niedziela, 15 grudnia 2013

Wyprawa na cmentarz. Część 2. [Tasha]

Odkąd wyruszyliśmy towarzyszyły mi takie uczucia jak zapał, ekscytacja, radość i pewność siebie. Poprzedniego wieczoru byłam tak podekscytowana że nie mogłam zasnąć, też obudziłam się  wcześniej i z braku lepszych pomysłów udałam się na miejsce zbiórki. Jednak teraz, gdy krople deszczu biły o mój grzbiet, który nawiasem mówiąc nie był hojnie obdarowany futrem, mój zapał znikł tak jak ciepłe letnie dni jakieś dwa miesiące temu. Im częściej przypominam sobie o tych beztroskich chwilach, tym częściej przeklinam w duchu nasz klimat. Jesień w całym swym pięknie posiada najgorszy pakiet jaki można sobie wyobrazić, a mianowicie deszcz, wiatr i niską temperaturę w jednym i z tym właśnie zestawem musieliśmy się pogodzić podczas naszej wędrówki. Całe szczęście las odegrał rolę naturalnego muru i dachu , co prawda z dziurami, ale jest to lepsze niż nic.
Szliśmy już około dwóch godzin, podczas których ciągle padało, oczywiście z różnym nasileniem, co dawało chwile wytchnienia. Podczas jednej z tych wolnych od „ulewy” chwil napotkaliśmy naszą pierwsza przeszkodę, a mianowicie powalony pień, zapewne spowodowała to burza która miała miejsce kilka dni temu. Ponieważ pień leżał na środku drogi, a po prawej i lewej stronie rozciągały się gęste, nieznane nam krzewy, lepiej było nie ryzykować poparzeń i przejść nad nim. Pierwszy tego wyzwania podjął się Shadow, który pomógł przejść Lenie. Ja byłam następna, początek był prosty wystarczyło oprzeć tylną łapę o jedną z gałęzi, następnie wdrapań się na górę i wydawałoby się najprostszym zejść, jednak tu znów pojawił się znienawidzony przeze mnie deszcz który sprawił, że kora drzewa nie należała do najpewniejszych podłoży i gdy stanie się na nim zbyt pewnie, co niestety zrobiłam, może spowodować upadek.
-Wszystko w porządku? –spytała Justa, która podejmowała wyzwanie tuż po mnie.
-Taa, w porządku to błoto złagodziło upadek…-odpowiedziałam z nutką irytacji, ale też rozbawienia. –Cóż kogoś musiało to spotkać –wstałam, otrząsnęłam się z liści i zrobiłam miejsce reszcie grupy, która nie miała już takich problemów jak ja i przeszła bezpiecznie na drugą stronę, niektórzy może stracili równowagę na moment raz, czy dwa. Gdy już cała nasza wesoła gromadka była po drugiej stronie ruszyliśmy w dalszą drogę.
-Hym…-zamruczała Vivian spoglądając do tyłu na pokonany przez nas pień.
-O co chodzi?-spytał Nack, który zwrócił uwagę na jej zamyślenie.
-O nic tylko…-zatrzymała się na chwile, jeszcze raz analizując upadłe drzewo, co zwróciło uwagę reszty.-Pamiętam że kilka dni temu miała miejsce burza, jednak nie sądzę żeby była na tyle silna by przewrócić to stare, dużo drzewo.
-Hym…-rozległ się pomruk zaintrygowania i każdy z nas wlepił wzrok w dopiero co przebytą drogę.
-Myślę, że nie powinniśmy się teraz nad tym zastanawiać-powiedziała Leiko po chwili ciszy jaka zapanowała.-Nic dobrego z tego nie wyjdzie, a i tak pewnie udzielił nam się nastrój . Drzewo było stare równie dobrze mogło przewrócić się samo z siebie.-wszyscy przytaknęli i kontynuowaliśmy nasz marsz. Rozmowy, jednak jakby przycichły i zapanowała dziwnie napięta atmosfera, która na szczęście trwała niedługo, ponieważ zniknięcie deszczowych chmur i pojawienie się słońca, które prześwitywało przez liście wysokich drzew poprawiło wszystkim humor i kolejna godzina drogi upłynęła na rozmowach, żartach a nawet piosenkach, choć krótkich i nie do końca poprawnie wykonanych to u przymilających podróż.
-Dobrze, dotarliśmy do postoju!-oznajmiło czoło naszego pochodu ku uciesze moim i jeszcze kilku osób, które tak jak ja oczekiwały go już od jakiegoś czasu. Zatrzymaliśmy się na niewielkiej, leśnej polanie. Polana może nie była duża, ale przytulna i idealnie spełniała nasze warunki. Na środku leżało kilka porośniętych mchem głazów ustawionych przez Matkę Naturę w kręgu, jakby były przygotowane specjalnie dla osobników chcących odpocząć lub porozmawiać o czymś ważnym. Na krańcu polany tuż przy linii drzew płyną wąski strumień, który wypływał ze strony przeciwnej do tej, którą weszliśmy. Trawa pod naszymi łapami nie była tak zielona, jak latem jednak dzielnie się trzymała w porównaniu do tej na naszej ojczystej polanie, która już traciła żywe barwy. Atmosferę tej leśnej polany można uznać za przyjemną, a nawet magiczną. Staliśmy w rzędzie przyglądając się temu miejscu lekko zdezorientowani.
-Brakuje tylko króliczków, motylków i sarenek do tego obrazka-powiedział ktoś po mojej prawicy, jednak byłam zbyt skupiona na staniu i wpatrywaniu się w to zadziwiające miejsce by odróżnić czyj to był głos, po tych słowach wszyscy się roześmieli i rozproszyli po polanie. Minęło około pół godziny nim wszyscy napili się do syta i znaleźli w miarę suche miejsce na odpoczynek. Dopiero, gdy siadłam poczułam ile przeszliśmy. Czułam ból w nogach, jednak nie był on silny, jedynie odczuwalny, wiedziałam że pod koniec dnia będzie gorzej i nie ma co teraz narzekać. Rozejrzałam się jeszcze raz po polanie, kątem oka spostrzegłam jakiś poruszający się , ciemny kształt w lesie. Szybko odwróciłam wzrok w tą stronę, jednak las wyglądał tak jak powinien. Spojrzałam po reszcie członków wyprawy, niektórzy mieli podniesione głowy i nastawione uszy inni wpatrywali się w to miejsce, jednakże nikt nic nie mówił, zapewne nie chcieli niepotrzebnie denerwować reszty lub myśleli że tylko im się wydawało lub była to sarna, co było najbardziej prawdopodobne, a co za tym idzie pewnie prawdziwe. Zastosowałam się do tego, nic nie powiedziałam i wróciłam do odpoczynku . Na polanie spędziliśmy mniej więcej półtorej godziny, dla niektórych było to za mało dla innych za dużo, a jeszcze niektórzy uważali ten czas za akurat. Chcąc, nie chcąc trzeba było wstać i ruszyć dalej w nurt przygody. CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz