poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Life is brutal. cz. I. [Lena & Antares]

Nigdy nie myślałem, że trafię do poprawczaka w którym siedziałem pięć dobrych lat. Nienawidzę swojej matki, ani ojca za to co mi zrobili. Jednak zaczęło się to wszystko od tego, że będąc w gimnazjum kiedy miałem 14 lat zacząłem opuszczać lekcje i wszczynać bójki. Fakt, wkurzały mnie takie typki z mojej szkoły, ale to nie od razu powód by wsadzać mnie do tego bagna, z którego nie mogłem przez parę lat wyjść. Ciągałem się po sądach, płaciłem odszkodowania, jednak nie czułem w sobie tej winy, to co robiłem. Po prostu nienawidzę mojej rodziny, która od tak zgodziła się, żeby mnie zamknąć w tym całym poprawczaku. Życie tam to była dla mnie jedna wielka udręka, jednak dało się przyzwyczaić do tych ludzi i do tego miejsca. Miałem wszystko gdzieś i żyłem własnym życiem nie słuchając ludzi, którzy chcieli mi pomóc. Nie jestem jakimś małym dzieckiem nad którym trzeba skakać. Serio nie ruszało mnie to, że oni wszyscy martwią się o mnie, wolałem sobie siedzieć w tych czterech ścianach i gapić się w sufit niż rozmawiać z tymi ułomnymi ludźmi. W końcu powiedziałem: dość. Nie zostanę tam ani chwili dłużej! Planowałem ucieczkę już od dłuższego czasu, jednak zawsze wahałem się. Dzisiaj postanowiłem przełamać się, w końcu spakowałem się i od tak po prostu wyszedłem jak gdyby nigdy nic.
Nazywam się Evan, a moje nazwisko jest mało ważne, mam 20 lat i w końcu wydostałem się z tego więzienia. Chcę w końcu żyć własnym życiem, a nie pod dyktando innych. Teraz tylko zdobyć trochę kasy i znaleźć dach nad głową, ta łatwo powiedzieć ale przecież nie będę siedział i żebrał, bez żartów. Wiem że będzie ciężko, ale dam radę, muszę. Przyspieszę, mogą zacząć mnie szukać... muszę jak najszybciej zapomnieć o tym wszystkim. Tylko co dalej? Nie wrócę do domu, nie po tym. Muszę wziąć się w garść. Parę ulic stąd mieszka Frankie, mój najlepszy kumpel ze szkoły, tylko czy mnie jeszcze pamięta? Nieważne, nie mam zamiaru spać dzisiaj pod mostem. Im dalej jestem od tego piekła tym bardziej się cieszę że wreszcie z niego uciekłem. No tak, a Frankiego znowu nie ma, prawie nigdy nie go nie ma w domu. Zostawię mu kartkę że byłem i przyjdę wieczorem. Jakoś szczególnie mnie nie ciekawi co się dzieje u rodziny, z resztą nie myślę o tym, nie chce mi się. Chodziłem sobie błąkając się to tu i tam. W końcu czułem się wolny, mogłem robić co chcę. Brakowało jeszcze tylko pieniędzy, pracy i mieszkania. Chociaż kto powiedział, że w życiu jest lekko? Wiedziałem, że muszę zacząć zarabiać, bo inaczej nie utrzymam się. Miałem tak wielką ochotę zapalić papierosa, jednak nie miałem przy sobie żadnych fajek, jedynie zapalniczkę. Przechodząc obok straganów zauważyłem, że pewien gość pali papierosa. Podszedłem do niego, niechętnie, ale musiałem.
-Dzień dobry, czy ma pan szluga? –Zapytałem spoglądając na starszego faceta.
Spojrzał na mnie wpierw jak na jakiegoś żebraka wywracając oczami. Wiedziałem, że mi nie da, ale spróbować zapytać nie zaszkodzi. Nawet przeszła mi pewna myśl, by ukraść od niego tą paczkę papierosów, jednak wiedziałem, że to jest zły pomysł. Nie chciałem sobie robić problemów, nie pierwszego dnia kiedy wyszedłem z poprawczaka.
-Masz chłopcze i zmiataj! –Dał mi papierosa i machnął ręką do mnie.
Mijały godziny, a ja dalej błądziłem po mieście nie wiedząc co robić. W końcu poczułem burczenie w swoim żołądku i wiedziałem, że muszę coś zjeść. Nie miałem przecież pieniędzy i nie mogłem kupić sobie chociażby zwykłej bułki. Może zacznę zbierać butelki, zawsze to parę groszy... ech, to głupie. Coś dużo ludzi dzisiaj na mieście, pewnie nagłe awarie automatów do kawy i wszyscy dostali wolne bo by pousychali ślęcząc 8 godzin w robocie. Ale nagle ktoś mnie uderzył w plecy, już miałem się zamachnąć i oddać ale zatrzymał mnie głos z tyłu.
-Ty, nie bądź taki wyrywny Eve
Ta, jestem głodny, wściekły i nie mam gdzie się podziać i jeszcze brakowało mi jakiegoś typa który pewnie będzie chciał mi wcisnąć jakiś nikomu niepotrzebny syf... tylko skąd on zna moje imię?
-Czego?
Nie miałem zamiaru wkręcać się w jakieś gadki, do wieczora jeszcze masa czasu a nie mam za bardzo pomysłu gdzie się podziać, bo przez te 5 lat wiele
mogło się  zmienić.
-Co ty, nie poznajesz mnie?
Wysoki średnio napakowany koleś do mnie podbija i się pyta czy go znam, a jak nie znam to jeszcze brakowało mi dzisiaj oklepu od kogoś i byłoby naprawdę cudownie, z resztą znałem wielu podobnych kolesi w życiu, skąd miałbym niby jego znać?
-Nie bardzo
Odszedłem szybszym krokiem, ale natręt podbiegł i złapał mnie za rękę, którą szybko wyrwałem z jego ścisku i spytałem się go.
-Czego ty człowieku chcesz?
Bezsilne pytanie, ale koleś wyraźnie był natrętny za bardzo i widać było że łatwo nie odpuści.
-Eve, to ja, Frankie nie poznajesz mnie?
Przyjrzałem się mu, jasne włosy, napakowany... Jak mogłem go nie rozpoznać?
-Kurcze Franx, wieki Cię nie widziałem!
Kumaliśmy się od piaskownicy, odwalaliśmy razem najlepsze jazdy i byliśmy najlepszymi kumplami, potrafiliśmy za siebie życie oddać i potrafiliśmy gadać o wszystkim, nawet o niczym-aż mi się głupio zrobiło, ale za razem byłem zadowolony że go spotkałem, wieki go nie widziałem i mieliśmy masę rzeczy do obgadania-przez te 5 lat wiele się stało a do tego nie bardzo miałem gdzie się podziać, więc miałem nadzieję że przygarnie mnie choć na jedną noc. Kiedyś potrafiliśmy się kryć wzajemnie gdy któreś z nas coś przeskrobało.
-To ja Cię nie widziałem! Wpadasz do mnie? Czy będziemy na ulicy gadać?
Obaj poszliśmy w stronę niewielkiej kamienicy, w której mieszkał Frankie. Kumpel bez wahania wpuścił mnie do środka, po czym zrobił gorącą herbatę i zaczęliśmy rozmawiać.
-No to mów  gdzie się podziewałeś Evan…

c.d.n.

Razem z Leną postanowiliśmy napisać opowiadanie w paru częściach tak byście mieli co czytać. Obydwoje pisaliśmy tą część, po paręnaście linijek. Jesteśmy ciekawi czy spodobało się Wam to opowiadanie i czy chcecie więcej. Piszcie swoje opinie!
Antares & Lena :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz