Uniosłem lekko powiekę. Czułem się
bardzo dziwnie nieruchomy. Nie byłem przywiązany, bo nie czułem ucisku
żadnych pasów czy czegoś podobnego, ale najzwyczajniej w świecie nie
mogłem się poruszyć. Miałem wrażenie, że obcięto mi wszystkie kończyny. A
może właśnie tak było? Byłem zbyt nieprzytomny, by z tego powodu zacząć
panikować. Ba... Miałem ochotę poddać się i zaakceptować obcięte
kończyny. Jedyne czym mogłem poruszyć była lekko uchylona już powieka.
Było bardzo ciemno, ale dostrzegałem punkty bardzo słabych źródeł
światła. Wszystko się rozmazywało, a ja czułem się niezwykle odurzony.
Leżąc tak chwilę, bo chyba leżałem, poczułem dziwne uczucie gdzieś w
okolicach pyska, przynajmniej tam, gdzie powinien się znajdować. Po
chwili zacząłem rozpoznawać owe uczucie. Kojarzyło mi się z wodą, albo
raczej jej brakiem.Tak, to zdawała się być znajoma suchość w pysku.
Tylko jakoś nie mogłem z tym nic zrobić, wszystko odmawiało
posłuszeństwa, a nawet moje mentalne rozkazy nie docierały w żadne
miejsca mojego ciała. Oddając się bardziej rozmyśleniom o mojej
bezwładności, zacząłem odczuwać zalążek paniki. Już po chwili
odczuwałem, jak powraca mi czucie w niedostępnych jeszcze przed chwilą
miejscach mojego ciała. Mogłem już delikatnie poruszać pazurami, o dziwo
wszystkich czterech kończyn. Fakt, że nie zostały amputowane, dodał mi
nie małej nadziei.
Narastająca
panika i ciekawość zmusiły mnie do prób otwarcia szerzej oczu, co z
czasem zaczęło się udawać. Docierały do mnie nawet jakieś dziwne
dźwięki, które stawały się coraz głośniejsze i coraz bardziej raniły
mój, powoli przywracający do normalności, słuch. Obraz, widziany przed
chwilą jak za gęstą mgłą, zaczynał nabierać ostrości. Faktycznie, tu
gdzie byłem było bardzo ciemno, dominowały czernie, brązy i niekiedy
czerwienie. Te punkty słabych źródeł światła, okazały się być
niewielkimi, zabrudzonymi oknami, a ja zdawałem się być w dość sporej
klatce.
Coś mi się tu nie
podobało. Zapragnąłem za wszelką cenę wstać i dowiedzieć się co jest
grane i gdzie jest moja rodzina. Jednak moje kończyny wciąż nie chciały
się mnie słuchać. Wcześniej w ogóle ich nie czułem, teraz tylko były
straszliwie odrętwiałe, a każda próba poruszania nimi wiązała się z
przeszywającym bólem, charakterystycznym dla zdrętwiałej łapy. Nie
minęło jednak zbyt wiele czasu, nim odzyskałem pełnię władzy nad
kończynami i nieśmiało spróbowałem podeprzeć się, by wstać. Okazało się
to znacznie trudniejsze niż sobie wyobrażałem. Postanowiłem jeszcze
chwilę poczekać i skupić się na innych zmysłach.
Wzrok już niemalże powrócił do normy, jednak słuch i węch wciąż były
tragiczne. Skupiwszy się na dziwnych odgłosach, jakie raniły me uszy,
rozpoznałem coś charakterystycznego. Gdy udało mi się odpowiednio
wsłuchać, wyłapałem pośród szumów i trzasków, szczekanie sporej ilości
psów. Sadząc po ich odgłosach, byli przeróżnej wielkości, płci i rasy,
ale także w różnych nastrojach. Niektórzy byli zdenerwowani, inni
zrozpaczeni czy smutni. Jeszcze innym siadało na łeb, innymi słowy, coś
sprawiało, że wydawali się być chorzy na umyśle, jakby coś mocno odbiło
się na ich psychice.
Gdy
zacząłem rozpoznawać dźwięki, dotarło do mnie, że potrafię też już
wyczuć różne zapachy. I bardzo tego pożałowałem. Okropnie śmierdziało.
Postanowiłem za wszelką cenę walczyć z bezwładnością swoich łap.
Pierwsze, co udało mi się osiągnąć to unieść łeb i rozejrzeć się po
ciemnym miejscu. Ziemia, na której leżałem, była bardzo twarda i zimna,
chciałem móc się od niej oderwać. Gdy zlustrowałem otoczenie, nie byłem w
stanie nic określić. Byłem w jakimś małym, ciemnym pomieszczeniu, a
zamiast jednej ze ścian była jakby dziwna, wydająca się na solidną,
siatka.
Poruszyłem łapami, było
już znacznie lepiej. Powoli, podpierając się przednimi kończynami,
podnosiłem się do góry. Miałem wrażenie, że ważę co najmniej 3 tony.
Łapy trzęsły mi się jak gdyby były z galarety. Gdy jakimś cudem stanąłem
na zgiętych kończynach, nieśmiało rozejrzałem się ponownie po okolicy.
W pierwszej chwili wszystko zawirowało, a ja myślałem, że stracę
równowagę. Ale zamknąwszy oczy i odetchnąwszy głęboko, udało mi się
zapanować nad nieposłusznym ciałem.
Teraz miałem znacznie większe pole widzenia, a jednocześnie okazało
się, że pomieszczenie, w którym się znajduję jest znacznie mniejsze niż
mi się to wcześniej wydawało. Zaczęła powracać do mnie pełnia
świadomości. Wiedziałem już, że znajduję się w klatce, zrobionej przez
ludzi. Było tu ciemno i zimno, ale nie tylko ja w niej tkwiłem. Było tu
mnóstwo klatek, a w każdej z nich, przynajmniej jeden pies. Moja sierść
była bardzo zaniedbana. Brudna i klejąca się. W klatce unosił się pył, a
na ziemi było mnóstwo piachu i... wolę nie wnikać, czyje to. Nie
brakowało też szczurów i innych insektów, myszkujących wśród zamkniętych
psów. W takich warunkach nigdy nie przyszło mi żyć.
Siedziałem tak na zimnej ziemi patrząc w zabrudzone okno, przez które
przebijał się blady księżyc. Jedyne, o czym myślałem, to o mojej
rodzinie, o stadzie mieszkającym gdzieś tam na polanie przy lesie i
jeziorze. O ukochanej Lorelei i wspaniałych przyjaciołach. Miałem tylko
wielką nadzieję, że te święta spędzają dużo lepiej niż ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz