Smutno, gdy resztkami złudzeń duszę podpartą rozum uświadomić musi... że nie było warto.
Bywa, że czasem trzeba się poświęcić. Nie można powiedzieć, iż Kundelka nie ceniła swojego życia mniej od życia dziewczynki, którą ocaliła - po tym, co się wydarzyło w dalszej kolejności, Suczka utraciła wszelką wiarę w to, iż poświęcenie się za Amelię bylo jakkolwiek warte czegokolwiek. Co się właściwie dalej zdarzyło? Sathana oraz dziewczynka spadły, jednakowoż w ostatnim momencie Suczka zdołała jakoby wymienić się miejscami ze swą Panią - ochroniła Ją tym samym przed większymi obrażeniami, które przyjęła na siebie. Amelia zaś wylądowała wtedy na miękkim ciele Sathany, dodając Jej jedynie cierpienia i bólu. Obiła się niesamowicie, a i uprzednio złamana łapa wygięta była pod dziwnym kątem i krwawiła - to jednakże nei było jedynym miejscem, z którego palący ból paraliżował całe ciało Kundelki. Najprawdopodobniej miała złamane kilka kości... nie to jednakze w ów momencie Ją interesowało. Zignorowała ból, by podsunąć się bliżej nieprzytomnej dziewczynki, która, na szczęście, nie miała na sobie większych obrażeń. Sama Sathana po chwili opadła z sił i utraciła przytomność.
Zbudziła się prawdopodobnie kilka godzin później. Uchyliła powiek, jednakże... znajdowała się w zamkniętym... pudle? Tak bowiem określiła powonienie swej 'celi', w której się znalazła. Po bokach znajdowało się kilka dziur, które miały dać Jej świeże powietrze. Po krótkiej chwili Jej uszu dobiegły strzępki rozmowy pomiędzy... rodzicami Amelii i jakimś obcym facetem.
- ...ten Pies jest niebezpieczny, nie możemy Jej tu dłużej trzymać... - ozwała się matka, która jeszcze coś majstrowała przy zamknięciu pudła. - Widzi Pan, co się stało z Naszą córką. Znaleźliśmy Ją nieprzytomną, a obok była właśnie Sathana, która pewnie była oblepiona właśnie krwią Amelii! - pisnęła. Kundlica zacisnęła kłów i poruszyła zdrową łapą, przejechawszy opuszkami po ściance kartonu. A więc takie było wyobrażenie sytuacji, która wydarzyła się w ów wieczór... opuściła łapę i zignorowała dalsze słowa, chcąc zasnąć. Skoro tak, niech już Ją wyrzucą. Proszę bardzo. Tego dnia Kundlica nauczyła się, iż ludzie to niegodne zaufania stworzenia, które potrafią jedynie zranić serce wiernego Kamrata, w ów wypadku, właśnie Sathany. Po kilkunastu minutach zdołała osunąć się w głęboki sen, by ulżyć swojemu wewnętrznemu cierpieniu. Zresztą, nie jedynie wewnętrznemu. Przez cały czas odczuwała, jakoby zagłuszony aczkolwiek, ból dochodzący z łapy i innych ran, które zdobyła przy upadku. Musiała być jednakże silna...
Zbudziła się ponownie, nie wiedziała, gdzie, kiedy i jak. Czuła się sparaliżowana i obolała. Jej ciało było odrętwiałe, aczkolwiek... nie odczuła bólu. Gdy uchyliła półprzytomnie powiek, Jej oczom ukazały się rozerwane ścianki kartonu, których strzępki leżały rozrzucone na trawie. Potrzebowała jeszcze krótkiej chwili, by uświadomić sobie, co się wydarzyło, gdzie mniej-więcej się znalazła... dokładniej, był to las. Jednakże, z tego co pamięta - nim pogrążyła się we śnie uprzednim razem, znajdowała się nie tyle, że w domu, to i pudło było całe. Czemu więc teraz było całe w strzępach? Odetchnęła głęboko, drgnąwszy. Nadal była przemęczona, jak i oblepiona własną krwią, a takie bynajmniej miała wrażenie. Najbardziej jednakże był dla Niej zaskakujący fakt, iż Jej łapa... była cała. Odetchnęła. Co się dzieje? Przymknęła ślep, mając wątpliwości co do wyjścia z kartonu. Z pewnością coś musiało na Kundelkę czyhać za nagimi, aczkolwiek z wolna pączkującymi już drzewami kniei, która okryta była płaszczem milczącej nocy. Bała się... doprawdy. Chociaż niegdyś wielkie były co do Suczki oczekiwania, nie. Ona nie miała możliwości na spełnienie ich. Nie była silna, jakoby to wyobrażała sobie matka. Nie miała cierpliwości i stoickiej postawy ojca czy też rozumnego umysłu brata. Wciąż w oczach wszystkich była szczenięciem... i to musiała zmienić. Zacisnęła kłów i z wolna podniosła się na przednie łapczydła, starając się odczytać zmysłami, czy ktoś w pobliżu się nie czai. Tak jednakże nie było... odetchnęła głęboko, uchylajac powiek. Rozejrzała się bacznie wokół. Nie znajdowała się tak całkowicie w lesie... nie, miejsce, które dostrzegła swymi ślepiami było znajome i leżało na skraju kniei. Nadwyraz znajome. Jej źrenice zwężyły się, gdy poznała rozciągającą się wokół łąkę. Poznała ów miejsce nawet mimo faktu, iż roślina ledwie pęczniała, zaś wokół rozciągał się nocny krajobraz. Może tak, nie za pomocą wzroku odkryła, iż jedt to znane już Kundelce miejsce. Odkryło to po charakterystycznym powonieniu, z którego poznała Psy. Tak samo było ostatnio, jednakowoż jak i ostatnio, odczuwała wymieszaną z tym własną krew. No i zresztą, wtedy myślała, iż był to zapach czworonożnych, które towarzyszyły w ów momencie myśliwym, jak i zarówno zapach Ojca. Acz, i ówczasem zdoałała wyróżnić i powonienie obcych Psów. A więc... czyżby te tereny były zamieszkane? Uniosła kufy ku górze, wodząc spojrzeniem brązowych patrzałek po rozgwieżdżonej kopule niebios. Zachłysnęła się świeżym powietrzem. Nagle jednakże oślepił Ją nagły blask od strony właśnei nieboskłonu. I coś rąbnęło Kundlicę w łeb, tak, że z zaskoczenia padłą na glebę.
- Uh... - wyrzuciła z siebie, potrząsnąwszy łepetyną, by pozbyć się chwilowego i delikatnego bólu. Zamrugała oczyma, podnosząc się z gleby. Zaraz jednakże coś przykuło Jej wzrok... dosyć sporych rozmiarów kamień leżący na jednym z większych kawałkach rozdartego kartonu. Był czarny, jakoby głęboka noc, aczkolwiek dostrzegła go dzięki pierwszej łunie dnia dobywającej się za widnokręgu. Czarny, owalny kamień, z którego wyczuwała dosyć nieprzyjemną oraz ciężką aurę, chociaż jakoby Jej znaną...? Odetchnęła, tknąwszy znalezisko nosem. Onyks. To zwykły onyks. Uniosła brwi, dostrzegłszy zarówno, iż jest on opleciony czarnym rzemykiem. Bezmyślnie, zachwycona swą zdobyczą, wsunęła ją na swoją szyję. Rozejrzała się wokół ponownie, pewniejszymi ruchami, których powodem było świtające niebo, które zaś z kolei oblało w świetle poranka całą knieję. Nie miała zamiaru wyruszać na drugi skraj łąki - nie widziało Jej się spotkanie w takowym stanie, w jakim teraz była fizycznie, spotkać z innymi przedstawicielami psowatej rasy, jeśli takowi się tam znajdowali. A całe Jej futro zbro... zaintrygowana przyjrzała się swoim łapczydłom. Posocze zniknęło. Zmrużyła ślep. Wpierw zbudziła się o zdrowej kończynie. Następnie okazało się, iż karton był rozerwany na strzępy, w dalszej kolejności, odnalazła tajemniczy kamień, który spadł prosto z niebios, teraz zaś Jej futro było oczyszczone z krwi. Co to wszystko miało oznaczać...? Podobnie nierealne sytuacje, nie były możliwe. Śniła? Nie, niemożliwe. Przed chwilą rąbnęła łepetyną w pień drzewa i jakoś odczuła ból, który zarówno Jej nie zbudził. Odetchnęła. Już nic a nic nie rozumie... podjęła ponownie swą wędrówkę przez knieję.
Wkrótce, a było to najprawdopodobniej niespełna południe, ostała się na odnalezionej w głębi lasu dosyć przyjemnej polance. Gdzieś w połowie swojej drogi odczuła palący głód i pragnienie, które uprzednio zagłuszone były przez początkowy szok, jakowy pierwotnie zapoczątkowało u Niej przebudzenie w nocy. No cóż. Ledwie siadła na glebie, zaraz się podniosła. Trzeba by odnaleźć chociażby odrobinę wody... miała sucho w gardzieli. A i, mimo, iż sama tego nie dostrzegła, na Jej tułowiu wyraźnie odbiły się już żebra - no bo ile to już nie jadła, większość czasu przesypiając? Nim jednak postawiła pierwszy krok w kierunku drzew, spomiędzy nich wyjrzał dorodny jeleń. Zamrugała oczyma. O wilku mowa... właśnie chciała coś przekąsić. Chociaż, nie. Z jakiej paki rogacz mógł być tak głupi, by nawinąć się na drogę mięsożercy? Parsknęła pod nosem, postąpiwszy pierwszy krok, zwierzę jednakowoż nie poruszyło się. Co dziwne, nawet zarówno nieznacznie się zbliżyło. Co się działo...? No cóż, nie będzie tracić okazji. Rzuciła się na jelenia, dostrzegłszy jeszcze jedynie przebłysk, gdy to przez patrzałki zdobyczy przenikł momentalny, szkarłatny blask. Wstrzymała się, zastanowiwszy się nad tym. Nie, nie, nie będzie tu przecież wymyślać niestworzonych historii... zapewne tylko tak Jej się zdawało, iż to czerwień, a tak wprawdzie to odbicie Słońca, które właśnie wyjrzało za horyzontu. Wpiła zachłannie kły w podgardziele swej ofiary. Zakończyła posiłek w trymiga. Nareszcie, zdołała najeść się do syta. Oblizała warg z jeleniej krwi, jeżdżąc opuszkami łapczydła po pozostałości po zwierzynie - skórze owleczonej krótką, ciemnobrązową sierścią. Mogło to się na coś zdać...
Może nie miała jakichś wielkich umiejętności w tym, aczkolwiek zdołała z jednego płatu skóry wykonać niewielki woreczek, który poprzebijała kłami w kilku miejscach. Następnie zaś zdjęła z szyi onyks, wrzuciwszy go do środka, by następnie odwiązać zeń rzemyk. Ten zaś zaraz został przewleczony przez szerokie otwory, które wykonała w swojej robótce. Ściągnęła go i uwiesiła sobie na szyi. Gdy to zrobiła zaś, podniosła się i wtedy także nie wyczuła, iż w środku pojawił się dodatkowy ciężarek. Mlasnęła, skierowawszy kroki w kierunku szemrającego w pobliżu strumyka. Rozejrzała się po jego brzegu, aczkolwiek raczej nikomu tu nie wadziła. Zbliżyła się więc i upiła jeden łyk chłodnej wody... zaraz jednakże rozległ się donośny plusk, niemalże tuż obok Kundlicy. Zszokowana, odskoczyła z kołatającym ze strachu sercem, wpatrując się w coś, co chyba próbowało Ją zaatakować, a jakimś cudem wylądowało w potoku. Idiota się potknął pewnie. Parsknęła pod nosem i odwróciła się, by uciec z ów miejsca. I ponownie nie wyczuła przybyłego ciężarku w woreczku.
Odetchnęła, wstrzymawszy kroku na skraju kniei. Rozejrzała się wokół... zmarszczyła czoła. Hej, z jakiej paki wróciła na łąkę? Westchnęła cicho i wtem wstrzymała dech, gdy usłyszała gdzieś za za sobą głuchy, kruczy lament. Bezmyślnie skierowała kroki w ów kierunku, zaciekawiona, jak i zaniepokojona. Może nie człowiek - aczkolwiek nie chciała ignorować, jeżeli zagrożone jest życie innego zwierzęcia. Czarne ptaszysko leżało zaledwie kilka metrów dalej o wygiętym skrzydle, pod dosyć dziwnym kątem. Chciała Go dotknąć, coś pomóc, ale... ledwie musnęła czarnopiórego opuszkami łapczydła, ten poderwał się do lotu, jakoby nic zupełnie się nie wydarzyło. I wtedy dopiero wyczuła kolejne obciążenie w woreczku. Zsunęła go zaskoczona z szyi, na glebę i otworzyła. W środku znalazła nie jeden kamień, odnaleziony onyks... był tam zarówno w identycznym kształcie szmaragd, rubin oraz szafir.
Uśmiechnij się, bo jeśli teraz się poddasz to już nigdy nie dasz rady.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz