Chcę być dalej niż życie, pragnę śmierci.
Istnieje nieskończony cud, miniaturowy ogród na końcu.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
Istnieje nieskończony cud, miniaturowy ogród na końcu.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.
To była piękna, gwieździsta noc, a na samym szczycie nieba górował ogromny, świecący swym białym blaskiem księżyc w pełni. Wokół głucha cisza, którą przerywał tylko szelest poruszanych przez wiatr liści oraz plusk wody spływającej z wielkiego nie szerokością, lecz wysokością wodospadu do małej rzeki. Trawa błyszczała od światła wielkiej kuli wysoko w górze.
W pewnym momencie całość przerwał cichy pomruk i dźwięk łamanej gałązki, a ptaki siedzące na jednym z drzewem po prawej stronie poderwały się przestraszone do lotu w górę, jednak zwierz, który wyszedł spoza gąszczu nie zwrócił na to żadnej uwagi. Był to ogromnych rozmiarów, czarny wilk, z jarzącymi się w mroku jasno złotymi ślepiami. Pierwsze co na pewno rzuciło się w oczy to krew spływająca z jego pyska i trzymana w zębiskach zdobycz w postaci dość sporego zająca. Basior zmierzał powolnym krokiem ku małej grocie, a raczej norze schowanej pod wielkim dębem na skraju lasu, przy rzece. Z tamtego także miejsca po krótkiej chwili zaczęły się wydobywać cichutkie popiskiwania. Samiec stanął tuż przed wejściem i zajrzał do środka mrużąc oczyska.
Na samym dnie tego schronienia leżała bialutka, niczym śnieg samiczka rasy Alaskan Malamute. Miała ona łeb położony na łapach i zamknięte oczy. Wyglądała na zmęczoną. Tuż przy jej brzuszku leżało pięć maleńkich, skulonych kuleczek, które wydobywały z siebie piszczące dźwięki. Malutkie szczeniaczki ugniatały łapkami matczyny brzuszek pijąc łapczywie mleko, tak bardzo były głodne. Czwórka z młodych była czarna lub szara, odziedziczając sierść po ojcu, tylko jedna, najmniejsza z nich była koloru swojej matki. Właśnie ona.
Samiec nie wyglądał jednak na zadowolonego. Super, kolejne gęby do wykarmienia. Już miał problem z tym, żeby spełnić głodowe chęci swojej partnerki, ale żeby dawać żreć piątce kolejnych podobnych stworzeń?! Z jego gardzieli wydobył się wark na którego natychmiast zareagowała samica. Podniosła łeb i spojrzała na swojego ukochanego szczęśliwa. Ona była dumna ze swoich dzieci. Ten jednak rzucił jej do środka zająca i warknął na nią zdenerwowany. Skuliła uszy i zaskomliła zdziwiona. Basior położył się tyłem do niej przy wyjściu i natychmiast zasnął kompletnie ignorując jej błagalne odgłosy.
Biała zjadła czym prędzej zdobycz, by tylko napełnić swój brzuch i dostarczyć młodym potrzebnego pokarmu. Liznęła długim jęzorem również śnieżną sierść jej jedynej córki, która spała jako jedyna z rodzeństwa.
Tak miał zacząć się początek końca.
***
Mijały dni odkąd samica zrodziła potomstwo. Z każdą sekundą, minutą, godziną było coraz gorzej, a to dopiero rozpoczęcie piekła jakie miało nastąpić. Czarny basior zamiast pomagać swojej wybrance, znęcał się nad nią warcząc, sycząc, a nawet niekiedy używając kłów. Dlaczego to robił? Już drugiego dnia chciał pożreć młode, by tylko nie przeszkadzały mu w byciu, ale Alaskan Malamute się nie zgodziła i nawet mocno zraniła wilka, który ze skomlnięciem i warkiem odbiegł od groty i przez trzy dni się nie pokazywał. Przez ten czas matka zajmowała się samotnie dziećmi. Młode były bardzo żwawe jak na kilka dni. Samica uśmiechała się widząc jak przewracają się o siebie w zabawie. Pewnego słonecznego dnia postanowiła wyprowadzić małe na zewnątrz, by mogły rozprostować łapki. Wyniosła je powoli z jamy i postawiła przed wejściem. Te od razu rozpoczęły szczenięcą zabawę. Kotłowały się ze sobą, ganiały przewracając i popiskiwały wesoło.Wadera cieszyła się razem z nimi, ale w jej sercu tkwił strach, że wilk przyjdzie i zrobi im krzywdę, dlatego cały czas niespokojnie rozglądała się wokół. I nie myliła się.
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?
Bóg snów
Elegancko się uśmiechnął,
Gdy sprowadzał śmierć
Elegancko się uśmiechnął,
Gdy sprowadzał śmierć
na niewinne istnienia.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.
***
Tak, to pierwsza część historii Kanadę.
Edit: Zgłosiłam się na mediach jako wróżbita oraz grafik do szablonów/nagłówków.
Edit: Zgłosiłam się na mediach jako wróżbita oraz grafik do szablonów/nagłówków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz