Ciemna sylwetka,
przemknęła niczym cień, nadal niezauważona, przez niewielkiego zająca,
nieświadomego obecności basiora. Nastawał wieczór i niewielkie stworzonko właśnie
spożywało ostatni posiłek tego dnia i choć jeszcze tego nie wiedziało, również i
swojego życia.
Jasne ślepia zatrzymały
się na wątłym ciału uszatego, a na pysku wilka pojawił się grymas
zniesmaczenia. Dlaczego doszło do tego, by musiał polować na tak mizerną
zdobycz? Nie robił tego od lat, lecz teraz przyszły ciężkie czasy. Upały, a
wraz z nimi migracja zwierząt, tak, że na pobliskich terenach ostały tylko
nieliczne gryzonie, lecz nimi ciężko było wyżywić siebie, a co dopiero całą
hordę wygłodniałych psów.
Spiął mięśnie, przypominając sobie o zwierzątku,
które nadal niestrudzenie przygryzało nieco pożółkłą trawę. Musiał się postarać
dla stada. W ułamku sekundy wyskoczył z zarośli, lecz i to okazało się nie tak
perfekcyjne, jak by tego chciał. Nadwrażliwy zając odskoczył równie szybko i pędem ruszył przed siebie, a niewiele myśląc Lorens
rozpoczął pogoń.
Jego szanse zmalały, ponieważ zając był po stokroć zwinniejszy
od większego od niego samca, lecz mimo to Lorens uparcie pędził zygzakiem za
spanikowanym stworzonkiem. Bezskutecznie. Nim zdążył go pochwycić szarak
zniknął w niewielkiej jamie. Z gardzieli wilka wydobył się zduszony warkot,
świadczący o jego głębokiej irytacji. Poszukiwanie chociażby tego niewielkiego
posiłku zajęło mu dwa dni, a tymczasem jego obiad spoczywał bezpiecznie w
norze. Przeklął pod nosem, życząc zającowi wszystkiego co najgorsze, po czym
odwrócił się w miejscu i ruszył w drogę powrotną.
W głębi duszy miał nadzieje,
ze może innym myśliwym poszło lepiej. Może w końcu ktoś odnalazł zbiegłe stada
jeleni, lub chociaż jakieś osamotnione cielę. Na samą myśl o delikatnym mięsie
młodej łani jego żołądek zadudnił, przypominają, że od dawna nie był w pełni
nasycony. Wilk oblizał smoliste wargi, próbując opanować swój głód, co nie było
prostym zadaniem, a że dzieliło go od polany kilkadziesiąt minut marszu
postanowił zatrzymać się na moment przy wąskim strumieniu, głównie by
zatuszować głód wodą, lecz był też cień nadziei, że właśnie tam odnajdzie jakąś
zagubioną ofiarę.
Nie odnalazł. Pustka w wcześniej dość zaludnionym miejscu
była nieco przerażająca, a dla Lorensa wręcz przygnębiająca. Ponownie, tym
razem w bardziej nerwowym ruchu oblizał kufę, po czym zbliżył się do skalistego
podłoża, po którym spływał niewielki, wodny nurt. Basior ugiął kark, zanurzając
pysk w chłodnej wodzie, przynoszącej tak upragnione ukojenie. Przymrużył
ślepia, chcąc choć na chwile zapomnieć o trapiących stado problemach, lecz i to
nie było mu dane.
- Tu jesteś! – Znajomy, głos wydarł go z wewnętrznej oazy,
zmuszając by uniósł wzrok, czego strasznie nie miał ochoty robić. Mimo to
ociągając się uniósł łeb, napotykając spojrzenie czarnej kundelki. Bez słowa
skinął łbem, nie mając ani sił, ani ochoty na tłumaczenie się z kolejnego nieudanego
polowania. Na szczęście suczka ciągnęła dalej: - Inni wrócili wcześniej. Z
niczym. Bez żadnej zwierzyny. – Jej głos zadrżał, co w owej sytuacji nikogo by nie dziwiło, lecz mimo
to Lorens nie zrozumiał o co jej chodzi.
- Sathano, naprawdę się staramy. – Zaczął. – Lecz nie
jesteśmy w stanie nawet jej odnaleźć.
- I tu następuje twoja rola. – Przerwała mu, na co Lorens,
tylko mlasnął bordowym jęzorem. - Musisz wyruszyć, by ją odnaleźć i sprowadzić
na nowo na tereny Stada Psich Serc. – Na pysku Lorensa pojawił się trochę zbyt zuchwały
uśmiech, bo w pierwszej chwili pomyślał, że czarna z niego żartuje, lecz jej
spojrzenie szybko wyprowadziło go z błędu.
-Sam? – Skinęła głową w odpowiedzi, po czym zniknęła nim
zdążyłby odmówić. Przez dłuższy moment spoglądał za nią, lecz nie był pewien czy dobrze zrozumiał jej prośbę.
Mimo to prędko zaspokoił pragnienie, po czym ruszył biegiem w
stronę przeciwną. Mijały minuty, potem godziny a wilk wciąż biegiem pokonywał
mile w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu bytności zwierzyny i dopiero gdy
znalazł się już daleko od stadnych terenów napotkał coś, co mogłoby być tropem.
Zatrzymał się gwałtownie, dopiero wtedy odczuwając skutki wycieńczającego
biegu.
Tuż przed jego przednią łapą, na ziemi odciśnięty był ślad,
ale nie był to ślad ani psi, ani wilczy, ani nawet nie przypominał śladu
racicy. Był to odcisk buta. Ludzkiego. Mimowolnie warknął.
Za mało mamy
problemów? Pomyślał, po czym ominął ślad, starając się przy tym, nie pozostawić
swoich tropów. Ruszył dalej, unikając otwartych przestrzeni i będąc świadomym,
że w każdej chwili może usłyszeć strzał z broni dwunożnych.
W czasie następnej godziny
nie natknął się już na żaden dowód świadczący o ludziach, więc o wiele bardziej
zrelaksowany zwolnił kroku. I dobrze, bo w tym momencie, tuż przed nim kilkoma
susami przeszyło drogę stado rogaczy. Przywarł do ziemi, unikając ich nóg.
Zacisnął powieki, gdy tumany kurzu niespodziewanie uniosły ponad jego łeb.
W
całej zawierusze usłyszał niewyraźny warkot, a gdy pył opadł zobaczył przed
sobą ogromną łąkę, pełną różnego rodzaju zwierza. Zdziwiony przyglądał się
roślinożercom, które w pełnym spokoju pasły się na otwartej przestrzeni. Ale
czemu? Czemu były stłoczone w tak dużej ilości w jednym miejscu?
Ostrożnie
postąpił kilka kroków do przodu, na co kilka zwierząt uniosło głowy, by
spojrzeć na intruza. Żadne nie uciekło.
– Co jest?- Burknął pod nosem, a nie
widząc reakcji z strony zwierząt, ruszył w ich stronę, powarkując. Zamierzał je
spłoszyć, lecz te umykały zaledwie kilka susów, by zaraz znów na niego spojrzeć
z wyrzutem. Lorens tego nie pojmował.
– Co z wami jest nie tak?
– Krzyknął w stronę
roślinożerców, powarkując ze złości i wtedy stało się to, czego się nie
spodziewał. Coś uderzyło go w bok z taką siłą, że odrzuciło go na
kilkanaście stóp. Zwarł
zęby, by nie wydać z siebie jęku słabości i zaraz szybko uniósł wzrok by
zobaczyć z kim się zderzył. Spodziewał dzika lub łosia, ale kilka
metrów od niego
stał nieduży lis. Był przeciętnej, rdzawej barwy, lecz znacznie różnił
się od
przeciętnego lisa. Po pierwsze stał na dwóch tylnych łapach, po drugie
na szyi
miał drewniany talizman, a po trzecie i najważniejsze opierał się na
lasce,
staranie wyrzeźbioną końcówką w kolistym kształcie, a z samego jej
centrum
unosił się dym, jakby coś się w niej tliło.
– Kim jesteś? –Cichy, jednak dobrze dosłyszalny głos lisa
doszedł do uszu samca, który powoli zebrał się z ziemi. Wilk, warknął, jednak zaraz odnalazł w sobie
resztki kultury.
– Jestem Lorens. Pochodzę z psich terenów. – Odparł oschle,
spoglądając podejrzliwie na lisa.
– Więc na nie wracaj. – Burknął lis. - Chyba, że życie Ci nie miłe. – Na te słowa sierść na grzbiecie
basiora uniosła się ostrzegawczo.
-Nie wrócę, bez
naszej zwierzyny. – Warknął, stając pewniej na łapach, a gdy lis uniósł laskę, basior
był już gotów skoczyć na rudzielca, chwytając w uścisk jego łapę. Po polanie
rozszedł się przeciągły pisk, gdy broń opadła na ziemie, a kończyna złodzieja
utkwiła w paszczy Lorensa. Lis wił się, próbując wyrwać łapę z pomiędzy kłów
wilka, lecz ten dopiero po chwili puścił ją, spoglądając na lisa z pogardą.
Dopiero teraz zauważył, że gdy rudzielec stracił kontrole, roślinożercy uciekli
w przestrachu. Najwyraźniej zrozumieli, że ich obrońca nie jest w stanie już dłużej
ich chronić.
Lorens warknął i pochwycił tajemniczą broń dwunogiego lisa, lecz
gdy tylko jej dotknął poczuł w łbie silne mrowienie, tak, że nawet nie był w stanie
zebrać myśli. Ten kij był potężny, a Lorens był za słaby by go dzierżyć. Czuł,
że sam nie podołałby jego mocy, więc nie pozostało nic innego, jak ów przedmiot
zniszczyć.
Mocniej zerwał szczęki, lecz drewno nie ustąpiło i poza kilkoma pęknięciami
trzon pozostał nietknięty. Na moment rozluźnił uścisk, by po chwili znów wbić
kły w kij. Tym razem usłyszał trzask, a z wnętrza różdżki wydobyły się
jaskrawoczerwone iskry. Poczuł gorąco na
wargach i wypuścił laskę tuż pod łapy rudego lisa, który ledwo zdążył podnieść
się z ziemi. Kurczowo osłaniał zranioną łapę, z widocznym lękiem w oczach.
– Nigdy więcej nie waż
się wykradać nam zwierzyny, inaczej znów się spotkamy. – Głos czarnego wydawał się
ostry i stanowczy, lecz w głębi duszy wilk przeczuwał, że jeszcze kiedyś ich ścieżki
się skrzyżują, lecz tymczasem odwrócił się i skierował w stronę domu.
W drodze
powrotnej przekonując się, że już niechronione stworzenia powróciły na dawne
siedliska. Czym prędzej ruszył w stronę polany, by jak najprędzej powiadomić
myśliwych o powrocie roślinożerców oraz Sathane o dziwnym nieznajomym, którego
z obcych sobie przyczyn nie zabił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz