poniedziałek, 17 listopada 2014

Never lose hope...Cz.2 [Lucky]



Rozpoczęło się słoneczne lato. Pierwsze promienie słońca dotarły do naszej lisicy z trójką młodych. Przedarły się przez otwór w norze i zaświeciły w oczy lisiej rodzinie, budząc przy tym rudą, a po chwili jej dzieci. Przyzwyczaiła się ona do braku partnera obok, można i powiedzieć że o nim zapomniała, tak samo jak z inną trójką jej potomków. Lisia mama uniosła swój łeb rozglądając się zaspanymi oczyma po norze, sprawdzając czy wszystkie liski są z nią. Były. Ziewnęła, pokazując swoje małe, lecz ostre kły i długi jęzor. Wyciągnęła mocno przednie łapy do przodu, aby je trochę rozciągnąć, zaś tylne-to tyłu, wyglądało to dość komicznie. Szczenięta, choć co dopiero się obudziły zaczęły swe beztroskie zabawy. Ich mama uniosła swoją przednią część ciała, przechodząc do siadu. Spoglądała na swoje pociechy z czułym uśmiechem. Były one bardzo urocze...i te ich zabawy! Pacały się swoimi małymi łapkami i nieraz naskakując na siebie. Raz nawet, siostra i brat naskoczyli na siebie w tym samym momencie i przytulili się, po chwili odbijając się od siebie i lądując na swych grzbietach. Nie marnując okazji, drugi brat skoczył na siostrę i pociągnął ją za łapkę, a potem za ucho. Mała chciała zepchnąć z siebie starszego od niej liska, lecz na marne. Wtedy ich matka parsknęła śmiechem i pokręciła łbem. Wstała i pomagając jedynej córce, wzięła w psyk syna. Odłożyła go jednak po chwili, gdyż zaczął się szarpać w jej pysku, próbując uciec. Gdy w końcu był wolny, naskoczył tym razem na samca. Przewalił go na plecy, zaczął gryźć i rzuć jego uszko. Młodszemu, jednak się to nie spodobało. Próbował wstać, czy też zepchnąć. I ponownie pomóc musiała mamuśka. Zepchnęła łapą rudego i polizała po czole swe najmłodsze dziecko.

 -No dzieciaki, może już koniec tych figlów?-Zapytała, śmiejąc się.-Nie jesteście głodni?
Gromadka lisków stanęła nieruchomo, gdy usłyszeli głos lisicy. Spojrzały się na nią, przekrzywiając lekko łeb, wszystkie w te samą stronę. Ruda ponownie się zaśmiała i polizała każdego swojego potomka.
-Ja jestem trochę głodna...-Odezwała się spokojnie samiczka, podchodząc do dorosłego lisa.
Otarła się łebkiem o jej łapę, podobnie jak robią to koty. Usiadła obok niej, przyglądając się bracią i czekając, aż oni odpowiedzą.
-Ja jestem strasznie głodny!-Zawołał najstarszy, rzucając się z otwartym pyskiem na siostrę.
Młoda, przewidziała jednak ruch samczyka. Odskoczyła do tyłu i przekręciła oczyma. Lisek leżał plackiem na ziemi, warcząc pod nosem i przyglądając się zezłoszczonym wzrokiem siostrze.
-Jesteś taki przewidywalny...-Mała westchnęła, kręcąc łebkiem nad bratem.
Tego było już za wiele. Jej brat, naskoczył na nią i jednym sprawnym ruchem przygniótł ją swoimi małymi, lecz silnymi łapskami warcząc. Pociągnął ją mocno za ucho, wyrywając troszkę sierści. Lisiczka pisnęła z bólu i zaczęła się szarpać, aby tylko go zepchnąć z siebie.
-Zejdź ze mnie! Przygniatasz mnie! Wypad!-Krzyczała, bardzo wściekła na brata.
Nie raz chciała go ugryźć w ucho, czy nos, lecz ten zawsze jakoś tego unikał nadal siedząc na siostrze.
-Brutus! Zejdź z Abby!-Ich matka w końcu się odezwała z podniesionym tonem-Tak nie wolno robić.-Zepchnęła go swoim nosem na ziemię.
Na pysku szczeniaka pojawił się grymas i lekko zły patrzył na swoją mamę. Wstał, otrzepał się z piachu i z arogancko uniesionym łbem zasiadł na ziemi.
-Ja jestem też głodny.-Powiedział najmłodszy ze wszystkich, Maks.
-No to chodźmy na śniadanie..Tylko poczekajcie w norze. Ja zobaczę, czy jest bezpiecznie.-Posłała każdemu liskowi uśmiech, po czym wyszła.
Wystawiła lekko łeb, rozglądając się dookoła. Serce jej trochę szybko biło, to jest pierwszy raz, gdy jej szczenięta wyjdą na zewnątrz. Na pierwszy rzut oka wszytko było pięknie, ładnie. Lecz ona musi dokładniej sprawdzić teren. Wystawiła dalej łeb i wlepiła wzrok w krzaki, jakby miał wyskoczyć z nich ryś. Jednak nic.



Wyszła z niej całkowicie, bardziej wyluzowana. Zasiadła przed norą, uśmiechając się lekko. Pogoda była piękna, aby pokazać dzieciom pierwszy raz świat na zewnątrz. Na błękitnym niebie, znajdowało się tylko grzejące, letnie słońce oraz małe, białe obłoki. Głuchą ciszę w lesie przerywał śpiew ptaków oraz lekki szum drzew, które kołysały się spokojnie raz w lewo, a raz w prawo. Lis siedział tam odprężony, rozkoszując się tą ciszą i świeżym powietrzem. Spojrzała na wejście do nory, zaparła dech w piersiach. Musiało to się w końcu stać, nie mogła ich wiecznie ukrywać w norze. Drżącym głosem zawołała swe młode, wszystkie po imieniu. Rodzeństwo, szybko rzuciło się do wyjścia z nory, bardzo podekscytowane. Zaczęli się pchać, przeciskać, byleby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Nagle, wszyscy zahamowali przy końcu długiego i wąskiego korytarza. Serce im mocno waliło, a na pyskach gościł wielki uśmiech. Maks wystawił łeb z nory. Zobaczył zieloną trawę, białe kwiaty, krzewy i drzewa. Spojrzał nieco wyżej, zobaczył błękitne niebo z białymi chmurami i żółtym słońcem, które raziło go po oczach. Dzielnie postawił łapę do przodu, potem drugą, trzecią i czwartą...Znalazł się w końcu na zewnątrz. Poczuł liście pod swymi małymi łapkami i letni wiaterek, który przedarł się przez jego futro. Zamachał wesoły ogonem, rozglądając się zaciekawiony dookoła. Abby z Brutusem, po chwili również wybiegli z nory, uśmiechając się szeroko i podziwiając świat poza norą.
-Mamo, tu jest cudnie!-Zawołała siostra Maks'a, skacząc na rudą i obdarowując ją przytuleniem.- O wiele, wiele lepiej niż w norze.
Lisica uśmiechnęła się promiennie do samiczki, lecz po chwili uniosła swój łeb rozglądając się po swoich dzieciach.
Maks węszył obok nory, Abby tuliła jej łapę, a Brutus polował na motyla, który przysiadł na białym kwiatku i spokojnie popijał z niego nektar. Najstarszy brat, szedł bezszelestnie do owada, ukazując lśniące w słońcu, małe kiełki. Przyległ do ziemi, parę centymetrów przy roślinie, a z jego gardziel wydobył się cichy warkot. Napiął mięśnie, a jego bursztynowe oczy nie spuszczały wzroku z motyla. W końcu skoczył. Biały owad w porę wzniósł się w powietrze, spokojnie i powoli zaczął lecieć w stronę innego kwiatka. Samczyk upadł na roślinę, przygniatając ją do ziemi swoim cielskiem. Zaskomlał cicho, a po chwili głośno warknął na motyla. Potrząsnął łepetyną i obejrzał się za siebie. Zobaczył śmiejące z niego rodzeństwo wraz z mamą. Wstał, głośno fuknął i rzucił się na Maksa z warkotem i otworzoną mordą. Jednak, ich mama szybko chwyciła w pysk atakującego syna, odkładając obok siebie. Potrząsnęła łbem, a po chwili skarciła go. Po paru minutach ponownie zaczęły się beztroskie zabawy w berka i walki. Ich matka siedziała i z ciepłym uśmiechem obserwowała dzieci, całkowicie odprężona.
-No dobrze, dzieciaki.-Uniosła zad i rozejrzała się dookoła.-Idziemy na polanę. Tam będzie wiele ciekawszych zajęć.-Ruszyła do przodu, a za nią podekscytowane dzieciaki.

--------------------

Przepraszam, że część taka krótka ;-;








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz