poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Przebudzenie.

     Uniosłem lekko powiekę. Czułem się bardzo dziwnie nieruchomy. Nie byłem przywiązany, bo nie czułem ucisku żadnych pasów czy czegoś podobnego, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłem się poruszyć. Miałem wrażenie, że obcięto mi wszystkie kończyny. A może właśnie tak było? Byłem zbyt nieprzytomny, by z tego powodu zacząć panikować. Ba... Miałem ochotę poddać się i zaakceptować obcięte kończyny. Jedyne czym mogłem poruszyć była lekko uchylona już powieka. Było bardzo ciemno, ale dostrzegałem punkty bardzo słabych źródeł światła. Wszystko się rozmazywało, a ja czułem się niezwykle odurzony. 
     Leżąc tak chwilę, bo chyba leżałem, poczułem dziwne uczucie gdzieś w okolicach pyska, przynajmniej tam, gdzie powinien się znajdować. Po chwili zacząłem rozpoznawać owe uczucie. Kojarzyło mi się z wodą, albo raczej jej brakiem.Tak, to zdawała się być znajoma suchość w pysku. Tylko jakoś nie mogłem z tym nic zrobić, wszystko odmawiało posłuszeństwa, a nawet moje mentalne rozkazy nie docierały w żadne miejsca mojego ciała. Oddając się bardziej rozmyśleniom o mojej bezwładności, zacząłem odczuwać zalążek paniki. Już po chwili odczuwałem, jak powraca mi czucie w niedostępnych jeszcze przed chwilą miejscach mojego ciała. Mogłem już delikatnie poruszać pazurami, o dziwo wszystkich czterech kończyn. Fakt, że nie zostały amputowane, dodał mi nie małej nadziei. 
     Narastająca panika i ciekawość zmusiły mnie do prób otwarcia szerzej oczu, co z czasem zaczęło się udawać. Docierały do mnie nawet jakieś dziwne dźwięki, które stawały się coraz głośniejsze i coraz bardziej raniły mój, powoli przywracający do normalności, słuch. Obraz, widziany przed chwilą jak za gęstą mgłą, zaczynał nabierać ostrości. Faktycznie, tu gdzie byłem było bardzo ciemno, dominowały czernie, brązy i niekiedy czerwienie. Te punkty słabych źródeł światła, okazały się być niewielkimi, zabrudzonymi oknami, a ja zdawałem się być w dość sporej klatce. 
     Coś mi się tu nie podobało. Zapragnąłem za wszelką cenę wstać i dowiedzieć się co jest grane i gdzie jest moja rodzina. Jednak moje kończyny wciąż nie chciały się mnie słuchać. Wcześniej w ogóle ich nie czułem, teraz tylko były straszliwie odrętwiałe, a każda próba poruszania nimi wiązała się z przeszywającym bólem, charakterystycznym dla zdrętwiałej łapy. Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, nim odzyskałem pełnię władzy nad kończynami i nieśmiało spróbowałem podeprzeć się, by wstać. Okazało się to znacznie trudniejsze niż sobie wyobrażałem. Postanowiłem jeszcze chwilę poczekać i skupić się na innych zmysłach. 
     Wzrok już niemalże powrócił do normy, jednak słuch i węch wciąż były tragiczne. Skupiwszy się na dziwnych odgłosach, jakie raniły me uszy, rozpoznałem coś charakterystycznego. Gdy udało mi się odpowiednio wsłuchać, wyłapałem pośród szumów i trzasków, szczekanie sporej ilości psów. Sadząc po ich odgłosach, byli przeróżnej wielkości, płci i rasy, ale także w różnych nastrojach. Niektórzy byli zdenerwowani, inni zrozpaczeni czy smutni. Jeszcze innym siadało na łeb, innymi słowy, coś sprawiało, że wydawali się być chorzy na umyśle, jakby coś mocno odbiło się na ich psychice. 
     Gdy zacząłem rozpoznawać dźwięki, dotarło do mnie, że potrafię też już wyczuć różne zapachy. I bardzo tego pożałowałem. Okropnie śmierdziało. Postanowiłem za wszelką cenę walczyć z bezwładnością swoich łap. Pierwsze, co udało mi się osiągnąć to unieść łeb i rozejrzeć się po ciemnym miejscu. Ziemia, na której leżałem, była bardzo twarda i zimna, chciałem móc się od niej oderwać. Gdy zlustrowałem otoczenie, nie byłem w stanie nic określić. Byłem w jakimś małym, ciemnym pomieszczeniu, a zamiast jednej ze ścian była jakby dziwna, wydająca się na solidną, siatka. 
     Poruszyłem łapami, było już znacznie lepiej. Powoli, podpierając się przednimi kończynami, podnosiłem się do góry. Miałem wrażenie, że ważę co najmniej 3 tony. Łapy trzęsły mi się jak gdyby były z galarety. Gdy jakimś cudem stanąłem na zgiętych kończynach, nieśmiało rozejrzałem się ponownie po okolicy. 
     W pierwszej chwili wszystko zawirowało, a ja myślałem, że stracę równowagę. Ale zamknąwszy oczy i odetchnąwszy głęboko, udało mi się zapanować nad nieposłusznym ciałem. 
     Teraz miałem znacznie większe pole widzenia, a jednocześnie okazało się, że pomieszczenie, w którym się znajduję jest znacznie mniejsze niż mi się to wcześniej wydawało. Zaczęła powracać do mnie pełnia świadomości. Wiedziałem już, że znajduję się w klatce, zrobionej przez ludzi. Było tu ciemno i zimno, ale nie tylko ja w niej tkwiłem. Było tu mnóstwo klatek, a w każdej z nich, przynajmniej jeden pies. Moja sierść była bardzo zaniedbana. Brudna i klejąca się. W klatce unosił się pył, a na ziemi było mnóstwo piachu i... wolę nie wnikać, czyje to. Nie brakowało też szczurów i innych insektów, myszkujących wśród zamkniętych psów. W takich warunkach nigdy nie przyszło mi żyć. 
     Siedziałem tak na zimnej ziemi patrząc w zabrudzone okno, przez które przebijał się blady księżyc. Jedyne, o czym myślałem, to o mojej rodzinie, o stadzie mieszkającym gdzieś tam na polanie przy lesie i jeziorze. O ukochanej Lorelei i wspaniałych przyjaciołach. Miałem tylko wielką nadzieję, że te święta spędzają dużo lepiej niż ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz