poniedziałek, 13 maja 2013

Stadne opowiadanie-część II.

Bo jestem tu coś winna.
Nawet, gdy nie żądają zapłaty,
Muszę spłacić dług.
Czuje się nadal jak powietrze,
Co nikomu do życia jest niepotrzebne.
Więc przynajmniej zrobię to, co do mnie należy.
Oddam to, co powinnam,
Spłacę to, co spłacić powinnam.
   Młoda przechadzała się po terenach Stada Psich Serc. Wszystko było w porządku, jak się wydawało. Szczenię, mając na pysku uśmiech postanowiło zrobić sobie spacer, jak robi to codziennie. Ale dzisiaj poczuła, jakby jej czegoś brakowało. Zastanawiała się często nad tym uczuciem.
   Pewnego razu, kiedy bawiła się z rówieśnikami poczuła dotkliwe kłucie w sercu. Przez chwilę nie mogła się ruszyć, a oddychanie sprawiało jej kłopoty. Na szczęście ten stan trwał przez chwilę, po czym wróciła do zabawy ze szczeniakami.
  Gdy nadszedł  czas obiadu, swoim zwyczajem usiadła koło szczeniaków. W tym miejscu wszystkich z watahy dobrze widziała. W sumie... Z każdego by widziałaby, gdyż wszyscy byli ustawieni w kole. Ale mniejsza o to. Tego dnia jedzenie było obfite i nikomu nie zabrakło jedzenia. Ba, nawet parę sztuk saren zostało. Jak zawsze po skończonej uczcie, inni członkowie stada zaczęli rozmawiać.  Rebekah, jednak nie należała do osób gadatliwych, więc w tym czasie obserwowała innych. Wpierw spojrzenie jej padło na Koronę stada, Lenę, potem zaś na siedzących koło niej wojowników, myśliwych, tropicielów, zwiadowców oraz innych. Swoim zwyczajem spojrzenie szczeniaka zaczęło szukać swych rodziców. Sathanę odnalazła bez trudu, jednak szukanie ojca, Ravela sprawiło jej, ku jej zdziwieniu najwięcej trudności. Zazwyczaj, czyli niemalże zawsze, odnajduję go bez trudu. Nawet pierwszy rzuca się w oczy. Z zastanowień Rebeki odepchnął ją Royal, powalając samiczkę z nóg, z zaskoczenia. Kiedy spojrzała na niego, wyraźnym gestem zapraszał Młodą do zabawy.  Wstała, a w jej oczach tańczyły ogniki.
-Łosz ty!-powiedziała cicho, uśmiechając się lekko.
-Trzeba być zawsze czujnym, nie?-odparł.
   [R:]  Wtedy rzuciłam się w wir zabawy. Po paru chwilach dołączyły także inne szczeniaki. Razem grałyśmy aż do wieczora. Dopiero  wówczas zorientowałam się, że nikogo nie ma, jedynie opiekunowie. Wszyscy, zmęczeni zabawą, bez protestów posłuchaliśmy poleceń naszych niań. Gdy dotarliśmy do jaskini w oka mgnieniu zasnęliśmy jak zabici.
   Nastał kolejny dzień. Po śniadaniu, wspólnych zabawach, nauki mieliśmy czas wolny dla siebie. Znów wpadłam w wir rozmyśleń. Gdzie jest mój tata, Ravel? Postanowiłam się zapytać innych. Po odpowiedziach w końcu uznałam, że nikt raczej nie wie, gdzie jest Samiec Gamma.
   Tak mijały kolejne dni. Żadnych informacji, żadnych śladów, żadnych wiadomości.
   Przyznam, zaczęło mnie to irytować, ale jeszcze bardziej bałam się o swojego ojca. Czego nikt nic nie wie? Czemu nikt do nie szuka? Dlaczego nikt nie zauważył dotąd próby poszukiwań? Owszem, słyszałam jakieś pogłoski. Ale to zbyt mało. Coraz częściej w więcej osobom zaprzątałam tym głowę. Ale nic...Czyżby cisza przed burzą?
   Na terenach, w których wcześniej żyłam, nie raz miałam okazję zetknąć się z burzą. Nawet zbyt wiele. Ale mniejsza o to. Po prostu martwiłam się, że  może być podobnie. Nic się nie dzieje. Nikt się niczego nie spodziewa. I nagle trach! Katastrofa...
  Minął kolejny dzień. Znów nic. Dopiero następnego ranka oficjalnie ogłoszono poszukiwanie Ravela, zorganizowane przez Sathanę. Byłam bardzo szczęśliwa. Bez namysłu wstąpiłam w progi poszukiwaczy. Po rekrutacji podzielono nas na 3 grupy, a każda z nich miała iść na wybrany teren. Byłam w trzeciej grupie, razem z Sashą i Leiką, a miałyśmy iść w Góry, przy okazji także dobrze przeszukać knieję. Jeszcze się odbyło jedno spotkanie wieczorem. Jutro wyruszamy na poważnie.
 Akcję czas zacząć.
  Wstałyśmy  wczesnym rankiem. Mimo tego, ze wszystkich z grupy spałam najdłużej. Przywitano mnie śniadaniem złożonego z królika. Zjadłam go beż najmniejszych zastrzeżeń.  Miałam leki żal, że obudziły mnie najpóźniej, jednak szybko mi przeszło. Z entuzjazmem zapytałam się od czego zaczniemy. Sash odpowiedziała  mi na to, że zaczniemy od wędrówki do kniei, bacznie wszystko przeczesując. Mogłam się spodziewać tej odpowiedzi, jedna słowa wypowiedziane z ust Sash, wywarły na mnie takie wrażenie, że jakbym słyszała to pierwszy raz. Zaskoczona i pełna entuzjazmu nie mogłam się doczekać, kiedy wyruszymy.
 Po około godziny wyruszyłyśmy. Przedtem ustaliłyśmy trasę. Po kniei miałyśmy się poruszać slalomem długim, ale ścisłym. Gdy podzieliłyśmy się, każda z nas wyruszyła w innym kierunku. Poszłam z Sashą. Leiko, jako zwiadowczyni, miała większe doświadczenie, jeżeli chodzi o zauważanie drobnych, ważnych szczegółów. Tak więc rozdzieliłyśmy się. Leiko w stronę zachodnią, ja z Sash z stronę wschodnią.
  Przez pierwsze dwie godziny nic kompletnie nie znalazłyśmy. Byłam  trochę zawiedziona. Jak każdy szczeniak myślałam, że pójdzie szybko, albo przynajmniej będzie się coś działo. Nie spodziewałam się, że to będzie aż tak strasznie długa i żmudna robota. Mijały następne godziny. I nic. W końcu prócz lekkiego odczuwalnego zmęczenia, się we znaki dawał także głód i pragnienie.
-Dobrze, zrobimy przerwę i zjemy coś.-odparła Sash.  -Jeszcze parę metrów i będziemy koło jeziora. To tam zostaniesz, a ja spróbuję coś upolować, zgoda?
-Zgoda.-powiedziałam.
   Kiedy dotarłyśmy do ów zbiornika wodnego, rozdzieliłyśmy się. Czekałam pół godziny na powrót Sashy. Jak się okazało upolowała 2 średnich rozmiarów króliki. Po uczcie znów wyruszyłyśmy na żmudne poszukiwania. Tak jak wcześniej nic nie udało się znaleźć. Było już późne popołudnie. Słońce zaczynało chować się zza horyzont. Niebo zmieniało swoją błękitną barwę na czerwono-pomarańczowo-różowy. Chmury przy słońcu nabierały nowego uroku. Nawet drzewa i inne rośliny zdawały się zmieniać, a ich cień stopniowo się wydłużał. Szłyśmy przez ten zmienny krajobraz.
    Dopiero teraz zauwarzyłam, jaki ten świat ciekawy i piękny. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Ciągła zabawa z rówieśnikami, a wcześniej myślenie tylko o przeżyciu sprawiały, ze nie doceniałam tego, co miałam wokół. Ach, wspólne zabawy! Pewnie znów całą gromadką bawilibyśmy się w ściganego, ciągnięcie patyków, bądź inne gry. Gdybym pewnie została, Royal, bądź Nack rzuciliby się w moim kierunku z zaskoczenia, a ja tracąc równowagę runęłabym jak kamień w wodę. W sumie to zazwyczaj... no dobra: prawie zawsze rozmyślam i rozmyślam. Pewnie stąd wzięło się powiedzenie, wymyślone przez szczeniaki: "Wracaj na ziemię, Rebekah!".
   Teraz to sama musiałam "wrócić na ziemię". Gdy rozglądałam się wokół, by odnaleźć spojrzeniem Sash, była już bardzo daleko. Tylko echem zaczęło bić ledwo co jej głos, wołający moje imię. Wstałam na równe łapy i zaczęłam biec najszybciej, jak potrafię. Kiedy dotarłam w końcu koło niej odbył się krótki dialog. Potem zaś znów wyruszyłyśmy na poszukiwania. Tak jak tamte wcześniejsze, nie przyniosły upragnionych rezultatów. Szłyśmy nadal, jakby bez żadnego celu. Znów pustka. Nadzieja w nas zaczynała powoli gasnąć. Eh... Może Leiko znajdzie coś ciekawego?-pomyślałyśmy. Jak się po paru chwilach okazało to samo.  Czyli nie jest tak źle.
   Znów krajobraz się zmienił. Nie było już widać złotej kuli słońca, jedynie niektóre promienie przebijały się przez warstwę chmur... Chmury. Spojrzałam na niebo. Zaczynały pokrywać całe sklepienie. Szybko do mnie dotarło, że jeżeli są tu jakieś ślady, to przez deszcz zmyją się...I możliwe, że nie będzie sensu dalej szukać, jeżeli owe ślady będą jedyną "pamiątką" pozostawioną przez obce psy... o ile to są psy.  Szukanie odcisków łap jest porównywane do szukanie igieł w stogu siana. Przecież mogą być wszędzie. Jednak nie mamy innego wyboru, tylko szukać dalej.
Sekundy ciągnęły się jak minuty. Minuty trwały jak godziny, a godzina wieczność. Nic. Żadnych wskazówek, żadnych śladów, coraz mniejsze nadzieje.
Wieczór. Już nie ma prawie promieni słonecznych. Chmury zakryły całe niebo. Na szczęście nie wszystkie były czarne. Jedyna pociecha...[?]  Zbliżał się czas, w którym miałyśmy się wymienić z Leiką informacjami. Szłyśmy wolno, w porównaniu do początku naszej wyprawy. Cóż, trudno się dziwić. W końcu idziemy z pustymi łapami... 
  Gdy powoli zbliżałyśmy się do punktu , od którego zaczęłyśmy poszukiwania,  wnet do moich uszu doszło dźwięczne ptasi śpiew. Znałam ten głos. Od razu ożywiłam się, a teraz poczułam się rada. Niemalże zaczęłam skakać z radości.
-Kosogłos!-mówiłam szczęśliwa. -Kosogłos, kosogłos!
-Co proszę?
-Kosogłos!-powtórzyłam. Potem wskazałam łapą na drobnego, brązowego ptaka.
-Aha, ten ptak. A dlaczego jest taki ważny?
 Zamiast odpowiedzi, zanuciłam krótki, cztero-dźwiękowy utworek. W tym momencie kosogłos zamilkł, a po chwili zaśpiewał moją melodię. W oczach dorosłej psiny zaczęły tańczyć złote ogniki. Już wiedziała, o co chodzi.
-Czyli, mam rozumieć, że dzięki temu ptakowi możemy się komunikować? To znaczy, że jak coś znajdziemy, to możemy poinformować innych, po prostu zanucając parę nut... Dobre, bardzo dobre!-pochwaliła mnie.
-Dziękuję.-odparłam, a na twarzy pojawił się lekki rumieniec. Już nie pamiętała, kiedy ktoś ją od czasu wędrówki tutaj (dołączenie do stada) pochwalił.
-Nie ma za co. Tylko trzeba powiedzieć innym i nauczyć melodii.
-To akurat nie będzie sprawiać kłopotów. A teraz chodźmy, bo pewnie Leiko na nas czeka.
    No i poszłyśmy. Akurat ta podróż zeszła bardzo szybko, zaledwie 15 minut. Wcześniej szłyśmy slalomem, ale teraz prosto jak strzała. W tym czasie widać było, że Sash jakby była zamyślona.
 -Coś się stało?-zapytałam.
-Tak jakoś dziwnie... Jakbym czuła obcą woń, ale bardzo słabo. Hm... ale przynajmniej ślady powinny być...- zaczęłam rozglądać się wokół, na ziemi. Racja, mi z trudem było cokolwiek poczuć, a jeżeli chodzi o ślady, to nie było szans. Przelecieli, czy co? Cóż, w końcu nie wiem, kto to jest. Może jakiś latający pies? Nie, przecież to legenda. Jednak nic innego nie przychodziło mi do głowy.
   Dotarłyśmy w końcu na miejsce. Tam czekała na nas Leiko. Od razu rzucało się w oczy, że trzymała w pysku "świecące coś". Gdy przybliżyłyśmy się okazało się, że był to jakiś naszyjnik przedstawający księżyc. Jednak nie ten, dobrze znany, co w nocy jest widoczny. Ten był czerwony.
-O, widzę,że coś znalazłaś.-odparła Sash.
-Tak, jedynie to się mi udało znaleźć. A wam?
-Niestety nic konkretnego, co pomogłoby w sprawie poszukiwań.
-Jednak coś znalazłyście, prawda?
-To znaczy Rebekah odnalazła ptaka zwanego kosogłosem. On mógłby pomóc w poszukiwaniach. Wystarczy, że zanucimy parę dźwięków, a on powtórzy i przekaże dalej. To może się przydać, kiedy coś znajdziemy, lub ktoś wpadnie w tarapaty.
-Ciekawe... -powiedziała. Potem skierowała się ku mnie.  -Rebekah, a tych kosogłosów to dużo, czy mało tu jest?
-Wiele! kiedy szłyśmy tutaj, to co chwila widziałam nowego.
-Hm, to dobrze. A czy coś jeszcze?
-Kiedy szłyśmy -tu Sasha mówiła - To czułam jakby obcą woń, jednak wokół nie było żadnych śladów. Właśnie tą drogą, którą zmierzałyśmy.
-Aha. To może okazać się istotne, jeżeli chodzi o poszukiwania.
   Suczki mówiły dalej, jednak ta rozmowa nie za bardzo mnie interesowała. W sumie mało z niej zrozumiałam. Ciągle wpatrzona byłam w owy naszyjnik. Bardzo chciałam go założyć.
-Leiko...-powiedziałam po jakimś czasie.
-Tak?
-Mogę naszyjnik?
-Tak jasne, weź.-powiedziawszy to wręczyła mi go, dając rzecz na szyję. Dotknęłam go,a on zaczął się obracać. Potem zaczął świecić jakimś światłem odbitym, co dodało mu uroku.  I tak rozhuśtałam "błyskotkę". Kiedy traciła na sile , już nie kołysałam, lecz czekałam, aż przestanie się ruszać.
  -Dobrze, to w takim razie powinniśmy iść na Polanę Główną, podsumując pierwszy dzień.-powiedziała Leiko. W tym samym momencie medalion przestał się ruszać i dotknął mojej klatki piersiowej.
   I tu się stała niezwykła rzecz. Wszędzie było szaro. Jedynie, gdy spojrzałam w dół widziałam odciski łap. Bardzo wyraźnie, gdyż wyróżniały się innym kolorem, a mianowicie czerwonym.
-Ślady!-krzyknęłam.
-Gdzie?-zapytały obydwie.
-Tam!-podniosłam łapę w stronę owych odcisków łap. Jednak Suczki nic nie widziały.
  Nagle stało się coś nieoczekiwanego. Czuć było w powietrzu zapach zapalonego futra. Wokół szyi zaczęło mnie bardzo boleć, a wysokiej temperatury nie dało się znieść. Z ledwością oddychałam.
-Zdejmijcie to ze mnie!-krzyczałam przerażona, zdławionym głosem. Zaczęłam podskakiwać i różne "cudawianki" robić, jednak po interwencji Leiko w końcu odzyskałam zdolność do oddychania. Padłam plackiem na ziemię, ciężko dysząc.  Powoli obraz zaczynał się ściemniać. Za chwilę znów zapadnie ciemność.
-Szybko, trzeba ją zanieść do naszych medyków.-powiedziała Sasha, po czym wzięła mnie na plecy.
-Racja.-odparła, po czym obydwoje pobiegły szybkim galopem.
  Nie! Chcę wam pomóc w poszukiwaniach. Chcę znaleźć tatę, pomóc mu. Nie chcę obudzić się i dowiedzieć się o najgorszym. Jestem temu stadu tyle winna. Przecież przygarnęliście mnie, daliście mi schronienie, jedzenie, nową rodzinę, szczęście. Przynajmniej tak chcę się odwdzięczyć i pokazać, że jestem coś warta. Proszę, nie zostawiajcie mnie. Chcę dalej szukać wskazówek.-to były moje ostatnie myśli, jednak zabrakło mi sił, by powiedzieć chociaż jedno słowo. Obraz napełnił się wokół czernią.
-Będzie wszystko dobrze.-powiedziała biała suczka w czarne plamki.  Teraz nie byłam w ogóle przytomna, z ledwością słyszałam jej słowa przed zemdleniem. W trakcie podróży, samiczkom towarzyszył śpiew ptaka. Tego samego, którego ujrzałam. Kosogłos. Do polany nie opuścił psin, śpiewając wciąż tę samą pieśń...
_________________
   Tak, należą się słowa wyjaśniena. Jeżeli chodzi o ten wiersz, który jest na początku, to nie chodzi o to, że Rebekah nażeka. Po prostu te miesiące wędrówki sprawiły, że czuje się jak powietrze, nikomu niepotrzebna, jak piąte koło do wozu. Jak widać, dobrze się tu czuje, nawet bawi się z innymi, ale wcześniejsze doświadczenia nie pozwalają jej na nowe, "normalne" życie. Zawsze, kiedy wspomnieniami wraca do tamtych  czasów "ma głowę w chmurach", a wtedy znów przypominają się lekcje, jakie jej świat zafundował. I stąd się wzięło :"Czuję się nadal jak powietrze", "Muszę spłacić dług".
   Może przypominacie sobie jeszcze ten znak : [R] ? Po prostu nie chciałam zmieniać początku, bo zaczęłam jako narrator 3-osobowy, a ten znak oznacza, że zmieniłam na narratora 1-osobowego [Rebehah, w skrócie].
  I ostatnią rzeczą, którą mogę się doczepić, to ten kosogłos. Pewnie ci, co czytali "Igrzyska Śmierci" wiedzą o co chodzi. I stąd właśnie wzięłam owego ptaka. Jednak ci, co nie czytali, to mam nadzieję, że rozumiem o co mniej więcej chodzi.
  Wybaczcie, że takie krótkie, i tak długo to pisałam, ale wenę miałam dziurawą. Pomimo tego, mam nadzieję, że się podoba.
 Wszystkim, co wytrzymali do końca, gratuluję!
PS Komentarze mile widziane! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz