niedziela, 11 maja 2014

Let's play Game [Kanade]

- Zabijesz mnie?
Biała wadera wpatrywała się w siedzącego na przeciwko niej, a raczej w klatce obok osobnika. Jego smolisto czarna sierść idealnie kontrastowała z jej - koloru najczystszego śniegu. Przymknęła oczy, nie słysząc odpowiedzi i westchnęła.
- Dlaczego nic nie mówisz? - stuliła uszy i dotknęła przez pręty nosem, nosa jej przyjaciela. 
Araksjel westchnął tylko, a jego szmaragdowe oczyska wpatrywały się w fioletowe ślepia samicy. Machnął ogonem, zgarniając resztki piasku i liznął ją w pysk.
- Nie zabiłbym Cię nawet wtedy, gdy zależałoby od tego moje życie, Kanade. Jesteś jedynym światłem nadziei w tym zakichanym miejscu.
Nie uśmiechnęła się, lecz wręcz przeciwnie - posmutniała jeszcze bardziej.
- Araksjel, wiesz dobrze, że prędzej, czy później zginę. 
- Powiedzieć Ci coś? - zmrużył ślepia i położył jej łapę w miejscu serca. - Jeśli przegrasz, zginiesz. Jeśli wygrasz, możesz żyć. Jeśli nie walczysz, nie możesz wygrać, ale powiem Ci w sekrecie, że nikt zawzięty, nie może być pozbawiony życia.
Otworzyła szeroko oczy. Odbiła się tylnymi łapami od dna i ruszając szybko łapami zaczęła płynąć ku powierzchni. Wzięła głęboki wdech, gdy tylko się tam znalazła.
- Szlag. - warknęła głośno, wypluwając wodę, która znalazła się w jej gardle.
Wymęczona tą nagłą walką o przetrwanie, popłynęła do brzegu i tam padła jak długa, co z boku wyglądało komicznie. Cała sierść była pozlepiana, mokra i zwisała z niej w dół ukazując jaka w rzeczywistości była długa. Wywaliła jęzor i odetchnęła z ulgą.
- Prosiłam o śmierć to fakt. - spojrzała w niebo. - Ale no bez przesady! W wodzie?!
Po chwili jednak zaczęła się jak głupia śmiać. Przez dłuższą chwilę nie mogła się uspokoić.
- O rany.. Ja to mam cholerne szczęście. - dźwignęła się na łapach i otrzepała z cieczy. - Jak mnie tak ktoś zobaczy, to padnie trupem ze śmiechu.. Ewentualnie serio stanie się zwłokami, jak skoczę mu do gardła. - tak, gadanie do siebie, to był specjalność Kanade. Ale czego się można było spodziewać po prawie dwóch latach samotności?
Przeniosła wzrok na głaz z którego spadła i zmarszczyła brwi. Poczłapała tam i zaczęła węszyć. Wyraźnie bowiem czuła, że ktoś ją zepchnął. Kto - nie miała pojęcia, ale jedno było pewne, miała zamiar się zemścić. Złapała to. Przez moment w mózgu przetrawiała wiadomości z zapachu. Był to samiec i to na pewno nie pies. A więc wilk? Możliwe, ale kto to wiedział, to były tylko przeczucia. Trzymając nos blisko przy ziemi, ruszyła biegiem za tropem.
Starała się biec szybko, byle nie stracić zapachu nieznajomego, który jak widać lubił wyzwania, skoro śmiał zrzucić ją z głazu do wody i prawie utopić. Kłapnęła zębami, czuła go, był blisko. Zatrzymała się z wślizgiem w krzakach i przyczaiła. Zauważyła go i.. znieruchomiała. Był to wilk, oczywiste, smolisto czarny basior, stojący sobie od tak na środku polany i jedzący w spokoju, jak gdyby nigdy nic sarnę. Chwila, moment, obcy na TYM terenie?! Cóż, wiedziała, że nie obędzie się bez walki. Drugą rzeczą było to, że była mocno osłabiona i nie wierzyła, że wyjdzie z tego bez szwanku. Uśmiechnęła się jednak do siebie. A kto powiedział, że będzie łatwo. Powolnym krokiem wyszła z gąszczy na co samiec zareagował natychmiast, chyba poznając ją, bo kłapnął zębami.
- Taki dumny i potężny basior, a brak mu kultury. - prychnęła z sarkazmem i udawanym żartem. - Mamusia Cię nie nauczyła, że nie wrzuca się samic do wody? A może nie umiałam pływać?
Basior chyba nie złapał przynęty, bo stanął przodem do białej wadery, kłapnął po raz kolejny ostrzegawczo kłami i najeżył się, niczym gotowy do walki, a posoka spływająca po jego pysku dawała jawną odpowiedź, że pora ruszyć w taniec z śmiercią. Ugięła łapy, obnażając kły. To była ich rozmowa bez słów, tylko ruchy ciała, mimika pyska. Czarny podniósł wyżej ogon oznaczając, że góruję nad samicą, ale ona się nie dała. Zawarczała ostatni raz ostrzegawczo, lecz nie widząc odzewu, odbiła się od ziemi i szarżą ruszyła na nowego wroga.
Krew polała się od razu. Wbiła brutalnie je w jego łapę, rozrywając trochę mięsa i odskoczyła w tył. Tak, to był jeden ze sposobów walki: gryź i uciekaj, gryź i uciekaj i tak w kółko. Zazwyczaj się przydawał.
Samiec nie wyglądał na zadowolonego z tego powodu. Spojrzał na swoją łapę, a potem znowu na nią. Zawarczał i skoczył.
Gdzie ten Twój pociąg do walki, my dear Kanade?
Drgnęła gwałtownie, słysząc głos w swojej głowie i nie uchyliła się. Zapiszczała, czując ból w boku i przewróciła się na ziemię. Basior stał za blisko, tuż nad nią.
Zabij, Kanade, zabij tak, jak zabijałaś kiedyś, niech czuję ból, strach!
Potrząsnęła łbem i ledwo uniknęła kolejnego spotkania z zębiskami czarnego. Spojrzała na swój krwawiący bok i parsknęła zimno. Nie mogła się teraz tym martwić. Ponowny skok na niego, ugryzienie w grzbiet i ucieczka. Nie był widocznie z tego zadowolony, a walka trwała nadal. Podczas niej doznała urazu na tylnej lewej łapie, grzbiecie oraz tuż przy uszach, przez co krwawiła, ale udało się. Nieznajomy uciekł spłoszony, jak mały szczeniak. Oblizała pysk z posoki i powolnym, trochę chwiejnym krokiem ruszyła ku polanie na której zazwyczaj ktoś siedział. Miała nadzieje znaleźć tam któregokolwiek z medyków, by szybko coś z tym zrobili. Już zamiast opatrywania, wolała dostać ziarna maku, po których słodko mogłaby zapaść w sen. Przymknęła ślepia i przypomniała sobie głosy w głowie. Czyżby jej druga ja nadal gdzieś się czaiła? Sądziła, że zniknęła po śmierci Araksjela, ale jak widać, myliła się.
Miała tylko szczerą nadzieje, że nie zachciałoby jej się zaatakować kogoś z stada i jeszcze gorzej, gdyby któryś przez nią zginął.
Westchnęła głęboko i potrząsnęła łbem. Bała się w takim stanie iść do kogokolwiek z nich, więc bez żadnych zahamowań ruszyła w stronę swojej jaskini. Było to dla niej magiczne miejsce w którym zwykła sypiać i zajmować się swoimi sprawami. Znajdował się on jeszcze głębiej w lesie, pośród gąszczy i krzaków. Mała jaskinia początkowo była zaniedbana i nawet w środku znajdowało się parę trucheł mały zwierząt. Szybko jednak się tym zajęła. Oczywiście jej mania "ozdabiania" wszystkiego musiała się ukazać akurat wtedy, kiedy się "wprowadzała". Na końcu groty, tuż na przeciwko wejścia znajdowało się posłanie wykonane z kilku patyków i nałożonego na to miękkiego mchu. Poza tym nie było tam nic wielkiego, ale ściany i malunki na nich były naprawdę staranne i dla niej piękne. Przedstawiały one krajobraz lasu tak jakby nie było tu jaskini, tylko dalej drzewa i trawa. A nad sufitem napracowała się najwięcej. Nocne niebo, do tego poznajdywała kilka kryształów podczas swojej wędrówki, które powkładała jako gwiazdy, największy z nich służył jako księżyc. Sklepienie było ułożone dość nisko, dzięki temu wejście mogła bez problemu zasłonić krzakami.
Padła na swoje posłanie i jęknęła z bólu, jednak po krótkiej chwili powędrowała do krainy Morfeusza.
~*~*~
Dziękuje wszystkim, którzy przeczytali tą notkę
przed jej pokazaniem (Stasiu, Lenciuch, Allex, Ktoś zwany Ravel'em, Sophie)
*Wyjmuję tęczowy nóż.*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz