niedziela, 2 marca 2014

Wojna cz. IV [Tasha]

-Chwila, że jak? co?-tylko tyle zdołałam z siebie wydusić. Jeszcze pięć minut temu smacznie spałam, nie będąc świadoma zajść tuż obok mnie. Zbudzona zostałam dość brutalnie, co w moim przypadku równało się z najdelikatniejszym szturchnięciem, ledwo otworzyłam oczy, a osoba która dopuściła się tego haniebnego czynu była już najwyraźniej w połowie jakiejś bardzo fascynującej historii, sądząc z tonu i tępa słów jakie wylewały się z pyska mówiącego. Potrzebowałam dobrych dwóch minut, aby całkowicie otworzyć ślepia i następnych dwóch by wstać na cztery łapy. Gdy historię zaczęto opowiadać od początku byłam już na tyle rozbudzona by zrozumieć powagę sytuacji.
Pogoda tego dnia była taką jaką lubię. Nie za zimno, nie za gorąco. W powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę, lekka bryza otarła się o mój pysk co już na dobre mnie rozbudziło. Na niebie widniało jedynie kilka białych chmur, a przecinające je od czasu do czasu śpiewające ptaki utwierdzały mnie w przekonaniu że najgorsze mrozy już przeminęły. Byłby to dzień idealny, szczęśliwy, pełen śmiechu. Byłby, gdyby nie wydarzenie, w które właśnie zostawałam wtajemniczana.
-...i właśnie dlatego potrzebujemy tej rośliny!-skończył opowiadać Cheese.
-Tak, rzeczywiście bez niej dużo nie zdziałamy- mój głos radykalnie się zmienił. Od zaspanego, lekko ochrypniętego do pełnego entuzjazmu -Jak ona wygląda?
-No osiąga do 90 cm. Jej łodyga jest pajęczynowato owłosiona i lekko żeberkowata i...
-Dobra to nie ma sensu. Ja nic z tego nie zapamiętam jeżeli nawet uda mi się zrozumieć. Idziesz ze mną.- nie musiałam pytać, wiedziałam że mój towarzysz zgodzi się bez wahania. Pewnie nawet gdybym nic nie powiedziała sam zaoferowałby pomoc.-Wiesz gdzie mamy jej szukać?
-Oczywiście!- powiedział to tak jakbym obraziła go samym pytaniem, jednak cały czas z uśmiechem od ucha do ucha- najczęściej występuje na wysokich terenach, więc góry będą najlepsze
-Dobrze.-przytaknęłam i spojrzałam w stronę gór. Na szczęście były blisko. Droga tam mogła potrwać dziesięć góra piętnaście minut.-Lepiej się pośpieszmy.
Bez słowa obydwoje ruszyliśmy co sił w łapach w stronę pasma górskiego. Widok jaki rozpościerał się wtedy przede mną jest moim ulubionym.Góry-wielkie, niebezpieczne, nieprzewidywalne, ale piękne. Jest to ten unikalny rodzaj piękna wzbudzający strach, ciekawość i zachwyt za jednym razem. Podczas tego biegu swój wzrok cały czas miałam wlepiony w jeden punkt: szczyt najwyższej góry. Zawsze gdy na niego patrze przepełnia mnie ochota aby rzucić wszystko, wejść jak najwyżej się da i spędzić na wierzchołku cały dzień, nie myśląc o niczym, jedynie chłonąć widok który byłby wtedy u mych stóp.
-Jak wysoko musimy wejść?-zapytałam nie zwalniając tępa.
-Nie za wysoko. Gdy już zaczniemy się wspinać lepiej polegać na nosie niż wzroku. Ta roślina której szukamy jest bardzo podobna do innej również rosnącej w tym rejonie, różnią się jedynie kształtem liści i tym że jedna obrania przed magią, a druga wypala wnętrzności gdy się ją zje.- nie mogłam uwierzyć że mówi to wszystko z taką beztroską w głosie jakby mówił o różnicy między jagodą, a poziomką- Za to nasza roślina ma bardzo charakterystyczny zapach: pomieszanie anyżu z krwią- spojrzałam na towarzysza z niedowierzaniem. Jak coś może mieć taki zapach? Było to dla mnie nie do wyobrażenia.- Jak poczujesz to zrozumiesz-zaśmiał się i zrobił taką minę jakby własnie takiej reakcji się spodziewał. Najwidoczniej nie tylko ja miałam problem z wyobrażeniem sobie czegoś takiego w przyrodzie i jest to powszechna odpowiedź na taką gamę zapachów.
Byliśmy już blisko. Zamknęłam oczy i w wyobraźni przemierzyłam drogę jaka nam pozostała. "Najpierw w lewo, prosto przez las, obok krzaka w prawo i w górę aż do... nie! Powalony dąb nie przejdziemy. Najpierw w prawo i przez przełęcz, później od razu w górę... nie! nie! nie! to zajmie za długo" Biłam się sama ze sobą w myślach zastanawiając się nad najlepszą drogą. Po minucie biegu z zamkniętymi oczami doszłam do odpowiedniego, moim zdaniem rozwiązania.
-Tędy!-krzyknęłam i odbiłam nagle w prawo
-Góra jest w drugą stronę!-zwrócił uwagę Cheese biegnąc tuż obok mnie trochę zbity z tropu.
-Zaufaj mi, znam skrót.
 Wbiegliśmy do lasu przez który przedzieraliśmy się dość krótko. Zwolniłam gdy po naszej lewej ukazała się ściana skalna, część góry do której zmierzaliśmy. Ścianę szczelnie pokrywał bluszcz, dokładnie się w nią wpatrując liczyłam średniej wielkości kamienie które mijaliśmy po prawej.
-jeden...trzy...pięć...sześć-szeptałam do siebie. Przy numerze ósmym zatrzymałam się i zwróciwszy głowę w stronę ściany rozchyliłam bluszcz. Naszym oczom ukazał się ciasny korytarz wewnątrz góry.
-Mówiłam-wyszczerzyłam kły nie kryjąc dumy- jeżeli pójdziemy tędy wyjdziemy na polane górską, gdzie powinniśmy znaleźć to czego szukamy.
Weszliśmy w korytarz i najszybciej jak to było możliwe ruszyliśmy przez niego. Był on ciemny i wilgotny. Jedynymi odgłosami były spadające po ściankach krople odbijające się echem w całym pomieszczeniu co dodawało mu grozy, a jedynym źródłem światła było światełko w tunelu które stawało się co raz większe w miarę naszej wędrówki.
-Skąd wiedziałaś o tym miejscu?-spytał pies. Moim zdaniem bardziej by rozluźnić atmosferę jakąkolwiek rozmową niż z ciekawości.
-Byłam tu kilka lat temu-odpowiedziałam większą uwagę poświęcając to gdzie stawiam nogi niż szczegółowej odpowiedzi.
-To dość dawno...-zauważył-I pamiętałaś tę drogę przez cały czas?
-Taaa już tak mam, że jeżeli przebyłam jakąś drogę choć raz będę ją pamiętać do końca życia w ten sposób udało mi się dostać do rodzinnych terenów kilka miesięcy temu.
-Łał. Bardzo przydatna umiejętność
-Dziękuję i owszem jest przydatna, jednak z chęcią wymieniłabym ją na siłę lub magię tak jak mają ci przed którymi teraz mamy się bronić. Myślę, że jeżeli niedługo będę w tarapatach wskazanie drogi naszemu wrogowi mnie nie ocali, a raczej przysporzy jeszcze więcej problemów.-westchnęłam i zaczęłam zastanawiać się jakby to było gdybym posiadała te wszystkie udogodnienia i zdolności jakimi dysponuje nasz przeciwnik. Z zadumy wyrwał mnie głos Cheesa i nagłe szarpnięcie na ziemie.
-Padnij!-byliśmy już w wyjściu z korytarza gdy zauważył on jakieś niebezpieczeństwo i uratował nas od całkowitego odkrycia.-Tam widzisz - wskazał lekko na prawo od nas jakieś 70 m od wyjścia z tunelu. Siedziało tam zwierze wielkości owczarka niemieckiego z charakterystycznymi uszami zakończonymi czarnymi pędzlemi sztywnych włosów-Ryś, cholera musiał nas zauważyć-dodał.
Istotnie kotowaty poruszał się niespokojnie w około polany, nasłuchując i sprawdzając za każdym możliwym drzewem nie odchodząc od pagórka, na którym wcześniej siedział, dalej niż na 10 metrów.
-Gdybyśmy oboje zakradli się do niego od tyłu może udało by się go unieszkodliwić?-zaproponował Cheese wychylając się lekko z ukrycie.
-Nie da rady. Spójrz tam za pagórkiem po lewej.-wskazałam mu miejsce gdzie z ziemi wystawała główka małego rysia, po chwili z nory wysunęło się całe ciało, a za nim drugie. Młode nie świadome niebezpieczeństwa jakie wyczuła ich matka zaczęły bawić się razem beztrosko zerkając co chwila na rodzicielkę, czy aby nie odeszła ona za daleko.-Młode mogą nas zauważyć i ostrzec matkę i wtedy nici z naszej zasadzki.
-Tam na wprost nas! Te kwiaty to własnie "te" kwiaty, tylko wiedzę już kolejny problem. To skupisko kwiatów tych trujących i tych broniących przed magią. Kiedy będziemy je zbierać pamiętaj o tym aby polegać bardziej na węchu niż na wzroku, tak mają lekkie różnice w liściach, te trujące mają liście ostro zakończone, a te których potrzebujemy mają zaokrąglone liście, jednak czasem trudno to odróżnić.
-Rozumiem-przytaknęłam i zakodowałam sobie głęboko w głowie "anyż i krew" cokolwiek to miało oznaczać. Spojrzałam na parę kociąt bawiących się ze sobą i dotarło do mnie "to jej słaby punkt" pomyślałam i spojrzałam na towarzysz-Chyba mam pomysł co do ominięcia rysia myślę że powinniśmy zrobić tak...
-A i jeszcze jeden problem-przerwał mi, już nawet nie dziwiło mnie że nadal ma uśmiech na twarzy szczególnie że właśnie ma skomplikować mi życie jeszcze bardziej- te kwiaty, po zerwaniu zachowają swoje zdolności przez max dwadzieścia minut.
-Żartujesz sobie?!-opadły mi łapy, jakby to zadanie nie było wystarczająco trudne.-Ehhh no dobra niech się dzieje co chce. Słuchaj zrobimy tak-wytłumaczyłam kompanowi swój plan i po kilku udoskonalaniach byliśmy gotowi do akcji. Musieliśmy działać jak w zegarku, wszystko musiało być płynne i bez marnowania czasu.
Policzyłam do pięciu. Gdy skończyłam obydwoje wyskoczyliśmy z naszej kryjówki. Samica rysia zachowała się tak jak się spodziewała, nie myślała co ją przestraszyło, ważne że jest to zagrożenie dla jej młodych. W jednej chwili zagoniła je do nory i sama się w niej schowała. Od razu skorzystaliśmy z okazji, ja pobiegłam zbierać potrzebne nam kwiaty, a Cheese zablokował wejście do nory kamieniem który znajdował się tuż obok, później dołączył do mnie. Póki co wszystko szło idealnie. Zbierając kwiaty błgałam wszechświat żebym tylko zbierała te właściwe. Umowa była taka: ja zbieram te oczywiste które nie w sposób pomylić, a Cheese jako większy znawca zbierał te trudniejsze do rozróżnienia. Po kilkudziesięciu sekundach miałam już pełen pysk zielstwa, tak że momentami trudno było mi złapać oddech. Spojrzałam pytająco na towarzysza, przytakną szeleszcząc kwiatami z pyska i ruszył w kierunku z którego przyszliśmy. Pierwsza część naszego planu za nami, niestety to była ta łatwiejsza część. Podbiegłam do głazu i oparłam o niego moje przednie łapy pchając z całych sił. Jako że byłam mniejsza, a co za tym idzie zwinniejsza od Cheesa to moim zadaniem było uwolnić rysią rodzinę z pułapki i w razie gdyby matce młodych nie spodobało się to co zrobiliśmy uniknąć jej kłów. W tej chwili dotarło do mnie że omineliśmy jeden dość ważny szczegół. Może i byłam zdolna do ucieczki, ale brakowało mi sił aby przesunąć ten cholerny kamień. Po kilku próbach zaczęłam wątpić czy kiedykolwiek mi się to uda. Zaczęłam już analizować w głowie całą sytuację "Jeżeli tu zostanę chociaż minutę dłużej stracimy szanse na obronę przed magią, ale wtedy rysie się uduszą lub umrą z głodu" mimo największych chęci zaczęłam się już powoli cofać od kamienia godząc się z wyborem jakiego dokonałam. Nagle głaz lekko drgną, najwyraźniej ktoś od środka próbował go przesunąć. Dzięki pomocy od wewnątrz byłam w stanie przesunąć kamień, co prawda jedynie do połowy, jednak nie przeszkodziło to kotowatej wysunąć swój tułów i zahaczyć pazurem o mój bok. Odskoczyłam i ruszyłam za Cheesem który czekał na mnie na końcu korytarza, najwyraźniej matka nie była mi do końca wdzięczna za pomoc w wydostaniu się z nory. W tej chwili musieliśmy jedynie biec jak najszybciej, dawać z siebie wszystko by wrócić do stada na czas. Poczułam jak krew zlepia mi sierść na prawym boku, spojrzałam na niego i uznałam że to nic poważnego. Na szczęście pazur jedynie drasnął moją skórę lekko ją rozcinając. Byliśmy już na ostatniej prostej, gdy dotarło do mnie że od kiedy tylko wyszliśmy z korytarza na polanę górską czuje ten dziwny zapach. Wtedy zrozumiałam o czym mówił Cheese. Krew i anyż. Zapach tak dziwny że od razu zrozumiałam dlaczego tak trudno go opisać. "Jeszcze tylko trochę" uspokajałam sama siebie i błagałam aby nie było za późno. Wtem zobaczyłam że ktoś biegnie z naprzeciwka, była to Sasha. Nie zatrzymaliśmy się nie było na to czasu, Sasha dołączyła do nas, biegła obok mnie i powiedziała:
-Musimy znaleźć bezpieczną drogę na pole bitwy-Szczegóły były zbędne. Dowiedziałam się o nich na samym początku, a jeszcze bardziej zbędnymi były prośby. W tych okolicznościach zabierały one tylko czas, a najważniejszym było przekazanie informacji. Oddałam jej rośliny i zostałam z tyłu zwalniając tępo. Szepnęłam jeszcze za nimi ciche "Powodzenia", które miało bardziej dodać otuchy mi niż im.
Zwróciłam się w stronę lasu, teraz już dałam sobie odpocząć i poruszałam się lekkim truchtem.
Za każdym razem jak wychodzę poza tereny stada jestem pełna ekscytacji. Kto wie co może mnie spotkać? co nowego mogę zobaczyć? Jednak tego dnia było inaczej, tego dnia mogłam spotkać wrogów którzy bez zastanowienia, bez żadnych pytań i litości mogliby pozbawić mnie życia. Gdy weszłam do lasu poruszałam się jak najciszej się da omijając często uczęszczane ścieżki.  Najmniejszy szmer, pęknięcie gałązki, czy spadająca szyszka sprawiały że nieruchomiałam i uważnie obserwowałam okolice czy aby nie ma w pobliżu kogoś kto mógłby mi zagrozić. Nie musiałam długo iść aby natrafić na pierwszy ślad czyjejś obecności. Na średniej wielkości sośnie ujrzałam ślady pazurów. Na pierwszy rzut oka mogłyby się wydawać śladami niedźwiedzich pazurów, jednak mało prawdopodobnym było to że niedźwiedź ostrząc sobie pazury zostawił by na korze ślad w kształcie litery S. Tym bardziej że około 15 metrów w prawo ode mnie widniał taki sam znak. "Pewnie zaznaczają sobie drogę" pomyślałam i uznałam że tylko nam pomogli. Zrobiłam krok, poczułam jak ziemia osuwa mi się spod łapy i szybko cofnęłam się o kilka kroków. "Wilcze doły. Czwane bestie" pomyślałam i zajrzałam do środka. Nie były to zwykłe dziury w ziemi, z jej dna wystawały kolce zrobione z grubszych gałęzi. Podeszłam ostrożnie ku drzewu na prawo z takim samym znakiem i uważnie obejrzałam ziemię pod nim. "Więc te znaki to nie drogowskazy, a ostrzeżenia przed pułapką żeby sami w nie nie powpadali, idioci" zaśmiałam się w duchu. Gdy zobaczyłam kolejną pułapkę tuż obok drzewa z literą S. Pomyślałam wtedy że przydałoby się utrudnić im życie. Zdarłam korę w tym miejscu gdzie pozostawili znak. Może w ten sposób sami wpadną we własne sidła. Zrobiłam to samo jeszcze z kilkoma pułapkami jakie napotkałam. Zapamiętałam gdzie się znajdują mając nadzieje że nikt z przeciwników się tym nie kłopotał skoro zostawili znaki.
Byłam już na skraju lasu, za linią drzew było miejsce którego szukałam. Pomyślałam wtedy że mimo ciekawości nie warto wychodzić z ukrycia jakie daje mi las, miałam jedynie zorientować się co do drogi, a nie sytuacji na polu bitwy. Zawróciłam, wykonałam swoje zadanie i powinnam wracać do stada złożyć meldunek. Droga powrotna była o wiele łatwiejsza, po drodze odnalazłam jeszcze kilka pułapek i zniszczyłam przy nich oznaczenia. Podczas gdy byłam zajęta zdzieraniem kolejnego znaku usłyszałam łagodną melodie jakby ptak, ale brzmiało to za bardzo ochryple jak na ptasi śpiew. Od razu zrozumiałam o co chodzi, schowałam się w najbliższych krzakach nie mając odwagi wychylić choćby pół oka aby zorientować się w sytuacji, mogłam polegać jedynie na słuchu. Usłyszałam kroki, spokojne i ociężałe jakby osoba idąca coś dźwigała najpewniej była to po prostu góra mięśni. Osobnik ten przystaną tuż obok mojej kryjówki i znów zaczął nucić już znaną mi melodię. Nagle z drugiej strony usłyszałam kolejne kroki tym razem szybsze, osoba ta nawet nie próbowała być cicho.
-Pułapka aktywowana, ktoś ją uruchomił!- powiedział nowo przybyły zdyszanym głosem.
-Pięknie, chodźmy zobaczyć co nam się złapało-zaśmiał się ochrpły głos.
-Własnie chodzi o to że nic!
-Co?! Co to ma znaczyć?!
-Pewnie ktoś ją uruchomił ale udało mu się jakimś uciec.
-Wiem co to znaczy idioto! Na co czekasz szukaj go!
Po tych słowach obydwoje pobiegli w różnych kierunkach. Przesiedziałam w krzakach jeszcze kilka minut aby upewnić się że nic mi nie zagraża. W tej chwili żałowałam że nie pomyślałam na samym początku aby zakryć pułapkę którą aktywowałam. Wychyliłam głowę z kryjówki, upewniwszy się że póki co jest bezpiecznie zaczęłam zmierzać w stronę terenów SPS. Poruszałam się powoli robiąc jak najmniej hałasu. Byłam już w połowie drogi gdy zobaczyłam kolejny znak na drzewie tym razem w kształcie litery T. Przystanęłam zastanawiając się co to może oznaczać. Niestety szybko się to wyjaśniło. Tuż obok drzewa ze znakiem przebiegła wiewiórka potrącając kilka patyków, które pod nim leżały. Wtedy się zaczęło, z drzew pospadały jakieś kule. Zorientowałam się co to było dopiero gdy odbiły się od ziemi i wydobył się z nich dym. Pórchawki spadały jedna po drugiej wydzielając coraz więcej dymu. Spojrzałam na wiewiórkę, leżała martwa a z jej oczu wydobywała się ropa, to nie był zwykły dym.W jednej chwili rzuciłam się do ucieczki, jednak dym już dosięgał moich łap. Zamknęłam oczy i  wstrzymałam oddech. Biegłam na oślep, wpadałam na drzewa, potykałam się o byle gałąź. Wreszcie, gdy nie byłam już w stanie wstrzymywać oddechu otworzyłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Stwierdziłam że jestem już blisko, zwolniłam. Poznałam drzewa i kamienie jakie mijałam. Byłam na terenach SPS, byłam bezpieczna. "Musimy uważać na znaki na drzewach jakiekolwiek i patrole...no i wiewiórki. Nic trudnego" pomyślałam i odetchnęłam z ulgą. Póki co nic złego się nie stało i oby tak dalej.
W stadzie panował ruch nie było już chyba osoby która nie wiedziałaby o zaistniałej sytuacji, wszyscy zostali postawieni na nogi. Ruszyłam w stronę jaskini gdzie zebrała się największa liczba członków.
-Znam drogę- oznajmiłam i od razu położyłam się pod ścianą. Dopiero teraz poczułam w nogach ile przebiegłam tego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz