- Co to, do licha, ma znaczyć? Czekam... Gdzie? Kto? - Nerwowo wpatrywałam się w mapę, zadając sobie cały czas te same pytania, jednak mapa została niewzruszona. Słowa zaczęły znikać, ale pojawiła się drobna ścieżka, niezaznaczona wcześniej. Uważnie się temu przyjrzałam. Niedaleko, tuż za rzeczką wypływającą z naszego jeziora znajdowała się jaskinia i to tam należało się udać. Westchnęłam cicho, założyłam mój zegar i ruszyłam przed siebie, z mapą w pysku. 15 minut później stałam przed wylotem jaskini, której nigdy wcześniej tutaj nie widziałam. Może to nie był dobry pomysł, żeby iść samemu? Mimo niepokoju czułam, że muszę iść sama... Coś mnie tam ciągnęło. Trudno, raz się żyje. Już za późno. Weszłam w ciemność ziejącą z wnętrza. Od razu zrobiło się zimniej, choć poranek i tak nie należał do najcieplejszych. Otrząsnęłam się i ruszyłam przed siebie. Im głębiej wchodziłam, tym robiło się zimniej i wężej, tak, że po kilkunastu minutach marszu musiałam się przeciskać między ścianami. Do tego podłoże zaczęło opadać i kamyczki osypywały się w dół, hałasując niemiłosiernie. Nienawidzę hałasu, kiedy wokół panuje cisza. To zwraca niepotrzebną uwagę. Do tego ten ziąb i niepokój. Mimo to, nie wycofam się, bo czułam, że nie mogę.
- Uważaj. - Szept wyrwał mnie z rozmyślań tak gwałtownie, że wrzasnęłam. Od dłuższego czasu otaczała mnie całkowita ciemność i szłam dalej po omacku, wzdłuż kamiennej ściany. Mój głos odbił się echem, co przyprawiło mnie o kolejne dreszcze. Zamarłam, kiedy jakieś ciało otarło się o mnie, zmierzając w drugą stronę, ale nie odezwałam się. Czułam, że nie powinnam. Ktoś mnie ostrzegł, więc muszę uważać na siebie. Jeśli ja tego nie zrobię, nikt tego nie zrobi. Odetchnęłam głęboko i ruszyłam dalej. Przez kolejne pół godziny nie stało się nic. Totalnie nic... Było to jeszcze bardziej dołujące i niepokojące, niż niespodziewane natknięcie się na jakąś żywą istotę. W dodatku czerń przede mną zaczęła jakby bladnąć. Z początku zignorowałam to, sądząc, że to psikus mojego umysłu, jednak blask przybierał na sile, kiedy się do niego zbliżałam. Nie zatrzymałam się ani na chwilę, mimo obaw. Coś pchało mnie na przód tajemniczą siłą. Kilka minut później dotarłam do źródła światła. Była nim pochodnia, ustawiona na rozwidleniu jaskini. Rozdzielała się tutaj na dwie drogi. Jedna równie ciemna jak poprzednia, druga świecąca białym blaskiem, przypominającym blask księżyca... Zdezorientowana spojrzałam na mapę. Teraz była pusta, jednak po chwili zaczęły pojawiać się na niej jakieś symbole w nieznanym mi języku. Nic z nich nie zrozumiałam, więc nie mogły mi pomóc. Westchnęłam cicho i zaczęłam myśleć. Kiedyś byłam u takiej wiedźmy.. Ona powiedziała, że trzeba patrzeć na słowa pod różnym kontem, żeby je zrozumieć. Szeroko otworzyłam oczy, przyglądając się znakom i nagle rozumiejąc. Przecież te znaki to miały być słowa, ale muszę je jakoś odczytać! Zaczęłam kombinować i spoglądać na nie z różnych stron i perspektyw. Po chyba 10 minutach prób usiadłam zrezygnowana. Nie o to chodziło. Zaczęłam rozglądać się dookoła. I jest. W kamieniu, tuż pod pochodnią był idealnie okrągły wrąbek. W dodatku wielkości mojego zegarka. Włożyłam go tam szybko. Pasował. Na ścianie czerwoną farbą namalowały się słowa: "Światło- bywa zabójcze. Ale tylko tam znajduje się prawda. Ciemność- dobrze Cię ukryje. Jednak uważaj, bo kłamstwo bywa zgubą."
- No i co? Mam wybrać prawdę i zginąć, czy bezpieczeństwo i kłamstwo?- Przekrzywiłam łeb, wpatrując się w słowa, które za chwilę rozmyły się i spłynęły po ścianie. - Bywa zabójcze.. Więc może lepiej wybrać ciemność?
- Może warto zadać sobie pytanie, czego szukasz. - Głos pojawił się znikąd. Mój wrzask znów rozdarł ciszę. Oddech przyspieszył mi niewiarygodnie, nie wspominając o sercu.
- Czego szukam? - Nie mogłam zlokalizować jego źródła, więc po chwili wsparta o jedną ze ścian dałam za wygraną i przestałam się rozglądać. - Szukam bezpieczeństwa dla rodziny i prawdy dla siebie.
Ściana dzieląca korytarze zniknęła, jakby jej tam nigdy wcześniej nie było. Moje oczy chyba wyszły z orbit. W miejscu, gdzie łączyły się światło i ciemność powstała... Hm, szarość. Tak to można określić. Bez wahania ruszyłam środkiem. Wcale nie musiałam iść długo, by dotrzeć do kolejnego rozwidlenia. Tym razem również dwa korytarze, jednak jeden był czerwony, drugi niebieski. Szybko odnalazłam miejsce na zegar, nawet nie spoglądając na mapę.
- Nie zapominaj, co najcenniejsze. - Przeczytałam na głos. - Co jest dla mnie najcenniejsze?
Nie musiałam pytać, żeby znać odpowiedź. To jasne, że rodzina była dla mnie najcenniejsza pod słońcem. Dlaczego? Cóż, dawała mi spokój, radość, dach nad głową.. Po prostu wszystko.
- Czerwień, moja droga. - Nie szukałam głosu, jednak ruszyłam za jego wskazówką, wybierając czerwony korytarz. Na jego końcu nie było rozwidlenia, tylko niewielka grota, oświetlona na żółto.
- Bo widzisz, czerwony korytarz empatii, rodziny, miłości... Prowadzi do żółtego- koloru życia, radości i Słońca... - głos dochodził jak zwykle znikąd. Westchnęłam cicho, ale rozglądałam się dalej, bo grota kończyła się ślepym zaułkiem. Czyżby to koniec? Miałam przecież dojść gdzieś dalej... Zmarszczyłam nos, czekając na jakąś wskazówkę, jednak taka się nie pojawiła. Zdezorientowana rozłożyłam mapę. Widniały na niej symbole podobne do wcześniejszych, jednak tym razem inne.
- No i co ja mam zrobić? Przecież i tak ich nie odczytam... - warknęłam do siebie na głos.
- Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby zrobić dwa w przód. - sens słów dotarły do mnie z pewnym opóźnieniem... Ale właściwie, co ich autor miał na myśli? Przekrzywiłam łeb, spoglądając na mapę. Co robiłam wcześniej? Wkładałam zegarek do wyznaczonych miejsc. I co jeszcze? Biegałam po korytarzach... A może wcześniej?
- No tak! - ucieszona, że wreszcie znalazłam rozwiązanie od razu przeszłam do jego wykonania. Przez kolejne kilka minut przyglądałam się znaczkom z różnych stron. W końcu mi się udało, choć to chyba nie do końca zasługa przekręcania mapy na wszystkie strony.
- Iluzja. - Zmarszczyłam nos. Co niby jest iluzją? O co chodzi? Poderwałam łeb, żeby się rozejrzeć. Właściwie... Wszystko wyglądało prawdziwie. Wstałam i zaczęłam podchodzić do ścian w różnych miejscach, żeby sprawdzić, czy są prawdziwe. Obeszłam już prawie całą jaskinię, kiedy moja łapa przeleciała przez kamień. Prawie przewróciłam się do przodu, jednak w ostatniej chwili złapałam równowagę i z zadowoleniem wróciłam po mapę, by przejść przez ścianę na drugą stronę. Nie wiem, skąd wzięło się u mnie poczucie, że nie czeka mnie tam nic złego, ale takie właśnie było i zaufałam mu. Odczucia zazwyczaj mnie nie zawodzą. Kiedy przeszłam przez ścianę, no bo przecież nadal nią chyba była, znów znalazłam się w ciemnościach. Po żółtej, dość jasnej grocie, taka ciemność była dla mnie straszna. W pierwszym odruchu chciałam się cofnąć, jednak natrafiłam tylko na zimny kamień. Po chwili wahania ruszyłam dalej, trzymając się prawej strony, chociaż właściwie korytarz nie był szeroki. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie, nie mogłam iść zbyt szybko, bo podłoże nie było całkiem równe i bez światła trzeba było uważać, żeby się nie przewrócić. W końcu jednak, po godzinach mordęgi coś zaczęło się w tym czarnym korytarzy zmieniać. Dokładniej- w oddali pojawiła się nikła, pomarańczowa poświata. Od razu przyspieszyłam, co poskutkowało niestety niemiłym spotkaniem z ziemią. Mimo to szybko się pozbierałam. Na szczęście nic mi się nie stało, chociaż po tylu godzinach marszu nie miałam już zbyt wiele czucia w łapach... Dalsza droga na przód minęła mi już w miarę szybko, chociaż już nie zmieniłam tępa. Pomarańczowe światło okazało się bić z tym razem nie korytarzy i nie z pochodni, czy niewielkiej groty, ale z wielu, może nawet kilkudziesięciu usytuowanych na ścianach i pod sufitem ogromnej sali. Nie była to już jaskinia, brakowało chropowatych i nierównych ścian, nieregularnego sufitu... Był to po prostu ogromny pokój wycięty w kamieniu. Całość robiła imponujące wrażenie, szczególnie, że na przeciwko wejścia widać było lustro, które powiększało jeszcze rozmiary pomieszczenia. Na podłodze rozłożony był wzorzysty dywan, ale poza nim, lampami i lustrem w pokoju nie było nic. Nieco onieśmielona tym wszystkim powoli weszłam do środka. W miarę, kiedy zaczęłam zbliżać się do środka pokoju, dostrzegłam w tafli lustra niewyraźne, rozmyte kształty za mną. Instynktownie się odwróciłam, jednak za mną nie było nic. Zmarszczyłam nos i ruszyłam bliżej. Obraz zaczął się wyostrzać i poza mną widać było również Fallon, Skyres, Rise'a, Justę... Dalej Lenę, Ravela, Sathanę, Allex, Sashę, Cheese'a, Arka, Sophie... Właściwie było tam całe stado. Szerzej otworzyłam oczy, widząc to. Przecież byłam w sali sama, a tutaj, proszę. Całe SPS odbija się w lustrze. Po chwili milczenia postacie zaczęły się śmiać, rozmawiać... Szczeniaki biegały beztrosko, bawiąc się w berka. Uśmiech mimowolnie wkradł się na mój pyszczek. Nagle wszystko się zmieniło. Strzelił piorun, a wcześniej radosne wyrazy pyszczków wszystkich psów zmieniły się na przerażone. Zaczęli padać w lustrze, jeden po drugim. Fallon zaczęła się chyba dusić. Oczy wyszły jej na wierzch, nie mogła złapać tchu. Chciałam pomóc, ale nie mogłam. Nack podbiegł do Jethry, która zaczęła kaszleć krwią. Sath i Ravel pośpiesznie zbierali swoje maluchy, jednak Tyler był już martwy... Im dłużej patrzyłam, tym bardziej czułam rosnącą bezradność. Łzy płynęły same, już ich nie tamowałam. Jednocześnie nie chciałam tego widzieć, ale też nie mogłam oderwać wzroku. Justa zaczęła mnie wołać. Wrzeszczała, w ostatnich tchnieniach. A ja nie mogłam przyjść. Wtedy obraz się skończył, znów stałam sama w ogromnej sali, roztrzęsiona, ledwo trzymająca się na łapach. Gwałtowne szlochy co chwila przebiegały moje ciało, kiedy próbowałam się uspokoić.
- To tylko fikcja, El. Nic się nie stało. - szeptałam do siebie, tak bardzo chcąc w to wierzyć.
- Każdy przechodzi w życiu próbę. - momentalnie zerwałam się z miejsca, poszukując mówcy.
- Kim jesteś? - zadałam w końcu to nurtujące mnie od dawna pytanie. Nadal trzęsły mi się łapy, jednak stopniowo się uspokajałam.
- Czy to ważne, kim jestem, skoro jesteśmy tutaj, żeby dowiedzieć się, kim Ty jesteś? - odpowiedział mi pytaniem, na pytanie. Nie spodziewałam się, że uzyskam odpowiedź, ale zawsze warto pytać.
- Dokładnie. Warto pytać. - roześmiał się głos, a ja dalej poszukiwałam jego źródła. - No więc, jak myślisz, kim jesteś?
- Jestem sobą. - odpowiedź wyrwała mi się sama, nie zastanawiałam się nad nią.
- Tak. Ale jaka jesteś? - dopytywał głos.
- No cóż... Chyba najlepiej wiedzą Ci, którzy mnie znają. - podchwytliwe pytanie, tak czułam.
- Podchwytliwe, czy nie... W każdym razie, jak widzę jesteś kimś takim, kogo rzadko się spotyka. Niewielu takich tutaj przychodzi. Dokonałaś wyboru między prawdą i kłamstwem. Prawda by Cię zabiła, a kłamstwo zaprowadziło do uliczki bez wyjścia. Dobrze zatem zrobiłaś, wybierając szarość, choć wiadomo, że zawsze warto żyć w prawdzie.- dałam w końcu za wygraną, siadając przed lustrem, przypatrując się swojemu odbiciu i słuchając głosu. - Wybrałaś też między rodziną oraz przyjaciółmi, a samotnością. Samotność doprowadziłaby Cię do zieleni- symbolizującej nadzieję. Myślę jednak, że ten wybór nie mówi o mądrości, ale tym, jaka jesteś. Inteligencję natomiast obrazuje nam wydostanie się z Żółtej Groty. Doszłaś do tego stosunkowo szybko, a większość trafia na iluzję przypadkiem. - kiwnęłam łbem.. Właściwie nie miałam pojęcia, po co mi to wszystko, ale nie przerywałam. - Zwierciadło pokazało Ci też, co najbardziej kochasz i czego się boisz. Nie jest to przyszłość, bez obaw. Nie tak to się skończy.
Głos umilkł, a ja zostałam z milionem pytań w głowie. W końcu zadałam pierwsze i chyba najważniejsze z nich.
- Po co mi to było? Po co mi to mówisz?
- Och, kochana... To chyba oczywiste, skoro chcesz być Delhtą. - wychwyciłam nieco pobłażliwą nutę, jednak nie przejęłam się tym. Bardziej zaintrygowała mnie odpowiedź.
- Czyli uważasz, że nadam się?
- Jak najbardziej. Zależy Ci na nich, to widać. - zamyśliłam się. Tylko czy podołam temu zadaniu? Po chwili wyprostowałam się. Tak, dam radę. Teraz już wiem. Z uśmiechem spojrzałam w swoje własne oczy, ale od nich uwagę odciągnęła mi postać, stojąca za mną. Najpierw spojrzałam na nią w lustrze, jednak kiedy się odwróciłam, stała tam, gdzie powinna. Moja ukochana przyjaciółka- Ines. Suczka posłała mi ciepły uśmiech, jednak kiedy chciałam podejść i ją uściskać, pokręciła smutno pyszczkiem.
- Przepraszam, ale musisz iść. Czas się skończył. - Automatycznie spojrzałam na wiszący na mojej szyi zegarek. Faktycznie, wskazywał teraz 1. Nie wiem, czy chodziło o noc, czy dzień.. Pewnie noc. Westchnęłam cicho, a kiedy podniosłam łeb, Pineski już nie było. Był natomiast jakiś zwitek papieru. Podeszłam szybko i rozwinęłam go. Był pusty, ale wypadło z niego zawiniątko, które po rozpakowaniu okazało się srebrnym łańcuszkiem z zawieszką w kształcie kostki do gry. Wisiorek od razu dołączył do zegarka, a ja postanowiłam ruszyć w stronę kolejnego korytarza, który pojawił się w rogu sali. Coś mi podpowiadało, że to właśnie on prowadzi do wyjścia. Był równie ciemny i zimny, jak wszystkie pozostałe, jednak nie zwracałam na to uwagi, zaprzątając myśli ostatnimi zdarzeniami. Jedyne, co zwróciło moją uwagę, to to, że tak długo musiałam wspinać w się w górę. Nie miałam pojęcia, że jestem tak głęboko pod ziemią. Kiedy znalazłam się na powierzchni, w oczy uderzył mnie blask wschodzącego ponownie słońca. Byłam na nogach cały poprzedni dzień i noc... To by tłumaczyło, dlaczego byłam tak wykończona. Ostatkami sił dowlokłam się do jaskini i poszłam spać, nie witając się już z nikim. Odpłynęłam z myślą, że opowiem im tą historię później.
~*~
Mam nadzieję, że Wam się spodobało i że nie jest za długie, bo chyba troszkę się rozpisałam...
Miałam jeszcze poprawić, ale już nie mam siły, więc za jakieś powtórzenia i błędy przepraszam.
Nie ma obrazków, ale uznałam, że nie chce mi się ich szukać, ani nie ma to jakiegoś szczególnego sensu...
Niektóre
"cytaty" (mądre myśli) nie są moje, tylko mojego nauczyciela od
szachów. Myślę, że tego nie przeczyta, ale muszę to napisać xd
Jak będzie trzeba, to wyjaśnię to i tamto, bo nie wiem, czy jasno napisałam...
PS. Już są wyniki mojego konkursu, można to wywalić z aktualności.
PS2. Osoby, które są tam wpisane do umierania itd. brałam przypadkowo, więc nie bijcie :o
PS2. Osoby, które są tam wpisane do umierania itd. brałam przypadkowo, więc nie bijcie :o
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz