niedziela, 23 marca 2014

Dear Agony.. I miss you so much! Part One [Kanadę]

Chcę być dalej niż życie, pragnę śmierci.
Istnieje nieskończony cud, miniaturowy ogród na końcu.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.

To była piękna, gwieździsta noc, a na samym szczycie nieba górował ogromny, świecący swym białym blaskiem księżyc w pełni. Wokół głucha cisza, którą przerywał tylko szelest poruszanych przez wiatr liści oraz plusk wody spływającej z wielkiego nie szerokością, lecz wysokością wodospadu do małej rzeki. Trawa błyszczała od światła wielkiej kuli wysoko w górze.
W pewnym momencie całość przerwał cichy pomruk i dźwięk łamanej gałązki, a ptaki siedzące na jednym z drzewem po prawej stronie poderwały się przestraszone do lotu w górę, jednak zwierz, który wyszedł spoza gąszczu nie zwrócił na to żadnej uwagi. Był to ogromnych rozmiarów, czarny wilk, z jarzącymi się w mroku jasno złotymi ślepiami. Pierwsze co na pewno rzuciło się w oczy to krew spływająca z jego pyska i trzymana w zębiskach zdobycz w postaci dość sporego zająca. Basior zmierzał powolnym krokiem ku małej grocie, a raczej norze schowanej pod wielkim dębem na skraju lasu, przy rzece. Z tamtego także miejsca po krótkiej chwili zaczęły się wydobywać cichutkie popiskiwania. Samiec stanął tuż przed wejściem i zajrzał do środka mrużąc oczyska.
Na samym dnie tego schronienia leżała bialutka, niczym śnieg samiczka rasy Alaskan Malamute. Miała ona łeb położony na łapach i zamknięte oczy. Wyglądała na zmęczoną. Tuż przy jej brzuszku leżało pięć maleńkich, skulonych kuleczek, które wydobywały z siebie piszczące dźwięki. Malutkie szczeniaczki ugniatały łapkami matczyny brzuszek pijąc łapczywie mleko, tak bardzo były głodne. Czwórka z młodych była czarna lub szara, odziedziczając sierść po ojcu, tylko jedna, najmniejsza z nich była koloru swojej matki. Właśnie ona.
Samiec nie wyglądał jednak na zadowolonego. Super, kolejne gęby do wykarmienia. Już miał problem z tym, żeby spełnić głodowe chęci swojej partnerki, ale żeby dawać żreć piątce kolejnych podobnych stworzeń?! Z jego gardzieli wydobył się wark na którego natychmiast zareagowała samica. Podniosła łeb i spojrzała na swojego ukochanego szczęśliwa. Ona była dumna ze swoich dzieci. Ten jednak rzucił jej do środka zająca i warknął na nią zdenerwowany. Skuliła uszy i zaskomliła zdziwiona. Basior położył się tyłem do niej przy wyjściu i natychmiast zasnął kompletnie ignorując jej błagalne odgłosy.
Biała zjadła czym prędzej zdobycz, by tylko napełnić swój brzuch i dostarczyć młodym potrzebnego pokarmu. Liznęła długim jęzorem również śnieżną sierść jej jedynej córki, która spała jako jedyna z rodzeństwa.
Tak miał zacząć się początek końca.
***
Mijały dni odkąd samica zrodziła potomstwo. Z każdą sekundą, minutą, godziną było coraz gorzej, a to dopiero rozpoczęcie piekła jakie miało nastąpić. Czarny basior zamiast pomagać swojej wybrance, znęcał się nad nią warcząc, sycząc, a nawet niekiedy używając kłów. Dlaczego to robił? Już drugiego dnia chciał pożreć młode, by tylko nie przeszkadzały mu w byciu, ale Alaskan Malamute się nie zgodziła i nawet mocno zraniła wilka, który ze skomlnięciem i warkiem odbiegł od groty i przez trzy dni się nie pokazywał. Przez ten czas matka zajmowała się samotnie dziećmi. Młode były bardzo żwawe jak na kilka dni. Samica uśmiechała się widząc jak przewracają się o siebie w zabawie. Pewnego słonecznego dnia postanowiła wyprowadzić małe na zewnątrz, by mogły rozprostować łapki. Wyniosła je powoli z jamy i postawiła przed wejściem. Te od razu rozpoczęły szczenięcą zabawę. Kotłowały się ze sobą, ganiały przewracając i popiskiwały wesoło.Wadera cieszyła się razem z nimi, ale w jej sercu tkwił strach, że wilk przyjdzie i zrobi im krzywdę, dlatego cały czas niespokojnie rozglądała się wokół. I nie myliła się.
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?

Bóg snów
Elegancko się uśmiechnął,
Gdy sprowadzał śmierć
na niewinne istnienia.
~
Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi. 

***
Tak, to pierwsza część historii Kanadę.
Edit: Zgłosiłam się na mediach jako wróżbita oraz grafik do szablonów/nagłówków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz