sobota, 19 kwietnia 2014

Kanade's Story - "Dear Agony please let me Die." [Kanade]

 Chcę być dalej niż życie, pragnę śmierci.
Istnieje nieskończony cud, miniaturowy ogród na końcu.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.


To była piękna, gwieździsta noc, a na samym szczycie nieba górował ogromny, świecący swym białym blaskiem księżyc w pełni. Wokół głucha cisza, którą przerywał tylko szelest poruszanych przez wiatr liści oraz plusk wody spływającej z wielkiego nie szerokością, lecz wysokością wodospadu do małej rzeki. Trawa błyszczała od światła wielkiej kuli wysoko w górze.
W pewnym momencie całość przerwał cichy pomruk i dźwięk łamanej gałązki, a ptaki siedzące na jednym z drzewem po prawej stronie poderwały się przestraszone do lotu w górę, jednak zwierz, który wyszedł spoza gąszczu nie zwrócił na to żadnej uwagi. Był to ogromnych rozmiarów, czarny wilk, z jarzącymi się w mroku jasno złotymi ślepiami. Pierwsze co na pewno rzuciło się w oczy to krew spływająca z jego pyska i trzymana w zębiskach zdobycz w postaci dość sporego zająca. Basior zmierzał powolnym krokiem ku małej grocie, a raczej norze schowanej pod wielkim dębem na skraju lasu, przy rzece. Z tamtego także miejsca po krótkiej chwili zaczęły się wydobywać cichutkie popiskiwania. Samiec stanął tuż przed wejściem i zajrzał do środka mrużąc oczyska.
Na samym dnie tego schronienia leżała bialutka, niczym śnieg samiczka rasy Alaskan Malamute. Miała ona łeb położony na łapach i zamknięte oczy. Wyglądała na zmęczoną. Tuż przy jej brzuszku leżało pięć maleńkich, skulonych kuleczek, które wydobywały z siebie piszczące dźwięki. Malutkie szczeniaczki ugniatały łapkami matczyny brzuszek pijąc łapczywie mleko, tak bardzo były głodne. Czwórka z młodych była czarna lub szara, odziedziczając sierść po ojcu, tylko jedna, najmniejsza z nich była koloru swojej matki. Właśnie ona.
Samiec nie wyglądał jednak na zadowolonego. Super, kolejne gęby do wykarmienia. Już miał problem z tym, żeby spełnić głodowe chęci swojej partnerki, ale żeby dawać żreć piątce kolejnych podobnych stworzeń?! Z jego gardzieli wydobył się wark na którego natychmiast zareagowała samica. Podniosła łeb i spojrzała na swojego ukochanego szczęśliwa. Ona była dumna ze swoich dzieci. Ten jednak rzucił jej do środka zająca i warknął na nią zdenerwowany. Skuliła uszy i zaskomliła zdziwiona. Basior położył się tyłem do niej przy wyjściu i natychmiast zasnął kompletnie ignorując jej błagalne odgłosy.
Biała zjadła czym prędzej zdobycz, by tylko napełnić swój brzuch i dostarczyć młodym potrzebnego pokarmu. Liznęła długim jęzorem również śnieżną sierść jej jedynej córki, która spała jako jedyna z rodzeństwa.
Tak miał zacząć się początek końca.
***
Mijały dni odkąd samica zrodziła potomstwo. Z każdą sekundą, minutą, godziną było coraz gorzej, a to dopiero rozpoczęcie piekła jakie miało nastąpić. Czarny basior zamiast pomagać swojej wybrance, znęcał się nad nią warcząc, sycząc, a nawet niekiedy używając kłów. Dlaczego to robił? Już drugiego dnia chciał pożreć młode, by tylko nie przeszkadzały mu w byciu, ale Alaskan Malamute się nie zgodziła i nawet mocno zraniła wilka, który ze skomlnięciem i warkiem odbiegł od groty i przez trzy dni się nie pokazywał. Przez ten czas matka zajmowała się samotnie dziećmi. Młode były bardzo żwawe jak na kilka dni. Samica uśmiechała się widząc jak przewracają się o siebie w zabawie. Pewnego słonecznego dnia postanowiła wyprowadzić małe na zewnątrz, by mogły rozprostować łapki. Wyniosła je powoli z jamy i postawiła przed wejściem. Te od razu rozpoczęły szczenięcą zabawę. Kotłowały się ze sobą, ganiały przewracając i popiskiwały wesoło. Wadera cieszyła się razem z nimi, ale w jej sercu tkwił strach, że wilk przyjdzie i zrobi im krzywdę, dlatego cały czas niespokojnie rozglądała się wokół. I nie myliła się.
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?
Czarny jak smoła wilk oblizał pokryte krwią wargi i rozejrzał się wokół. Jego partnerka leżała również martwa, a jej białe futerko brudziła czerwień. Szczeknął z irytacją i schylił łeb wgryzając się w małe ciałko szarego wilczka i pożerając go tak jak resztę. Została samica. Nie miał zamiaru zmarnować niczego co tu zostało, nawet jeśli to oznaczało dopuścić się zapełnienia żołądka jej osobą. Jego pysk wykrzywiła grymas zadowolenia i dzikiej satysfakcji, ale coś mu się nie zgadzało. Jednego szczeniaka brakowało. Przesunął wzrokiem po polance i wciągnął w nozdrza zapach. Poczuł go od razu. Zamiast jednak rozpocząć pościg podszedł do martwej wadery i zaczął się posilać wbijając kły w nią i rozrywając mięso, a skończył dopiero, gdy zostały same kości i krew. Wtedy uniósł łeb ku górze, a z jego gardzieli wydobyło się groźne wycie. Znowu wdmuchał trop nosem i odbił się od ziemi ruszając w pogoń.
Biegła. Dalej, przed siebie, ta mała, biała kulka futerka. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia, kiedy co rusz przewracała się o choćby liść. No bo co może robić trochę ponad tygodniowy szczeniak? Miała jeszcze zbyt nieporadne łapki. Nie wiedziała co ma robić.
Chciała do mamy. Tak bardzo, że nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Bała się i do tego głód matczynego mleka przybywał dość szybko i dawał się we znaki. Zwolniła w końcu i popiskując, wołając w ten sposób o pomoc szła dalej. Wszystko wokół niej wydawało się ogromne, nawet mała gałąź. Zaczęła się trząść i cichutko wyć. W pewnym momencie usłyszała szczekanie. Zatrzymała się pełna nadziei. Jednak po chwili tego pożałowała. Jej uszy stuliły się, podkuliła ogon, a pyszczek wykrzywił grymas strachu.
Oto na przeciw niej stał nie kto inny, tylko jej własny ojciec i wpatrywał się w nią morderczym wzrokiem. Mała rzuciła się po raz kolejny do ucieczki, lecz po niespełna trzech sekundach, ojciec trzepnął ją łapą i rzucił na drzewo. Uderzyła w nie i z piskiem upadła na zimną trawę. Teraz była potulna błagając w myślach, by się zlitował i nie odbierał jej życia. Ten jednak przycisnął ją mocno łapą do ziemi chcąc by się trochę pomęczyła, cóż za sadystyczny tata. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia rozpaczy. Basior przesunął pazurami po jej grzbiecie zostawiając krwawiące ślady. Nie, proszę, zostaw mnie, myślała. Wydawało się, że płakała na swoim szczenięcy sposób. Samcowi jednak szybko się to znudziło. Przekrzywił łeb i ukazał dwa rzędy ostrych kłów. Schylił się chcąc również jej żywot zakończyć, lecz wtem, coś ją od niego oderwało. A raczej nie coś, tylko ktoś.
Czarny podpalany owczarek stał bokiem do niej w obronnej pozie warcząc i chroniąc ją za wszelką cenę. Otworzyła szerzej fioletowawe ślepka zszokowana, ale szczęśliwa, że ktoś ją uratował. Wilk poderwał się z ziemi i otrzepał z liści. Kłapnął zębami i rzucił się na psa. Jednak zanim dotknął go zębami rozległo się szczekanie. Dwa inne psy, również owczarki skoczyły na basiora gryząc się z nim i nie dając mu dojść do "przywódcy" grupy. Gdy tamci się kotłowali, właśnie on obrócił się do wilczego dziecka i schylił łeb w jej stronę. Zapiszczała bojąc się, ale ten tylko liznął ją po pyszczku i uśmiechnął się.
- Nic Ci nie jest? - spytał cichutko z troską i machnął ogonem. - Jestem Ares, nie bój się.
Patrzyła na niego kuląc się potulnie. Przeniósł wzrok na walczących. Czarny zawarczał i po chwili uciekł w przeciwną stronę, z dala od wrednych samców, ranny i wściekły.
Ares zgarnął ją lekko do siebie łapą nadal patrząc na przyjaciół.
- Dobra robota panowie. - uśmiechnął się. - Musimy już wracać do obozu myśliwych.
Dopiero teraz dojrzała dziwne zaciśnięte coś, które mieli na swoich szyjach z medalikami. Zamrugała niezrozumiale, a z jej gardła wydobył się dziwny dźwięk. Samiec podniósł ją za kark i ruszył z resztą w kierunku wyjścia z lasu. Pozwalała się nieść, czując bezpieczeństwo przed morderczym ojcem. Kuliła ogonek, aż w końcu usłyszała kolejne szczekania i dziwne głosy.
Wbiegli na łąkę na której stacjonowali myśliwi i ich psy. Wtedy Ares zwolnił i szedł z tyłu. Położył ją na ziemi.
- Chodź. - dreptała więc posłusznie przy jego łapach.
Wpatrywała się z zdziwieniem w obce im, dwunożne stworzenia. Byli przerażająco ogromni i ogólnie tacy dziwni, bez sierści, tylko obciągnięci skórą. Czyżby wyłysieli? Zastrzygła uszkami na co basior obok niej zaśmiał się.
- Pewnie w życiu nie widziałeś ludzi.
O nie. Fuknęła zatrzymując się i patrząc na niego wrogo. Czy ty uznajesz mnie za chłopaka? Zauważył to i szybko dodał.
- Przepraszam! Nie wiedziałaś. - speszył się z chichotem. - Pomyliłem się.
Wydęła wargi, podskakując i co chwila się przewracając szła dalej za miłym samcem. W pewnym momencie, gdy szli między dziwnymi rzeczami z których wchodzili i wychodzili również jak to ich nazwał Ares "ludzie" poczuła na swojej sierści dziwnie przyjemny dotyk i zaraz, że ktoś ją podnosi. Zapiszczała głośno. Dorosły, ponad 30 letni mężczyzna trzymał ją teraz na dłoni i patrzył z uśmiechem.
- Gdzie żeś ją znalazł Ares? - pogłaskał ją po karku i rannym grzbiecie. - Ojej, biedna, zaraz się tobą zajmę. Będziesz idealnym szczeniakiem dla moich córek.
Czy to oznacza, że będzie lepiej?

***
Dlaczego tu jest tak ciemno? Nic nie widzę! Pomocy! Niech ktoś mi pomoże!
Biała kuleczka futerka siedziała w zamkniętym, pięknym, prezentowym pudełku, które na wierzchu miało nawet kokardę. Nie wiedziała, gdzie tajemniczy jegomość ją zabiera. Przylgnęła ze strachem do ścianki i zaskomliła. Wtem koła auta najechały na jakiś kamień co podrzuciło ją do góry. Z jej gardzieli wyrwał się pisk. Jeszcze bardziej się trzęsła, kuląc na ile mogła. Zacisnęła powieki. Nagle poczuła, że się zatrzymują i zaraz po tym, mężczyzna, który ją zabrał wziął prezent z nią w środku. Poczuła chłód, no tak, przecież była zima.
I ludzkie święta bożego narodzenia. 
Została podarowana w prezencie dwójce małych dzieci. To miała być jej nowa rodzina, ale stała się jej największym koszmarem.
Miała wtedy zaledwie rok, gdy dzieciom się znudziła. Nie miała pojęcia o prawdziwym świecie, nic. Została zabrana. Nie wiedziała przez kogo, ani dlaczego.
Ale kolejny rozdział w jej życiu się zaczął.

***

Wrzucili ją zamkniętą w worku do jakiegoś auta i zatrzasnęli bagażnik. Szarpała się mocno, nie mogąc się wydostać i do tego jeszcze ten cholerny kaganiec. O co zaś chodzi?! Kim oni są i dlaczego mnie złapali?! W końcu jednak legła nieruchomo, a jej głowę zaczęły nachodzić przerażające myśli. Wtedy właśnie poczuła ogromny strach. Jechali po wertepach, bo cały czas wyrzucało ją do góry albo na boki. W pewnym momencie uderzyła bardzo mocno łbem o jakąś metalową część. Zaskomliła, a jej oczy zaszła całkowita czerń.
Czuła ciężar, gdy ktoś ją niósł, ale nie mogła się dobudzić, wręcz przeciwnie, ponownie straciła przytomność.
Uchyliła powieki jakieś trzy godziny później. Wszystko kołowało jej się przed oczyma, albo zamazywało. Jęknęła głośno i pisnęła unosząc łeb oraz starając się podnieść. 
- Biała księżniczka wreszcie się obudziła. - usłyszała czyiś głos z boku.
Podskoczyła jak oparzona, cofając się w tył, ale jej zad natrafił na coś zimnego i metalowego. Spojrzała na to "coś". Krata. Była nimi otoczona. Podkuliła ogon i stuliła uszy. Dopiero wtedy jej wzrok padł na osobnika, który do niej przemówił. Był to samiec, miała co do tego pewność. Jego sierść była czarna, a ogon poruszał się powoli, roztrzepując troszkę piasku. Szmaragdowe oczy nie spuszczały z niej wzroku. Wpatrywała się w niego, a jej fioletowe były szeroko rozwarte.
- G..gdzie ja jestem? - spytała ze strachem.
Tuż obok niej była druga klatka. Stamtąd wydobył się śmiech. Kolejny samiec, tym razem na pewno miała pewność co do jego rasy. Rottweiler.
- Jesteś głupia, czy serio nie wiesz? - warknął z ironią. - Trafiłaś na ring malutka.
Czarny westchnął, kładąc pysk na łapach, ale nadal na nią patrząc.
- R..ring? Jaki ring?! O co chodzi?!
Ponownie się zaśmiał.
- Walki psów. Takie wiesz, na śmierć i życie.
Aż usiadła z przerażenia, a z jej gardzieli wydobywały się piski i skomlnięcia. Była bardzo przerażona, wręcz na skalę największą. Walki? Ja nie umiem przecież walczyć!
- Jeśli będziesz mieć szczęście. - odezwał się mieszaniec. - To zanim trafisz na ring, ktoś Cię kupi. - westchnął, ale w jego głosie słychać było, że to graniczy z cudem. 
Potrzebowała prawie 4 godzin na zrozumienie swojego położenia i tego co się jej przytrafiło. Wyła głośno, skomliła i piszczała. Dopiero potem oberwała pałką w głowę od jednego z "porywaczy" i zapadła w sen. 
Jej pierwsza walka została zorganizowana dzień później. Wyprowadzono ją na łańcuchu na piaskowy, mały ring. Wszędzie wokół niego byli ludzie. Śmiali się, stawiali zakłady, nie obchodziło ich to, że któryś z psów miał tutaj zginąć. Stała, przylegając bokiem do jednej ze ścianek i skomliła błagając, by ją wypuścili. Wtem na arenę wpuszczono jeszcze jednego psa. Dorosłego, doświadczonego dobermana. Otworzyła szerzej oczy. Ja tu zginę, na pewno zginę. Basior spojrzał w jej stronę i zaszczekał groźnie, obnażając kły.
- Moi drodzy! - rozległ się głos prowadzącego to szatańskie widowisko. - Macie zaszczyt widzieć na własne oczy jak młoda samka wilka i nasz mistrz walczą zaciekle na śmierć i życie! Zaczynajmy więc!
Doberman szczeknął jeszcze raz i rzucił się na nią. Czuła jak serce jej przyśpiesza. Natychmiast odbiła się od ziemi i zaczęła uciekać, a raczej biegać po całym ringu, by tylko jej nie dopadł. Zdawała sobie sprawę, że i tak koniec niechybnie nadejdzie. Wtedy właśnie przypomniała sobie jedną rzecz. Zapamiętała mimo tego, że była mała jak jej własny ojciec zabijał jej rodzinę. Przymknęła ślepia, zatrzymała się gwałtownie, odwróciła wbijając pazury w ziemię, rozszerzyła pysk ukazując rząd idealnych, białych kłów i rzuciła się do gardła samcowi. Ich bitwa była zaciekła, pełna rozlewu krwi. Wbiła zębiska w jego szyję, powalając go na ziemie. Jedna jej łapa byłą na jego brzuchu, by się nie ruszał, a drugą przytrzymywała mu pysk. Nie chciała przecież, by zrobił jej krzywdę, to by było dla niej niekorzystne. Przegryzła mu tętnice, a basior zdechł na miejscu. Wtedy narodziła się nowa ona - zaciekle walcząca morderczyni, a jej natura bezbronnej wadery odeszła zamknięta w jej sercu głęboko.
Mijały tygodnie, miesiące, a jej doświadczenie i "sława" rosły z dnia na dzień. Była jedną samicą, która potrafiła tak dać innym w kość i to dosłownie. Zaprzyjaźniła się jednak z czarnym samcem z klatki obok niej. Wręcz można by to nazwać czymś więcej. Mimo iż dzieliły ich kraty, bardzo się ze sobą zżyli. On jako jedyny potrafił wydobyć z niej prawdziwą ją. Była szczęśliwa. Samiec ten zwał się Araksjel i był naprawdę wspaniały.
Lecz pewnego dnia to wszystko się skończyło. 
Jej "kochany" poszedł na kolejną walkę, a ona czekała na niego jak zawsze z uśmiechem na pysku, wierząc, że zwycięży.
Nie wrócił.
Czuwała długo, dopóki dźwięki bitwy nie ucichły, a on nie wracał. Zaczęła się bać, naprawdę. Pierwszy raz od dawna czuła strach. Trzymała łapy na kratach wpatrując się w wejście. W pewnym momencie, otworzyły się. Zaczęła machać ogonem czując szczęście i myśląc, że Araksjel wraca.
Wrócił.
Ale nie taki jakim chciałaby go widzieć.
Nigdy nie chciałaby.


Jedno się kończy, a drugie zaczyna.
Jeden z mężczyzn niósł martwe cielsko jej przyjaciela. C..co..? Jej ślepia szeroko się rozwarły. N..nie.. NIE! Uderzyła natychmiast bokiem bardzo mocno w drzwi, a te otworzyły się z hukiem. Facet spojrzał na nią zdziwiony. Przewróciła go tak, by puścił czarnego samca. Stanęła przy nim i zaczęła skomlić.
- Araksjel.. Araksjel, ej! Obudź się! Obudź się, proszę.. - z jej oczu wypływały łzy.. tak.. to były łzy.
Widząc, że nie rusza się, zrozumiała, że to koniec. On umarł, a jej połowa serca została w jego. Przegryzła porywaczowi gardło i uciekła z areny.
Od tamtej pory jej serce zaczęło pragnąć ponownie tego samego uczucia pokochania przez kogoś, wszystko się zmieniło, jej zła i waleczna część zamieniła się miejscami z prawdziwą ją. 
Po prawie roku poszukiwań, odnalazła nowe stado w nadziei, że spotka tu miłość swojego życia i prawdziwą rodzinę.

I straciłam to, kim jestem!
I nie mogę zrozumieć...
Dlaczego moje serce jest tak złamane?
Odrzucając twoją miłość, bez miłości! 
~Trading Yesterday - Shattered
***
Mam nadzieje, że się podoba.
Z góry przepraszam za czcionkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz