piątek, 17 sierpnia 2012

Opowiadanie na Samca Deltha.

Czarnuch przechadzał się po granicach terenów SPS.
Wilczy instynkt nakazywał mu czasami oddalić się od psich towarzyszy i powałęsać się trochę.
Psi jednak zabraniał przekroczyć niewidzialną linię, która stanowła umowny kraniec bezpiecznych, rodzinnych ziem.
Poniekąd.
Do uszu basiora doszedł dziwny trzask.
Rozejrzał się:
Pustka.
Rzuciwszy do siebie pod nosem ciche słowa kpiny, jął spacerować dalej.
Parę minut błogiego spokoju, którego tak potrzebował.
Kolejny trzask. Tym razem bliższy.
Gdzieś z tyłu.
Spiczaste ucho zarejestrowało dźwięk od razu.
Łapy same poniosły go na powitanie z intruzem.
Oko jednak nie miało na czym się zawiesić.
Struny głosowe zadrżały.
Z gardła wydobyło się głuche, warknięcie.
- I po chwili relaksu psychicznego.
"Rozluźnij się, kochanie."
"Tak, rozluźnij się."
Radziły zgnębione dusze, hulające teraz w jego umyśle.
"Spuść z tonu!"
Instynkt nie dawał mu spokoju.
Ktoś tam był.
Był na pewno.
Warknął jeszcze raz, z większą siłą. Zapach nie był znajomy.
Myślał tak płytko...
I wtem na spotkanie wybiegła mu spora, ale smukła postać dożki.
Mówiła do niego, ale on nie słuchał.
Odetchnął.
Nie odpowiedział.
Bo nie zadawała pytań.
Skinął tylko łbem na znak, że nie ma chęci na rozmowę i ruszył dalej.
Suczka zmierzyła go sceptycznym spojrzeniem i poszła w swoją stronę.
Powoli wracał mu rozum.
Zaczynał myśleć, budząc się z otępienia.
"Kto to w ogóle był?" - spytał siebie, w zamyślaniu ściągając ostro ciemne brwi.
Szedł już chyba długo i bez większego celu. Chciał po prostu pobyć sam. Nie widziało mu się bawić z resztą całego SPS. Nie, nie wywyższał się. Po prostu nie miał na to ochoty. Tym bardziej, że ostatnio coraz częściej dopadały go migreny. Jeśli ktoś chciałby z nim porozmawiać, może to śmiało zrobić na osobności. Tak sobie to tłumaczył.
Wybory na Delthę SPS.
No tak, i co z tego? Dlaczego on miałby zostać wybrany? Bo lubi się mądrzyć i wytykać innym błędy? Niektórzy sądzą, że ma wiele ciekawych pomysłów, ale on sam nie był tego pewien.
Miał kreatywny, rześki umysł. Na wszystko patrzył obiektywnie. Oceniał wedle własnych odczuć, a nie czyichś sugestii. Pierwsze wrażenie było dla niego kluczowe i trudno było je zmienić. Jednak można było. Szczery również był, niekiedy do bólu. Potrafił ranić innych tym, co mówił.
Nie wstydził się mówić. Co to, to nie. A nie wstydził się, bo na wszystko miał jakąś odpowiedź. Był w stanie uzasadnić niemal każdą swoją myśl i wpływać na innych siłą perswazji. Potrafił przekonać do swojego zdania. Jeśli ktoś umiał jednak argumentować to, co popierał... Sauron był skory do wysłuchania i nawiązania tematu.
Lubił rozmawiać i mógł dyskutować o wszystkim. Jednak nie z każdym. Sam zawsze decydował, czy ktoś ma na tyle spokojny, bystry umysł, by go zrozumieć, a nawet polubić.
Mimo pozorów, Sauron nie był nudziarzem. Potrafił się bawić w gronie przyjaciół.
Niektórzy, nieliczni, którzy zdobyli jego zaufanie, mieli okazję oglądać jego wariactwa i słuchać psychicznego śmiechu o głębokim brzmieniu. Był świrusem, o wpojonych zasadach dobrego wychowania i wrytym głęboko w czachę kodeksie moralnym. Miał też swoje lata i poglądy, których prawdopodobnie już nie zmieni.
Miał spore doświadczenie życiowe i był skory do pomocy innym. Potrafił pocieszć i podnieść na duchu, nawet gdy sam był przygnębiony.
Nigdy nie uśmiecha się fałszywie, ani nie odgrywa uczuć. Nie widzi w tym sensu. Po co się uśmiechać, gdy jest się smutnym, i po co płakać, gdy jest się szczęśliwym?
Parodia.
Dowodził już paroma zgromadzeniami, i to chyba dlatego zdecydował się powziąć tak wysoką posadę. Wiedział, że potrafiłby sprostać temu zadaniu. Zawsze był ambitny, choć nie zawsze pracowity. Mierzył wysoko i uczył się na błędach. To pozwoliło mu być tym, kim dzisiaj jest.
A jest kimś dobrym, chyba... Takie miał o sobie zdanie. Nigdy nie wyrządził nikomu umyślnego zła i nie chciał wyrządzić.
Zawsze z radością patrzył na szczenięta hasające po polanie. Wiedział, że są siłą stada. Zapewnieniem jego ciągłości i stabilności. Dowodem na to, że jednak istnieją miłość i rodzina.
Smaku miłości już zaznał, ale rodzinę stracił już na samym starcie. Odzyskał ją tutaj, w SPS.
Kochał to stado tak samo mocno, jak to pierwsze, którego jeszcze wtedy nie potrafił obronić.
A może nawet bardziej...
Nie może, na pewno. I chciałby zapewnić zapewnić mu przetrwanie.
Teraz zrozumiał, że to nim kierowało.
Pragnienie utrzymania SPS w swojej świetności pchnęło go do niezwykle śmiałego przedsięwzięcia: startu na Samca Delthę.
A nuż ktoś widzi w nim ducha władczości?
Basior parsknął gromkim śmiechem.
Tak, na pewno.
- Oj, staruchu... Rześkie, świerze powietrze uderzyło Ci do głowy. Co bedzie, to będzie, o!
Pocieszywszy się w ten sposób, przystanął i postawił uszy na sztorc. Postanowił, że wróci na polanę. W końcu, trzeba być na bieżąco! Dzisiaj święto Korony SPS. Tam trzeba być!
Zawrócił i po chwili zniknął w dzikim biegu między płowymi trawy, pozostawiając za sobą powyginane źdźbła i pogodę ducha która opanowała go w jednej chwili. Może to dlatego, że wymęczył sam siebie swoimi przemyśleniami i postanowił pomęczyć nimi innych.?
Nareszcie miał ku temu odpowiednią okazję.
***
Opublikowane było wcześniej, niektórzy wiedzą, ale nie chciałem mieć potem problemów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz