środa, 12 grudnia 2012

Zadanie do hierarchii indywidualnej : Mag


  Krzątała się po jaskini, pakując wszystkie potrzebne rzeczy. Najtrudniej było jej wybrać flakoniki. W końcu zdecydowała się na pięć fiolek : z płynem leczniczym, uśmierzającym ból, żrącym, wodą mgielną i z pyłem wodospadowym. Zastanawiała się chwilę, po czym spakowała kilka bandaży. 
- No cóż... Jestem gotowa. - posłała jeszcze jedno smutne spojrzenie na swoją jaskinię. Na szyję założyła naszyjnik z czarnym kamieniem. Miała w nim ,, oszczędzoną '' energię. Zarzuciła torbę na grzbiet, a na łapę wsunęła dwie diamentowe bransolety, które dostała od przybranej babci. Opuściła dom z determinacją ruszając w nową podróż. 
        Późnym wieczorem przyszedł czas na znalezienie jakiegoś noclegu i upolowanie czegoś do jedzenia. Należało jej się po całym dniu wędrówki. Bolały ją wszystkie cztery łapy. Mięśnie były naprężone do granic możliwości. Gardziel paliła ją niemiłosierne, gdyż od chwili wymarszu nie miała ani jednej kropelki wody w pysku. Jej żołądek upominał się z coraz większą natarczywością o strawę. Ona nie miała jednak siły by polować, nawet za pomocą magii. Magią rozpaliła ognisko, a co do posiłku, to zadowoliła się leśnymi owocami, które znalazła. W nocy nie mogła spać. Męczyła ją wizja niebezpieczeństwa, które mogło czyhać dookoła. Zmęczenie jednak wzięło nad nią górę. Osunęła się w kojące nerwy, objęcia snu. 


          Wstała wraz z ukazaniem się pierwszych promieni słońca.  Resztki zmęczenia były dla niej nadal odczuwalne, jednak łapy już jej nie bolały. Wyszła z jaskini z myślą, że znajduje się jeszcze w lesie. Myliła się. Była dokładnie na skraju. Stała przed wejściem do groty i podziwiała przepiękne widoki. Przed nią rozciągały się góry. Dzięki wschodzącemu słońcu miały one kolor rumianej jutrzenki. Miejsce w którym stała akita było doskonałe do podziwiania tego zjawiska. Miała ochotę zostać tam i patrzeć na to do końca życia. Niestety, musiała wykonać zadanie. Bez żadnego śniadania wyruszyła w dalszą drogę. 
           Późnym popołudniem dotarła do podnóża gór. Jak na razie podróż mijała bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Stała przed przełęczą wpatrując się w kości leżące u jej łap. Z pyka wydobył się jakby pisk. 
- Z daleka góry wyglądały o wiele przyjaźniej. - rzekła sama do siebie. Nabrała powietrza w płuca, chwilę je przetrzymując, po czym ze świstem, acz powoli wypuszczając. Ruszyła przed siebie, a mgła spowiła ją do tego stopnia, iż nie widziała nawet swoich łap. Uszy przywarły do jej czaszki, gdy dostał się do nich złowrogi śmiech. Zaraz jednak wyprostowała się, a uszy powróciły do uprzedniego stanu stanu, gdyż zdała sobie sprawę, że śmiech oznacza czyjąś obecność. Wahała się chwilę, po czym zawołała, a jej słowa odbijały się echem od gór. 
- Kim jesteś ? krzyknęła. 
- Twym najgorszym koszmarem - usłyszała czyjś szept i poczuła oddech przy prawym uchu. Po chwili we mgle ukazała się para szmaragdowych, acz złowrogich ślepi. Po grzbiecie akity przeszedł dreszcz lekkiego strachu. Zmrużyła oczy i przybrała niewzruszony wyraz ,, twarzy '' . 
- Pokaż się. - rozkazała nie mając nadziei, że istota się ukaże. Jakaż była jej pomyłka. 
              Po kolei z mgły zaczęły się wyłaniać przednie łapy. Potem pysk i cały łeb. Na koniec reszta ciała.
- Oto jestem. - usłyszała słowa, nienaturalnej wielkości basiora. Cofnęła się o kilka kroków i niechcący na coś nadepnęła. To ,, coś '' pękło, a ona usłyszała czyjś warkot. - Boisz się mnie ? - padło pytanie. Głos był przepełniony kpiną. Samo pytanie wydało jej się trudne. Czy się bała ? Nie. Strach to nie najodpowiedniejsze określenie. Była raczej ostrożna. Pokręciła przecząco łbem. Basiorowi najwyraźniej nie spodobała się odpowiedź, gdyż warknął i zbliżył się do niej. - Czego tu szukasz ? - huknął. Przymknęła oczy słysząc kolejny warkot. 
              Czując na karku oddech basiora, odchyliła się w tył, umykając jego szczękom. Udało jej się wypowiedzieć zaklęcie, odpychając nim wilczura i  uciec za najbliższy głaz. Nie była to najlepsza kryjówka. Wilk skoczył na nią. Przewróciła się na grzbiet i osłoniła łapami łeb. 
              Nagle poczuła lekkie osłabienie. Otworzyła oczy zdumiona, iż nie poczuła żadnego bólu. zmrużyła je, gdy dostało się do nich srebrzyste światło. Po chwili przyzwyczaiła się do jasności.  Ździwiło ją źródło owego światła. Pochodziło ono z jej łap. Na samej górze, na słupie światła unosił się wilczur. Tryumfalny uśmiech zagościł na jej pysku. Słup sięgał tylko dwa metry nad ziemię. Zatrzymała przepływ światła i momentalnie odzyskała część sił. Basior wylądował na ogromnym głazie. Podeszła do niego dumnie wyprostowana. Otworzył ślepia i warknął próbując się podnieść. Jej oczy i wyraz pyska niczego nie ukazywały. Wyzierała z nich duma i obojętność. Zimna obojętność. 
              Westchnęła i oddaliła się gdzieś dalej. Wypowiedziała krótką frazę, a wokół niej rozległo się białe światło. Zobaczyła i usłyszała jeszcze warkot, podnoszącego się psa. 


               Otworzyła ślepia i rozejrzała się dookoła. I nasady czaszki poczuła tępy ból. Wstała potrząsając łbem. Wszystko wokół niej wirowało. Usłyszała nagle, jakby brzęk łańcuchów. Wytężyła wzrok i podeszła bliżej miejsca z którego dobiegał ów dźwięk. Jej oczom ukazał się starzec przykuty do ściany. 

- Mędrzec z Gór ? - zapytała ździwiona. Starzec spojrzał na nią udręczonym wzrokiem. 
- Może kiedyś - stwierdził, a w jego glosie brzmiała taka żałość, iż młodej Vivian serce się ścisnęło. Wypowiedziała po cichu krótką frazę i kajdany pętające Mędrca, pękły. 
               Gdy starzec czołgał się bliżej akity, w wejściu do jaskini stanęła wataha wilków. Podbiegła do Mędrca, wypowiedziała krótkie zaklęcie i złapała za jego koszule. Kolejny raz wokół rozlało się białe światło. Ostatnim dźwiękiem jaki usłyszała było wycie wilków, a obrazem jaki ujrzała, wściekłe ślepia jednego z nich. 


                Rozejrzała się dookoła. Byli przed przełęczą. Puściła ubranie starca, a on oparł się o głaz. Akita zdjęła z grzbietu torbę i wyjęła potrzebne rzeczy. Opatrzyła rany niedawnego więźnia. Za pomocą magii rozpaliła ognisko i upolowała dwa zające. Upiekłszy je, dała jednego Mędrcowi. Gdy skończył jeść i oddał się w objęcia snu, ona zaczerpnęła trochę energii z czarnego kamienia. Wahała się, jednak postanowiła przekazać mu też jakąś ilość. Pół mocy czuwała nie mogąc zasnąć, ale w końcu owładnął nią sen. 



               Obudziło ją wesołe pogwizdywanie. Otworzyła ślepia i... zerwała się na równe łapy. Rozejrzała się. Była w jakiejś izbie. Jej wzrok padł na staruszka krzątającego się dookoła. Z wczorajszych zadrapań nie pozostał nawet ślad. Podeszła do Mędrca. 

- Na mnie już pora. - rzekła bez ogródek. 
- Tak szybko ? - zapytał. Ona skinęła łbem. - No cóż... Powiedz mi chociaż jak masz na imię. 
- Zwą mnie Vivian Revenges Tallos. - skłoniła się nisko. 
- Droga Vivian, skoro naprawdę musisz już wracać, przyjmij proszę to na dowód mojej wdzięczności. - Mędrzec założył jej na szyję wisior z łzą smoka. Miła ona formę kamienia, jednak wewnątrz niej płonął ogień. Oprawiona była w srebro wysadzane kamieniami szlachetnymi. 
                 Wyszli na zewnątrz. Skłoniła łeb i wymamrotała pod nosem zaklęcie. W jednej chwili z jej grzbietu wyrosły czarne skrzydła. Odwróciła się do starca i widziała w jego oczach łzy. 
- Pozwól, że dam ci jedną cenną radę. Nigdy nie baw się magią. To niebezpieczne i nierozsądne. - skinęła łbem. - Żegnaj Vivian Revenges Tallos. - rozłożyła skrzydła i wzbiła się w powietrze. 
- Żegnaj Mędrcze z Gór. - pomachała mu łapą i z radością udała się na powrót do ukochanej rodziny jaką byli wszyscy członkowie SPS. 

Ps. - Przepraszam, że tak mało magii, ale nie miałam weny. Nigdy czegoś takiego nie pisałam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz