Rozpoczęło
się słoneczne lato. Pierwsze promienie słońca dotarły do naszej lisicy z
trójką młodych. Przedarły się przez otwór w norze i zaświeciły w oczy
lisiej rodzinie, budząc przy tym rudą, a po chwili jej dzieci.
Przyzwyczaiła się ona do braku partnera obok, można i powiedzieć że o
nim zapomniała, tak samo jak z inną trójką jej potomków. Lisia mama
uniosła swój łeb rozglądając się zaspanymi oczyma po norze, sprawdzając
czy wszystkie liski są z nią. Były. Ziewnęła, pokazując swoje małe, lecz
ostre kły i długi jęzor. Wyciągnęła mocno przednie łapy do przodu, aby
je trochę rozciągnąć, zaś tylne-to tyłu, wyglądało to dość komicznie.
Szczenięta, choć co dopiero się obudziły zaczęły swe beztroskie zabawy.
Ich mama uniosła swoją przednią część ciała, przechodząc do siadu.
Spoglądała na swoje pociechy z czułym uśmiechem. Były one bardzo
urocze...i te ich zabawy! Pacały się swoimi małymi łapkami i nieraz
naskakując na siebie. Raz nawet, siostra i brat naskoczyli na siebie w
tym samym momencie i przytulili się, po chwili odbijając się od siebie i
lądując na swych grzbietach. Nie marnując okazji, drugi brat skoczył na
siostrę i pociągnął ją za łapkę, a potem za ucho. Mała chciała zepchnąć
z siebie starszego od niej liska, lecz na marne. Wtedy ich matka
parsknęła śmiechem i pokręciła łbem. Wstała i pomagając jedynej córce,
wzięła w psyk syna. Odłożyła go jednak po chwili, gdyż zaczął się
szarpać w jej pysku, próbując uciec. Gdy w końcu był wolny, naskoczył
tym razem na samca. Przewalił go na plecy, zaczął gryźć i rzuć jego
uszko. Młodszemu, jednak się to nie spodobało. Próbował wstać, czy też
zepchnąć. I ponownie pomóc musiała mamuśka. Zepchnęła łapą rudego i
polizała po czole swe najmłodsze dziecko.
-No dzieciaki, może już koniec tych figlów?-Zapytała, śmiejąc się.-Nie jesteście głodni?
Gromadka
lisków stanęła nieruchomo, gdy usłyszeli głos lisicy. Spojrzały się na
nią, przekrzywiając lekko łeb, wszystkie w te samą stronę. Ruda ponownie
się zaśmiała i polizała każdego swojego potomka.
-Ja jestem trochę głodna...-Odezwała się spokojnie samiczka, podchodząc do dorosłego lisa.
Otarła
się łebkiem o jej łapę, podobnie jak robią to koty. Usiadła obok niej,
przyglądając się bracią i czekając, aż oni odpowiedzą.
-Ja jestem strasznie głodny!-Zawołał najstarszy, rzucając się z otwartym pyskiem na siostrę.
Młoda,
przewidziała jednak ruch samczyka. Odskoczyła do tyłu i przekręciła
oczyma. Lisek leżał plackiem na ziemi, warcząc pod nosem i przyglądając
się zezłoszczonym wzrokiem siostrze.
-Jesteś taki przewidywalny...-Mała westchnęła, kręcąc łebkiem nad bratem.
Tego
było już za wiele. Jej brat, naskoczył na nią i jednym sprawnym ruchem
przygniótł ją swoimi małymi, lecz silnymi łapskami warcząc. Pociągnął ją
mocno za ucho, wyrywając troszkę sierści. Lisiczka pisnęła z bólu i
zaczęła się szarpać, aby tylko go zepchnąć z siebie.
-Zejdź ze mnie! Przygniatasz mnie! Wypad!-Krzyczała, bardzo wściekła na brata.
Nie raz chciała go ugryźć w ucho, czy nos, lecz ten zawsze jakoś tego unikał nadal siedząc na siostrze.
-Brutus!
Zejdź z Abby!-Ich matka w końcu się odezwała z podniesionym tonem-Tak
nie wolno robić.-Zepchnęła go swoim nosem na ziemię.
Na
pysku szczeniaka pojawił się grymas i lekko zły patrzył na swoją mamę.
Wstał, otrzepał się z piachu i z arogancko uniesionym łbem zasiadł na
ziemi.
-Ja jestem też głodny.-Powiedział najmłodszy ze wszystkich, Maks.
-No
to chodźmy na śniadanie..Tylko poczekajcie w norze. Ja zobaczę, czy
jest bezpiecznie.-Posłała każdemu liskowi uśmiech, po czym wyszła.
Wystawiła
lekko łeb, rozglądając się dookoła. Serce jej trochę szybko biło, to
jest pierwszy raz, gdy jej szczenięta wyjdą na zewnątrz. Na pierwszy
rzut oka wszytko było pięknie, ładnie. Lecz ona musi dokładniej
sprawdzić teren. Wystawiła dalej łeb i wlepiła wzrok w krzaki, jakby
miał wyskoczyć z nich ryś. Jednak nic.
-Mamo, tu jest cudnie!-Zawołała siostra Maks'a, skacząc na rudą i obdarowując ją przytuleniem.- O wiele, wiele lepiej niż w norze.
Lisica uśmiechnęła się promiennie do samiczki, lecz po chwili uniosła swój łeb rozglądając się po swoich dzieciach.
Maks węszył obok nory, Abby tuliła jej łapę, a Brutus polował na motyla, który przysiadł na białym kwiatku i spokojnie popijał z niego nektar. Najstarszy brat, szedł bezszelestnie do owada, ukazując lśniące w słońcu, małe kiełki. Przyległ do ziemi, parę centymetrów przy roślinie, a z jego gardziel wydobył się cichy warkot. Napiął mięśnie, a jego bursztynowe oczy nie spuszczały wzroku z motyla. W końcu skoczył. Biały owad w porę wzniósł się w powietrze, spokojnie i powoli zaczął lecieć w stronę innego kwiatka. Samczyk upadł na roślinę, przygniatając ją do ziemi swoim cielskiem. Zaskomlał cicho, a po chwili głośno warknął na motyla. Potrząsnął łepetyną i obejrzał się za siebie. Zobaczył śmiejące z niego rodzeństwo wraz z mamą. Wstał, głośno fuknął i rzucił się na Maksa z warkotem i otworzoną mordą. Jednak, ich mama szybko chwyciła w pysk atakującego syna, odkładając obok siebie. Potrząsnęła łbem, a po chwili skarciła go. Po paru minutach ponownie zaczęły się beztroskie zabawy w berka i walki. Ich matka siedziała i z ciepłym uśmiechem obserwowała dzieci, całkowicie odprężona.
-No dobrze, dzieciaki.-Uniosła zad i rozejrzała się dookoła.-Idziemy na polanę. Tam będzie wiele ciekawszych zajęć.-Ruszyła do przodu, a za nią podekscytowane dzieciaki.
--------------------
Przepraszam, że część taka krótka ;-;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz