niedziela, 13 lipca 2014

Zadanie na Indywidualnego Myśliwego [Lorens]



 Ciemna sylwetka, przemknęła niczym cień, nadal niezauważona, przez niewielkiego zająca, nieświadomego obecności basiora. Nastawał wieczór i niewielkie stworzonko właśnie spożywało ostatni posiłek tego dnia i choć jeszcze tego nie wiedziało, również i swojego życia.   
 Jasne ślepia zatrzymały się na wątłym ciału uszatego, a na pysku wilka pojawił się grymas zniesmaczenia. Dlaczego doszło do tego, by musiał polować na tak mizerną zdobycz? Nie robił tego od lat, lecz teraz przyszły ciężkie czasy. Upały, a wraz z nimi migracja zwierząt, tak, że na pobliskich terenach ostały tylko nieliczne gryzonie, lecz nimi ciężko było wyżywić siebie, a co dopiero całą hordę wygłodniałych psów.
 Spiął mięśnie, przypominając sobie o zwierzątku, które nadal niestrudzenie przygryzało nieco pożółkłą trawę. Musiał się postarać dla stada. W ułamku sekundy wyskoczył z zarośli, lecz i to okazało się nie tak perfekcyjne, jak by tego chciał. Nadwrażliwy zając odskoczył równie szybko i pędem ruszył przed siebie, a niewiele myśląc Lorens rozpoczął pogoń.
 Jego szanse zmalały, ponieważ zając był po stokroć zwinniejszy od większego od niego samca, lecz mimo to Lorens uparcie pędził zygzakiem za spanikowanym stworzonkiem. Bezskutecznie. Nim zdążył go pochwycić szarak zniknął w niewielkiej jamie. Z gardzieli wilka wydobył się zduszony warkot, świadczący o jego głębokiej irytacji.  Poszukiwanie chociażby tego niewielkiego posiłku zajęło mu dwa dni, a tymczasem jego obiad spoczywał bezpiecznie w norze. Przeklął pod nosem, życząc zającowi wszystkiego co najgorsze, po czym odwrócił się w miejscu i ruszył w drogę powrotną. 
 W głębi duszy miał nadzieje, ze może innym myśliwym poszło lepiej. Może w końcu ktoś odnalazł zbiegłe stada jeleni, lub chociaż jakieś osamotnione cielę. Na samą myśl o delikatnym mięsie młodej łani jego żołądek zadudnił, przypominają, że od dawna nie był w pełni nasycony. Wilk oblizał smoliste wargi, próbując opanować swój głód, co nie było prostym zadaniem, a że dzieliło go od polany kilkadziesiąt minut marszu postanowił zatrzymać się na moment przy wąskim strumieniu, głównie by zatuszować głód wodą, lecz był też cień nadziei, że właśnie tam odnajdzie jakąś zagubioną ofiarę.
 Nie odnalazł. Pustka w wcześniej dość zaludnionym miejscu była nieco przerażająca, a dla Lorensa wręcz przygnębiająca. Ponownie, tym razem w bardziej nerwowym ruchu oblizał kufę, po czym zbliżył się do skalistego podłoża, po którym spływał niewielki, wodny nurt. Basior ugiął kark, zanurzając pysk w chłodnej wodzie, przynoszącej tak upragnione ukojenie. Przymrużył ślepia, chcąc choć na chwile zapomnieć o trapiących stado problemach, lecz i to nie było mu dane.

- Tu jesteś! – Znajomy, głos wydarł go z wewnętrznej oazy, zmuszając by uniósł wzrok, czego strasznie nie miał ochoty robić. Mimo to ociągając się uniósł łeb, napotykając spojrzenie czarnej kundelki. Bez słowa skinął łbem, nie mając ani sił, ani ochoty na tłumaczenie się z kolejnego nieudanego polowania. Na szczęście suczka ciągnęła dalej: - Inni wrócili wcześniej. Z niczym. Bez żadnej zwierzyny. – Jej głos zadrżał, co w owej sytuacji nikogo by nie dziwiło, lecz mimo to Lorens nie zrozumiał o co jej chodzi.

- Sathano, naprawdę się staramy. – Zaczął. – Lecz nie jesteśmy w stanie nawet jej odnaleźć.

- I tu następuje twoja rola. – Przerwała mu, na co Lorens, tylko mlasnął bordowym jęzorem. - Musisz wyruszyć, by ją odnaleźć i sprowadzić na nowo na tereny Stada Psich Serc. – Na pysku Lorensa pojawił się trochę zbyt zuchwały uśmiech, bo w pierwszej chwili pomyślał, że czarna z niego żartuje, lecz jej spojrzenie szybko wyprowadziło go z błędu.

-Sam? – Skinęła głową w odpowiedzi, po czym zniknęła nim zdążyłby odmówić. Przez dłuższy moment spoglądał za nią, lecz nie był pewien czy dobrze zrozumiał jej prośbę.
 Mimo to prędko zaspokoił pragnienie, po czym ruszył biegiem w stronę przeciwną. Mijały minuty, potem godziny a wilk wciąż biegiem pokonywał mile w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu bytności zwierzyny i dopiero gdy znalazł się już daleko od stadnych terenów napotkał coś, co mogłoby być tropem. Zatrzymał się gwałtownie, dopiero wtedy odczuwając skutki wycieńczającego biegu.

 Tuż przed jego przednią łapą, na ziemi odciśnięty był ślad, ale nie był to ślad ani psi, ani wilczy, ani nawet nie przypominał śladu racicy. Był to odcisk buta. Ludzkiego. Mimowolnie warknął.
 Za mało mamy problemów? Pomyślał, po czym ominął ślad, starając się przy tym, nie pozostawić swoich tropów. Ruszył dalej, unikając otwartych przestrzeni i będąc świadomym, że w każdej chwili może usłyszeć strzał z broni dwunożnych. 
W czasie następnej godziny nie natknął się już na żaden dowód świadczący o ludziach, więc o wiele bardziej zrelaksowany zwolnił kroku. I dobrze, bo w tym momencie, tuż przed nim kilkoma susami przeszyło drogę stado rogaczy. Przywarł do ziemi, unikając ich nóg. Zacisnął powieki, gdy tumany kurzu niespodziewanie uniosły ponad jego łeb. 
W całej zawierusze usłyszał niewyraźny warkot, a gdy pył opadł zobaczył przed sobą ogromną łąkę, pełną różnego rodzaju zwierza. Zdziwiony przyglądał się roślinożercom, które w pełnym spokoju pasły się na otwartej przestrzeni. Ale czemu? Czemu były stłoczone w tak dużej ilości w jednym miejscu?
 Ostrożnie postąpił kilka kroków do przodu, na co kilka zwierząt uniosło głowy, by spojrzeć na intruza. Żadne nie uciekło. 
Co jest?- Burknął pod nosem, a nie widząc reakcji z strony zwierząt, ruszył w ich stronę, powarkując. Zamierzał je spłoszyć, lecz te umykały zaledwie kilka susów, by zaraz znów na niego spojrzeć z wyrzutem. Lorens tego nie pojmował. 
Co z wami jest nie tak? – Krzyknął w stronę roślinożerców, powarkując ze złości i wtedy stało się to, czego się nie spodziewał. Coś uderzyło go w bok z taką siłą, że odrzuciło go na kilkanaście stóp. Zwarł zęby, by nie wydać z siebie jęku słabości i zaraz szybko uniósł wzrok by zobaczyć z kim się zderzył. Spodziewał dzika lub łosia, ale kilka metrów od niego stał nieduży lis. Był przeciętnej, rdzawej barwy, lecz znacznie różnił się od przeciętnego lisa. Po pierwsze stał na dwóch tylnych łapach, po drugie na szyi miał drewniany talizman, a po trzecie i najważniejsze opierał się na lasce, staranie wyrzeźbioną końcówką w kolistym kształcie, a z samego jej centrum unosił się dym, jakby coś się w niej tliło.

Kim jesteś? –Cichy, jednak dobrze dosłyszalny głos lisa doszedł do uszu samca, który powoli zebrał się z ziemi.  Wilk, warknął, jednak zaraz odnalazł w sobie resztki kultury.

Jestem Lorens. Pochodzę z psich terenów. – Odparł oschle, spoglądając podejrzliwie na lisa.

 – Więc na nie wracaj. – Burknął lis. - Chyba, że życie Ci nie miłe. – Na te słowa sierść na grzbiecie basiora uniosła się ostrzegawczo.

-Nie wrócę, bez naszej zwierzyny. – Warknął, stając pewniej na łapach, a gdy lis uniósł laskę, basior był już gotów skoczyć na rudzielca, chwytając w uścisk jego łapę. Po polanie rozszedł się przeciągły pisk, gdy broń opadła na ziemie, a kończyna złodzieja utkwiła w paszczy Lorensa. Lis wił się, próbując wyrwać łapę z pomiędzy kłów wilka, lecz ten dopiero po chwili puścił ją, spoglądając na lisa z pogardą. 
 Dopiero teraz zauważył, że gdy rudzielec stracił kontrole, roślinożercy uciekli w przestrachu. Najwyraźniej zrozumieli, że ich obrońca nie jest w stanie już dłużej ich chronić. 
 Lorens warknął i pochwycił tajemniczą broń dwunogiego lisa, lecz gdy tylko jej dotknął poczuł w łbie silne mrowienie, tak, że nawet nie był w stanie zebrać myśli. Ten kij był potężny, a Lorens był za słaby by go dzierżyć. Czuł, że sam nie podołałby jego mocy, więc nie pozostało nic innego, jak ów przedmiot zniszczyć. 
 Mocniej zerwał szczęki, lecz drewno nie ustąpiło i poza kilkoma pęknięciami trzon pozostał nietknięty. Na moment rozluźnił uścisk, by po chwili znów wbić kły w kij. Tym razem usłyszał trzask, a z wnętrza różdżki wydobyły się jaskrawoczerwone iskry.  Poczuł gorąco na wargach i wypuścił laskę tuż pod łapy rudego lisa, który ledwo zdążył podnieść się z ziemi. Kurczowo osłaniał zranioną łapę, z widocznym lękiem w oczach.

 – Nigdy więcej nie waż się wykradać nam zwierzyny, inaczej znów się spotkamy. – Głos czarnego wydawał się ostry i stanowczy, lecz w głębi duszy wilk przeczuwał, że jeszcze kiedyś ich ścieżki się skrzyżują, lecz tymczasem odwrócił się i skierował w stronę domu. 
 W drodze powrotnej przekonując się, że już niechronione stworzenia powróciły na dawne siedliska. Czym prędzej ruszył w stronę polany, by jak najprędzej powiadomić myśliwych o powrocie roślinożerców oraz Sathane o dziwnym nieznajomym, którego z obcych sobie przyczyn nie zabił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz