Gdy wcześniej znajdowała się na polanie, od razu poszła w kierunku małej jaskini, nie mówiąc żadnemu z przybyłych tam psów ani jednego słowa. Nie była zbytnio oddalona od nich. Mimo tego, nora do której poszła, nie rzucała się w oczy.
Szczenie skuliło się. Na razie ból dawał się wytrzymać, jednak ten stan nie trwał długo. Wciąż narastał. Teraz waderka nie mogła już na niczym innym się skupić. Brakowało jej powietrza, a niemiłosierne kłucie ciągle czuła w płucach.
Jej jedynym marzeniem na tą chwilę było zaprzestanie tego okropnego stanu. Nawet pomyślała o tym, aby poprosić kogoś ze członków stada o pomoc, jednak ta myśl tak jak szybko przyszła, też i znikła. Po prostu nie chciała mieszać swoich problemów w ich. Z doświadczenia wiedziała, że mają ich dużo, a ona jest tylko małą istotką, która nie wiedząc czemu jeszcze stąpa na tej ziemi. Wiedziała i czuła się maleńka, nieważna, postawiona na szarym końcu, ta najgorsza...
Tak przynajmniej los jej dał do zrozumienia. Odkąd zaczęła wędrówkę jej dotychczasowy świat stanął do góry nogami. Z przytulnej jaskini, kochających rodziców, pełnych energii rodzeństwa, jedzenia pod dostatkiem, opieki, miłości, bezpieczeństwa, wartości-musiała zrezygnować. Poznając w ciągu wędrówce w zupełności inne życie: walkę o pożywienie, strach o życie, nie znającej sens wyprawie (w końcu młoda nie wiedziała gdzie zmierza: do lepszego życia, pewnej śmierci, czy zguby), a zdecydowanie poziom hierarchiczny, na którym stała. To ostanie było dla niej szokiem, ale przecież przez to wszystko inne się zmieniło. Ona czuła, że w świecie, który ją otacza jest tylko drobniutką, słabą, wątłą istotką, która w każdej chwili może zginąć. I to nie tylko z łap zwierząt, ale także z rąk Matki Natury.
***
Rebekah nadal kuliła się z bólu. Nawet, gdyby chciała zawołać kogoś do
pomocy-nie mogła. Jedynie, co mogła z siebie wydusić, to tylko
piśnięcia. Postanowiła ich wydać parę serii. Nie wiedziała co robić.
Znów poczuła się mała, bezbronna, niepotrzebna....
W jej stronę kroczyły kroki jakiejś psiny. Mimo tego nie usłyszała
ich. Jednak dopiero, kiedy suczka była na odległości paru kroków, wtem
szczenię zorientowało się mniej więcej co się stało. Przestała piszczeć,
do jej nozdrzy dotarła znana jej dobrze woń. Czuła dwa uczucia
jednocześnie: szczęście i obawę. Szczęście dlatego, że ktoś z jej nowej
rodziny przyszedł jej na pomoc, lecz obawę, że może być obiektem jakiś
zakłóceń (prościej: myślała, że komuś w czymś przeszkadza).W końcu- może
nie powinna skomleć tak głośno, a może- w ogóle?
Suczka podeszła bliżej szczenięcia. Okazało się, że jest to przedstawicielka rasy labrador.
-Co się stało?-powiedziała Lena. W jej głosie słychać było nutę zaniepokojenia, a głoś jej lekko drżał.
-...- Młoda nie mogła nic powiedzieć, nawet, gdyby chciała.
Alpha bez namysłu wzięła szczenie w pysk i zaniosła do jaskini, w
której znajdować się powinien ktoś z medyków. Na szczęście nora nie było
daleko, więc przeniesienie poszło sprawnie. Na miejscu zastała tam
Lorelei, która najprawdopodobniej szukała czegoś. Przewodniczka stada
położyła Rebekę na tzw. łóżku dla pacjentów. Następnie odezwała się do
Lee.
-Witaj. Przyniosłam ci pacjenta.
-O, witaj Lenu. Co jej jest?
-Nie wiem do końca, cały czas się kuli jak teraz, kaszlała. Mimo tego nie wygląda to na zwyczajną chorobę.
-Owszem, spróbuję zrobić, co w mojej mocy.
-Powodzenia. Dobra, muszę iść, mam dużo spraw na głowie. A gdzie jest Luffiera?
-Poszła coś załatwić. Chyba dać coś Ruby, czy jakoś tak. Powiedziała, że zaraz przyjdzie.
-Dobrze, więc nie przeszkadzam. To do zobaczenia. - po tych słowach labradorka wyszła.
Lorelei Spojrzała na pacjentkę badawczym wzrokiem. Następnie wzięła składniki, zrobiła z tego lek i podeszła do szczeniaka.
-Wypij to. Dzięki temu ból minie, albo przy najmniej-osłabi się.
Młoda bez żadnych przeciw wskazań uczyniła ową czynność. Tak jak
pani doktor powiedziała, ból był o wiele mniejszy. Wadera mogła już
swobodnie się ruszać i normalnie mówić.
-Witaj Rebekah. Widzę, że coś ci dolega.
-Tak. Brzuch mnie boli i czasem kaszlę.
-A miałaś gorączkę?
-Wcześniej tak. A gdzie je jestem i jak tu się dostałam? Z tego co pamiętam, byłam w innej jaskini.
-Owszem, Lena cię tu przyniosła.
-Aha.
Po tych słowach, szczenie zaczęło być badanie.
-A kiedy to się zaczęło?
- Od początku mojej wędrówki. Wpadłam do zimnej wody, a byłam jeszcze wtedy na Północy.
-Yhym...-odparła. Potem jeszcze zadawała inne pytania.-Coś ci się wbiło do lewego boku, jak widać... Rana długo się goiła.
-Tak, ale już nie pamiętam, co.
-Hm...-powiedziała. Potem podeszła do półek i czegoś szukała. Potem zjawiła się Luffiera.
-Cześć Luff, co tam?-spojrzała na nią. W pysku trzymała to, czego potrzebowała-książki z chorobami i ranami.
-Nic ciekawego. Byłam u Ruby i jej pomogłam. A tam?
-Jak widać mamy pacjenta. Mogę książkę, którą trzymasz?
-Jasne.
Następnie Rozmawiały tak chwilę. Luffiera zadawała jeszcze jej parę pytań, a Lee zawzięcie szukała czegoś w książce przyniesioną przez husky. Tak jak wcześniej rozmawiały, ale w towarzystwie szeleszczących kartek. Po jakimś czasie szelest ucichł, a lekko zaniepokojona psina spojrzała na towarzyszkę. Tamta miała bardzo rozszerzone oczy z przestrachu, stała nieruchomo. Husky nie wiedziała, o co chodzi, więc podeszła do niej. Nie musiała długo szukać wzrokiem. Też stała jak wryta. Szczenię zamartwiło się także, panującej ciszy. W końcu Lorelei powiedziała:
-Musimy jak najszybciej przeprowadzić operacje.
-Ale w takim stanie? Podejmujesz bardzo duże ryzyko.
-Zrozum, zioła nic tu nie pomogą. Najwyżej po to, by podać narkozę.
-Jak uważasz.-powiedziała skromnie. -W takim razie idę przygotować znieczulenie i przygotować się do operacji.
-Ok, ja także. Mam nadzieję, że nam się uda.
-Musi.-dodała po cichu.
Suczki były pełne w nerwach. Miały świadomość, iż jeden drobny błąd może doprowadzić do utraty życia pacjentki. A po za tym nie może stracić dużo krwi-to byłby koniec.
Chodziły po jaskini to tu, to tam, zbierając wszystko, co potrzebne.Potem jedna z nich rzekła:
-Lee...
-Tak?
-Trzeba kogoś powiadomić z rodziny. W końcu to nasz obowiązek. Pozwól, że pójdę.
-Dobry pomysł. Szczerze mówiąc, zapomniałam o tym w tych wszystkich nerwach.
Luffiera pożegnała się i poszła. Po jakimś czasie przyszła, ale razem z Ravele'm. W jego oczach widniało większy strach od innych.
-Mam rozumieć, że zgadzasz się na operację?
-Oczywiście. Ale na prawdę jest tak źle?
-Niestety, jeżeli szybko coś z tym nie robimy albo umrze, albo zostanie kaleką, jeżeli to zostawimy.
-A co potem?
- Zobaczymy co dalej. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie. Ta drzazga do usunięcia jakoś nie trzeba się nią przejmować, jak się ją wyjmie, ale potem...-znowu zapanowała cisza. Przerwał ją Ravel.
-A powiesz mi, jak zwiecie tą chorobę?
-Czarna Śmierć*, jedna z najgroźniejszych chorób Północy, czyli skąd pochodzi.
I znowu nikt nic nie mówił. Samki zdawały sobie sprawę, że dłużej nie mogą zwlekać. Przeprosiły Ravel'a i poprosiły go o przekazanie innym, by za nic nie wchodziły do środka. Gdy zostały same, wzięły głęboki oddech, Luffiera podała narkozę, a kiedy szczenię zasnęło, nożyczki poszły w ruch.
Zapowiada się wyścig z czasem. Takie życie medyka, raz nad wozem, raz pod wozem. Czyli: raz zajmujesz się zwykłymi, niegroźnymi objawami, albo trzeba zdecydować i wziąć odpowiedzialność za trudne decyzje i na dodatek życie pacjenta.
A młoda Rebekah nie zdawała sobie sprawy z wagi jej zdrowia. Nie do końca wiedziała o co chodzi, gdyż podczas rozmów znów zemdlała, a kiedy się obudziła, poczuła się strasznie zmęczona, wątła. Nie chciała mówić nikomu o złym samopoczuciu. W końcu była małą, nic nieznaczącym szczenięciem, której nie wypada się wtrącać w nie swoje sprawy. Cóż, taką lekcję dostała i tego się trzymała wiernie. Oby ten fakt nie pogorszył już istniejącą niebezpieczną sytuację. Ale teraz szczenie spało twardym snem...Oby nie po raz ostatni.
_____________
*Czarna Śmierć-chodziło mi o chorobę, ale nie jestem pewna, czy ten kolor (zastanawiałam się nad czerwonym, szczerze mówiąc)). Wzięłam to z książki J.O. Curwooda, ale nie pamiętam tytułu. Z fabuły, co pamiętam to był tam jeden mężczyzna, chyba z Królewskiej Konnej Policji. Spotyka kobietę, w której się zakochuje, ale okazuje się, że ma mężna, a na dodatek on jest przestępcą, którego szuka. I w pewnym momencie ona zachoruje na tą chorobę, w której dzięki niej... majaczy? Nie pamiętam. Może ktoś z Was czytał ową książkę. Jeżeli tak, to jak wiecie nazwę tej choroby to proszę podać w komciu, byłabym bardzo wdzięczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz