niedziela, 13 października 2013

Zawiłości miłości. Part II.

        Muzyka dudniła w skroniach rozsadzając świadomość. Świat wokół wściekle wirował. Rozpływał się w jej destrukcyjnym tańcu. Oddychała wyraźnie, mierząc kolejne ciosy. Zacisnęła szczęk, bo potężny wór nie był jej pokorny. Nie chciał ustąpić pod naporem małych pięści niezależnie od tego, ile serca włożyła w uderzenie. Drżał jedynie jakby w spazmach śmiechu, uwieszony stabilnie u sufitu. Warknęła gniewnie, przerzucając zręcznie środek ciężkości z jednej nogi na drugą, gdy wprawiała ciało w ruch śrubowy. Pięta zaświeciła przy okrutnej maszynie, aby zdusić ją w potężnym kopniaku z półobrotu. Siłę czerpała z ciężaru całego ciała. Dopiero wtem przeciwnik wygiął się na hakach, aby ze zgrzytem przesunąć parę metrów w bok. Złapała równowagę za uszy, stając znów twardo na nogach. Uniosła jedną z dłoni, aby otulić ją palcami drugiej. Ogień trawił obie ręce, jednak był zdecydowanie lepszy od nic nierobienia. Krew przeżarła świeży opatrunek. Zrobiła miazgę z knykci przy okazji ćwiczeń. Kark wyjątkowo odsłonięty błyskał w sztucznym świetle. Oblana potem chwyciła po butelkę mineralnej, chcąc zaczerpnąć ukojenia. Ciecz sperliła się w kąciku ust, aby spłynąć po brodzie i szyi w głąb dekoltu. Zadygotała nieprzyjemnie. Schłodzona woda w tak ciepłym miejscu to zdecydowanie zły dotyk. 
        Brwi zawadziły o czoło, gdy odsuwała gwint od uchylonych warg. Na dole rozległ się łomot. Zwróciła wzrok w stronę okna, a źrenice sięgnęły nieba w zażenowaniu. Matka znów wywaliła coś z kuchennej szafki. Ostatnio wszystko leciało jej z rąk... No to pierwszy raz w życiu miały ze sobą cokolwiek wspólnego. Zdecydowała, że pokaże się w kuchni. 
- Pokaleczysz się... - mruknęła, spoglądając z ukosa na kobietę zbierającą z kafelek odłamki stłuczonej porcelany. Cennej niegdyś. Teraz nie miała najmniejszego znaczenia rozbita na dziesiątki mikroskopijnych kawałków. Ciężki wzrok spadł na jej jasną twarz. Wyrażał tak wiele emocji naraz, że wzbudził obrzydzenie w nastoletnim sercu. Jasnowłosa obróciła się na pięcie, jak maszyna kierując z powrotem do swojego pokoju. Nie, nie miała zamiaru pomóc rodzicielce w sprzątaniu. Nie czuła takiej potrzeby.
         Zadzwonił telefon, wywnioskowała to po wibracji rozbijającej się o parapet. Nie miała ochoty odbierać, nawet jeśli miałoby to kolosalne znaczenie dla wybuchu Apokalipsy. A jednak coś ją tknęło. Komórka zbyt irytująco miotała się po hartowanym drewnie. Wyciągnęła ramię jakby aparat miał ją pożreć. Jeszcze mniej chętnie zbliżyła go do ucha, zbyt ciężko było włączyć głośnomówiący.
- Słucham. - rozległ się jednostajny głos. Do pełni zmechanizowania brakło jej jedynie pozgrzytujących natrętnie trybików.
- Craig robi imprezę w Starbucks! Musisz koniecznie przyjść.
Pożałowała, że uciszyła telefon. Po stokroć wolała już jego brzęczenie od głośnej potańcówki.
Nic nie muszę, Cama. Wiesz o tym.
- Zrzędzisz, kochana! Zaraz po ciebie wpadnę.
- nie pytała o zgodę.
- Ani mi się waż... 
Bonnie zaczęła z pasją godną niejednego muzyka, lecz stłumił ją sygnał urwanego połączenia. Ze złością cisnęła komórkę na łóżko. Odbiła się od materaca, z łoskotem spadając na podłogę.
- Szlag by cię trafił! - jak domniemana przyjaciółka mogła postawić osobę tak niecierpiącą ludzi w podobnej sytuacji. Nie pozostało więc nic, jak wziąć prysznic i zatracić się w kojącym szumie wody. Spłukać z siebie wszelaką złość, by powitać świat z kolejną porcją fałszywego śmiechu, dobrej miny naszpikowanej sztucznością po krańce ust. Ci co za dnia się cieszą często w nocy płaczą, to odwieczna prawda. Samotność towarzyszką życia. Nie była wyrzutkiem, miała przyjaciół. Lubiła z nimi wyjść, pośmiać się, zapomnieć o szarej rzeczywistości. Jednak kiedy wracała w mury domu, z szeroko otwartymi ramionami witała ją właśnie ta dusząca pustka, którą zaleczała wysiłkiem. Namiętnie romansowała z workiem treningowym, tuląc sztangę do piersi. A w nocy kotłowała się w pościeli, z psim zacięciem odtrącając od siebie ramię samotności. Jednak to nie było takie proste. Odtrącona kobieta, nawet ta będąca tylko wytworem twojej wyobraźni, staje się nagle nieznośna i natrętna. Obracając doń plecami czujesz, jak pazurami orze ci łopatki, nie dając spać. Złościsz się i zwalasz wszystko na bezsenność. Ale wiesz, że mimo wszystko jest inaczej.
        Blondynka wyszła z kabiny, otulając się czarnym, puchatym ręcznikiem. Uwielbiała go i jego ogólną miękkość. Obejmował skórę jak najdelikatniejszy kaszmir, a kaszmirem przecież nie był. Zgrabna imitacja. Agresja ulotniła się z niej w spokoju czterech ścian, pozostawiając uśmiech przyczajonego tygrysa. Wtedy przyszła Cama, aby przygotować przyjaciółkę do wyjścia. Nie ma to jak piątek wieczór. I było cicho. Mimo wzajemnej obecności żadna nie ważyła się wypowiedzieć słowa. Cudownie milczały w swoim własnym towarzystwie.
                                                                          

                                                           
                                                         ... a gdy było już po wszystkim.


- Zwalisz wszystkich z nóg, kochana! - tylko Cama potrafiła tak świergolić. Jej głos z pewnością oscylował na częstotliwości dostatecznie wysokiej, aby bezproblemowo przewiercić się przez mózg i skronie słuchacza. W tym przypadku ofiarą była Bonnie.
- Jakbym niedostatecznie potrafiła przywalić... - ton jeszcze przez chwilę stłumiony był i gardłowy niczym warkot wilka. Jednak postać z prostownicą w dłoni nijak się tym nie przejęła. Wpatrywała się w swoje dzieło, okrywając zachwytem.
- Jesteś śliczna! - piszczała w miernej kontynuacji hymnu.
- Z tą tapetą na twarzy? Z pewnością.
- Przestań, na twarz nałożyłam ci tylko krem. Masz suchą skórę.
- A co mam na oczach?
- Eyeliner, cień, trochę tuszu...
- To już brzmi jak dobry skład bomby chemicznej. -
musiała podnieść się za stołka, aby stanąć przy lustrze. Rzadko podchodziła do siebie od strony czysto estetycznej, choć musiała przyznać, że było na co popatrzeć. Choć nie należała do tych przesadnie wysmuklonych i długonogich, z pewnością miała czym oddychać i na czym usiąść w miarę możliwości. W końcu gdy uprawia się sport obfity biust staje się utrapieniem. Bonnie cieszyła się ze swoich proporcji, co w wieku nastoletnim zdarza się bardzo rzadko. Ładne wcięcie w talii wyeksponowane czernią dopasowanej sukienki. Szerokie biodra nadające nieco kokieteryjnej pikanterii. Materiał opijał się kusząco na jasnych udach, a obcas modelował łydki. Było idealnie... Póki nie zacznie chodzić i nie połamie nóg. Dwunastki na początek to nie najlepszy start, jednak zawsze chwaliła się swoim wyczuciem równowagi. Dziś podda ją oficjalnej próbie.
        Zagryzła wargę, układając palcy na słodko zaokrąglonych biodrach. Materiał sukni opierał się na piersi. Dobrze jej było w czerni. Na prawdę fajnie kontrastowała z alabastrową skórą. Mocny makijaż też odrywał się od jasnych włosów, teraz przerażająco prostych, sięgających za łopatkę.
- Podoba mi się. - stwierdziła z westchnieniem ulgi, oglądając własne odbicie z ciekawością zwierzęcia. Pierwszy raz w życiu mogła spokojnie sobie powiedzieć "jestem ładna" i nie wybuchnąć śmiechem goryczy.
- Idziemy na pieszo?
- Zgłupiałaś? Chłopaki od godziny czekają na dole.
Strach zaświecił w oczach Bonnie. Jak to, chłopaki? I zobaczą ją taką odstawioną? Śmiech na sali gwarantowany.
- Wiesz, ja bym się chyba wolała przejść...
- W tych butach? -
zadrwiła Cama i bez pardonu pociągnęła przyjaciółkę za sobą na dół. Nikt nie pytał, dokąd idą i kiedy wrócą. Nikogo to nie obchodziło, w końcu mieli własne sprawy.

        Cholerne szpilki. Cholerna sukienka. Bała się w niej wsiąść do auta. I dlaczego miała takie perfidne wrażenie, że siedzący w fotelu obok Darren miast uważać na drogę, usilnie próbował wcisnąć się oczyma między jej nogi. Zacisnęła kolana w niemej panice. Całe to bycie "ładną" było stanowczo przereklamowane. Splotła ramiona na piersi, jedną z dłoni przykrywając bolący kark. Była zbyt spięta.
       
        Obudziła się w obcym pokoju, lecz nie czuła strachu. Nie bała się podświadomie, zupełnie jakby była w miejscu zupełnie bezpiecznym. Ponadto była ubrana, co świadczyło o tym, że nie zrobiła nic lekkomyślnego. Nieprzytomnie wierciła dziurę w suficie. Zamglone oczy widziały tylko czarne smugi.  Nie pamiętała, jak było na zabawie. Może zbytnio się upiła, albo za mocno przyłożyła głową w ścianę. Tak strasznie rozsadzało jej łeb... Niemożliwe żeby była skacowana, dałaby sobie ręce uciąć że nie wypiła nic poza mineralną, którą ciągle nosiła przy sobie. Zmrużyła powiek, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, ale każde kolejne podejście odbijało się niesamowitym cierpieniem mentalnym. A ponoć myślenie nie boli. Oddychała powoli, a pierś unosiła się i opadała miękko na miarę tchu. Niewyraźny obraz zaświecił przed oczyma.
        Wracały z Camą do domu. Właściwie tylko Bonnie wracała, bo Camę trzeba było wlec po bruku. Wtedy ktoś je zaczepił. Chyba od strony rewersu, bo nie pamiętała twarzy. Sapnęła cicho, usiłując odświeżyć umysł, ale to w niczym nie pomagało. Spojrzała na siną kostkę i obdarte udo. No tak, przewróciła się, gdy złamała obcas! A złamała obcas, bo napastnik próbował przyprzeć ją do ściany. Czasami mało trwała chińszczyzna potrafi zrujnować człowiekowi życie. Poczuła ścisk w żołądku, jednak brnęła dalej we wspomnienie nocy wczorajszej. Chyba próbowała walczyć, bo nagle nieokreślony ogień objął jej ramiona. Obejrzała je. Były sine tak jak skręcona noga. Chyba była skręcona. Oby była skręcona, mówiła sobie po cichu. Cama krzyczała, ale krzyczała daleko. Czyżby uciekała? Nie, nie, Cama wołała o pomoc ale ulica śmiała się jej w twarz okropną głuchotą.
Bonnie wymierzyła cios i trafiła mężczyznę w krtań. Właściwie to nie dało się zablokować dłoni, ciskała więc pięściami na prawo i lewo w niekontrolowanej furii, a gniew dał jej siłę. Siłę tak wielką, że przeciwnik sturlał się z niej rzucając mięsem. Zaraz... Wcale się nie stoczył, został odciągnięty.
        Drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów, a ślepia poczerniały ze strachu. Wrzasnęła, nim ujrzała twarz. Miała dziką chęć wydrapać drogę ucieczki w betonowej posadzce, na której tłukło się szkło.
Najwidoczniej nie tylko ona była w szoku. Wreszcie źrenice wielkie jak na haju napotkały oczy porażająco przystojnego kierowcy z wczoraj, uśmiechnął się blado. Niósł jej śniadanie. Obiad. Kolację? Oddychała szybko, a mózg pracował na najwyższych obrotach.  Miała wrażenie, że za moment odleci. I wtedy o jej uszy otarł się ten wibracyjny głos.
- Szybko się ocknęłaś... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz