-WATAHA WILKÓW?!-Przerwała mu Roki-Czy wyście oszaleli?! One mogą go zabić!-Warknęła zdenerwowana i spojrzała na Biszkoptowego.
-Siostra nie przesadzaj...-Prychnął jasny labrador-Mówcie dalej....
-No więc tak... Musisz znaleźć watahę wilków i.....wyrwać jeden włos z ogona dorosłego wilka.-Zaśmiał się złowieszczo, a z nim źli bracia.
-Co?! Wyrwać włos...? Ale to nierealne. Mam dopiero cztery tygodnie...-Pisnął przestraszony swoim zadaniem-Nie może być chociaż szczeniaka.....?
Wtedy śmiech ucichł. Wszyscy spojrzeli na Biszkoptowego, a potem na Herkulesa.
-Em...No może przesadziłem.-Mruknął pod nosem-Dobra, niech Ci będzie szczeniak.
Wtedy biszkoptowy samczyk trochę się rozweselił, chociaż nie był do końca przekonany czy mu się uda. Jednak tak bardzo chciał się bawić z braćmi że nie myślał. Szybko skinął łbem i wyszedł z nory.
-Zobaczycie ze wrócę z włosem wilka!-Zawołał gdy zaczął biec.
W tej właśnie chwili, Roki rzuciła się na najsilniejszego brata, przewalając go na plecy. Rufi i Hektor spojrzeli na ich obojga z niedowierzaniem. Pierwszy raz ktoś przewrócił silnego brata. Herkules również bardzo się zdziwił.
-Coś ty zrobił!?-Labradorka warknęła cała zezłoszczona-On zginie, zginie, zginie!-Zjeżyła sierść na karku i ukazała dwa szeregi białych kłów.
-Przesadzasz!-Fuknął Herkules i zepchnął siostrę z siebie.-Wyjdzie z tego cały i zdrowy. Przecież szczeniakowi łatwiej ukraść włos...-Szybko wstał i otrzepał się z piachu.
-Na prawdę? Chyba jak ten szczeniak jest porzucony!-Syknęła do brata-Gdy matka, lub ojciec szczeniaka usłyszy że on piśnie, a na pewno piśnie z bólu, to leci mu na ratunek! Zabije nam brata!-Zaczęła płakać.
Bracia jedynie zacisnęli szczęki i nie wiedzieli co powiedzieć. Wtem do nory weszła Aza. Roki podbiegła do mamy i zaczęła opowiadać co się stało. Czarna labradorka spojrzała gniewnym wzrokiem na synów, a potem ruszyła na poszukiwanie syna
-Zostańcie w norze.-Rozkazała, gdy wyszła z "domu".
-Kim jesteś?-Z gardziel wilka wydobył się chropowaty głos.
-Jestem Aza, a to mój syn. Przyszłam go tylko stąd zabrać.-Powiedziała spokojne, patrząc raz na syna, a raz na Alphę-Przepraszam za niego... On jest po prostu trochę dziki.-Teraz jej wzrok zatrzymał się na samcu.
Kąciki jej warg uniosły się lekko. Powstał delikatny uśmiech.
-O... Chcesz go zabrać? Tak szybko?-Prychnął-Powinien ponieść pierw karę!-Warknął.
Czarna suczka pokręciła łbem.
-A czy on już ich nie poniósł?-Na jej pysku pojawił się grymas.-Spójrz tylko na niego-Spojrzała na Biszkoptowego z łzą w oku.
Labrador leżał, cały od kwi. Sapał ciężko. Był wykończony, nie zniósł by więcej takich tortur. Zginął by.
-Jeżeli jeszcze raz go zranisz, zginie....-Powiedziała z żalem w głosie.
-I o to chodzi!-Zaśmiał się złowieszczo, ominął zwinnym ruchem sunię i jednym susem skoczył na szczenię.
Skok był niezbyt trafny, ugryzł go w prawe udo. Po lesie usłyszeć było można głośny pisk.Wstał i ponownie zaczął szarpać młodego. Aza skoczyła na wilka, wbiła kły w jego kark. Zaczęła szarpać. Psowaty puścił Biszkoptowego na ziemię. Młody pisnął, gdy tylko znalazł się na trawie i zemdlał. Alpha próbował zrzucić z siebie labradorkę, jednak na marne. Nagle, jeden z wilków skoczył na nieprzytomne szczenię. Gdy tylko Aza to zobaczyła, puściła kark czarnego wilka i naskoczyła na wilka mordującego jej dziecko. Kły zatopiła w jego szyi, po paru sekundach przebiła tętnice i wilk padł martwy na ziemię. A co to był za wilk? Samica Alpha. Zezłoszczona wataha stratą Alphy, skoczyła na suczkę i jej potomka. Zaczęli nimi szarpać, Biszkoptowy ledwo się trzymał. Czarna labradorka broniła się jak mogła i swojego syna, jednakże nie wytrzymała i.....zdechła. Zmarła przy swym synu, chowając go pod łapą. Wilki zawyły, aby zawiadomić wszystkich że pokonali wroga. Biszkoptowy leżał pod łapą matki nie przytomny. Nic nie słyszał, nie czuł. Oddychał płytko. Gdy Alpha chciał już chwycić małego....po lesie rozległ się głośny huk, a Alpha padł zakrwawiony na ziemię. Wilki, przestraszone tą całą sytuację rozproszyły się we wszystkie strony. W krzakach można było zobaczyć postać ludzką. Podeszła do wilka. Zamarł, gdy ujrzał dorosłego labradora, a przy dorosłym labradorze małego. Powiedział coś, najwidoczniej zawołał kolejnego mężczyznę. Drugi również bardzo się zdziwił na widok labradorów. Zaczęli coś do siebie mówić, po około 15 minutach jeden z ludzi, chwycił do swej dużej dłoni Biszkoptowego, a drugi podniósł wilka. Labradorkę zostawili, bo po co im ona jak martwa? Weszli do jeep'a, wilka i szczenię położyli do bagażnika, a oni do przodu. Pojechali.
![]() |
| Night |
Minęła może godzina, a
może dwie. Zatrzymali się przy jakimś budynku. W pośpiechu mężczyźni
wyszli z samochodu, wzięli ledwo żyjącego labradora i weszli do budynku.
Jakaś Pani od razu chwyciła małego i poszła do swojego gabinetu. Był u
weterynarza. Spędził tam pod kontrolą z dwa tygodnie, jak nie więcej.
Potem trafił do schroniska. Niezbyt dobrze mu się tam żyło, nawet można
powiedzieć że nie cierpiał owego miejsca. Jeść dostawał raz dziennie,
jako legowisko służyła mu brudna szmata, zabawek brak, a na dwór
wychodził raz w tygodniu. Czy miał przyjaciół? Miał. Ale jednego. Kota,
którego nazywano Night z powodu maści jego futra. Night traktował
szczeniaka jak własnego syna, chociaż byli innego gatunku. A no i kocur
nadał Biszkoptowemu prawdziwe imię. Jakie? Lucky, co po angielsku znaczy
" szczęście " . Dlaczego? Bo miał wiele szczęścia że przeżył. Tak
mijały dni, aż w końcu...Uciekli. Razem, szybko gdy tylko zostali
wypuszczeni na dwór. A jak tego dokonali? Lucky ganiał za motylem, zaś
Night obserwował wysoki, kamienny mur. Na jego pysku zagościł uśmiech.
Zawołał swojego przybranego syna. Ten posłusznie podszedł.
-Widzisz ten mur, co nie? Uciekamy. Przez niego. Człowiek patrzy w inna stronę, jest teraz szansa.-Zaśmiał się wesoły.
-No, ale jak?-Westchnął.-Ty może na niego wskoczysz, lecz ja nie....
-Ojj...
Zobaczymy. Ja skocze na mur, podam Ci łapę. Będziesz jedynie musiał
skoczyć chwycić moją łapę, a ja Ciebie podciągnę do góry.-Ukazał
przyjaźnie kły.
-A dasz radę?-Powiedział lekko speszony tym pomysłem, ale i podekscytowany.
-Dam, dam....-Oblizał się i skoczył na mur.
Ledwo mu się udało. Wziął głęboki wdech, schylił się do szczeniaka i wyciągnął obie łapy.
Lucky
rozejrzał się dookoła, aby ostatni raz spojrzeć na dawny dom. Nagle
zobaczył śmietnik. Tuż przy murze, na śmietnik wskoczy, a potem na mur!
Świetnie!
-Night! Poczekaj tu, ja wskoczę na śmietnik, potem na mur i już zwiewamy, okej?-Zamachał wesoło ogonem.
![]() |
| Mgła |
-No dobrze, ale pośpiesz się....-Mruknął lekko zdenerwowany.
Pracownik
schroniska mógł w każdej chwili spojrzeć w ich stronę i nici z
ucieczki. Jasny szczeniak pośpiesznie pobiegł do śmietnika. Jednym
zwinnym susem skoczył na średniej wielkości przedmiot, a potem na mur.
Razem z kocurem zeskoczył na chodnik. I tak rozpoczął się dla niego
kolejny rozdział życia. Lepiej im się żyło na wolności, jedli to co
znaleźli pod stołami w restauracji, lub to co dali im ludzie, a za dom
służył im cały park. Żyli tak przez może tydzień. Któregoś dnia, kiedy
Lucky spał pod ławką, Night poszedł na spacer. Już nie wrócił z niego.
Prawdopodobnie został potrącony przez samochód. Zrozpaczony szczeniak,
uciekł z miasta i trafił do lasu. Tam odnalazła go lisica, imieniem
Mgła. Nadała mu imię Marley. Lucky Marley. Marley traktował ją jak
własną matkę, kochał ją nad życie. Bawiła się z nim, poświęcała cały
wolny czas dla niego. Jednak któregoś dnia powiedziała do niego.
-Lucky...Wiesz że Ciebie kocham i chce jak najlepiej?-Powiedziała i polizała po łebku.
-Wiem mamo...Ja Ciebie też baaardzo kocham!-Zaśmiał się.
-Znalazłam
dla Ciebie o wiele lepszy dom...Dom gdzie są tacy jak ty, dom gdzie są
psy. Nie lisy.-Przytuliła go-Jest to Stado Psów. Na pewno Ciebie tam
przyjmą, znajdziesz tam nową rodzinę i przyjaciół...
Te słowa na początku zamurowały Marley'a. Nie wierzył że mówi to jego mama.
-Ale....Ja chcę być z Tobą!-Z jego oczy poleciały łzy.-Nie che od Ciebie odchodzić!
-Och
synku...Ale uwierz mi...Tam będzie Ci lepiej, obiecuję że będę Ciebie
odwiedzać.-Uśmiechnęła się, aby pocieszyć choć trochę labradora.
-Ale....-Podciągnął nosem-No...Dobrze.
Lisica zaprowadziła synka do Polany.
-Idź....Tam
jest Alpha. Przywitaj ją, powiedz jak się nazywasz i spytaj się czy
możesz dołączyć.-Z jej oczu poleciała łza, lecz szybko przetarła ją
łapą.
Młody skinął łbem,
przytulił ją mocno na pożegnanie i odbiegł do labradorki. Zrobił to co
kazała mu mama. Samica Alpha zgodziła się.
Lucky
Marley znalazł tutaj swój dom, rodzinę, jak i przyjaciół. Jednak to nie
koniec jego historii, ona ciągnie się dalej i dalej, teraz tu-w Stadzie
Psich Serc.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz