Obudziłam
się z myślą, że muszę zaczerpnąć głęboko powietrza. Skąd wzięło się u
mnie to dziwne wrażenie, nie wiem, ale po prostu musiałam odetchnąć.
Opuściłam legowisko cichutko, by nie zbudzić wiernie trwającego przy
mnie Renoira. Kiedy wyszłam na zewnątrz,
zobaczyłam, że słońce było już wysoko na horyzoncie, co oznaczało, że
było już koło południa. Usiadłam po klonem i zaczerpnęłam świeże, leśne
powietrze. Było to zupełnie to, czego potrzebowałam. Poczułam jak moje
płuca wypełniają się leśną nutą, czułam zapach życia w całym ciele.
Szybko zdecydowałam się, że czas ruszyć nad rzekę. Nic tak nie uspokaja
jak cichy szum wody i zapach wilgotnej trawy. Dzień był nader piękny,
ptaki śpiewały. Ruszyłam. W oddali zobaczyłam Diamond i Justę biegające
po lesie. Pomachałam do nich łapą, nie zauważyły. Kiedy dotarłam nad
rzekę usłyszałam odbiegające zwierzę. To była młoda sarna, która stała
wcześniej przy rzece. Spłoszyłam ją, no trudno. Miałam trochę jedzenia w
jaskini, więc nie zamierzałam uganiać się za nią. Za to miałam ogromną
chęć popływać. Żwawo wskoczyłam do wody. Była jeszcze chłodna i
orzeźwiająca. Zanurkowałam kilkakrotnie. Postanowiłam popłynąć
wraz z prądem rzeki. Tak było łatwiej i przyjemniej. Woda w płynęła jak
zawsze, bez zwracania uwagi na innych. Ja też żyłam podobnie. Przez
długi czas nie musiałam o nikogo dbać. Teraz miałam Renoira, ale nadal
żyliśmy swoimi prawami. Rzeka też tak żyła, raz wolniej, innym razem
szybciej, wzburzona, cicha, dostojna i groźna. Pokazywała nam się z
różnych stron, ale zawsze dawała ukojenie. Pływanie nie było sztuką
trudną, a odprężającą. Nim się zorientowałam nad lasem zawisły ciemne
chmury. Za chwilę lunie. W powietrzu już było czuć zapach deszczu. Po
chwili na nos spadła mi pierwsza kropla. Nim się zorientowałam rozpętała
się prawdziwa burza. Wiatr kołysał wodę w rzece, deszcz padał.
Próbowałam dopłynąć do jednego z brzegów, ale kiedy byłam już blisko,
znowu okazywało się, że to jednak za daleko. Fale zaczęły uderzać we
mnie. Raz byłam pod wodą, by znów wypłynąć i złapać trochę powietrza. To
była walka, walka o życie, o każdy wdech, o bycie. Nie wiem ile to
trwało. Może dwie minuty, może dwadzieścia. Udało mi się. Nadal żyłam.
Woda ucichła. Resztkami sił próbowałam dopłynąć do brzegu. Najwidoczniej
nie było mi to dane. Na tylnej łapie poczułam śliski uścisk. Coś
próbowało mnie wciągnąć w wodną głębinę. Szarpałam się ile mogłam,
próbowałam uwolnić. Nie dałam rady. Kolejna walka. Ile można? Nie
zastanawiałam się wtedy nad tym, po prostu próbowałam przeżyć. Cała ta
scena wydawała się niczym z koszmarnego filmu. Ja byłam bohaterem, który
za chwilę miał przepaść w rzece. Jeżeli taka rola została mi
przypisana, to już nic nie mogę zmienić. Próbowałam, próbowałam dalej. W
końcu zdecydowałam się na użycie magii. Kilka silnych uderzeń w tafle
wody, uścisk zelżał. Zebrałam myśli i szeptałam zaklęcie. Po chwili,
wiedziałam, że to był mój czar życia. Nie czułam już uścisku. Mogłam
swobodnie płynąć. Wyszłam na brzeg najszybciej jak mogłam. Nie oglądając
się za siebie pędziłam przez las. Woda zaniosła mnie daleko od naszej
polany. Nie miało to dla mnie znaczenia. Ważne, że oddalałam się od
rzeki i jakiegoś potwora czyhającego w tej wodzie. Biegłam coraz
wolniej. Nie miałam sił. Musiałam odpocząć. Ułożyłam mokre cielsko przy
jakimś dużym głazie. Oddychałam niespokojnie, ale ślepia zamykały się
same. Zasnęłam. Musiałam spać długo, bo kiedy się ocknęłam byłam sucha, a
wokół panowała ciemność. Westchnęłam. Po tych przeżyciach na pewno nie
chciałam spędzać samotnie nocy. Może moja myśl doleciała do kogoś tam
wysoko, bo już za chwilę nie narzekałam na brak towarzystwa. Wskoczyłam
na głaz przy którym wcześniej zasnęłam. Rozejrzałam się. Kiedy ujrzałam
małe, świecące oczka po drugiej stronie kamienia zamarłam. Przyjrzałam
się stworzeniu. Nie było duże, wręcz przeciwnie, było bardzo malutkie i
niewinne. Podeszłam do niego. Małe do było i chude. Spojrzało na mnie
oczkami i zadrżało. Na szyi miało mały talizman. Dotknęłam go i rozległ
się delikatny, ale zlękniony głos.
Jeżeli tego słuchasz, to znaczy, że mi się nie udało. Znalazłeś mojego synka. Zaopiekuj się nim. Proszę. Ja nie mogłam, teraz pewnie już nie żyję. Zaopiekuj się nim, to jedyne na co liczę teraz, przed śmiercią. Wierzę, że go wychowasz. Nie zostaw go na pastwę losu. Proszę...- Głos ucichł, nagle jednak rozległ się ponownie.- Zniszcz ten talizman, nie jestem nikim ważnym. Nie chcę niczego prócz opieki nad nim. Proszę... R.- Dalej był już tylko szum. Co mogłam teraz zrobić? Chyba tylko rzucić talizmanem o drzewo i zabrać małe, świecące oczka ze sobą.
Noc stała się mniej gęsta, a ja szłam nadal niosąc w zębach znalezisko. Nadala zastanawiałam się, dlaczego to wszytko potoczyło się tak szybko. Szłam długo, nie łatwo niosło się go przez tak długi czas. Próbowałam się prze teleportować, ale nie mogłam. Dziwne. Nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać. Nadal nie byłam na terenie SPS. Czułam głód. Nie mogłam zapolować. Próbowałam jak najszybciej dotrzeć na teren sfory. Czas mijał.
Kiedy wkroczyłam na polanę nie było tu nikogo. Ranek dopiero się rozpoczynał. Położyłam małego na kamieniu, a sama próbowałam przenieść się. Nadal nie mogłam. Moja magia nie działała. Nie wiedziałam co się dzieje. Mały stoczył się z głazu z piskiem. Podniosłam go, otrzepałam i ruszyłam do jaskini. Położyłam go na lnianym materiale, a sama usiadłam przed jaskinią.
Teraz wszytko będzie INACZEJ. Przez jedną dobę straciłam moc, a zyskałam szczenię. Ale co miałam zrobić? Zostawić go tam. Po słowach matki, nie mogłam. Musiałam go zabrać. Weszłam do jaskini i spojrzałam na brązową kuleczkę zwiniętą w kącie. Zaopiekuje się nim, nie wiem co na to Renoir, ale ja się nim zaopiekuję.
-Śpij dobrze Virixie.- Spojrzała na szczenię.- Będzie inaczej.- Szepnęłam sama do siebie i ułożyłam się w legowisku.
Świtało.
Zazieleniło się stalowe niebo - porosło trawą brzegiem widnokręga.Jeżeli tego słuchasz, to znaczy, że mi się nie udało. Znalazłeś mojego synka. Zaopiekuj się nim. Proszę. Ja nie mogłam, teraz pewnie już nie żyję. Zaopiekuj się nim, to jedyne na co liczę teraz, przed śmiercią. Wierzę, że go wychowasz. Nie zostaw go na pastwę losu. Proszę...- Głos ucichł, nagle jednak rozległ się ponownie.- Zniszcz ten talizman, nie jestem nikim ważnym. Nie chcę niczego prócz opieki nad nim. Proszę... R.- Dalej był już tylko szum. Co mogłam teraz zrobić? Chyba tylko rzucić talizmanem o drzewo i zabrać małe, świecące oczka ze sobą.
Noc stała się mniej gęsta, a ja szłam nadal niosąc w zębach znalezisko. Nadala zastanawiałam się, dlaczego to wszytko potoczyło się tak szybko. Szłam długo, nie łatwo niosło się go przez tak długi czas. Próbowałam się prze teleportować, ale nie mogłam. Dziwne. Nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać. Nadal nie byłam na terenie SPS. Czułam głód. Nie mogłam zapolować. Próbowałam jak najszybciej dotrzeć na teren sfory. Czas mijał.
Kiedy wkroczyłam na polanę nie było tu nikogo. Ranek dopiero się rozpoczynał. Położyłam małego na kamieniu, a sama próbowałam przenieść się. Nadal nie mogłam. Moja magia nie działała. Nie wiedziałam co się dzieje. Mały stoczył się z głazu z piskiem. Podniosłam go, otrzepałam i ruszyłam do jaskini. Położyłam go na lnianym materiale, a sama usiadłam przed jaskinią.
Teraz wszytko będzie INACZEJ. Przez jedną dobę straciłam moc, a zyskałam szczenię. Ale co miałam zrobić? Zostawić go tam. Po słowach matki, nie mogłam. Musiałam go zabrać. Weszłam do jaskini i spojrzałam na brązową kuleczkę zwiniętą w kącie. Zaopiekuje się nim, nie wiem co na to Renoir, ale ja się nim zaopiekuję.
-Śpij dobrze Virixie.- Spojrzała na szczenię.- Będzie inaczej.- Szepnęłam sama do siebie i ułożyłam się w legowisku.
Świtało.
Zza gór wypełzły smoki granatowe i popłynęły, kędy wzrok nie sięga.
A po nich wielkie szafirowe ptaki swe długie skrzydła rozwiały w przestrzeni.
Zaś naprzeciwko świat był szarociemny i jak sień pusty bez kształtów ni cieni.
Gwiazda świeciła mocna i rzęsista, pacierza czarnej nocy ciche amen.
Spod ziemi barwa żółta wykwitała - w powietrzu pachniał jak gdyby cyklamen.
M. Pawlikowska- Jasnorzewska.
................................................................
Tak więc skomplikowało się życie Bueno. Straciła moc i będzie wychowała szczeniaka. Chyba terazmusi się sprawdzić w roli rodzica. Małego nazwała Virix. Jest prawdopodobnie mieszańcem Labladora, jednak Bueno nie ustaliła jego pochodzenia. Ma nadzieje, że Renoir zechce się razem z nią małym zaopiekować. [ Prowadzić małego będzie prawdopodobnie znajomy, ale tylko będąc u mnie. Zdjęcie proszę wstawić do albumu.] Co do mocy to Bueno na razie jej nie posiada. Nie wie czemu ją straciła, ale liczy na to, że kiedyś odzyska swoje zdolności.Opowiadanie nieco inne, od tych, które zazwyczaj piszę.
Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz