niedziela, 24 marca 2013

Nazywam się Calypso Bree...

Polana była dla mnie miejscem dość...Specyficznym, albowiem nigdy nie przywykłam do większego zgiełku. Nazywam się Calypso Bree i od niedawna jestem członkiem Stada Psich Serc. Ale co się stało, że postanowiłam zamieszkać w lesie, wśród obcych psów i z dala od ludzkich osad? Zaraz wam opowiem.
Urodziłam się w małym miasteczku w Polsce. Miałam kochającą matkę, ojca oraz właścicieli. Niczego nam nie brakowało, ale też nigdy nie byliśmy zachłanni. Po za mną, rodzice mieli także dwoje innych dzieci- córkę i syna. Czyli prosto mówiąc, miałam rodzeństwo. Nigdy nie stroniliśmy od zabaw i wspólnych psot. Byliśmy po prostu dziećmi. Jednak w miasteczku nastał kryzys, który nie ominął także moich właścicieli. Jako psy pełnej rasy, byliśmy sporo warci i tak, gospodarze z ciężkim sercem sprzedali, najpierw moją siostrę, potem mojego brata. Ja zostałam na końcu, nikt mnie nie chciał. Nawet moi rodzice zostali sprzedani przede mną. Zostałam sama. Właścicieli co noc kłócili się, a ja zawsze ich słuchała, skamląc w kącie. Czułam się jak małe dziecko, opuszczone przez wszystkich, słuchając wyzwisk nowych rodziców. W końcu nie wytrzymałam, pewnej nocy uciekłam z domu, pozostawiając za sobą stos wspomnieć i zniszczone dzieciństwo. Błąkanie po lesie wydawało mi się o wiele lepsze. Ponad to nie chciałam trafić do obcej rodziny. Ta perspektywa mnie przerażała. Tak więc, jako kilkumiesięczny szczeniak błąkałam się po lesie. Nie powiem, było trudno, nawet bardzo. A zwłaszcza zimą, ale starałam się. Byłam twarda. W głębi duszy wierzyłam, że odnajdę rodziców, rodzeństwo i ta wiara pozwalała mi przetrwać najtrudniejsze chwile. Gdy skończyłam rok, wspomnienia o mojej rodzinie niemal całkowicie zaginęły w odmętach zwierzęcego instynkt. Jak ognia unikałam ludzi i ludzkich osad. Zachowywałam się i myślałam jak wilk. Cóż, z wyglądu byłam nawet uderzająco podobna. Nieraz wilczy instynkt ratował mi życie, ale nieraz bywał moim przekleństwem. Przez niego, byłam postrzegana przez kłusowników i myśliwych jako potencjalny cel. Jako szkodnika, którego trzeba wyeliminować. Lecz zapytacie, co się stało, że znów zaczęłam myśleć jak pies? W każdym razie po części, bo wilczy instynkt wciąż będzie się we mnie tlił.
Pewnego dnia, gdy miałam bodajże dwa lata, przechadzałam się niedaleko ludzkiej osady. Była sroga zima i poszukiwanie pożywienia było niemal sportem ekstremalnym. Skrajne warunki i instynkt przetrwania zmusił mnie do zapuszczenia się do ludzkich wsi. Krążyłam przy pastwiskach, brodząc w wielkich, śnieżnych zaspach. Czuwałam. Szukałam. Wyczekiwałam odpowiedniego momentu, by zaatakować jedno z młodych kóz. W końcu taki moment nastał. Z samego rana, gdy gospodarz na chwilę wypuścił zwierzęta, by posprzątać oborę, przeszłam przez ogrodzenie i zaczęłam się skradać. Zadanie nie wydawało się dla mnie zbyt trudne. Wystarczyło jak najszybciej zabić zwierzę, bez jakiegokolwiek dźwięku i zabrać za ogrodzenie wgłąb lasu, by następnie pożreć. Aż ślinka napływała mi do pyska, myśląc o świeżym mięsie. Oblizałam pysk, będąc już tak blisko kóz. Nie pomyślałam jednak o jednym; gospodarz miał psa pasterskiego. Usłyszałam głośne szczekanie, a następnie jakiś pies przygniótł mnie do ziemi. Warknęłam na psa i spojrzałam z żalem na kozy, które uciekły w popłochu. Gospodarz wychylił się z obory i zawrócił w stronę domu. "Zapewne po strzelbę" pomyślałam i zrzuciłam psa, chcąc ratować swój zadek. Pies jednak mnie zatrzymał. Spojrzałam na niego. Chciałam się ratować, nawet jeśli miałabym zabić tego psa, lecz coś ostatecznie mnie zatrzymało. Ten pies, był niemal taki jak ja. Te same topazowe oczy, umaszczenie sierści. Wszystko. Tylko on był samcem. Jedyne rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy, by wyjaśnić to podobieństwo to...
- Siostra? - uprzedził mnie. Jak widać również dostrzegł podobieństwo. - Calypso...?
Mowa ugrzęzła mi w gardle. Wspomnienia wróciły do mnie. Przez te wszystkie lata zapomniałam nawet swojego imienia. Zapomniałam kim jestem. Zwierzęcy instynkt porwał mnie w swe sidła i przetrzymywał niczym więźnia. Otworzyłam pysk, by coś powiedzieć, lecz wystrzał z broni mnie przeraził i uciekłam.
- Wróć tutaj wieczorem! - usłyszałam za sobą. Nie odwróciłam się. Po prostu uciekłam przez ogrodzenie i pobiegłam wgłąb lasu. Cały dzień spędziłam w jakiejś norze. Nie mogłam przestać myśleć o bracie. Nawet zapomniałam jego imienia, choć tak dobrze zapamiętałam wspólne zabawy. Wieczorem wróciłam na pastwisko. Był tam i na mnie czekał. Ucieszył się na mój widok, zadawał mnóstwo pytań, a ja...Po raz poczułam jak bardzo samotna byłam przez cały ten czas. Opowiadałam mu wszystko. Dowiedziałam się, że moja siostra mieszka osadę dalej. Chciałam zostać, ale myśl, że na nowo mam się uczyć bycia psem i być posłuszna człowiekowi do mnie nie trafiała. Ostatecznie rozstałam się z Levem ( tak, zapytałam się o jego imię), obiecując mu, że jeszcze go odwiedzę. Następne kilka miesięcy spędziłam na błąkaniu się. Czułam się jeszcze bardziej samotna, niż przez całą moją wędrówkę. Pewnego dnia jednak napotkałam na swojej drodze pewne stado. Stado psów. Obserwowałam ich przez kilka dni, coraz to bardziej się zbliżając. W końcu zebrałam się na to, by się pokazać. Zapadła moja decyzja o dołączeniu tutaj i nie żałuję tego. Mam przeczucie, że będzie mi tutaj dobrze.

Nazywam się Calypso Bree i obiecuję, że przetrwam.
---
Notka pisana na gorąco. Naszło mnie tak nagle i nie mogłam z tym czekać. Zapewne są tam jakieś błędy, lecz proszę nie zwracać na nie uwagi. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz