___________
Przy
truchle białego psa nie było już nikogo poza Trójłapą. Minęło parę dni,
trudno by ktokolwiek tyle wysiedział przy zwłokach. Z resztą sam Nack
zapewne chciałby, by życie płynęło dalej bez względu na jego odejście.
Chciałby aby jego partnerka wychowała ich dzieci na wspaniałe psy,
ułożyła sobie życie z kimś kto potrafiłby o nią należycie zadbać. Ale
ona nie potrafiła, była zbyt kruchą istotą by się z tego otrząsnąć. Nie
donosiła ciąży, dwójka młodych skonała przy jej sercu pod wpływem
wstrząsu, jakiego doznała widząc wybranka żałośnie pogruchotanego,
zlanego krwią, leżącego bezwiednie bez życia w poszyciu traw. Leżała
przy nim, bok w bok, z kufą zanurzoną w jego gęstej sierści obrastającej
niegdyś silny kark. Po srebrnym pysku wciąż płynęły strugi gorzkich
łez, strumień jednak słabł z godziny na godzinę. Nie piła i nie jadła,
nie było w niej dostatecznych zasobów płynu. Przestała drżeć jak osika
na wietrze, żal nie szarpał już jej mięsni ani płuc. Teraz targał jej
wyświechtaną duszą pożerając ją cal po calu, aż wreszcie nie zostało z
niej nic. Tylko nędzne okruchy. Czuła się kompletnie pusta w środku,
zdolna jedynie do tego by cierpieć i nienawidzić, by tęsknić i czekać na
to, co nigdy nie nastąpi.
Była zawieszona w dziwnym stadium między "być" albo "nie być". W sensie biologicznym była jak najbardziej żywa - oddychała, biło jej serce, funkcjonował ośrodkowy układ nerwowy. Wszak duchem była nieobecna, dryfowała bezwiednie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, drapała brzuchy chmur. Ciało nie pozwalało jej odejść, była do niego uwiązana póki śmierć nie przyjdzie, by przytulić do ostrza swej kosy również i ją. Oczekiwanie było bolesne, każda kolejna minuta bez Niego była ciosem którego nie potrafiła odeprzeć, bluzgą przed którą nie potrfiła się ukryć, raną, której nie wyleczyłby nawet czas. On nie zasługiwał na tak podłe konanie, nie zasługiwał na samotność w ostatnich chwilach. Powinna być wtedy przy nim, trzymać łapę na jego łapie, potarzając mu że go kocha i że jest. Wiedziała, że wtedy koniec nie byłby tak straszny, wiedziała że go zawiodła. Kolejna salwa ciosów, które zadała sobie sama wycisnęła z niej ostatnie, krwawe łzy. Odium do samej siebie zatrzęsło nią w bezsilnej złości. Dlaczego nie mogła towarzyszyć wtedy ukochanemu, by było mu łatwiej pożegnać się z życiem i bliskimi. Dlaczego nie wspierała go wtedy, kiedy jej wsparcie było mu potrzebne bardziej, niż kiedykolwiek...
- Jesteś potworem. - podszepnęło okrutne sumienie - Może po drugiej stronie będzie lepiej?
Drgnęła. A więc to są myśli skłaniające do autodestrucji? Czy tak właśnie wyglądają monologi samobójców na parę chwil przed śmiercią? Zagryzła krótko szczęk. Ślepia pełne skruchy padły na kamienne oblicze Nacka. Zastygł z zacięciem wyrytym w spojrzeniu, zastygł w próbie walki. Zastygł próbując wrócić do rodziny. A ona? Ona leżała teraz obok użalając się nad sobą, pieprzona egoistka. Chciała znów poczuć jego obecność, wdychać jego ciepły oddech, upajać się jego rozkosznym głosem bezpieczna i wtulona w jego pierś.
- Jesteś mu coś winna, nie sądzisz? Oddał życie by Cię nakarmić.
- Co... powinnam zrobić? - zapytała swego kata. Zaczęła ulegać jego wpływom.
- Złóżyć swoje w jego mogile. - odparł niewidzialny oprawca.
Była zawieszona w dziwnym stadium między "być" albo "nie być". W sensie biologicznym była jak najbardziej żywa - oddychała, biło jej serce, funkcjonował ośrodkowy układ nerwowy. Wszak duchem była nieobecna, dryfowała bezwiednie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, drapała brzuchy chmur. Ciało nie pozwalało jej odejść, była do niego uwiązana póki śmierć nie przyjdzie, by przytulić do ostrza swej kosy również i ją. Oczekiwanie było bolesne, każda kolejna minuta bez Niego była ciosem którego nie potrafiła odeprzeć, bluzgą przed którą nie potrfiła się ukryć, raną, której nie wyleczyłby nawet czas. On nie zasługiwał na tak podłe konanie, nie zasługiwał na samotność w ostatnich chwilach. Powinna być wtedy przy nim, trzymać łapę na jego łapie, potarzając mu że go kocha i że jest. Wiedziała, że wtedy koniec nie byłby tak straszny, wiedziała że go zawiodła. Kolejna salwa ciosów, które zadała sobie sama wycisnęła z niej ostatnie, krwawe łzy. Odium do samej siebie zatrzęsło nią w bezsilnej złości. Dlaczego nie mogła towarzyszyć wtedy ukochanemu, by było mu łatwiej pożegnać się z życiem i bliskimi. Dlaczego nie wspierała go wtedy, kiedy jej wsparcie było mu potrzebne bardziej, niż kiedykolwiek...
- Jesteś potworem. - podszepnęło okrutne sumienie - Może po drugiej stronie będzie lepiej?
Drgnęła. A więc to są myśli skłaniające do autodestrucji? Czy tak właśnie wyglądają monologi samobójców na parę chwil przed śmiercią? Zagryzła krótko szczęk. Ślepia pełne skruchy padły na kamienne oblicze Nacka. Zastygł z zacięciem wyrytym w spojrzeniu, zastygł w próbie walki. Zastygł próbując wrócić do rodziny. A ona? Ona leżała teraz obok użalając się nad sobą, pieprzona egoistka. Chciała znów poczuć jego obecność, wdychać jego ciepły oddech, upajać się jego rozkosznym głosem bezpieczna i wtulona w jego pierś.
- Jesteś mu coś winna, nie sądzisz? Oddał życie by Cię nakarmić.
- Co... powinnam zrobić? - zapytała swego kata. Zaczęła ulegać jego wpływom.
- Złóżyć swoje w jego mogile. - odparł niewidzialny oprawca.
Wstała
na drżące łapy walcząc ze sobą. Tak, zdecydowanie była mu to winna. Jej
nędzny i tak był zbyt marnym odkupieniem jego męk, o ile był nim w
ogóle. Powinna krztusić się krwią jak on, powinna spłonąć za to w
Piekle, powinna podzielić jego cierpienie. Jeżeli dzielili wespół
radości i smutki...
- Powinnaś umrzeć.
- Powinnaś umrzeć.
Ruszyła
więc na ołowianych łapach, niczym bezrozumna masa, gotowa podążyć za
dalszymi instrukcjami swego plugawego sumienia. Ów podyktowało jej drogę
do ich groty, by mogła poznęcać się nad sobą dotykając umysłem tego co
było śladem ich wspólnej drogi. Ich posłanie, w którym żadne z nich nie
odda się już w objęcia snu, lita skała po której nie będą stąpać już ich
łapy. Ale nie po to tu przyszła. Wnęka w ścianie po lewej chowała cel
jej krótkiej podróży. Liście lilii, które oboje zbierali i suszyli w
razie beznadziejnych przypadków. Suszone liście lilii były doskonałym
zabójcą, prowadziły do ślinotoku i newydolności nerek, a w efekcie do
śmierci. Powinno się je podawać tym dla których nie ma już żadnej
nadziei, tym których mękę należy skrócić. Czy dla niej była jakaś
nadzieja?
- Nie ma dla Ciebie nadziei. Nie masz po co żyć. Nikt cię nie potrzebuje, jesteś tylko zbędnym balastem. Oddaj przysługę stadu i skończ ze sobą. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Te słowa nie bolały. Nic już nie czuła.
- Widzisz? Nawet Ty wiesz, że mam rację.
- Masz rację. - przytaknęła bezwiednie - Jestem do niczego.
Z tą myślą strąciła woreczek trucizny ze skalnej półki. Rozszargała go bezwzględnie, tak jak poroże rozorało ciało jej ukochanego. Nie myślała, gdy żuła zieleninę by szybciej wyzwolić zabójczą esencję. W przeciągu paru chwil zeżarła wszystko, pozostawiając jedynie skrawki opakowania. Pozostawiła je tam, by stanowiły puentę tego kiepskiego żartu. Los znów sobie z niej zadrwił, po raz kolejny odebrał jej coś cennego. Całe życie próbowała z nim walczyć, ale im zacieklej walczyła, tym przekonanie o przegranej stawało się silniejsze. Poddała się więc, a łapy niosły ją na spotkanie z wybrankiem, spotkanie które było tylko kwestią minut. Ekstrakt rośliny poraził ją częściowo w drodze. Pysk spienił się solidnie, kolejne kroki stały wyzwaniem. Położyła się przy wielkim, białym cielsku, opuszczała ją świadomość. Zdołała jeszcze wsunąć smukłą kufę pod jego łapę, by wiernie podzielić jego smutny los. Opuściła ze spokojem powieki.
- Teraz będzie nam dobrze... - niewyraźny szmer dobył się z jej gardła, a smoliste wargi ułożyły się w szczery uśmiech, by w nim zawrzeć ostatnie słowa. Wycieńczony organizm poległ bez walki.
Wyzionęła ducha.
- Nie ma dla Ciebie nadziei. Nie masz po co żyć. Nikt cię nie potrzebuje, jesteś tylko zbędnym balastem. Oddaj przysługę stadu i skończ ze sobą. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Te słowa nie bolały. Nic już nie czuła.
- Widzisz? Nawet Ty wiesz, że mam rację.
- Masz rację. - przytaknęła bezwiednie - Jestem do niczego.
Z tą myślą strąciła woreczek trucizny ze skalnej półki. Rozszargała go bezwzględnie, tak jak poroże rozorało ciało jej ukochanego. Nie myślała, gdy żuła zieleninę by szybciej wyzwolić zabójczą esencję. W przeciągu paru chwil zeżarła wszystko, pozostawiając jedynie skrawki opakowania. Pozostawiła je tam, by stanowiły puentę tego kiepskiego żartu. Los znów sobie z niej zadrwił, po raz kolejny odebrał jej coś cennego. Całe życie próbowała z nim walczyć, ale im zacieklej walczyła, tym przekonanie o przegranej stawało się silniejsze. Poddała się więc, a łapy niosły ją na spotkanie z wybrankiem, spotkanie które było tylko kwestią minut. Ekstrakt rośliny poraził ją częściowo w drodze. Pysk spienił się solidnie, kolejne kroki stały wyzwaniem. Położyła się przy wielkim, białym cielsku, opuszczała ją świadomość. Zdołała jeszcze wsunąć smukłą kufę pod jego łapę, by wiernie podzielić jego smutny los. Opuściła ze spokojem powieki.
- Teraz będzie nam dobrze... - niewyraźny szmer dobył się z jej gardła, a smoliste wargi ułożyły się w szczery uśmiech, by w nim zawrzeć ostatnie słowa. Wycieńczony organizm poległ bez walki.
Wyzionęła ducha.
Jethra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz