poniedziałek, 21 kwietnia 2014

It never ends. [Jethra]

      Urodziła się w renomowanej hodowli psów swojej rasy, zaskakując wszystkich wokół. Potomek jednej z najsurowiej wyselekcjonowanych par przyszedł na świat bez... Lewej zadniej łapy. I cóż z tego, że urodą oraz intelektem mogłaby w przyszłości przyćmić swoje siostry, skoro miała jedynie trójkę kończyn? 
     Gdy matka odkarmiła swe młode na tyle, by te mogły samodzielnie żywić się stałym pokarmem, Jethra została oddzielona od rodzeństwa i przetransportowana do odległego schroniska, tak by nie wyszedł na jaw błąd najlepszych hodowców w kraju. Przytułek dla zwierząt nie był stereotypowym skupiskiem setek czworonogów, gdzie chorych i starych podopiecznych usypiało się, aby zrobić miejsce nowym. Była to dobrze prosperująca, schludna i zatrudniająca wspaniałych ludzi placówka. Boksy były bardzo przyjemne, a pożywienie serwowane zwierzętom na prawdę różnorodne i wysokiej jakości. Aż dziw, że instytuacja utrzymywała się z darowizn ludzi dobrej woli. Reklamę szerzyły okoliczne media, zapraszając do swoich studiów pracowników i poszukujące dobrego domu futrzaki. Czterołapy zdobywały więc uznanie w codziennych audycjach.
      Mimo że Jethra nigdy w ten sposób nie znalazła nikogo, kto by ją przygarnął, szybko stała się flagowym symbolem przytuliska. Trójłapa suczka była nawet odwiedzana przez hordy dzieci, które nie mogły się nadziwić jej gęstym, puszystym futrem, mądrym spojrzeniem i jakby wiecznie rozweseloną, poczciwą psią mordą. Z nimi przychodzili również i dorośli, aby poznać na żywo gwiazdkę z lokalnej telewizji. Można stwierdzić, że była... Sławna. Ludzi zadziwiał jej zapał i hart ducha. Mimo, że miała tylko trzy łapy, nigdy nie odstawała od swoich pobratymców, wręcz przeciwnie, rywalizowała z nimi na każdym polu i choć nie zawsze udało jej się wygrać zmagania, próbowała do upadłego. Dosłownie do upadłego. Potrafiła gonić jakiegoś psa przez cały dzień, a potem spać cały następny. Taka już była i nikt nie próbował jej zmieniać.

      W tymże schronisku poznała także swoją najlepszą przyjaciółkę, rudawą kotkę Izzy. Choć na początku nie afiszowały się tak ze swoją sympatią, już parę tygodni potem nie można było zobaczyć ich osobno w porze spaceru, czy zabaw. Gdy sanitariusz brał ze sobą Jethrę, musiał wziąć również Izzy i na odwrót, taka transakcja wiązana. Dostały też wspólny boks, Izzy była jedyną kotką w sekcji dla psów i choć nie wszystkim odpowiadała jej obecność, nikt nie śmiał choćby burknąć w jej stronę. Jethra bowiem mimo swojej niedyspozycji miała silny charakter i broniła przyjaciółki niemal na każdym kroku. Ograniczała się jednak do suchego warkotu i błyszczących kłów. Pewnego dnia to jednak nie wystarczyło. Starszy pies przyparł Jethrę do ogrodzenia i chcąc dać jej nauczkę na przyszłość spróbował zakleszczyć się na jej poliku. Srebrzysta szarpnęła się bezsilnie, a kieł przeciwnika uszkodził lewe oko. Dzięki szybkiej interwencji dwunogów nie było konieczności jego usunięcia, lecz do tej pory oblane jest mgłą, a przy tym również niezdolne, by widzieć. Po tym incydencie mocno podupadła jej pozycja wśród psiej sfory, lecz nadal nie była skłonna urwać więzów z Izzy, nawet gdy namawiała ją do tego sama kotka, zmartwiona jej parszywym samopoczuciem i czująca z tego powodu niewiarygodne wyrzuty sumienia. 
- Przyjaciele są potrzebni na dobre i złe chwile. Przyjaźni nie można traktować wybiórczo. - zawsze odpierała Jethra. Jej biały pysk ogrzewał wtedy łagodny, pełen zrozumienia uśmiech, który uspokajał kocicę.
      Nie było jej łatwo, niezależnie od tego, co mówiła Rudej. O tyle o ile z brakiem łapy musiała zmagać się od pierwszych chwil życia, do zawężenia pola wzrokowego musiała się już przyzwyczajać. Choć szło jej to topornie, z pomocą Izzy i paru innych psów, oraz wsparciu ludzi oswoiła się z "brakiem" jednego oka. Sam sądziła że wygląda okropnie, lecz nikt jej tego nigdy nie powiedział. Samoocena suczki uległa autodestrukcji, spadając do najniższego możliwego progu, co oczywiście nie wykluczało jej promiennego oblicza i dobrego serducha. Nie zmieniła się wbrew przeciwnościom losu, wręcz przeciwnie, stała się jeszcze weselsza i jeszcze piękniejsza duchowo niż mogłoby się wydawać. Świat jakby jej się odwzajemnił w późniejszych tygodniach.
      Do schroniska przywieziono raz psa, huskyego. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby ów pies nie walczył w ogóle z ludźmi, pomimo że nie wyglądał na domowego pupila. W jakimś dziwnym sensie przypominał jej wilka, w ciszy znoszącego zniewagę, oczekującego na odpowiedni moment, na okazję do ucieczki. Na początku wstydziła się pokazywać towarzyszowi z boksu obok, jednak ostatecznie ten sam ją nawiedził i o dziwo dla suczki, rzucił bardzo miłe komplementa. Nie mogła ich przetrawić za pierwszym razem, lecz z czasem przyzwyczaiła się nie tylko do psa, ale też nauczyła się wierzyć w to, że nadal może być piękna w czyichś oczach. W niewiarygodnym tempie nawiązała się między nimi dziwaczna nić porozumienia, której nijak nie dało się określić. Tłumiła w sobie tę sympatię, jakby bojąc się z nią zdradzić.
- Pomogę ci uciec. - powiedziała pewnego dnia, widząc swoistego rodzaju mękę w oczach przyjaciela. Na chwilę się zapomniał, a ona wiedziała już, że to nie jest jego miejsce.
- Jak? - zapytał samiec, łypiąc na nią nie do końca przekonany.
- Dwukrotnie w ciągu tygodnia wywożą nas stąd, by w telewizji zaprezentować szczęśliwie wybranych potencjalnym rodzinom. Rejwach jest wtedy tak wielki, że nikt nie zauważy Twojego zniknięcia. Otworzę Ci boks, bo jeżdżę tam za każdym razem.Pies skinął łbem w ramach ugody, wewnętrznie będąc jednak rozdartym.
        Plan Jethry odbył się bez komplikacji. Kiedy wyprowadzono ją z boksu i zostawiono na chwilę luzem w korytarzu, zbliżyła się do boksu husky'ego i z zaskakującą łatwością stanęła na zadniej łapie, przednie wpierając na siatce. Pysk trącił zasuwę, a bramka ustąpiła gdy srebrzysta opadała na ziemię. Samiec wyszedł na korytarz, przez ulotną chwilę mierząc Jethrę wzrokiem.
- Chodź ze mną. - wydobył z siebie w końcu, jednak spotkał się z odmową. Suka popatrzyła na niego łagodnie, dusząc w sobie wenętrzny smutek.
- Dobrze mi tutaj. - odparła, zwracając spojrzenie w stronę otwartych drzwi. Psy były właśnie wyprowadzane z budynku i wnoszone do samochodów. Nie sądziła że mogłaby utrzymać się na wolności, a tym bardziej nie chciała obciążać swoją osobą kompana. - Ale Tobie życzę powodzenia. - po czym ponagliła go, że powinien już zniknąć i sama wróciła do boksu, nawet się nie żegnając. Właściwie wtedy widziała go ostatni raz i nigdy już nie zapomniała.
      Po upływie paru miesięcy suczkę zauważyło małżeństwo, które nie mogło mieć dzieci. Widząc ją tak przybitą, nie byli pewni, czy będzie dobrym wyborem. Gdy jednak zorientowali się, jak dobre ma serce i jak zgodnie życie z Izzy, zdecydowali się zabrać ją do domu. Sanitariuszka odchrząknęła niezręcznie.
- Obawiam się... Że tu będzie mały kłopot. Jethra jest bardzo zżyta z Izzy i okrucieństwem byłoby je rozdzielić... - W takim razie zabieramy je obie. - oznajmił mężczyzna o dobrotliwym wyrazie oczu. Po załtwieniu wszelkich formalności, zarówno suczka, jak i kotka zostały przewiezione do nowego domu, gdzie miał rozpocząć się nowy rozdział w ich życiu...
__________________________________________________________________________
Tu ucinam. Może kiedyś dopiszę resztę tej historii, o ile komukolwiek chciałoby się ją czytać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz