środa, 30 kwietnia 2014

Zadanie. [Jeremiah]

Wojownik to nie tylko kupa mięśni, skryta pod psim futrem i unoszona na czterech łapach.

Wojownik musi także potrafić myśleć. Wyciągać wnioski ze wszelkich obserwacji. Choć Jeremiah zdecydowanie nie jest typem obserwatora, podczas tego konkretnego spaceru postanowił przyjrzeć się terenom stada dużo uważniej niż zwykle. Przyglądając się otoczeniu, dojrzał wiele ciekawych rzeczy, których zazwyczaj nie dostrzegał. Widział, jak ptak podrywa się z gałęzi do lotu, najpierw opadając na kilkanaście centymetrów, a później w szybkim tempie unosząc się wysoko. Widział, jak stare, zeschnięte igły sosny przy mocniejszym podmuchu unosi wiatr, kręcąc nimi w powietrzu. Widział pierwsze kiełkujące rośliny, których spodziewałby się dopiero jakiś miesiąc później.

Ale widział też pewne ślady. Ślady, które zdecydowanie nie wyglądały na ślady kogokolwiek ze stada. Marszcząc brew, schylił pysk do ziemi i obwąchał trop, rejestrując fakt, że nie zna tego zapachu. Sierść na jego karku zjeżyła się mimowolnie, gdy Jeremiah rozejrzał się, podenerwowany. Odczuwał odpowiedzialność za te tereny i miał zamiar chronić je z całych sił, podobnie jak uważał za swój obowiązek obronę innych psów ze stada. Przyjrzał się jeszcze raz śladom i ruszył wytyczoną przez nie ścieżką, by odkryć, do kogo właściwie należą.

Początkowo droga wcale trudna nie była - ot, zwykły marsz przed siebie. Dog szedł z nosem przy ziemi, mimo potencjalnego zagrożenia dla stada mając całkiem dobry humor. Zdarzyło mu się nawet kilka razy machnąć ogonem. W końcu jednak zmuszony był skupić się mocniej, gdyż ścieżka zaczynała się komplikować. Cokolwiek tędy szło, kluczyło pomiędzy drzewami, znacząc swoim zapachem całkiem długi już odcinek. Tym, co zastanowiło Jeremiaha, był fakt, że las się przerzedzał. Coraz więcej światła przebijało się pomiędzy pniami drzew i coraz wyraźniejsze ruchy powietrza odczuwał, uparcie idąc tropem intruza.

W końcu widoczne stały się jakieś skały. Mając na uwadze to, że może być niebezpiecznie, starał się teraz iść dużo ciszej, niż wcześniej. Zbadawszy, w którą stronę wieje wiatr, zajął taką pozycję, żeby to zapachy obcych zwierząt docierały do niego, a nie jego do obcych. Traktował ich teraz trochę jak zwierzynę, którą należy upolować. Zaszył się gdzieś pomiędzy poszarzałymi jeszcze przed zimą krzakami z resztkami liści, co było całkiem niezłym kamuflażem. Znalazłszy bezpieczną kryjówkę, po prostu obserwował, miał stąd idealny widok na wejście do jaskini, której wyjście było dobrze ukryte wśród skał. Na efekt obserwacji musiał jednak poczekać kilka godzin.

Zaczynało się już powoli ściemniać, kiedy z jaskini wyjrzał jasnoszary pysk tylko po to, by chwilę później zachęcić do wyjścia kolejne pięć pysków, również szarych - z wyjątkiem jednego, czarnego. Jeremiah szybko doszedł do wniosku, że stworzenia z jaskini to nic innego jak wilki. Sześć wilków, co mogło stanowić już małe stado i było pewnym zmartwieniem. Póki wilcze stadko było tak nieliczne, nie stanowiło poważnego zagrożenia dla dobrze rozwiniętego SPS, ale jeśli zaczną się rozmnażać..? To nic, jeśli sześć wilków zacznie polować na tych terenach. Problem zacznie się wtedy, kiedy wilków nagle ni stąd, ni zowąd zrobi się szesnaście. Zwierzyny zacznie znikać zbyt szybko. I szesnaście wilków może być też zagrożeniem dla psów, zwłaszcza dla szczeniąt, których - nie ma co ukrywać - całkiem dużo miało się w najbliższym czasie w stadzie pojawić.

Nie było innej rady, coś trzeba było z tym zrobić. Dog siedział ciągle w jednym miejscu, obserwując wydarzenia przed jaskinią - nic wielkiego, kilka rozmów, zabaw (widocznie wilki musiały być dosyć młode). Przyglądając się dokładnie sylwetkom samców, ocenił, że z jednym dałby sobie dobrze radę, ale gdyby drugi postanowił mu pomóc, jego wygrana nie byłaby wcale taka pewna. Stwierdzając, że nie ma sensu ryzykować, odczekał, aż wilki schowają się znów w jaskini i ile sił w tych długich, wielkich łapach pognał w stronę polany SPS. Już będąc w znacznej odległości od niej, wiedział, że ktoś tam siedzi - nad drzewami unosił się dym z ogniska. Zbliżając się, dostrzegł także strzelające w niebo iskry i usłyszał śmiechy i rozmowy znajomych psów. Wpadł zdyszany na polanę, od razu odnajdując spojrzeniem Desiree. Ulokował się tuż obok niej, po czym liznął bok jej pyska i opowiedział po cichu obserwacje z całego dnia.
- Myślę, że powinieneś pójść z tym do swojego ojca i do Leny. Zdecydowanie trzeba pozbyć się wilków, ale może nie trzeba będzie używać przemocy. Może się jakoś dogadacie...
Jeremiah westchnął, zapatrzony w białą suczkę.
- Masz rację, trzeba z nimi porozmawiać. Znaczy, z tatą i Leną. Chociaż ja nie widzę innej możliwości. Wilki raczej na ugody nie pójdą, trzeba będzie pozbyć się ich w inny sposób.
- Wierzę w Ciebie. Dasz sobie z tym radę. - Desiree uśmiechnęła się, a Jera nie mógł się powstrzymać i polizał znów bok jej zgrabnego pyszczka. Dźwignął się chwilę później na łapy i rozejrzał, szukając Ravela i Leny. Zawołał oba psy i spytał, czy mogą się przejść. Nie chciał, by ktoś więcej wiedział o zagrożeniu - choć uważał stado za zbiorowisko odważnych psów, obawiał się niepokoju wśród nich, w pełni zresztą uzasadnionego. Gdy tylko znaleźli się odpowiednio daleko od polany, usiadł przed psami.
- Słuchajcie, jakiś czort powiódł mnie dzisiaj na łazęgę po lesie. Znalazłem jakieś dziwne ślady, poszedłem za nimi i trafiłem pod skały na skraju naszych terenów. No i była tam jaskinia, a w jaskini wilki. Konkretnie sześć. Dość młode, pięć szarych, jeden czarny. Ten czarny to chyba ich alpha, ale nie jestem pewny.
Ravel zamyślił się, a Lena popatrzyła po nich obu. Westchnęła w końcu cicho i odezwała się:
- Trzeba ich stamtąd wywalić. Nie mogą tu być, są zagrożeniem dla stada.
- A już zwłaszcza, jak się nam namnożą! Nie, żadnych wilków przy SPS nie będzie.. - Warknął Ravel, patrząc na syna. Jeremiah popatrzył na nich z poważną miną.
- Zajmę się tym. Tylko trzymajcie dzieciaki blisko polany, bo nie wiem, gdzie się te wilki zapuszczają. Dzisiaj ich ślady znalazłem całkiem blisko. Popilnuję ich przez kilka dni, a później coś wymyślę. - Zaproponował, przenosząc ciągle spojrzenie pomiędzy Leną i Ravelem. Psy skinęły na to pyskami. Chwilę później cała trójka wróciła na polanę, a Jera streścił rozmowę Desiree. Długo jeszcze siedzieli przy ogniu, udając przed resztą stada, że wszystko jest w najlepszym porządku.



Następny dzień zaczął się dla doga niemieckiego bardzo wcześnie. Zanim jeszcze wstało słońce, pies siedział już w zaroślach niedaleko wilczej jaskini i obserwował. Widział, jak rano wilczyce wychodzą, by zapolować. Udał się za nimi, by dowiedzieć się jak najwięcej o ich trybie życia - następne dni chciał poświęcić samcom. Rozczarował się nieco, widząc, że samice choć polować potrafią, nie są w tym szczególnie dobre, a więc nie miał na co popatrzeć. Powlókł się za nimi, kiedy ciągnęły na spółkę dwie powalone sarny pod jaskinię. Ukrywyszy się, dalej obserwował. Teraz pojawiły się również wilki. Małe stadko najadło się i zajęło swoimi sprawami - każdy ruszył gdzie indziej. Jeremiah postanowił śledzić czarnego samca.

Samiec wydawał polecenia reszcie wilków. Jera szybko utwierdził się w przekonaniu, że faktycznie musi być samcem alpha - w przeciwnym razie na pewno nie byłby traktowany z takim szacunkiem. I na pewno jego polecenia nie byłyby tak szybko wykonywane. Sam czarny niewiele robił, siedząc właściwie cały dzień przy jaskini i odchodząc od niej jedynie po to, by dotrzeć do niewielkiego zalewu i napić się wody. Życie samca alpha wydało mu się nudne, podobnie jak i on sam - więcej miał sierści niż mięśni, co jednak widać było dopiero po odpowiednim zbliżeniu się do niego. Na pierwszy rzut oka mógł uchodzić za potężne zwierzę, jednak czar mógł szybko prysnąć, wystarczyło się dokładnie przyjrzeć. Późnym wieczorem pozornie wspaniały samiec schował się w jaskini razem z pięcioma innymi wilkami, a Jeremiah udał się na polowanie. Pożywiwszy się złapanym zającem, znalazł bezpieczną kryjówkę i przespał kilka godzin, by rano być wypoczętym i móc znów obserwować wilcze stado.

Tym razem przyglądał się pozostałym dwóm samcom. Te już były bardziej ciekawe - co jakiś czas wyzywały się, nawet trochę atakowały, by tylko pokazać, który to z nich jest silniejszy. Przechwalały się mięśniami i umiejętnościami, niezbyt przychylnie zerkając na czarnego. Jeremiahowi udało się podsłuchać jedną z ich rozmów, w której kombinowały, który z nich przejmie funkcję trzeciego i jak to zrobi. W ten sposób dog doszedł do wniosku, że wilkom nie można ufać, że są fałszywe do tego stopnia, że byłyby w stanie zabić tego, który im przewodzi - i póki co raczej dobrze, bo wszyscy byli cali, a jedzenia mieli pod dostatkiem.

Pod koniec dnia Jera znów zapolował i napełnił brzuch zajęczym mięsem, po czym udał się na polanę, by przekazać Ravelowi i Lenie, co udało mu się zobaczyć. Pragnął też zobaczyć się z Desiree i upewnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wpadłszy na polanę, otarł się pyskiem o bok szyi suczki, po czym od razu ruszył w stronę ojca i Leny. Opisał im wszystko, czego był świadkiem. Wywołał w ten sposób dwie odmienne reakcje.
- Może powinniśmy spróbować dojść do porozumienia? Wilki to przecież takie większe, trochę silniejsze psy. Gdybyśmy żyli tu razem, byłoby bezpiecznie i nawet człowiek by nam nie podskoczył. - Powiedziała po dłuższym zastanowieniu Lena.
- Myślę, że powinieneś pójść, by załatwić z nimi tę sprawę pokojowo. Współpraca może układać się naprawdę dobrze.
- Ale co Ty gadasz..! To są wilki, one potrafią zintegrować się najwyżej z innymi wilkami, a z tego co Jeremiah powiedział, nawet w ich stadzie niezbyt im to idzie! Trzeba ich stąd przegonić, wytępić jak zarazę, bo jak się rozmnożą, będzie źle!
Jera popatrzył na samicę alpha i ojca, zastanawiając się, co powinien zrobić. Psy rozmawiały jeszcze długo, ale on siedział tylko i słuchał, co jakiś czas pomrukując i potakując. Nie był zwolennikiem przemocy i bardziej podobał mu się pomysł Leny, ale jako samiec wychowany przez głównego wojownika czułby się źle, wiedząc, że nie pokazał wilkom, kto tu rządzi.
- A co Ty sądzisz? Wybierz najlepiej sam, co z nimi zrobić. Byle nie było już tego zmartwienia. I byle byś to jak najszybciej załatwił. Masz dzień na podjęcie decyzji i cztery dni na ewentualne przygotowania. - Powiedział w końcu Ravel, a dog kiwnął wielkim łbem i odszedł od nich. Położył się przy Desiree, wzdychając ciężko i ułożył pysk na jej karku. Opowiedział cicho o rozmowie z ojcem i Leną, po czym wysłuchał zdania Białej na ten temat.
- ... ale jakąkolwiek decyzję podejmiesz, masz we mnie wsparcie. - Powiedziała spokojnie, liznąwszy psa po pysku. Ten uśmiechnął się w odpowiedzi.



Co zrobić? Pójść do wilków i zwyczajnie z nimi porozmawiać? Nie, wilki tego nie kupią. No bo jak by to wyglądało: podchodzi do nich wielka pokraka - bo tak pewnie wilki widzą psy - i mówi, że przychodzi w pokojowej misji ze stada psów? Może jeszcze niech skoczy do tej ludzkiej restauracji McDonald's, kupi duże frytki i im przyniesie? A inaczej? Mógłby im przynosić prezenty i w ten sposób zaskarbić sobie ich przychylność. Ale co takiego można dać wilkom? Nie będzie przecież za nich polował, widział samice w akcji. Może i mistrzostwo to nie było, ale radziły sobie dobrze. Nie, to musiałoby być coś innego. Może jakieś świecidełka czy magiczne amulety? To brzmiało dobrze. Każdy chciałby mieć magiczny amulet, sam Jeremiah kiedyś o takim marzył. Problem jednak byłby ze zdobyciem czegoś takiego. Ale czy są rzeczy niemożliwe? Jeśli się mocno wierzy w powodzenie, to nie, nie ma takich rzeczy.
Postanowił. Spróbuje zdobyć magiczny amulet i przekupić nimi wilki tak, by nawiązać z nimi choćby nić porozumienia, a później pomyśli, jak nakłonić je do sojuszu.
Stawił się u Leny, wiedząc, że ojcu się ten pomysł nie spodoba i wyjaśnił, co planuje. Spotkał się z aprobatą, więc tego samego dnia jeszcze pożegnał się z Desiree i wyruszył. Podczas swoich wcześniejszych wędrówek słyszał o grocie, w której mieszkał Allon, król Gór Jastrzębich. Czekała go długa, męcząca podróż, ale czego się nie robi dla stada, do którego się przynależy?
Powziąwszy sobie za cel ochronę tych wszystkich psów, ruszył biegiem. Wiedział, że liczy się czas i nie mógł sobie pozwolić na jego niepotrzebną stratę, a że znał dobrze drogę, to na co jeszcze czekać? Dobrze, że był w dobrej formie fizycznej, bo pozwoliło mu to w kilka godzin przebyć gęsty las i wypaść na stare, zarośnięte już kompletnie pola, a z nich przedostać się na opuszczone pastwiska. Zatrzymał się dopiero po przebiegnięciu części zbocza, kiedy natrafił na strumień. Napił się zimnej wody i posiedział przez chwilę, żeby odpocząć.
Spotkał się wtedy z nim.
Ni stąd, ni zowąd przy drugim brzegu strumienia pojawiło się rude, niewielkie ciałko. Pies zmrużył lekko oczy, rozpoznając w nim starego kumpla, Lisa. Wyszczerzył zębiska w uśmiechu, czekając aż ten podejdzie bliżej. Rudy kundelek mieszkający w tej okolicy od dawna usiadł w końcu obok niego.
- Co Ty tu robisz? Nie poszedłeś do tego Twojego stada? No, tam, gdzie się wychowywałeś? Myślałem, że ciągnie Cię wizja powrotu do domu.
- Wróciłem do nich, Lis. Nawet odnalazłem tam drugą połowę, Desiree. Jest prześlicznym owczarkiem szwajcarskim.
- Więc dlaczego nagle jesteś tutaj? Co Cię tu przygnało?
Jeremiah popatrzył na niego przez chwilę.
- Na obrzeżach terenów naszego stada osiedliło się niewielkie stado wilków. Mam coś z nimi zrobić. Postanowiłem udać się do króla gór, żeby obiecać mu coś w zamian za kilka amuletów magicznych. Zamierzam przekupić nimi wilki.
Rudy kundel popatrzył na niego z politowaniem.
- I co mu niby zaproponujesz?
- Jeszcze nie wiem. - Odrzekł rozbrajająco szczerze Jeremiah.
- No to życzę Ci szczęścia. Bo jeszcze nikt nic z niego nie wyciągnął. - Lis odbiegł w swoją stronę, zostawiając Jeremiaha zamyślonego. W końcu dog poderwał zad i ruszył dalej, żeby znaleźć się jak najszybciej w grocie Allona.



I stało się, dotarł. Wszedł do groty, rozglądając się uważnie.
- Halo..? Jest tu ktoś..?! - Spytał, słuchając, jak echo jego głosu odbija się od ścian. W końcu pojawiło się ogromne stworzenie, przypominające po części kota, po części wilka, a po części jakiegoś gada. Dog nie wiedział, czym właściwie może ono być.
- Jestem Allon, król Gór Jastrzębich. Czego chcesz?
Jera zrozumiawszy, z kim ma do czynienia, skłonił się.
- Nazywają mnie Jeremiah. Przybyłem, żeby poprosić Cię o kilka amuletów magicznych. Są mi potrzebne do ochrony całkiem dużego stada psów, którym zagrażają wilki. Chcę je nimi przekupić i nakłonić do sojuszu.
- Chyba nie myślisz, że dam Ci coś, bo o to prosisz?
- No nie myślę. Jestem świadomy tego, że wszystko w życiu kosztuje. I tego, że na pewno powiesz mi, co chciałbyś w zamian za amulety.
Allon przyjrzał się dokładnie psu, oceniając jego sylwetkę. Jeremiah był dużym, dobrze umięśnionym psem. Właściwie dorównywał mu prawie wzrostem.
- Musisz wygrać ze mną walkę. Jeśli wygrasz, dostaniesz siedem amuletów. Jeden da Ci władzę nad wodą, drugi nad ogniem, trzeci nad powietrzem, czwarty nad naturą, piąty nad piorunem, szósty nad umysłem i siódmy nad sercem. To bardzo potężne amulety i będę ich bardzo dobrze bronić. Zagramy w pewną grę: wrócisz tu za dwie godziny, a ja je schowam tak, byś mimo wszystko je znalazł. Będę bronił dostępu do nich. Jeśli uda CI się je wykraść, są Twoje. Jeśli uda Ci się ze mną wygrać walkę o nie, są Twoje. Jeśli Ci się nie uda, odejdziesz z niczym i kiedy urodzi się Twój pierwszy syn, przyniesiesz mi go tu. A będę wiedział, czy się urodził. Co Ty na to?
Zastanowił się przez chwilę. Ufał sile swoich mięśni, wierzył też w swoje umiejętności walki. Po dłuższym namyśle skinął na zgodę pyskiem i wybiegł z groty, a Allon zabrał się za ukrywanie amuletów.
Jeremiah wszedł do groty i rozejrzał się dokładnie. Dużo się zmieniło, pojawiło się wiele głazów, kamieni, trochę zeschniętych krzaków. I w ogóle wydawało się, jakby było tam więcej miejsca. Zaklął pod nosem, wiedząc, że trudno mu będzie coś znaleźć, jeśli nigdy w życiu tego nie widział ani nie czuł zapachu. Mógł zaproponować, że będą walczyć od razu. Żałując decyzji, zaczął przeszukiwać wszystkie zakamarki, znajdując jedynie martwe szczury i trochę suchych liści. Kiedy już miał, zrezygnowany, zawołać głośno o podpowiedź, jakiś blask odbił się od ściany groty. Rozejrzał się gwałtownie i jego spojrzenie padło na zawieszone obok siebie siedem amuletów ukrytych za suchą trawą. Ruszył pewnym krokiem w ich kierunku.
Nim zdążył zrozumieć, co się właściwie stało, wielkie stworzenie przewróciło go i przygniotło do podłoża, warcząc głośno. Ale Jeremiah tchórzem nie był i nie dał się zastraszyć, co to, to nie. Ugiął łapy tak, by móc ułożyć je przy mostku stworzenia i wyprostował je gwałtownie, sprawiając w ten sposób królowi ból i w efekcie zrzucając z siebie. Rzucił się ku niemu z rozdziawioną paszczą, by zaatakować jego gardziel, ale Allon był szybszy - zrobił unik akurat w tej chwili, w której Jeremiah był tuż przy nim i uderzył opazurzonym łapskiem w psi bok, robiąc w ten sposób cztery głębokie rozcięcia, z których kapać zaczęła krew. Jeremiah warknął głośniej i z jakby nową energią rzucił się na króla. Czas w jego postrzeganiu zwolnił na tyle, by mógł zauważyć nawet najmniejsze skurcze mięśni Allona. Przekalkulował chłodno, że najsłabszym punktem potwora jest brzuch i zraniona tylna łapa. Skoczył ku niej i pociągnął mocno kłami, a król zawył i odruchowo podkurczając łapę, został tylko na trzech. Zanim zauważył, co się dzieje, dog uderzył w niego własnym bokiem, przewracając go na ziemię i w mgnieniu oka łapiąc zębami za gardło. Warczał cicho, czekając, aż król da znak, że się poddał.
- Puść mnie już, wygrałeś.. - Wyharczało stworzenie, a wtedy Jeremiah odskoczył od niego.
- Wybacz za łapę. To był jedyny sposób, mimo że trochę niehonorowy.
- W walce należy kierować się honorem, ale jeśli walczysz o coś, co kochasz, odstaw honor na bok. Walcz tak, by wygrać. Podaj te amulety, wyjaśnię Ci co i jak z nimi.
Dog sięgnął po grube, złote łańcuchy i ostrożnie ściągnął je z gałęzi, na której wisiały. Ułożył je przed królem gór.
- Ten z niebieskim kamieniem da Ci panowanie nad wodą. Z jego pomocą będziesz mógł wywołać deszcz podczas suszy albo przerwać go w trakcie ulewy. Będziesz mógł nawodnić suche pole i wysuszyć zalane. Za to ten z czerwonym pozwoli Ci w dosłownie każdej sytuacji wzniecić ogień lub go ugasić bez pomocy wody. Szary kamień wywoła wichurę lub sprawi, że ustanie ona, kiedy będziesz sobie tego życzył. Umożliwi także oddychanie pod wodą. Zielony spowoduje szybki wzrost roślin, kiedy będziesz tego chciał. Ożywi także te martwe. Fioletowy wywoła burzę, pozwoli Ci strzelać piorunami lub je zatrzymywać. Oczywiście, odegnać burzę też będziesz z jego pomocą mógł. Biały pozwoli zahipnotyzować każdego, sprawić, że będzie myślał dokładnie to, co sobie zażyczysz. A czarny uchroni Twoje serce przed złym wpływem, jaki ma władza, którą dają Ci pozostałe. I nie tylko! Czarny uchroni też Twoje serce przed zazdrością, chciwością, gniewem i innymi złymi uczuciami. Weź je i odejdź, by chronić swoje stado.
Pies podziękował i założył je na szyję - niezbyt wygodnie byłoby mu biec tak daleko z siedmioma łańcuchami tej grubości w pysku. Owszem, mordę miał wielką, ale jakoś wentylować organizm też musiał. W końcu pies nie człowiek, nie poci się, a podczas biegu nagrzewa chyba jeszcze bardziej. Upewniwszy się, że nie ma sposobu, by któryś z amuletów zgubić, ruszył w drogę powrotną. Zbiegł po stromym zboczu góry i znalazł się znów przy strumieniu. Usiadł i zajrzał w krystalicznie czystą wodę. Przyjrzał się własnemu odbiciu i przekrzywił łeb. Dość komicznie wyglądał obwieszony amuletami jak choinka. Warknął cicho, widocznie rozdrażniony, a coś zachichotało cicho.
Rozejrzał się, zdezorientowany. Przez chwilę myślał, że to Lis wrócił i śmieje się z jego wyglądu, ale po chwili uświadomił sobie, że przecież rudy kundel śmieje się zupełnie inaczej i na pewno nie można tego nazwać chichotem.
- Jest tu kto? - Warknął, jeżąc krótką sierść na karku, ale odpowiedziało mu jedynie echo. Uspokoiło go to na tyle, że schylił się, by wypić trochę zimnej wody.
W pierwszej kolejności zobaczył dwa wielkie ślepia o barwie turkusu wpatrujące się w niego z czystym zainteresowaniem. A w drugiej? W drugiej poczuł małe, obślizgłe ręce chwytające za jego przednie łapy i próbujące wciągnąć go do wody. Cofnął się o krok, a stworzenie wyjrzało z wody. Patrzył na nie, strasznie zdziwiony. Zarówno on, jak i stworzonko, byli do siebie nastawieni bardzo ostrożnie - żadne nie chciało za żadne skarby podejść bliżej. Wodny stwór mógł mimo niegroźnego wyglądu ukrywać jakąś tajemnicę, a wyrośnięty dog mógł zawsze być po prostu wyrośniętym dogiem chcącym zapolować na coś mniejszego.
Ale przecież nie mogli stać tak wiecznie i wpatrywać się w siebie. Stworzonko poruszyło długimi, srebrzystymi wąsami, a Jeremiah zrobił krok do przodu.
- E... Cześć. - Mruknął, przyglądając się mu uważnie.
- Czeeeeeeeeść. - Odpowiedział stworek, przeciągając mocno sylabę. Przekrzywil głowę i wyszedł całkowicie z wody, ukazując długie, wężowe ciało z wieloma kończynami zakończonymi dłońmi. Cały był niebieski, jedynie miejscami widać było srebrzyste łuski.
- Jestem Jeremiah, jestem psem i jestem właśnie w podróży. Dlaczego chciałeś wciągnąć mnie do wody?
- Nie mam imienia, jestem wodnikiem, mieszkam tutaj. Bo mi się nudziło.
- Mógłbyś znaleźć lepszy sposób na nudę! - Warknął rozdrażniony Jera i odwrócił się, by odejść.
- Czekaj, czekaj! Te amulety, co masz na szyi.. Masz je od Allona? Powiedział Ci, jak działają?
Pies spojrzał na niego, nie ruszając się z miejsca ani o krok. W jego spojrzeniu było widać szczere zdziwienie.
- Miałby mi je dać i nie wytłumaczyć ich działania..? Każdy z nich panuje nad żywiołem: ogniem, wodą, powietrzem, ziemią, burzą lub pozwala panować nad czyimś umysłem. Poza czarnym, który chroni przed złym wpływem innych na charakter noszącego.
- A powiedział Ci, że jeśli nosisz na raz więcej niż jeden amulet, jesteś drażliwy i nie da się z Tobą normalnie żyć..? - Spytał wodnik i chwilę później już go nie było. Jeremiah zastanowił się przez chwilę nad jego słowami, po czym pokręcił łbem i ruszył biegiem w stronę terenów stada. Nie wbiegł nawet na chwilę na polanę, by porozmawiać z kimkolwiek - chciał jak najszybciej pozbyć się problemu jakim było niewielkie stado wilków. Choć gdyby się zastanowić... Według praw, jakimi rządziła się natura i jakie miał okazję zapoznać Jeremiah podczas swoich podróży, wataha licząca sześć osobników nie jest wcale małą watahą - jest całkowicie normalna.
Późnym wieczorem dotarł na skraj terenów stada, wzdłuż których biegł dalej, by znaleźć się u wilków. Zatrzymał się dopiero będąc tuż pod jaskinią, jaką wilki zajmowały i odpoczął przez kilkanaście minut, obserwując je dokładnie i układając sobie w głowie plan działania.
Podejdzie od razu do samca Alpha. Poprosi go o rozmowę w cztery oczy, w której zaoferuje mu sojusz ze stadem i wręczenie amuletów w zamian za to. Powie, że w razie zagrożenia wilków, psy staną w ich obronie i że w zamian oczekują pomocy, bo raczej sześć wilków nie poradzi sobie z obroną pięćdziesięciu psów. Zaproponuje wspólne imprezy, bo nie można odcinać się od otaczającego świata, trzeba z kimś utrzymywać kontakty.
Obmyśliwszy wszystko, wyszedł z dumnie wypiętą klatką piersiową z zarośli, w których się chował. Od razu ściągnął na siebie uwagę wszystkich wilków, których spojrzenie śledziło każdy najdrobniejszy ruch psa. Starał się ignorować wszystkie poza jednym.
Stanął w końcu przed Alphą, którego przewyższał wzrostem. Skłonił się nisko.
- Jestem Jeremiah, syn Ravela ze Stada Psich Serc, z którym obecnie sąsiadujecie. Przyszedłem, by porozmawiać z Tobą, Alpho. Moje stado ma propozycję dla Waszego, lecz wolałbym omówić to na osobności.
Wilk popatrzył na niego przez dłuższą chwilę. Widać było, że nie jest zachwycony tym pomysłem, ale w końcu skinął pyskiem, w przeciwieństwie do doga nawet się nie przedstawiając. Ruszył jedynie na wschód, a Jeremiahowi pozostało tylko podążać za nim, co też uczynił. Amulety podzwaniały na jego szyi, trochę go przy tym irytując, ale wiedział, jak bardzo są w danej chwili ważne. Przez moment przemknęło mu przez myśl, żeby wykorzystać ten biały i namówić wilka w ten sposób do sojuszu, ale odrzucił ten pomysł - byłoby to bardzo niehonorowe, a on jako syn dowódcy wojowników kierował się jednak honorem. Allon co prawda powiedział mu, żeby czasem schował ten swój honor, ale w tym momencie dog nie miał najmniejszego zamiaru tego robić. Nie nadszedł jeszcze ten moment, w którym Jera miałby nagiąć swoje zasady.
Odeszli już dość daleko od terenów, na których początkowo się znajdowali - i na których zostawili piątkę wilków, która prawdopodobnie zastanawiała się teraz, jak się to wszystko skończy. Jeremiah nie przewidział tylko jednego: że wilki nie będą chciały siedzieć i czekać. Podczas gdy on wierzył, że rozmowa ich alphy i jego będzie rozmową prywatną, dookoła nich zebrało się całe niewielkie stado. Czy nie czuł ich zapachów? Owszem, czuł, ale uważał, że po prostu byli tu wcześniej, a woń jeszcze nie wywietrzała. Zerknął kątem oka na swój zraniony bok, po czym wbił znów spojrzenie w samca alpha.
- Słucham więc, co masz za propozycję. - Mruknął wilk, patrząc lekceważąco na doga. Ten musiał zebrać w sobie całkiem sporo siły, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego i nie stracić szansy na sojusz. Nie trzeba było przecież rozwiązywać tej sprawy przemocą.
- Przychodzę, żeby zaproponować sojusz. Nasze stado liczy ponad pięćdziesięciu członków. Możemy być dobrą ochroną dla Was, a Wy dobrym towarzystwem dla nas. Współpracując, jesteśmy w stanie zdziałać więcej. Przede wszystkim jesteśmy w stanie uchronić las przed wpływem człowieka.
- Ochrona to za mało. Jesteśmy w stanie sami się bronić, nie potrzebujemy pomocy psów.
Jeremiah popatrzył na niego przez chwilę.
- Przynoszę siedem amuletów, które chcemy Wam dać. Każdy z nich ma inną moc. Każdy.. - przerwał mu głośny śmiech wilka. Spojrzał na niego zdezorientowany.
- Śmieszny jesteś, jeśli myślisz, że przyjmiemy jakieś błyskotki. I sojusz z psami. Jesteście bandą kundli, dużo gorszą we wszystkim od nas. Jesteście cholernymi nieudacznikami. Nie zamierzamy Wam pomagać. I macie się stąd wynieść. - Tym razem to Jera się roześmiał. Oni mieli się wynieść? Stado, które już kilka lat funkcjonuje na tych ziemiach, ma nagle przenieść się, bo od kilkunastu dni pomieszkuje tu dziesięciokrotnie mniejsze stado wilków?
- Nie, to Ty jesteś śmieszny. Żyjemy tu od lat, to są nasze ziemie. Wy nie macie do nich żadnego prawa. Co Wy tu w ogóle robicie? Wilki tak blisko miasta..? Chyba Wam się trochę preferencje poprzestawiały, co? Wy w ogóle nie macie szans w tym lesie. Nie wiecie, gdzie tu chodzą ludzie. Nie wiecie, gdzie zostawiają swoje pułapki i jakie. Nie macie nawet pojęcia, jak ich w tym miejscu unikać ani jak się z nich wyswobodzić. I gwarantuję, że jeśli natraficie na któregokolwiek wojownika z naszego stada, jesteście przegrani. - Powiedział nadal spokojnie. Był odrobinę rozbawiony, to, co mówił wilk, wydawało mu się śmieszne. Przecież SPS było bardzo dużym stadem. Sześć wilków nie było dla nich żadnym zagrożeniem. Nawet, jeśli ileś osób musiałoby zostać, by pilnować szczeniąt, zostawało ich do walki dużo, dużo więcej.
Wilk nie odzywał się przez jakiś czas, najwyraźniej próbując przetrawić wszystkie informacje. Wiedział dobrze, że dog ma rację, ale przecież jako szanujący się władca nie mógł pokazać, że obawia się psa. I to jeszcze tak pokracznego! Przecież to-to miało łapy tak długie, że pewnie plątały się mu, kiedy próbował szybciej iść. Alpha pokręcił tylko pyskiem.
- Nie wyniesiemy się stąd. Albo Wy to zrobicie, albo stopniowo doprowadzimy Was do upadku. Będziemy porywać po jednym psie z Waszego stada i zabijać tak długo, aż sami postanowicie odejść. Czasy Waszej świetności już minęły. - Rzucił w stronę Jeremiaha, mrużąc oczy. Pies nie opanował odruchu, w którym jego sierść się zjeżyła. Zmarszczył nawet pysk, ukazując przez ułamek sekundy ostre, lśniące kły, których raz już dzisiaj musiał użyć. Niemal zaatakował alphę wilków, kiedy z krzaków wypadł jasny kształt. Pies zmrużył na chwilę oczy, dopiero po krótkiej chwili rozpoznając w kształcie samicę z wilczego stada.
- Moim zdaniem powinniśmy nawiązać z psami sojusz. - Odezwała się cicho, stając pomiędzy psem i wilkiem. 'Jedyna rozsądna w tej watasze', przemknęło przez myśl doga, kiedy przyglądał się jej. Nie wyróżniała się w zasadzie niczym: miała jasną sierść, miejscami poprzetykaną srebrnymi i biszkoptowymi nićmi, które jednak nie rzucały się w żaden sposób w oczy. Spojrzenie wilczycy miało orzechową barwę.
- Jest ich dużo, nawet nie potrafiąc walczyć mogą stanowić zagrożenie. Ponadto duże stada potrzebują dużo pożywienia. Jeśli będą polować, a my nie będziemy mieć z nimi sojuszu, nic nam nie zostawią. I z tymi pułapkami też ma rację. - Widząc minę alphy, cofnęła się o krok i spuściła spojrzenie gdzieś na ziemię.
- Wiem, że są gorsi. Są psami, ludzkimi zabaweczkami. Nie wiem, jakim cudem odnaleźli się w lesie, ale jeśli jest ich tak dużo, to znaczy, że się odnaleźli. I że żyje im się dobrze. Przecież jakby było źle, nie byłoby ich aż tylu.
Wilk warknął na nią, a ona skuliła się trochę. Jeremiah nie wytrzymał i wyskoczył przed nią, żeby w razie czego jej bronić. Nie zrobiła nic złego, nie miał powodów, by ją atakować. Poza tym była kobietą.
- Nie zgadzam się na sojusz z psami. Możecie sobie gadać co chcecie, ja nie wyrażam na to zgody. Nie będą mi się tu kundle żadne panoszyły. Ciekawe, ilu z Was nadal nosi obroże, które podostawaliście od ludzi. Nie zasługujecie na to, by żyć w lesie.
Jeremiah spojrzał na niego wybitnie zimno jak na niego. Wychował się w rodzinie, w której szanowało się wszystkich bez względu na to, jakiej byli rasy. A trzeba przyznać, że ich rodzinę można było spokojnie wpisać w projekty multikulti, które ostatnio robią taką furorę wśród ludzi. Był jedynym dogiem niemieckim w swojej rodzinie. Rebekah, podobnie jak Nack, była husky, Nukri przypominała owczarka szwajcarskiego, Cerliona była border collie, Rudy był tollerem, a Allex dogiem argentyńskim. Oprócz nich pamiętał jeszcze jak przez mgłę Feindschafta, który był owczarkiem australijskim. I oczywiście Feronię, która reprezentowała rasę canaan dog. A rodzice? Tata był owczarkiem niemieckim, a Fallon - do której jako matki właściwie wciąż nie mógł przywyknąć, bo pamiętał kundelkę Sathanę - w podobie do Cerliony, była border collie. Ich rodzina była totalną mieszanką i wychowany w takiej, nie rozumiał dyskryminowania innych pod względem rasy. Nawet pod względem gatunku wydawało mu się to cholernie nie na miejscu.
- W tym lesie zawsze żyło dużo różnych gatunków zwierząt. Przed Wami też bywały tutaj wilki, ale żadne nie były tak zepsute jak Ty. Reszty Twojego stada nie zamierzam osądzać, widzę, że jedna z wilczyc jest dużo rozsądniejsza od Ciebie. Nie przyjmujesz sojuszu.. Trudno. Pójdę więc do swojego stada, by przekazać wieść o tym naszej alphie. W momencie odrzucenia sojuszu jestem zmuszony uznać Was za wrogów i przekazać to stadu. W związku z wrogimi stosunkami ze Stadem Psich Serc macie zakaz wstępu na nasze tereny. Każdy, kto Was tam zobaczy, ma obowiązek przekazać Lenie albo Ravelowi. Nikt nie będzie się z Wami cackał, skoro nie przyjęliście sojuszu. - Powiedziawszy to, odwrócił się, by odejść. Ciężkie łańcuchy na jego szyi podzwaniały cicho, kiedy robił kolejne kroki.
Postąpił bardzo nierozważnie i gdyby Ravel się o tym dowiedział, pewno byłoby mu przykro, że Jeremiah nie wyniósł tego z nauki. Dog po prostu zapomniał o zagrożeniu. Najgorszym, co mógł zrobić, to obrócić się zadnią stroną do wrogo mu nastawionego wilka i jak gdyby nigdy nic próbować odejść. I o bezsensowności, nawet szkodliwości tego czynu zorientował się już chwilę później, kiedy coś wskoczyło na jego grzbiet. Coś ciężkiego.
Zdezorientowany pies ugiął łapy, szarpiąc się mocno. Osobnik spadł z jego grzbietu, zostawiając jednak kolejne rany po pazurach. Pies również się przewrócił. Wstał jednak szybko i rozstawił dostatecznie szeroko łapy, by uzyskać jak największą stabilność. Podłoży było nieco mokre, a więc i śliskie, jak to wieczorami bywa, co dla doga było utrudnieniem; choć był dużo większy od wilka i miał lepiej rozwinięte mięśnie, był zdecydowanie mniej zwinny i zwrotny niż jego przeciwnik. Cóż, każda figura miała swoje zalety i wady.
Wbił spojrzenie w wilka, śledząc uważnie każdy, nawet najdrobniejszy jego ruch. W tej sytuacji wszystko miało znaczenie, bo mogło pomóc przewidzieć, co zrobi przeciwnik.
Wilk również rozstawił szeroko przednie łapy, ale nie po to, by wytrzymać atak Jeremiaha. Nie, on po prostu chciał dobrze wymierzyć. Nie sztuką było skoczyć. Sztuką było tak skoczyć, by zdążyć zaatakować, zostawić po sobie ranę, która unieszkodliwi całkowicie przeciwnika. Wilk ugiął tylne łapy, by po chwili wyprostować je gwałtownie i oddać skok prosto na Jeremiaha. Kłami sięgnął do jego gardła, ale pies okazał się być tym razem szybszy - opuścił nisko pysk, broniąc gardziel. Kiedy wilk uderzył w niego, udało mu się ustać na szeroko rozstawionych łapach. Jera był ciężki i trudno było go przesunąć, a kiedy odpowiednio mocno zaparł się łapami w ziemi, przewrócenie go było naprawdę trudnym zadaniem. Kiedy wilk odbił się od niego, stanął na tylnych łapach, przednimi chcąc przygnieść samca do podłoża, ale ten rzucił się z kłami do jego brzucha. Jako ten mniej zwrotny, dog nie miał szans całkowicie uniknąć tego ciosu i wilk zostawił po sobie ślady w postaci rozoranej kłami całkiem sporej rany. Pies zawył z bólu i odskoczył do tyłu. Wylądowawszy na wszystkich czterech kończynach, zjeżył już całkiem swoją krótką sierść. Wpatrywał się wściekle w samca alpha, krążąc wokół niego.
Wilczyca zniknęła właściwie nie wiadomo kiedy. Możliwe, że bała się, że i jej się oberwie, jeśli tu zostanie. Możliwe, że bała się, że zaatakuje ją Jeremiah, a możliwe, że obawiała się własnego przywódcy stada. Jasne było, że nie zamierzała mieszać się w ich walkę. Mogła na tym tylko ucierpieć, obojętnie, jak by to odebrać. Dog miał do niej pewną słabość, ale chyba tylko dlatego, że była płci pięknej. Prawdopodobnie w razie potrzeby broniłby jej przed wilkiem, ale na szczęście owa potrzeba nie zaszła.
Samiec alpha zastanawiał się, jak zaatakować psa. Miał tę satysfakcję, że już go zranił, a po dokładnym obejrzeniu wielkiego, psiego cielska doszedł do wniosku, że już wcześniej coś raniło Jeremiaha, w ten sposób zwiększając jego szanse, choć nieznacznie. Ruszył w kierunku doga, chcąc sprowokować go do obrony i udało mu się to, gdyż Jeremiah również zrobił krok w jego stronę, szczerząc kły. Wilk zrezygnował z ataku, a i sam pies cofnął się, mierząc go nienawistnym, zimnym spojrzeniem.
Jeremiah rozważył przez chwilę, co właściwie powinien zrobić. W jednej chwili skoczył do wilka, w ostatniej chwili przerzucając łapy na prawą stronę i ostatecznie uderzając w niego bokiem. Samiec alpha nie zdążył zareagować, kiedy coś tak wielkiego uderzyło w niego z impetem i niemalże przewrócił się, co dog wykorzystał, szybko przenosząc ciężar cielska na tylne łapy i przednimi opadając na kark przywódcy stada. Przygniótł go w ten sposób do podłoża, a jego rozwarta paszcza wystrzeliła ku szyi samca. Odnalazłszy tętnicę, wbił w nią kły i szarpnął mocno, poprawiając tylko silny uchwyt pod wpływem skamlenia przeciwnika. Mógłby go teraz zostawić, z trudną do zagojenia i na pewno przeszkadzającą raną na szyi, ale z jakiegoś powodu wpadł w szał - być może to zbyt dużo emocji się w nim nagromadziło, a być może to amulety w ten sposób działały. Dog cofnął na chwilę uzębioną mordę i zanim alpha zdążył zareagować, znów zaatakował delikatną skórę jego szyi, pomagając sobie łapą i odginając nią jego pysk. Zapewnił sobie wygodny dostęp do gardła wilka, które chwilę później było już rozszarpane.
Pies odszedł od przeciwnika dopiero wtedy, kiedy miał pewność, że ten już nie wstanie. Warcząc nadal wściekle rozejrzał się po okolicy, natrafiając na spojrzenia wilków ze stada. Warknął tylko głośniej na ich widok.
- Już Was tu nie ma..! - Czworo z nich szybko zrozumiało, że dog nie zamierza dwa razy powtarzać. Popatrzyli jeszcze przez chwilę i odeszli, a została ona.
Samica, która wcześniej próbowała przemówić do rozsądku alphy.
- Gdyby posłuchał, żyłby dalej, więc jeśli masz jakiś komentarz typu 'mogłeś go nie zabijać' daruj sobie i zmiataj stąd, zanim i Tobie stanie się krzywda. - Warknął Jeremiah, kiedy wilczyca podeszła do ciała wilka. Tym razem to ona spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała. Schyliła się i wsunęła pysk pod rozszarpany kark, po czym uniosła martwe ciało i odeszła z nim.
Jeremiah padł, wyczerpany, na ziemię i zasnął. Dopiero następnego dnia obudził się i ruszył, idąc dość wolno, w stronę terenów SPS. Był poraniony zarówno po walce z Allonem, jak i po walce z wilkiem, więc nie mógł pozwolić sobie na szybsze przemieszczanie się. W końcu jednak udało mu się dotrzeć.
Pierwszym co zrobił była wizyta u Desiree. Spędził z nią właściwie cały dzień, po prostu odpoczywając i ciesząc się jej towarzystwem. Czuł radość ze spełnionego obowiązku, ponieważ wiedział, że suczka jest w ciąży, a on zapewnił jej - jak i wielu innym członkom stada - względne bezpieczeństwo. Dopiero wieczorem liznął bok ukochanego pyszczka i ruszył na polanę, gdzie spotkał ojca i Lenę. Kiwnął w ich stronę pyskiem, a ci od razu wstali i podeszli do niego.  Dog usiadł.
- Plan był taki, żeby ich przekupić i namówić do sojuszu. To wbrew pozorom całkiem sporo. Więc ruszyłem w góry, walczyłem z Allonem i wróciłem, by darować im amulety i przekonać, że mogą żyć z nami w zgodzie. Alpha nie chciał słuchać ani mnie, ani swojego stada, więc zmuszony byłem go zabić. Reszta odeszła, jestem pewien, że już nie wrócą. A tu.. Tu są amulety. - Powiedział spokojnie, dotykając nosem podłoża. Po szarej szyi zjechało siedem łańcuchów z amuletami. Wszystkie ozdoby spoczęły na podłożu, a Jeremiah podniósł spojrzenie na Lenę i Ravela. Oczekiwał ich zdania na temat całego tego zamieszania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz