niedziela, 24 marca 2013

Dom jest tam gdzie serce Twoje. cz.1

    Uniosłam ospałe i ciężie powieki. Rozejrzałam się do okoła, zastanawiając nad tym jak spędzić dzisiejszy dzień. Machinalnie na śniadanie zjadłam resztki upolowanej sarny. Wyszłam z groty, chcąc spotkać się z Leną i Lorelei. Na horyzoncie rozciągała się krwistoczerwona łuna znamionująca nadejście nowego dnia. Szłam doskonale sobie znaną, ledwie widoczną drogą w stronę Wielkiej Polany.
    Z każdym krokiem, czułam coraz silniej znajome mi wonie. Były zmieszane, jednak bez trudu rozpoznawałam, każdą od razu przypisując w myślach, odpowiednim osobom. Gdy wyłoniłam się zza drzew, ujrzałam dwie poszukiwane przeze mnie suczki oraz samca. Uśmiechnęłam się pod nosem. Lee i Shad byli wspaniałą parą. Nie można nie cieszyć się z ich szczęścia.
    Podeszłam do nich z ciepłym uśmiechem.
- Serwus Wam. - Ozwałam się radośnie.
- O Viv. Hej. - Lena uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. - Przysiądziesz się ? - Zapytała. Zrobiłam smutną minę, ale moje oczy zdradzały, że nie do końca odpowiadała ona prawdzie.
- Chciałabym, ale mam już plany na najbliższe dni. - Przywróciłam na pysk tradycyjny uśmiech.
- Plany ? A co będziesz robić ? - Pytanie padło z pyska Lee. Wyszczerzyłam się tym swoim zadziornym uśmiechem, ukazując dwa skompletowane rzędy kłów.
- Chcę udać się do Watahy Srebrzystego Księżyca. Ponad rok nie widziałam Ashiry. Tęsknię za nią. - Przyznałam. Lena, Lee i Shad skinęli mi łbami ze zrozumieniem. Uśmiechnęłam się i wymruczałam kilka fraz pod nosem. Po każdej z nich pojawiała się jakaś rzecz. To Czarna Smocza Łza, to torba z fiolkami i innymi potrzenymi rzeczami. Na sam koniec na mojej prawej łapie spoczęły trzy diamentowe bransolety.
- No ładnie... - Mruknęła Lee. Wyszczerzyłam się pociesznie.
- Nie chciało mi się tego dźwigać. - Przyznałam. - Tak, tak... Leniuszek ze mnie. - Zaśmiałam się, a cała trójka mi zawtórowała. - Dobra, na mnie już pora. Do zobaczenia. - Uścisnęłam Lenę i Lee, a Shadow'owi pacnęłam dla żartu w ucho i ruszyłam w drogę.
- Szczęśliwej podróży ! - Usłyszczałam jeszcze pożegnanie Leny. Odwróćiłam się.
- Dziękuję ! - Odkrzyknęłam i pobiegłam wyznaczoną sobie trasą. Granice WSK stykały się na wschodzie z granicami SPS.

***
    Wczasnym wieczorem dotarłam nad rzekę. Spojrzałam w niebo i ujrzałam pełną tarczę księżyca. Po chwili usłyszałam wycie wilków. Po pysku spłynęła mi łza, gdyż przypomniałam sobie jak wraz z innymi członkami watachy urządzaliśmy konkurs kto zawyje najgłośniej. Zawsze wygrywał tak zwany przeze mnie Zagadka.
    Z westchnieniem podeszłam do miejsca, gdzie były ułożone kamienie improwizujące most. Przeskoczyłam po nich na drugą stronę. Z radością przemierzałam las, który niegdyś był mym azylem. Robiło się coraz ciemniej. Niemalże nie widziałam jak idę. Postanowiłam zrobić sztuczkę ze świetlistą kulą. Usiadłam i zaczęłam mamrotać pod nosem tylko sobie znaną przydługawą frazę. Z Czarnej Łzy zaczęło sączyć się jaskrawe światło i formować w kulę. Gdy kula była wielkości piłki plażowej zakończyła proces tworzenia jednym, krótkim ,,STOP''. Przeszłam jeszcze parę kilometrów, jednak byłam tak zmęczona, że postanowiłam poszukać jakiegoś noclegu. Nie musiałam długo szukać. Znalazłam znajomo wyglądającą grotę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to tu Ashira mnie znalazła.
- Czyli wataha jest niedaleko. - Stwierdziłam układając się do snu. Postanowiłam, że noc spędzę w jaskini i rankiem odwiedzę WSK. Zabezpieczyłam wejście magią i pogrążyłam się w kojących ramionach snu.
________________________________________________________________________
No to Viv odwiedza rodzinkę. Co kilka dni mniej więcej takiej długości opowiadanka będą się ukazywać. Mudne jak flaki z olejem ale niech jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz