niedziela, 15 grudnia 2013

Wyprawa na cmentarz. Część 1. [Nack]

       Husky przybył na polanę trochę wcześniej niż zamierzał a obserwując szare obłoki radykalnie przenikające siwy nieboskłon, sceptycznie podchodził do zapowiadającej się pogody mającej towarzyszyć im przez większość czasu podróży. Trzymając łeb nisko obrócił lekko pyskowie by upewnić się, że wybranka Jego serca smukłym krokiem idzie obok niego. Nie spieszyło im się, raczej wątpili, że spotkają któregoś ze stadnych towarzyszy w wyznaczonym miejscu spotkania przed wschodem, który był wyznacznikiem czasu ich zgromadzenia. Wyprawa tak oczekiwana przez psowate zgodnie z przewidywaniami miała zająć przy sprzyjających wiatrach kilka godzin marszu przeplatanych odpoczynkiem przeznaczonym na zregenerowanie sił.
     Po przekroczeniu granicy lasu ze zdumieniem omietli spojrzeniem polanę stwierdzając, że większość osobników już się zgromadziła z porannym znużeniem oczekując na przybycie reszty. Podeszli bliżej darując sobie efekt zaskoczenia i już z daleka oznajmiając swoją obecność krótkim serdecznym powitaniem przy akompaniamencie skinięcia łbem. Przysiedli w bliskim sąsiedztwie Shadowa i Leny przerywając krótką konwersacje dotycząca migrowania zwierzyny łownej na północne krańce, błękitnooki przyłączył się do rozmowy szybko wtrącając pytanie dotyczące faktycznej liczby uczestników na wyprawę. Rozmówcy nie zdążyli odpowiedzieć, bo chwilę później dołączyła do nich Tasha, której sylwetka już wcześniej jawiła się wzdłuż brzegu jeziora 
- Czekamy na Vivian i Juste - zakomenderowała podchodząc bliżej ich małego kręgu, najwidoczniej przybyła tu pierwsza i w celu rozgrzania łap udała się na krótki żwawy spacer. Przemyślenia uświadomiły huskyemu Jego obawy o jesiennej chlupie, która niebezpiecznie owinęła się wokół ich terenów. W duchu wierzył jednak, że południe przywita ich nieco cieplejszym ramieniem pozbawionym nagłymi porywami wiatru. Machinalnie przytulił Leiko, jak zwykle gdy stwierdzał, że jest wystawiona na niesprzyjające warunki. Uśmiechnął się kątem pyska i nim zdążył się zorientować dołączyła do nich reszta uczestników z wymalowanym pytaniem na pyskach 
- Jesteście w samą porę, my przybyliśmy za wcześnie - wyjaśnił odpowiadając na ich nieme zapytanie i zerknął na Lenę, która w tym momencie chrząknęła gotowa natchnąć  krótką przemową ich wygłodniałą wyobraźnie. Nie przeliczył się słuchając słów przywódczyni, jako że była znakomitym retorem, wkładając w swe oracje tyle energii, że po facjatach zebranych przebiegł mimowolny nieokiełznany uśmiech łapczywych przygód podróżników. Husky oderwał na chwilę spojrzenie, od labradorki by przenieś stoickie spojrzenie na słuchających, wyłapując owe prawie że szczeniackie gesty radości, tak nie często spotykane w szarości dnia codziennego. Nawet Jego rasowy pobratymiec zmienił wyraz pyska na szeroki uśmiech, podczas przemawiania kremowej towarzyszki.
       Po słowach, nadeszła pora na czyny, jako, że niektórzy niecierpliwie stąpali po ziemi, próbując rozgrzać zziębnięte poduszki czy rozmasować zbolałe mięśnie kręgosłupa. Shadow rozrysował na piaszczystym gruncie mapę, oznaczając najważniejsze i charakterystyczne punkty, które miały doprowadzić ferajnę do celu. Chwilę później ich rysunek obarczony był kolejnymi śladami łap, jako że każdy postanowił dołączyć się do przygotowania szlaku, wyznaczenia miejsc postoju czy wodopoju, kolejne minuty mijały i gdyby nie stanowczość Leiko, godzinami dybali by na temat atrakcji turystycznych podczas wyprawy. Husky słysząc hasło do rozpoczęcia wyprawy odwrócił łba by rzucić ukradkowe spojrzenie na wiarusa, spoglądającego właśnie w Jego stronę jakby przewidując kolejny krok. Kiwnął łbem, zgadzając się na niewypowiedziane myśli Shadowa i ustawił się na końcu, pamiętając, że pilnowanie gromadki leży w Jego naturze i obowiązku. Mimo, iż nikt nie wyznaczał niewidzialnych granic wszyscy ustawili się w pionowym rządku prowadzonym przez Shadowa w towarzystwie Leny, dalej szła Vivian, Tasha i Justa, których kolejność zmieniała się w zależności od prowadzonych przez nie rozmów, zamykający ten pstrokaty korowód Nack i Leiko, co jakiś czas zerkali do tyłu by się upewnić, że nikt nie kroczy w ślad za nimi.
        Minęli jezioro by za chwilę zniknąć w leśnej gęstwinie ich terenów, szli wzdłuż wyklepanej przez łapy ścieżki dyskutując na temat obranej drogi. Zdania były podzielone, jako że jedna cześć wolała drogę dłuższą i bezpieczniejszą prowadzącą wzdłuż linii drzew za to inna preferowała wniknięcie do wnętrza lasu w celu jak najkrótszego czasu dotarcia na cmentarz. Spór trwałby długo, gdyby natura nie postanowiła sama rozwiązać problemu. Nack poczuł jak zimna kropla musnęła Jego czarnej jak smoła trufli, nie chcąc dać wiary w ten kaprys pogody zerknął w bok chcąc znaleźć upewnienie w oczach ukochanej. Leiko również strzygnęła beżowym uchem potwierdzając Jego obawy o mżawce, która chwilę później zwiększyła objętość swych kropel przekształcając się w zwykły jesienny deszcz. Ulewa rozgorzała na dobre zmuszając psowate do wtargnięcia na teren lasu, mimo że z cukru nie byli a nawet niektórzy śmiało chcieli przeciwstawiać się pogodzie, po krótkich przekonaniach zgodnie uznali, że złapanie jakiegoś wirusa nie będzie dobrą pamiątką z wyprawy, która dopiero się zaczęła i już pokazywała mozół swej pracy. Zacięcie w sercach podróżników, jednak nie zmalało a wręcz zwiększyła się ich motywacja obleczona trudem złej pogody...
... ciąg dalszy nastąpi. Tasha oddaje pałeczkę .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz