poniedziałek, 21 kwietnia 2014

♠ Zadanie na Obrońcę Alphy. [Sathana]

[ Zadanie zostało w większości napisane przed powrotem Shadowa, a nawet o wiele wcześniej, a więc nie jest on uwzględniony w opowiadaniu. Aby go wcisnąć, musiałabym zmieniać sporo na samym początku, a nie mam już na to ochoty. Więc wybacz, Shad, że cię tu nie ma. xd ]

Treść zadania:
Udało nam się nawiązać nić porozumienia  ze stadem mniejszych czworonogów - kojotów. Nasi  sojusznicy zgodzili się na przeprowadzenie prostego handlu wymiennego pomiędzy naszymi stadami. Brakuje nam wielu ziół, które porastają tylko skaliste tereny zamieszkałe przez te futrzaste stworzenia. Mimo uległości z ich strony nie zezwolili na udział w wyprawie zielarza ani wojowników, ze strachu przed potężnymi gabarytami tych osobników. Nalegali by w 'misji' wzięła udział sama Alpha w obecności tylko jednego obrońcy, przez co czuliby się dodatkowo zaszczyceni. Niestety Lena ma teraz nawał obowiązków, więc do tego zadania został przydzielony Jej męski potomek. Twoją rolą będzie eskortowanie go od początku do końca wyprawy, pamiętaj by zapewnić mu odpowiednie schronienie i pożywienie. Do Twojej dyspozycji zostanie przydzielonych kilku wojowników, którzy jednak zostaną w bezpiecznym dystansie na linii granicznej. Życzymy powodzenia.

~*~

    Umowną godziną rozpoczęcia wyprawy była szósta nad ranem pod jaskinią Alphy. Tam też się stawiła, punktualnie, natomiast chwilę później ujrzała wychodzącą zeń Lenę ze swoimi pociechami. Uśmiechnęła się pociesznie na widok ów trójki i podeszła bliżej.
- Yaho. – przywitała się, usiłując ostudzić swój poranny entuzjazm i nadmiar energii na rzecz pełnej powagi. Nie wyruszała bowiem w byle jaką podróż. Nie mogła do tego podejść tak beztrosko jak to miewała w zwyczaju robić.
- Cześć, Sathu. – usłyszała zaraz odpowiedź Leny i ujrzała towarzyszący jej słowom uśmiech. Kundelka z labradorki spojrzenie przeniosła na Faydee, której również posłała uśmiech a następnie wykonując ten sam gest ulokowała wzrok w Antaresie. To on miał wyruszyć w zastępstwie Leny na wyprawę pod opieką Sathany. Ponownie zwróciła spojrzenie czekoladowych patrzałek w kierunku labradorki. – Martwię się o niego. – wskazała syna kufą. – Ufam ci i wierzę, że się nim dobrze zajmiesz. Nie zawiedź mnie, proszę.
- Obiecuję, że wróci bezpiecznie, bez najmniejszego draśnięcia. – odparła, prostując się na swoje słowa w pewnym siebie geście. Uśmiechnęła się szeroko, ponownie spojrzawszy na młodego. – Jesteś gotów?
- Oczywiście! – szczeknął, podnosząc się z miejsca.
- Okej. – skinęła łepetyną z zadowoleniem ujrzawszy jego entuzjazm. Spojrzała ponownie na Lenę, która zatroskanym wzrokiem obserwowała syna. Posłała jej pokrzepiający uśmiech. – Nie martw się, kochana! Będzie dobrze, obiecuję. Wróci cały i zdrowy za kilka dni. Ruszajmy, młody. – uśmiechnęła się do Antaresa.

Lena wraz z Faydee pożegnały ich dwójkę szczeknięciem i życzyły powodzenia. No więc ruszyli. Nie czuła zbytniej obawy przed ów zadaniem, bowiem bynajmniej nie była jakąś trudną. Jednakże musiała sprawować ciągłą pieczę nad synem Leny. Nie mogła pozwolić, aby coś mu się stało. Przez całą drogę podtrzymywała jako-taką rozmowę z Antaresem nie spuszczając z niego czujnego spojrzenia czekoladowych ślep ni na chwilę. Niby to wciąż byli na terenach Stada, natomiast i tu nie zawsze było na tyle bezpiecznie, by móc się jakkolwiek rozluźnić. Nie spieszyli się, nie było po co. Gdy jął zapadać zmierzch byli zaledwie na granicy terytorium Stada oraz terenów niezamieszkałych przez nikogo. Nie zdecydowała się przekroczyć ów granicy przed świtem. Było już dość ciemno i czuła głód, jej mały podopieczny zarówno począł się uskarżać z tego samego powodu. A więc pomimo, iż było już dosyć ciemno ruszyli w knieję, by odnaleźć jakieś miejsce na nocleg oraz zapolować. Nie potrwało to długo, bowiem szybko natrafili na niewielkie stadko saren a zaraz po tym jak napełnili żołądki odnaleźli niedużych rozmiarów jaskinię, która z pewnością była opuszczona i od dawna nienaruszana. Suczka uznała to za idealne legowisko jako, iż ciężko byłoby prawdopodobnie i tak odnaleźć coś lepszego. Antares poszedł spać jako pierwszy, bowiem był zmęczony podróżą. Suczka czuła się niemniej opadnięta ze wszelkich sił. Ostatnimi czasy zaprzestała dłuższych wypraw na rzecz skupienia się na Stadzie i swoich obowiązkach oraz rzeczach, których sama się podjęła zrobić. Straciła więc przez to swój nawyk, wyszła z ów aktywnego aż nazbyt trybu życia. Pierwsze co zrobiła to przeprowadziła szybki patrol okolicy, by upewnić się, iż są bezpieczni. Następnie rzuciła zaklęcie za pomocą którego w razie zagrożenia zostałaby automatycznie zbudzona ze snu. Przez około godzinę jeszcze stała na warcie i dopiero, gdy w pełni upewniła się, iż jest spokojnie, poszła spać.

Drugi dzień podróży również przebyli bezproblemowo. Chociaż w pewnym momencie doznała nikłego wrażenia, iż coś jest nie tak. Zbudziwszy się z rana wyruszyli w dalszą drogę – już poza granice terenów Stada. Doskonale znała drogę na terytorium kojotów, natomiast pierwotnie musieli przebyć obszar niczyj, na którym osobiście niejeden raz napotkała wiele groźnych niebezpieczeństw. Gdyby i tym razem coś się wydarzyło miałaby nieznaczny problem – nie mogłaby spuścić oka z Antaresa równocześnie zaś skupiając się na wrogu. To by rozpraszało jej uwagę, bowiem nie ma jej podzielnej. Niestety nie zdążyli dotrzeć dalej niż do połowy niezamieszkanego terenu, gdy zaczął zapadać zmierzch. W trakcie podróży odnajdowała chwilę, by zapolować i to samo zrobiła na wieczór.
- A teraz jeszcze znaleźć miejsce na nocleg… - westchnęła cicho, uśmiechnąwszy się nikle. Obserwowała młodego kamrata uważnie. – Myślę, że już jutro dotrzemy na miejsce. Większość drogi za nami.
- Uff. Wreszcie! – szczenię odetchnęło, nie ukrywając swojego zmęczenia oraz znużenia podróżą. Stłumiła w sobie rozbawienie – a jeszcze wczoraj był taki pełen entuzjazmu i gotowości! – Chciałbym już mieć to z głowy… - burknął, przysiadając na glebie.
- Cierpliwości, mały. Jutro powinniśmy być na miejscu, zerwiemy właściwe zioła i wracamy do domu. – odparła z szerokim uśmiechem na kufie. – Wstawaj, musimy znaleźć nocleg. – mruknęła, rozglądając się wokół za jakąkolwiek jaskinią. Zmrużyła patrzałek. Ściemniało się. Antares, dość niechętnie, ale podniósł się z ziemi i ruszył tuż obok kundelki, która również poczęła kroczyć dalej knieją. Nie wyczuwała niczyjej obecności w pobliżu, ale miała złe przeczucia. Nie potrafiła się wyzbyć dziwnego wrażenia, iż coś ich obserwuje.
Minęło dobre kilkanaście minut, gdy tak spacerowali w poszukiwaniu legowiska. Suczka była coraz to bardziej poirytowana. Nic nie mogli znaleźć. Warknęła w duchu i westchnęła na zewnątrz, zerkając na swojego młodego towarzysza.
- Jak tam, Antares? Jesteś pewnie zmęczony, co? – spytała, uśmiechnąwszy się delikatnie do niego.
- Bardzo! – burknął i ziewnął zaraz przeciągle. – Chcę spać, zatrzymajmy się gdzieś w końcu.
- Kręcimy się już w kółko dobry kwadrans, a żadnej jaskini w okolicy… - westchnęła ciężko. Także była już zmęczona, ale nie mogli byle gdzie osiąść. To byłoby zbyt ryzykowne wyjście. Zamyśliła się na moment, rozglądając. – Hmm… Mo-… ANTARES! – wrzasnęła na cały regulator, wytrzeszczając ślep. Nieostrożnie na te kilka minut spuściła ze szczeniaka oko. Młody sam był nieświadomy nadchodzącego zagrożenia, którego był pierwszym celem. Kundelka bez wahania odbiła się od gleby, przeskakując nad nim, wprost na sylwetkę rosłego stworzenia o kruczym futrze, którego wśród ciemności w pełni ujrzeć nie mogła. Był silniejszy, to było jasne. Młody labrador, wyraźnie przerażony, odsunął się, aby suczka i nieprzyjaciel go nie przygnietli. Trzymała między szczękami jego pysk, wgryzając kły. Zmrużyła czekoladowych ślep, a z jej gardła wydobyło się syknięcie, gdy z ogromną siłą uderzyła grzbietem w grunt. Przeciwnik z łatwością ją powalił. Nie dziwne. W porównaniu do siły psychicznej, fizycznie nie nadawała się do niczego. Za chwilę poczuła silne uderzenie potężnej łapy w bok. Z łatwością wyrwał kufę kundelce. Ale tu zrobił największy błąd. Chciał już sięgnąć szczękami do jej szyi, gdy wtem niewidzialna siła rzuciła nim o najbliższe drzewo – przewalając je. Suczka automatycznie, choć z niewiarygodnym trudem, podniosła się na równe łapy, wykorzystując chwilę otumanienia wroga.
- Antares, schowaj się w zarośla. Mam na ciebie cały czas oko, rzucę zaklęcie ochronne, bo nie mam pojęcia, czy coś jeszcze się tu nie kręci. Będziesz bezpieczny, ale też uważaj… - rzekła, kątem oka spoglądając na młodego. Mówiła szybko, ale zrozumiale.
- Co? Czemu mam się ukrywać? Mogę sam walczyć! – prychnął, wypinając pierś, co wyglądało raczej dość komicznie. Uśmiechnęła się pociesznie.
- Nie żartuj, ode mnie jest dwa razy większy. Żebym spóźniła się o sekundę z zaklęciem, leżałabym tu już martwa. Zrób co mówię. Inaczej nie dam rady cię ochronić. – odparła stanowczo, wracając spojrzeniem do przeciwnika. Podnosił się. Zmrużyła patrzałek i, jak miała, tak rzuciła czar ochronny na małego kamrata.
Wymamrotała kolejne słowa, wyczarowując niewielką kulę światła. W ciemności nie dałaby rady walczyć. Plus to wolałaby wiedzieć, z kim ma do czynienia. Barczysty basior, naszpikowany chyba jakimiś chemikaliami, zaatakował od razu. Niestety, i jemu teraz ułatwiła zadanie, oświetlając knieję. Osunęła się na bok, by ten walnął powtórnie w drzewo, nie zdążywszy wyhamować. Wyrobił się natomiast, aby pozostawić na jej udzie ślady jego pazurów. Skrzywiła się nieznacznie, aczkolwiek nie poddawała. Zaczęła wypowiadać następne zaklęcie, spodziewając się, że wróg natrze na nią. Przerwała formułkę, gdy ten skierował swoje kroki w inne miejsce. Zamrugała oczyma. Cholera, jego celem musiał być Antares! Rozpędziła się, by wskoczyć na czarnego i wgryźć mu się w kark. No, nie było to nic wielkiego. Właściwie się nią nie przejął. Jednakże i tak uderzył łbem w niewidzialną barierę, która otaczała młodego. Tym samym, poczuła nikły spadek sił i ból. To było dość mocne uderzenie… cholera, musi się wziąć do roboty i z nim skończyć, zanim on załatwi ją. Wymamrotała coś dłuższego, nie pozwalając się wierzgającemu basiorowi zrzucić z grzbietu. W pewnym momencie stanął dęba, a w tej samej chwili skończyła mówić. Zrazu zeskoczyła zeń, bowiem sparaliżowany samiec upadł ciężko na glebę. Miała tylko kilka sekund, by zadziałać. Jej kolejne zaklęcie było krótsze. Był to w sumie prosty czar lewitacji. Przeniosła sporą skałę, leżącą nieopodal, z niemałym wysiłkiem, nad wilczura. Paraliż zdążył minąć, ale nie miał wystarczająco czasu, aby tego uniknąć. Głaz przygniótł go od łba po pierś, miażdżąc wszelkie kości. Jeszcze chwilę upewniała się, że nie żyje. Następnie odetchnęła głęboko i siadła, zwalniając magię. Spojrzała w kierunku Antaresa, starając się nie pokazać po sobie bólu, który przenikał całe jej ciało, oraz stanowczego spadku energii. To nie jest koniec ich wyprawy.
- Hmm… co…?  – odezwała się, ujrzawszy, że młody labrador… spał. Zaśmiała się cicho. No cóż, przynajmniej nie widział tej walki. Tak miała nadzieję, bo raczej dla szczeniaka nie było zbyt przyjemnie oglądać coś podobnego. Uśmiechnęła się smutno do siebie. Wiedziała przecie jak to jest. Rozejrzała się czujnie i zawęszyła, jednakże nie wyczuła nikogo groźnego w pobliżu. Nie uspokoiło jej to bynajmniej, bowiem uprzedniego przeciwnika obecności zarówno nie odkryła. Inaczej nie doszłoby do tej sytuacji. Była zmęczona, ale zostać tu nie mogli. Spróbuje wytrzymać dotrzeć na terytorium kojotów. Tam powinni być bezpieczni. Wciągnęła sobie swojego podopiecznego na łepetynę, ruszając dość szybkim, ale w miarę ostrożnym krokiem w dalszą drogę. Musiała uważać, aby go nie zrzucić.

Ilekroć wyczuwała w pobliżu żywe stworzenie, obierała inne ścieżki, aby tylko je wyminąć. Chciała uniknąć kolejnej walki. Mogłaby fizycznie nie wytrzymać. Jednakże szczęście jej w tej chwili dopisało. Nim nastał ranek i Antares się zbudził, byli już na granicy terytorium kojotów. Odnalazła niewielkie bajorko w okolicy, gdzie też zanurzyła się, aby oczyścić z krwi i ziemi. Nie czuła się najlepiej. Lepszym stwierdzeniem byłoby, że doznała wrażenia, iż na serio zaraz tu padnie z wycieńczenia. Ułożyła się na brzegu zbiornika wodnego, aby odpocząć, chociaż odrobinę. Nie wiedzieć kiedy, zasnęła.
- Mmm… - wymruczała jeszcze przez sen, aczkolwiek zaraz się ocknęła. Zbudził ją Antares. Śmiejąc się, skakał po jej łepetynie i wołał „Wstawaj!” do kundelki. Zamrugała półprzytomnie oczyma i drgnęła. Przerwał swoją czynność, gdy to dostrzegł i zeskoczył z niej na glebę. Ulokowała wzrok w młodym.
- Jestem głodny, chodźmy zapolować! – szczeknął wesoło, merdając ogonem. Kundelka uniosła łeb, aby się rozejrzeć uważnie. Było po południe, niemalże wieczór. Nie spała w sumie długo, ale wystarczająco, aby odzyskać trochę sił. Podniosła się i przeciągnęła, ignorując nieznaczny ból w niektórych częściach ciała. Jej sierść wyschła, na szczęście. Aby nie zmartwić swojego kompana, uśmiechnęła się szeroko i wprawiła chwost w ruch, jak to zawsze robiła.
- Okej, chodźmy. – odparła, ruszając zrazu w kierunku kniei niespiesznym krokiem, aby Antares za nią nadążył.
Nic ciekawego raczej się dalej nie wydarzyło, więc skrócę to opowiadanie. Zapolowała, najedli się do syta i bez większego kłopotu odnaleźli pustą jaskinię. Było ich tu sporo, na szczęście. Wypoczęli więc tam do wieczora, a następnie poszli spać, aby całkowicie zregenerować siły na kolejny dzień podróży.
Następnego dnia zbudzili się i wyruszyli dalej, na obszary skaliste, należące do kojotów. Nie obeszło się oczywiście bez spotkania z przedstawicielami tej rasy. Byli jednakże uprzedzeni o ich przybyciu, a więc pomogli jedynie w odnalezieniu właściwych ziół.
Wykonali swoje zadanie. Nie mieli co tu dłużej siedzieć. Jeszcze tego samego dnia wyruszyli w drogę powrotną. Mieli nadzieję, że zejdzie im się szybciej i bezproblemowo. Kundelka była tym razem znacznie ostrożniejsza, gdy wkroczyli na obszary niczyje. Obierała znane i pewniejsze ścieżki, utrzymując wokół szczeniaka zaklęcie ochronne. Tamten basior wcześniej polował na niego, nie na nią czy chociażby ich oboje. Sama nie wiedziała czemu, jednak, jak dla niej było to dość podejrzane. Zbada to jednak kiedy indziej. Ważniejsze było bezpieczne dotarcie na tereny Stada. Dopilnowała tym razem, aby mieli dobry nocleg na dwie kolejne noce, gdy byli jeszcze w drodze na terytorium SPS. Ostatniego dnia podróży przekroczyli granicę i już o wiele pewniej się czując, bez żadnego kłopotu powrócili na polanę.

~*~

Jesus. Oklepane to. Starałam się streścić, jak tylko mogłam, bo jeden, nie mam weny, dwa, mało czasu, a dużo na głowie. Jak widać na liście po prawej, wpisaną mam nieobecność. I tak chwilowo zostanie. Jest ze mną kontakt na gg, będę zaglądać na bloga, ogarniać, co mogę w wolnej chwili. A więc nie znikam jakby całkowicie, ale ucichnę chwilowo. Jak wrócę, napiszę nową Kartę Postaci Sathany. Zmieniłam jej wygląd, a także historię z różnych powodów. Póki co, prosiłabym, aby ktoś ocenił mi zadanie i stwierdził, czy jest zaliczone, czy nie. A tak to, do zobaczenia, pyszczki.

Przy okazji napisałam jeszcze zadanie na Obrońcę Bethy dla Brudera, na jego prośbę.

Bruder - Obrońca Bethy, HI
Zaginęła córka Sathany, Desiree. Wyruszywszy na samotną wędrówkę, nie powracała z niej już któryś dzień. Wszyscy, wraz z jej przybraną matką oraz partnerem, Jeremiah'em zaczęli się martwić. Sathana nie jest w pełni sił po wykonaniu ostatnich zadań, aby móc wyruszyć, poza tym każdy ma swoje obowiązki. Twoim zadaniem będzie wyruszyć na wyprawę poszukiwawczą, odnaleźć Desiree i sprowadzić ją z powrotem na polanę. Jedyne, co wiadomo, to, że ostatni jej trop odnaleziono za pasmem górskim. Wyprawa więc prosta nie będzie, a suczka nie wiadomo, czy jest w ogóle żywa. Powodzenia.
Termin na wykonanie zadania:  21 kwietnia - 05 maja

♠ Sathana

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz