nią z góry.
- No więc? - zawsze zaczynałem i kończyłem w ten sam oklepany sposób - Co się stało? Wiesz dobrze, że się nie domyślę, dopóki mi nie powiesz.
- Ty to w ogóle mało jesteś domyślny, Nathaniel. - a ona zawsze odbijała piłeczkę. Odbiła ją nawet teraz, ścierając piąstkami łzawe ślady spod oczu. Bawił mnie ten widok. Była tak krucha, a chciałaby sama zwojować świat...  

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nie skraca imienia. Kiedyś ją o to zapytałem. Odpowiedziała, że wypowiada imię w całości, ponieważ należy do mnie i jest dzięki temu najwspanialszym imieniem na świecie... Jej dziecięca naiwność potrafiła skutecznie rozbroić nawet mnie i moje zziębnięte serce.

Odczekała chwilę, nim zaczęła mówić. Zawsze potrzebowała czasu by ochłonąć i uporządkować pędzące myśli. Nie wiedziałem jak można się tak przejmować. W ciągu tych osiemnastu lat uroniła już chyba tyle łez, że po filtracji wystarczyłoby tego aby napoić połowę afrykańskiej osady.
- Zarządca chce oddać rzeźnikowi ogiera, na którym jeżdżę.
- I to dlatego moczysz mi koszulę? - mruknąłem zaskoczony. Przecież w tej cholernej stajni stało jeszcze z dwadzieścia innych koni! Dopiero po chwili dostrzegłem jak Tatiana mi się przygląda. Gdyby spojrzenia mogły zabijać leżałbym już martwy pod ogrodzeniem parę metrów dalej. Na szczęście nie zabijały, a ja wciąż cieszyłem się życiem. Puściłem ją wreszcie, czując że nie wygram tej bitwy. Wiedziałem czego ode mnie wymaga i zamierzałem wziąć sprawę w swoje ręce. Bo kto mógłby być bardziej przekonujący ode mnie i od moich pięści? Wreszcie odrobina rozrywki!
- Porozmawiam z nim. - uśmiechnąłem się parszywie do swoich myśli, wstając. Czarnowłosa zganiła mnie spojrzeniem, jednak nie dostrzegłem tego. Mimo wszystko wiedziałem, co chce mi powiedzieć: "Tylko nie przesadź z perswazją, Nathaniel." Ruszyłem więc w stronę budynku, odpinając mankiety. 
 Widok, który zastałem u wyjścia ze stajni niemniej mnie zaskoczył. Przede mną rozpościerał się padok, na którym mężczyzna walczył z rozwścieczonym ogierem w tumanach kurzu. Człowiek nie miał żadnej kontroli nad tym potężnym zwierzęciem. Dawał złudne wrażenie panowania nad sytuacją. Trzymał rozpędzone 700 kilogramów na paru metrach dziwnego paska. Po chwili leżał już z gębą w piachu i to już zaskakujące nie było. Koń na uwięzi zachowywał się jak zdziczały. Rżąc i podbijając zadem odgalopował kawałek od stajennego. Poparskiwał nerwowo pod chrapą, nie spuszczając z niego szeroko otwartych ślep. Dopiero teraz poczułem swego rodzaju respekt dla tych istot. Równie piękne, co niebezpieczne i silne, mogłyby uchodzić za ideał stworzenia.
Ocknąłem się po dłuższej chwili obserwacji żałosnych prób pochwycenia gniadosza. Doszedł mnie bowiem głos zarządcy, z którym to miałem porozmawiać. Okręciłem więc łeb w jego stronę, podszedłem i uścisnęliśmy sobie ręce.
- Nazywam się Nathaniel Crow, proszę pana. Ponoć chce się pan pozbyć tego konia.
Widziałem ten błysk w jego oczach, chyba był gotów oddać mi go od razu.
- A jest pan nim zainteresowany, panie Crow? - potarł energicznie swój okazały wąs.
- Nie zależy mi na kupnie, natomiast Tatiana bardzo chciałaby dalej na nim jeździć.
Tym razem na jego owalnej mordzie wymalował się wyraz zdumienia. Chwycił mnie za ramię i obrócił w stronę oszalałego ogiera. Natychmiast zdałem sobie sprawę z tego, jak absurdalnie zabrzmiały moje słowa. On był niebezpieczny, w życiu nie wsadziłbym na niego tak drogiej mi osoby. Ściągnąłem brwi, postanawiając brnąć w to dalej.
- Mimo wszystko, uczyła się na nim wcześniej. Co się z nim stało?
Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę, jakby badawczo. Zupełnie jakby miał zamiar odgadnąć, co chodzi mi po głowie, skoro nie chcę kupić od niego tego końskiego szaleńca.
- Hiram - tak miał chyba na imię ów szaleniec - był swego czasu na prawdę łagodny. Buzuje agresją odkąd uległ wypadkowi podczas transportu koniowozem.
Skinąłem jedynie głową, mrużąc oczy. A więc mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem traumy, pomyślałem. Rozmówca kontynuował.  
- Nie nadaje się do jazdy, obżera mnie darmo. Nie mogę sobie dłużej na to pozwalać. Chyba pan rozumie, panie Crow?
- Nie, nie rozumiem. Zwierzęta to nie szmaty, które z chwilą wyjścia z użycia po prostu się wyrzuca. 
- Proszę? - znów spotkałem się ze zdumieniem.
- Koń cierpi i okazuje to agresją. Usiłuje zwrócić na siebie uwagę. Próbował mu pan pomóc? - rany boskie, ja chyba kompletnie oszalałem. Do czego dążyłem? Do terapii psychologicznej?! Zarządca osłupiał i wcale mu się nie dziwiłem. Wiedziałem jednak, że skoro powiedziałem "A", muszę też powiedzieć "B". Z resztą, robiłem to dla Tatiany. Ona kochała tego konia. W życiu nie wybaczyłaby mi, gdybym pozwolił mu skończyć pod rzeźnickim nożem. Chyba byłem zdesperowany... Opasły facet przez chwilę stał przede mną zawieszony, z lekko uchylonymi ustami. 
- Co pan sugeruje, panie Crow? - odezwał się po dłuższej chwili psychiatry. W jego oczach zapłonął ogień, który śmiało mogłem interpretować jako niedowierzanie i pogardę dla mojej postawy. - Sądzi pan, że powinienem wysłać go do psychologa? To absurd! - był bliski pęknięcia ze śmiechu.
Usiłowałem trzymać się ram spokoju, mimo że właśnie deptano mi po godności. W co ja się wpakowałem? Trzeba było olać sprawę, Tatiana co najwyżej by mnie zwyzywała, popłakała i w końcu pogodziłaby się z rzeczywistością. Ale nie, ja wiedziałem swoje.
- Myślę, że psycholog nie będzie tu potrzebny. - zacząłem, biorąc wdech - Ten koń potrzebuje zaklinacza. Mogę się nim zająć. Zrobię to za darmo, a jeśli uda mi się go poskładać w całość będzie pan mógł dalej na nim zarabiać. Od rzeźnika natomiast nie dostanie pan za niego nawet złamanego grosza.
Chyba spodobał mu się ten tok myślenia, bo spojrzał na mnie jakby inaczej. Wziął tę koncepcję pod młotek i przez chwilę zastanawiał się nad moimi słowami. Skrzyżował ramiona na piersi.
- A co, jeśli nie uda ci się poskładać go w całość, panie Crow?
- Wtedy odpracuję u pana koszty jego utrzymania.
- Masz tydzień, Crow. Jeśli po tygodniu nie zobaczę poprawy koń pójdzie pod nóż, a Ty zaprzyjaźnisz się z widłami. Stoi? - wyciągnął ku mnie dłoń.
- Stoi. -
rzuciłem bez namysłu i uścisnąłem jego rękę w ramach niepisanej umowy. Natychmiast pożałowałem tego w duchu. Nie miałem bladego pojęcia o koniach. Spojrzałem w stronę ogiera, którego stajenni prowadzili we trójkę do stajni. On również na mnie spojrzał, a w jego ślepiach zobaczyłem tylko gniew. Wygląda na to, że właśnie załatwiłem sobie robotę przy gnoju na najbliższych parę miesięcy...
ŚWIETNIE.
____________________________________________________________
Mam nadzieję, że nie jest za długie. Jeśli zobaczę pod notką parę komentarzy powinienem spiąć się z drugą częścią. Nie lubię pisać dla siebie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz