Trzeba cieszyć życiem, nim ono zwiędnie - niczym zaniedbany kwiat róży.
Małe łapki stąpnęły na chłodny grunt. Przez moment przeszedł dreszczyk. Opuściwszy ciepłe miejsce u matczynego boku, szczenię wyczuło mróz. Trwała zima. Prawa łapka stanęła na śniegu. Taki biały, delikatny... uniosła kufy, wpatrując się w bielejący nieboskłon z którego spadały malutkie drobinki. Kąciki warg poszły w górę, z gardzieli wydobył się odgłos radości. Skoczyła w przód, opadła na biały puch. Zimny. Zimny, ale taki milutki. Odcisnęła swoją łapkę. Zaśmiała się radośnie...
Zaśmiała się. Radość od śniegu nie umknęła przez rok. Ojczym obdarzył młodą kundelkę poirytowanym spojrzeniem swych brązowo-niebieskich ślep. Tak, był to pies, pół wilk, pół syberian husky z heterochromią. Jeśli chodzi o matkę, była to ruda kundelka o czarnych ślepiach. Oklapłe uszy, długi, futrzasty ogon i długa sierść przecinana czernią. Jednakże chłodny charakter. Owszem, matka nienawidziła córki. Ojciec miał zero do gadania w Jej sprawie, chociaż kochał młodą Sathanę. Westchnęła cicho. Suczka miała równy rok, nie była już tak całkowicie szczenięciem. Stanęła teraz wśród nagich drzew, lustrując ciemność między nimi. Musiała wyruszyć, by pokazać, iż jest jeszcze czegoś warta. A więc czas na Nią. Odetchnęła głęboko, zerknęła jeszcze w stronę ojca. Biały pysk rozkwitł pokrzepiającym uśmiechem, a i suczka nieśmiało Go odwzajemniła i ruszyła w las. Po krótkiej chwili pochłonął Ją mrok. Leśny cień, a pod łapami chłodny śnieg...
Odetchnęła głęboko. Czas zabrać się do roboty. Znikła już z pola widzenia stada - tym lepiej. Zgrabnie manewrując między drzewami, węszyła w powietrzu. Wkrótce Jej uszu dobiegł szum wodospadu. Ruszyła biegiem w tym kierunku. Wody. Nie piła nic od kilku godzin. Nie jadła nic od kilku godzin. Westchnęła, wywaliwszy ozór na wierzch. Miała sucho w gardzieli. Wreszcie jednak dotarła. Zbliżyła się do źródełka wody i zanurzyła pyskowia... ciecz oblała Jej kufę, zmoczyła sierść. Lecz przynajmniej zaspokoiła pragnienie. Następnie odwróciła się i zachłysnęła świeżym powietrzem. Zaraz wyczuła woń innej zwierzyny. Nie ma pewności, czy to akurat rogacze... ale raz kozie śmierć. Kundelka pierwszy raz jest na polowaniu, nie rozpoznaje jeszcze zapachów. Wiedziała tyle, iż nie była to mała grupka zwierząt. Ruszyła jednak uparcie w kierunku źródła owego zapachu. Przebiła się przez zarośla. Powoli, spokojnie, bezszelestnie dotarła na skraj małej polanki. Tak jest! Było to stadko młodych jeleni wśród których dało się wypatrzeć i sarny. Bez większego szmeru zbliżyła się, ukryta wciąż w cieniu. Powolnymi krokami nieboskłon podchodził pod barwę czerni. Jeszcze chwilkę... i skoczyła. W jednej chwili znalazła się już na grzbiecie spłoszonego rosłego rogacza. Nie była ciężka, tym samym z łatwością udźwignął kundelkę - lecz pazury miała ostre. Wpiła te u przednich łapczydeł i pociągnęła, rozdzierając mięśnie i skórę. Zeskoczyła ze zwierzyny w tym samym momencie, kiedy ta upadła martwa na śnieg. Wokół szkarłatne posocze wyróżniało się na tle bieli puchu. Nie przejęła się tym, iż łapczydła zarówno miała zbroczone świeżą krwią. Złapała ofiarę w pysk i posiliła się.
Oblizała warg. Teraz pełna sił mogła trwać dalej w podróży. Lecz ledwie uniosła kufy... zawęszyła. Krew przesączyła się przez całe powietrze. Odór posocza był aż mdlący, tak intensywny. Zacisnęła kłów. Co się dzieje? Skąd tyle krwi? Wtem coś Ją w pędzie wyminęło. Nie zdążyła się przyjrzeć, lecz Jej nozdrza wyłapały psi zapach. Stanęła zszokowana. Znajomy psi zapach, aż nazbyt. Powinna raczej również uciekać, co jeszcze - dogonić swojego ojca. Lecz zawróciła czym prędzej w drogę powrotną. Ile sił w łapach. W powietrzu rozległ się strzał. Psie skomlenie było coraz bliżej, z każdym Jej krokiem bliższe. Coraz bardziej to rozpacz w sercu przybierała na sile. To ludzie! Myśliwi zaatakowali stado! Ale... ale jak?! Wyskoczyła wkrótce z zarośli, lecz zaraz stanęła jakoby słup soli, wpatrując sie w to, co zastała. Rzeź. Po prostu rzeź. Wszędzie krew, grunt był odeń rozmokły. Psie lamenty nie cichły. Gdzieś w głębinach grót wciąż członkowie stada siedzieli, leżeli, jednakże czekali juz jedynie na przybycie śmierci. A tak - na polanie wiało pustką. Ruszyła w stronę głównej groty, groty Jej rodziców. Przeszukała cały głąb, lecz... matki nie było. Nikogo tam nie było. Po kilkunastu minutach zapadła sroga cisza przerywana jedynie gwizdem wiatrzyska i zamieci śnieżnej. Uniosła kufy, patrząc w nieboskłon. Śnieg. Stał się taki szorstki w dotyku, lodowaty, nieprzyjemny. Spuściła łba do poziomu i zaraz popędziła w las. Nic tu już po Niej...
Przez ciernie dotrę do gwiazd, by wiecznie być szczęśliwa.
~*~
Ohayo! Sathu się wysiliła i zdążyła, dzięki oszczędzaniu weny, napisać to o wiele wcześniej, niż obiecała. Już od dawna planowałam napisać od nowa historię mojej postaci - jednakże niespecjalnie miałam kiedy się zabrać, a wczoraj akurat naszła mnie wena na napisanie. W dodatku skończył mi się szlaban [za małą intrygą], więc będę o wiele częściej, bynajmniej do czasu, bowiem czeka mnie jeszcze rehabilitacja dwutygodniowa w tym miesiącu. W każdym razie, opowiadanie to jest równocześnie zadaniem na LO. Wkrótce powinna ukazać się druga część. Za błędy przepraszam i te ortograficzne, i interpunkcyjne, czy to literówki czy gramatyczne. :3
Miłego dnia!
~ Stahu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz