piątek, 4 kwietnia 2014

Kanade's Story - Shattered Pieces! Part Two [Kanade]

Gdy rozsądek zaćmiewa mi oczy zanikającą świetnością,
iluzjami słońca
Odzwierciedlenie kłamstwa sprawi, że będę czekać,
Z miłością, która dawno odeszła!
~Trading Yesterday - Shattered

Czarny jak smoła wilk oblizał pokryte krwią wargi i rozejrzał się wokół. Jego partnerka leżała również martwa, a jej białe futerko brudziła czerwień. Szczeknął z irytacją i schylił łeb wgryzając się w małe ciałko szarego wilczka i pożerając go tak jak resztę. Została samica. Nie miał zamiaru zmarnować niczego co tu zostało, nawet jeśli to oznaczało dopuścić się zapełnienia żołądka jej osobą. Jego pysk wykrzywiła grymas zadowolenia i dzikiej satysfakcji, ale coś mu się nie zgadzało. Jednego szczeniaka brakowało. Przesunął wzrokiem po polance i wciągnął w nozdrza zapach. Poczuł go od razu. Zamiast jednak rozpocząć pościg podszedł do martwej wadery i zaczął się posilać wbijając kły w nią i rozrywając mięso, a skończył dopiero, gdy zostały same kości i krew. Wtedy uniósł łeb ku górze, a z jego gardzieli wydobyło się groźne wycie. Znowu wdmuchał trop nosem i odbił się od ziemi ruszając w pogoń.
Biegła. Dalej, przed siebie, ta mała, biała kulka futerka. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia, kiedy co rusz przewracała się o choćby liść. No bo co może robić trochę ponad tygodniowy szczeniak? Miała jeszcze zbyt nieporadne łapki. Nie wiedziała co ma robić.
Chciała do mamy. Tak bardzo, że nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Bała się i do tego głód matczynego mleka przybywał dość szybko i dawał się we znaki. Zwolniła w końcu i popiskując, wołając w ten sposób o pomoc szła dalej. Wszystko wokół niej wydawało się ogromne, nawet mała gałąź. Zaczęła się trząść i cichutko wyć. W pewnym momencie usłyszała szczekanie. Zatrzymała się pełna nadziei. Jednak po chwili tego pożałowała. Jej uszy stuliły się, podkuliła ogon, a pyszczek wykrzywił grymas strachu.
Oto na przeciw niej stał nie kto inny, tylko jej własny ojciec i wpatrywał się w nią morderczym wzrokiem. Mała rzuciła się po raz kolejny do ucieczki, lecz po niespełna trzech sekundach, ojciec trzepnął ją łapą i rzucił na drzewo. Uderzyła w nie i z piskiem upadła na zimną trawę. Teraz była potulna błagając w myślach, by się zlitował i nie odbierał jej życia. Ten jednak przycisnął ją mocno łapą do ziemi chcąc by się trochę pomęczyła, cóż za sadystyczny tata. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia rozpaczy. Basior przesunął pazurami po jej grzbiecie zostawiając krwawiące ślady. Nie, proszę, zostaw mnie, myślała. Wydawało się, że płakała na swoim szczenięcy sposób. Samcowi jednak szybko się to znudziło. Przekrzywił łeb i ukazał dwa rzędy ostrych kłów. Schylił się chcąc również jej żywot zakończyć, lecz wtem, coś ją od niego oderwało. A raczej nie coś, tylko ktoś.
Czarny podpalany owczarek stał bokiem do niej w obronnej pozie warcząc i chroniąc ją za wszelką cenę. Otworzyła szerzej fioletowawe ślepka zszokowana, ale szczęśliwa, że ktoś ją uratował. Wilk poderwał się z ziemi i otrzepał z liści. Kłapnął zębami i rzucił się na psa. Jednak zanim dotknął go zębami rozległo się szczekanie. Dwa inne psy, również owczarki skoczyły na basiora gryząc się z nim i nie dając mu dojść do "przywódcy" grupy. Gdy tamci się kotłowali, właśnie on obrócił się do wilczego dziecka i schylił łeb w jej stronę. Zapiszczała bojąc się, ale ten tylko liznął ją po pyszczku i uśmiechnął się.
- Nic Ci nie jest? - spytał cichutko z troską i machnął ogonem. - Jestem Ares, nie bój się.
Patrzyła na niego kuląc się potulnie. Przeniósł wzrok na walczących. Czarny zawarczał i po chwili uciekł w przeciwną stronę, z dala od wrednych samców, ranny i wściekły.
Ares zgarnął ją lekko do siebie łapą nadal patrząc na przyjaciół.
- Dobra robota panowie. - uśmiechnął się. - Musimy już wracać do obozu myśliwych.
Dopiero teraz dojrzała dziwne zaciśnięte coś, które mieli na swoich szyjach z medalikami. Zamrugała niezrozumiale, a z jej gardła wydobył się dziwny dźwięk. Samiec podniósł ją za kark i ruszył z resztą w kierunku wyjścia z lasu. Pozwalała się nieść, czując bezpieczeństwo przed morderczym ojcem. Kuliła ogonek, aż w końcu usłyszała kolejne szczekania i dziwne głosy.
Wbiegli na łąkę na której stacjonowali myśliwi i ich psy. Wtedy Ares zwolnił i szedł z tyłu. Położył ją na ziemi.
- Chodź. - dreptała więc posłusznie przy jego łapach.
Wpatrywała się z zdziwieniem w obce im, dwunożne stworzenia. Byli przerażająco ogromni i ogólnie tacy dziwni, bez sierści, tylko obciągnięci skórą. Czyżby wyłysieli? Zastrzygła uszkami na co basior obok niej zaśmiał się.
- Pewnie w życiu nie widziałeś ludzi.
O nie. Fuknęła zatrzymując się i patrząc na niego wrogo. Czy ty uznajesz mnie za chłopaka? Zauważył to i szybko dodał.
- Przepraszam! Nie wiedziałaś. - speszył się z chichotem. - Pomyliłem się.
Wydęła wargi, podskakując i co chwila się przewracając szła dalej za miłym samcem. W pewnym momencie, gdy szli między dziwnymi rzeczami z których wchodzili i wychodzili również jak to ich nazwał Ares "ludzie" poczuła na swojej sierści dziwnie przyjemny dotyk i zaraz, że ktoś ją podnosi. Zapiszczała głośno.Dorosły, ponad 30 letni mężczyzna trzymał ją teraz na dłoni i patrzył z uśmiechem.
- Gdzie żeś ją znalazł Ares? - pogłaskał ją po karku i rannym grzbiecie. - Ojej, biedna, zaraz się tobą zajmę. Będziesz idealnym szczeniakiem dla moich córek.
Czy to oznacza, że będzie lepiej?
I straciłam to, kim jestem!
I nie mogę zrozumieć...
Dlaczego moje serce jest tak złamane?
Odrzucając twoją miłość, bez miłości! 
~Trading Yesterday - Shattered

________________________________________________________________
Wybaczcie, muszę trzymać napięcie ;) Dlatego będą aż cztery notki z tego xD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz