~*~
Treść zadania.
Jak zapewne wiesz, nie każdy miał kiedykolwiek styczność z magią. Jest w stadzie wielu członków, którzy nigdy nie widzieli żadnych magicznych pokazów. Znajdą się też tacy, którzy wolą rozwiązywać problemy tradycyjnymi metodami i są całkowicie przeciwni magii, bądź zwyczajnie jej nie pojmują. Warto przekonać ich do magii, pokazać, że może być jednak bardzo przydatną i ułatwiającą życie rzeczą. Niektórzy z pewnością będą trzymali się swojego zdania na jej temat, więc użyj dobrych argumentów, by przedstawić ją w dobrym świetle. Pamiętaj, że najbardziej nie liczy się jednak samo słowne przekonywanie, lecz prezentacja wizualna. Pokaż coś, dzięki czemu nawet najbardziej staroświeccy i tradycyjni członkowie naszego stada, spojrzą na magię w pozytywniejszy sposób i z chęcią skorzystają z Twojej pomocy w sytuacjach, gdzie regularne metody nie wystarczają. Daj z siebie jak najwięcej i wykorzystaj swoje umiejętności.
~*~
Wprawdzie nie wiedziała jak zabrać się za swoje zadanie - nigdy nie natknęła się jeszcze na negatywnie nastawione osoby w stosunku do jej mocy magicznych. Jednak, gdyby głębiej się zastanowić - skąd pewność, że wszyscy wiedzieli o ów umiejętnościach kundelki? Nie każdy ją tu przecie dobrze znał. Nawet jeśli nigdy nie słyszała słowa skargi na swoje moce magiczne, nigdy nie natknęła się na takiego niedowiarka, osoby, które nie ufają jej w tymże zakresie, wcale nie oznaczało, iż takich osób tu brakło. Ów fakt został jej brutalnie uświadomiony - po wysłuchaniu swego zadania, kolejne kilka godzin spędziła w swojej grocie pod Jeziorem Dusz. Robienie głupich sztuczek na polanie raczej nikogo by nie przekonało, prawda? Zresztą, po pierwsze to nawet nie wie, kto mógłby potencjalnie nie wierzyć. Westchnęła ciężko, pod wieczór decydując się wreszcie wyjść z zamknięcia - na polanę przybyła w kilka minut później. Jak na tak późną porę zastała całkiem spore zgromadzenie - na jej pyskowie wstąpił szeroki uśmiech, chwost poszedł w ruch na widok pyszczków przyjaciół. Nawet jeśli jej spojrzenie, wyrażające niepewność i zdenerwowanie, zdradzało niezbyt dobry humor kundelki, zdawałoby się, iż nikt tego nie dostrzegł. Ledwie ulokowała swój zad przy ulubionym pieńku, usłyszał szczeknięcie w pobliżu - skierowane do niej. Jej spojrzenie padło na nadawcę dźwięku, a była nim.. Lena? Zaaferowana kundelka z powrotem zaraz stanęła o równych łapach i zbliżyła się do niej. Labradorka nie wyglądała, jakoby chciała sobie luźno z samicą pogadać. Była poważna - coś musiało się wydarzyć?
- Ya-ho, Lenu. - mimo wszystko, przywitała ją z szerokim uśmiechem, machając radośnie chwostem na boki. - Co tam?
- Cześć, Sathu... nie jest za dobrze. - westchnęła, patrząc na kundelkę, która usilnie ukrywała swoje zmartwienia. Sprawy Stada oraz jej przyjaciół zawsze stały na pierwszym miejscu. Uśmiech stopniowo zanikł z kufy Sathany, która już poważniejszym wzrokiem obserwowała Alphę. Ta skinęła na nią. - Chodź za mną.
- Okej, okej. - gdy labradorka ruszyła w kierunku swojej jaskini, kundelka zrazu zrównała z nią kroku, rozejrzawszy się po reszcie Stada - kilka osób przywitało suczki uśmiechem, czym i one obie odpowiadały za każdym razem. Jeśli sprawa nie jest obgadywana w obecności całego Stada, to znaczy, że większość nic nie wie. Kundelka rozejrzała się po wnętrzu jaskini, gdy tylko wkroczył do środka - obecni tam byli członkowie Rady Starszych, całej Hierarchii Wyższej, a także posiadacze Stanowisk Głównych czy Indywidualnych - uniosła brwi. Czyżby to było coś naprawdę poważnego? I pytanie - po co Lena ją wezwała?
- Rozumiem, że coś się stało... ale do czego jestem tu ja? - kundelka powiodła wzrokiem po wszystkich pyszczkach i przystanęła na Lenie. Wszystkie spojrzenia aktualnie uczepione były ów dwójki - ignorowała nieprzyjemne uczucie, które było tego skutkiem. Nie lubiła podobnej atmosfery. Wyczuwała wśród zebranych psów i suczek napięcie, podenerwowanie, co poniektórzy śmierdzieli także zwątpieniem i poirytowaniem. Napór negatywnych emocji, które wyczuła przy wkroczeniu do jaskini, nie był przyjemnym doświadczeniem. Zmrużywszy ślep, usiłowała to zdzierżyć.
- Potrzebujemy twojej pomocy, Sath. Mamy problemy z sąsiadami, które zaraz wyjaśnię - potrzebujemy twojej mocy mag...
- Ja nadal uważam, że nie powinniśmy polegać na podobnych umiejętnościach. - zaoponowała, przerywając wypowiedź Leny, suczka stojąca pod ścianą w towarzystwie swego partnera - była to Para Betha. Kundelka spojrzała zaskoczona na Leiko, która była nadawcą głosu. - Potrafimy sobie poradzić i bez tego...
- Już to omawialiśmy. Jestem zdecydowanie przeciwna. - labradorka spojrzała także na samicę. - Nie poradzimy sobie zwykłymi metodami ze Stadem, którego podstawową bronią jest magia. My też jej potrzebujemy. - rozbrzmiał stanowczy głos Alphy, jednakże szmery wśród części zgromadzonych były wyraźnie wątpliwe, co do ów decyzji. Dało się usłyszeć prychnięcie.
- Vivian i Feronia już wróciły w krytycznym stanie. Uważacie, że jeśli tym razem weźmiemy do tej roboty Sathanę, to coś zmieni? Co, że niby jej moce są jakieś większe, silniejsze? - rozległ się głos Salema.
- Vivian działała na własną łapę, bez żadnego wsparcia. Feronia także, tym samym pozostaje nam tylko Sath... - mruknęła Lena, uparcie stawiając na swoim.
- O ile opracujemy właściwą strategię, zbierzemy najlepszych wojowników, którzy mogliby wspomagać Sathanę - możemy jakoś wyjść z opresji. Jeśli nie zareagujemy od razu, będziemy skończeni. Na szali stoi istnienie Stada. – Luna poparła stanowczo labradorkę.
- Ja nadal nie ufam, że to coś da. Wolałabym postawić na walkę bez magii.. - Leiko nie odpuszczała.
- Rozgniotą nas.
- Poradzimy sobie. - rozległo się warknięcie kolejnego psa, którym, zdawałoby się, był Cheese. - Nie jesteśmy aż tak bezsilni.
Rozległ się szmer i kolejne głosy, popierające albo jedną, albo drugą stronę. Zdezorientowana kundelka tylko wędrowała spojrzeniem to z jednego psa, na drugiego, usiłując pojąć ów sytuację - nie było łatwo. Pokręciła w końcu łepetyną i, nieco poirytowana, szczeknęła, by uciszyć gwar i zwrócić na siebie uwagę.
- Do jasnej cholery, czy ktoś mi w końcu wytłumaczy, o co tutaj w ogóle chodzi? - warknęła, mrużąc ślep. Opadła zadem na glebę, wodząc spojrzeniem po wszystkich, ostatecznie zaś zatrzymawszy je na Samicy Alpha, stojącej obok.
- Dobra, wyjaśnię w końcu. Z pewnością już słyszałaś o watasze zamieszkującej najbliższą okolicę - jest to stado, które posługuje się magią. Pojawili się niedawno, a więc chcieliśmy sojuszu, by nie mieć problemów z sąsiadami - wysłaliśmy do nich więc Leiko, która zgłosiła się, by negocjować pokój. Wróciła z niby to pozytywną wieścią, aczkolwiek, mimo ustalonych zasad, oni, jak na złość, zaczęli robić wszystko wbrew naszej woli. Wkraczali na nasze tereny, by tu polować, a więc z wolna kończy nam się zwierzyna. Ilekroć natkną się na członka SPS, atakują go, bez wahania. Jak już usłyszałaś, Vivian i Feronia wróciły w dosyć ciężkim stanie, jednakże i wiele innych naszych pobratymców. Dziś o świcie doszły nas wieści, iż nasi sąsiedzi nie są tak pokojowo nastawieni, jak pierwotnie myśleliśmy - planują nas zaatakować i zająć nasze terytorium. Jako, iż posługują się magią, uważamy, a przynajmniej część z nas, że my także potrzebujemy przynajmniej jednego maga. Wypadło na ciebie, jako iż Vivian i Feronia potrzebują jeszcze nieco czasu, by się wykurować. Choć, jak słyszysz, nie każdy jest za tym pomysłem...
Kundelka wsłuchiwała się uważnie w każde słowo labradorki, analizując je w głowie. A więc, szykowała się wojna? Z magicznym stadem, w dodatku?
- Rozumiem. - odparła w końcu, zrywając się na równe łapy. - I chcę pomóc! Nie będę na pewno siedziała bezczynnie, gdy dzieje się coś podobnego! - podniosła nieco głos, rozejrzawszy się wokół. Jak przeczuwała - zaraz rozległo się sporo negatywnych głosów. Prychnęła cicho.
- A jaka jest w ogóle gwarancja, że nam nie nawalisz? Że na coś się w ogóle zdasz? - po raz kolejny głos zabrała Leiko, a więc i na nią kundelka spojrzała.
- Bo znam swoje możliwości. Nie jestem może jakaś szczególnie utalentowana, ale dla dobra Stada, moich przyjaciół i rodziny, zrobię wszystko, choćbym miała w trakcie tego wszystkiego zginąć. - warknęła. Usłyszawszy po krótkiej chwili milczenia kolejne kilka głosów, zmarszczyła nos. - Nie wierzycie mi? A więc pozwólcie mi przynajmniej dowieść moich możliwości. W waszych łapach pozostawię strategię - osobiście nie jestem w tych sprawach zbyt dobra - a więc niedowiarki mają wolną łapę na opracowanie dla mnie planu. Zbieram się. Jeśli będę jeszcze potrzebna, znajdziecie mnie nad jeziorem albo na polanie. - po tych słowach odwróciła się, by wybiec z jaskini. Szczerze powiedziawszy, pierwszy raz coś tak bardzo wytrąciło ją z równowagi. Tam w powietrzu wyczuwała ciężką atmosferę, wszelkie spojrzenia wywoływały u niej presję, przez co wezbrały u kundelki negatywne emocje i stres. Oddaliwszy się nieco, odetchnęła głęboko z ulgą. Pierwotnie wkroczyła na polanę, jednakże nie była zbyt skora na chwilę obecną do rozmów. Skierowała się więc nad Jezioro Dusz, by tam dać ukojenie umysłowi.
Następnego dnia już na spokojnie przemyślała zaistniałą w Stadzie sytuację, przy czym także jej zadanie na Indywidualnego Maga zupełnie wyleciało samicy z pamięci. A jakby się głębiej zastanowić, w tej chwili miała szansę je wykonać - o ile zdołają pokonać wroga. Nie wpadła jednakże na podobny pomysł. W każdym razie - tego dnia spotkała się jeszcze z Leną oraz paroma innymi osobami, które miały jej coś do przekazania. Dowiedziała się więc już o wszystkim, co było już wiadome Stadu - jak liczny był wróg, najważniejsze rzeczy o ich przywódcy cz też obszar, który do nich należał. Przez kilka kolejnych dni sama analizowała sytuację - póki mogła, chciała dowiedzieć się jak najwięcej, a więc wypytywała zwiadowców, którzy byli na terenie nieprzyjaciela, kilkakrotnie osobiście się tam zakradła - nie przyniosło to oczekiwanych skutków, bowiem nic nowego się nie dowiedziała. W końcu, przy kolejnym spotkaniu Rady Starszych, omówiona została ostatecznie strategia. Było już wiadomo, iż sąsiedzi lada dzień zaatakują - w planie było wyprzedzenie ich.
- ...nie znamy ich dokładnych planów, jednakże zdołaliśmy wyłapać, iż oni chcą uderzyć na nas z zaskoczenia, którejś nocy. Jest świt, skoro teraz tego nie zrobili - mamy cały dzień na atak. Musimy to jednak dobrze rozegrać. - Lena spojrzeniem lustrowała każdego obecnego kolejno. Kundelka wsłuchiwała się uważnie w każde słowo, wyłapując najważniejsze informacje.
- Podzielimy się na cztery grupy plus solo Sathana, która odegra tu najważniejszą rolę. - usłyszała głos Ravela. Spojrzał czujnie na samicę. - Pokładamy w tobie wszelkie nadzieje. Jeżeli zawalisz, możemy mieć marne szanse na zwycięstwo, dlatego masz nas nie zawieść. W każdym razie. Zadaniem ów czterech grup będzie podzielenie się na dwie mniejsze - osoby słabiej wyszkolone mają zwrócić na siebie uwagę i odciągnąć wojowników wroga od ich stada. Z kolei reszta, która powinna należeć do wojowników i morderców na bardziej zaawansowanym poziomie, wliczam tu także Hierarchię Indywidualną, ma za zadanie się ich pozbyć. Każda grupa zaatakuje z innej strony - na krzyż według róży wiatrów. Grupy już uformowałem i podzieliłem. Zostało jedynie objaśnić Sathanie jej zadanie i możemy się rozejść, przygotowywać się do przydzielonych zadań.
- Sath, więc, twoim celem będzie Alpha ich stada, który, z tego co wiemy, obejmuje także stanowisko dowódcy całej hierarchii związanej z walką. - głos tym razem zabrał Nack. Powtórnie ulokowała w nim spojrzenie. - Zna się na magii, jednakże w minimalnym stopniu. Skupia się jednak na defensywie. Jest zaś naprawdę świetnie wyszkolony w walkach fizycznych, zwinny i silny. Grupy wspomagające odciągną jak najwięcej członków stada wroga i zlikwiduje ich, by nie zawadzały ci w twoim zadaniu - jest jednak pewne, iż nie wszystkich się pozbędą, a więc, musisz być także gotowa na to, że będziesz musiała stawić czoła i wielu innym przeciwnikom. Boku ich Alphy nie opuszcza jego Prawa Łapa - jest to szkolona magini, więc musisz mieć się na baczności. Pamiętaj też, że zostaniesz z tym sama. Jednak już wcześniej cię o tym uprzedzaliśmy, a więc, mam nadzieję, że jesteś gotowa na wszystko?
- Nie doceniacie mnie chyba. Oczywiście, że tak! Jak zawsze. – szczeknęła, ruchami chwostu ukazując swoje podekscytowanie całą sytuacją.
[…]
Stado zostało już dawno zapoznane ze zbliżającym się zagrożeniem oraz bitwą. Sathana właściwie cały czas przebywała w swojej podwodnej grocie, gdzie przygotowywała się do podróży i walki. Gdy zorientowała się, jak późna jest już pora, naprędce skończyła, co miała zrobić, po czym pojawiła się na polanie. Jak się spodziewała, już wszyscy czekali. Jednakże pojawiła się wprawdzie na czas, punktualnie. Nie robiono jej w takim razie wyrzutów. Był świt. Nie jej wina, że reszta to takie ranne ptaszki…
Wybrani do walki zostali podzieleni na cztery grupy, tak, jak miało to się odbyć. Nie minęło dużo czasu i wyruszyli. Każda grupa podążył w swoim kierunku, zaś Sathana została pozostawiona samej sobie. Odetchnęła głęboko, przymknąwszy ślep. Czuła na sobie spojrzenia ciekawskich szczeniąt i dorosłych psów, które zbudziły się już, albo i dłuższy czas nie spały, by przyglądać się zbiorowisku. Nie zwróciła na nich uwagi. Musiała dać z siebie wszystko. Po krótkiej chwili na jej grzbiecie z powietrza uformowała się para przezroczystych skrzydeł, na którym w mgnieniu oka wzbiła się w górę. W ten sposób szybciej dotrze, poza tym, z góry miała lepszy wgląd na sytuację. W zadumie leciała przez kolejną godzinę - zbyt blisko, mimo wszystko, nie miała. Z wysoka wyczuła rozproszone w czterech kierunkach umysły ugrupowań jej pobratymców ze Stada. Uśmiechnęła się ponuro. Poświęcają się dla sukcesu kundelki, wierzą w nią. Musi jej się udać. Zawisła w powietrzu, gdy zorientowała się, iż znalazła się już nad celem. Skryta za obłokami, nie była widoczna, obawiała się jedynie wykrycia przez wyszkolonych magów. Skupiła się na chwilowo na pierwszym etapie swojego zadania. Gdy wyczuje, iż jej przyjaciele zaczynają walczyć, miała ruszyć, zrobić swoje. Wierzyła w nich, jak i w samą siebie. Była pewna zwycięstwa.
...dlaczego więc zawiodła?
Półprzytomna ocknęła się w ciemności. Nie mogła się poruszyć. Nie miała czucia w kończynach, z gardzieli wydobyć nie mogła najcichszego dźwięku. Słyszała wokół głosy. Obce, przesycone złością.
I wtem uderzyła ją fala bólu. Nagła, ostra, nieprzewidziana. To było okropne. Zawyła w agonii, otwierając szeroko ślep. Ból jednakże minął tak szybko, jak się pojawił, a wadera stojąca tuż obok uniosła się gromkim śmiechem, wyraźnie ucieszona cierpieniem kundelki. Spojrzenie czekoladowych ślep powędrowało w jej kierunku. Warknęła, usiłując podnieść się na równe łapy. Nie było łatwo. Cała drżała, ból czuła w każdej kości, w każdym mięśniu. Po krótkiej chwili przypomniała sobie, co się właściwie wcześniej działo - leciała. Miała bowiem do wykonania zadanie, zabić przywódcę wroga, zlikwidować zagrożenie. Było wtedy jeszcze południe. Teraz była… noc? W tamtej chwili nagle jej skrzydła zniknęły, zaś w trakcie spadania, utraciła przytomność. Miała nadzieję, że reszta Stada wróciła w całym kawałku na tereny SPS. Łypnęła kątem zmrużonych patrzałek na waderę. Kundelka ukrywała fakt, iż bynajmniej nie przejmuje się sytuacją.
…ona wcale nie zawiodła.
- Coś nas nie doceniliście. Przewidzieliśmy wasze plany. Byliśmy gotowi na wszystko. Zwierzęta lotne przekazują nam informacje, co się dzieje na górze, zapieczętowanie twoich mocy nie było takie trudne… - uśmiechnęła się kpiąco, po czym podniosła zad z gleby, wymijając ledwie siedzącą suczkę. – Biedactwo. Taka z siebie słabiutka psinka… nie martw się. Najpierw wykończymy twoich ukochanych przyjaciół na twoich oczach, potem przyjdzie czas i na ciebie.
Po tych słowach odeszła, pozostawiając Sathanę samą w jaskini. Przed grotą stały trzy basiory, najwidoczniej stróżujące. Opadła ciężko na glebę, usiłując jakkolwiek zebrać siły. Była wyczerpana, poza tym nie mogła użyć magii. Teoretycznie nie mogła. Ale wcale się nie poddała. To były jedynie pozory.
Wyprawa wyruszyła, pozostawiając Sathanę oraz niewielu strażników na miejscu. Odzyskała sprawność fizyczną, jednak jej magia nadal była zapieczętowała. Prychnęła pod nosem, siedząc w głębi jaskini, skryta w cieniu przed wzrokiem innych. Skąd miała nadal tyle pewności siebie mimo, iż Stado Psich Serc zaraz zostanie oblężone i zlikwidowane? Ona wcale nie działała, ni nie działa zgodnie z oficjalnym planem Stada. A o tym informowała jednakże jedynie Lenę, by nie przejmowała się sytuacją. Kundelka była przygotowana na to wszystko. Jej magii nie da się tak po prostu zablokować –szczególnie tak nieobeznana samica, jak tamta, nie potrafiła tego poprawnie wykonać. Nie chcąc się zbytnio teraz przemęczać zaklęciami, jedynie zmaterializowała woreczek w pysku, który zawierał piasek usypiający. Sypnęła nim na swoich strażników, którzy wnet osunęli się na glebę. Skradając się bezszelestnie, wyminęła i resztę obecnych na polanie członków stada nieprzyjaciela, im także pozwalając odejść w Objęcia Morfeusza. Następnie popędziła w głąb kniei, ile sił w łapach, w niedługim czasie dościgając wroga. W trakcie biegu użyła zaklęcia niewidzialności – wiedziała, że mogą ją wyczuć, ale nawet najbardziej wykształcony mag nie potrafiłby trafić zaklęciem w coś lub kogoś, czego po prostu nie widzi. Z satysfakcją oglądała zaniepokojone miny basiorów i wader, którzy to wyczuwali nadchodzące zagrożenie, choć ujrzeć go nie mogli. Pierwsze co, to uśpiła środkowe szeregi pochodu, aby spowolnić i tych, którzy dążyli w tylnim szyku. Cała wataha wstrzymała kroku, nie wiedząc co się dzieje. Około 1/3 ich grupy właśnie niż stąd, ni zowąd zasnęła. Część tych, którzy nadal mieli zimną krew, rozpierzchła się, poszukując sprawcy. Parę innych wilków obwąchało swoich uśpionych towarzyszy, wdychając piasek do nozdrzy. Uśmiechnęła się pod nosem. Też zasnęli. Skupiła się chwilowo na mentalnej sprawności całego stada – nie licząc przywódcy i jego kilku pomniejszych towarzyszy, nikt nie był jakoś specjalnie chroniony. Tymi, którzy nie byli ochronieni, zajęła się zrazu, zabijając na miejscu, albo pozostawiając w stanie krytycznym. Do załatwienia pozostał jej przywódca, jego Prawa Łapa i dwójka słabeuszy. Zmarszczyła czoło. Bariera ich otaczająca była silna – zbyt silna, by mogła tak po prostu sobie ją obejść. Zaklęcie niewidzialności z kolei zaczynało odbierać jej coraz więcej sił. Zmuszona była się zmaterializować. Prychnęła głucho.
- My was nie doceniliśmy? Chyba na odwrót. – uśmiechnęła się przymilnie, obserwując ów czwórkę. Samica, która uprzednio ją torturowała, był Prawą Łapą Alphy wroga. To do niej skierowała swoje słowa.
- Ty suko… - wadera ukazała kły w grymasie pełnym gniewu.
- A teraz chowacie się, jak spłoszone sarenki, za magiczną tarczą. Nie potrafisz nawet mnie zaatakować zza tej bariery? – zaśmiała się, wprawiając chwost w ruch, niby to w radosnym geście. Gniew na pyskach wilków był w pełni satysfakcjonujący. Usiłowała ich zmusić do ataku, a przynajmniej ją. To przywódca utrzymywał wokół nich defensywę. I on się teraz odezwał.
- Za dużo pyskujesz, kundlu… - warknął, szczerząc kły.
- Pokażcie mi, na co was stać. To może zacznę was doceniać. – odparła spokojnie. – Obelgami nic nie zdziałacie.
Była na to przygotowano. Wadera, wraz z dwójką słabszych magów, automatycznie ruszyła na kundelkę, która zrazu poderwała się i jednym susem wskoczył na plecy jednego z tych dwóch ostatnich, przewalając go na glebę i miażdżąc silnym uderzeniem czaszkę. Drugim zajęła się w tym samym czasie, zabijając go krótkim zaklęciem werbalnym, którym spowodowała wewnętrzny wylew krwi. Wtem poczuła mentalne uderzenie. Wykrzywiła się w grymasie bólu, sparaliżowana chwilowo przez zaklęcie wadery. Ta skorzystała z tego, iż Sathana zaaferowana była słabszymi jednostkami. Poczuła wbijające się w jej kark kły, tym samym jednakże została uwolniona spod działania czaru. Wytworzyła wokół siebie pole, które odepchnęło atakującą, wyrzucając ją w powietrze, by następnie wylądowała twardo na glebie, kilkanaście metrów dalej. Bezceremonialnie pogalopowała nań, ponownie używszy tego samego werbalnego zaklęcia, co uprzednio. Szybko, przy okazji, ukręciła jej kark, by być pewną, iż nie żyje. Następnie odwróciła się do przywódcy z szerokim uśmiechem. Wyczuwała palący ból w karku, skąd także spływały ciepłe krople szkarłatnego posocza.
- Uciekasz? Czy też chcesz skończyć jak oni? – spytała, przekrzywiając łepetyny. Zaczęła się do niego zbliżać, już bez swojego uśmieszku. – Nie rozumiem, czym wam zawiniliśmy, co złego wam zrobiliśmy, że chcieliście wyzbyć się Stada, do którego należę. Ale chyba trochę nas nie doceniliście. Jesteśmy o wiele silniejsi, niż wam się wydaje. A, że mnie wkurzyliście.. teraz to wy jesteście na przegranej pozycji. Za nic w świecie nie pozwoliłabym byle komu z byle zachciankami wybić moją rodzinę, którą jest Stado Psich Serc. Zapamiętaj to sobie. – prychnęła.
- Upiekło wam się tylko dlatego, że nie zabiliśmy cię od razu na miejscu. – odwarknął.
Żadne z nich właściwie nie dostrzegło od dłuższego czasu skrytych w zaroślach psów i suczek. Nikt nie był świadom, jak blisko polany SPS się znajdowali i jak bardzo cały gwar był słyszany. Nikt jednakże nie kwapił się pokazać. Dopiero teraz Sathana sięgnęła umysłem nieco dalej i wyłapała kilka znajomych osób. Przerażona wizją, iż mogliby zostać pierwszym celem basiora, postawiła wokół siebie i jego barierę, odgradzającą ich od tamtych. Widownią się nie przejmowała. Właściwie przypomniało jej się zadanie, które otrzymała od Luffiery – teraz mogła je wykonać.
- Opuść barierę i walcz ze mną. – mruknęła.
- Co? Jednak nie pozwolisz mi odejść? Szybko zmieniasz zdanie. – prychnął.
- Nie dam żyć takiej poczwarze jak ty. Mogę czekać w nieskończoność. Stań do walki, tchórzu. – odparła, zaś z jej gardzieli wydobył się głuchy pomruk.
Kłapnął zębiskami, skoczywszy w jej stronę. W ostatniej chwili odskoczyła, zaklęciem przeniósłszy skałę, która leżała kilka metrów dalej na miejsce, gdzie chwilę wcześniej stała. Zaśmiała się, rozbawiona, gdy samiec zarył łbem o kamień. Nie pokazywała po sobie faktu, jak bardzo słabo już się czuła. Rany fizyczne, jak i ciągle umykająca jej energia przez używanie zaklęć, osłabiały ją. Nim basior ocknął się po chwilowym oszołomieniu, rzuciła się w jego stronę, jednakże jego silna łapa odrzuciła kundelkę dalej. Zamortyzowała upadek, wyczarowując na sowich plecach ptasie skrzydła, na których wylądowała. Syknęła, bowiem wygięte pod dziwnym kątem, były już zrazu niezdatne. Nim jednakże się ich pozbyła, zakręciła się, by przywalić nimi basiorowi. Rozpłynęły się w powietrzu, po czym suczka, już ostatkiem sił, rzuciła się na niego, wpijając kły w gardziel. Nie obeszło się bez ran dla niej – nim zdążyła użyć zaklęcia, poczuła wbijające się w jej bok pazury. Zacisnęła powiek i w chwilę później basiorowi odleciał łeb. Po prostu. Jakby coś go odcięło. Samica opadłszy z sił, wylądowała nieprzytomna na glebie. Śpiochami, których obsypała uprzednio piaskiem Sathana, zajęła się reszta Stada, gdy w chwili, jak zemdlała, jej bariera ochronna opadła.
~*~
Prosiłabym, aby ktoś ocenił zadanie i zdecydował, czy jest zaliczone, czy nie. Pisałam je przez cztery różne dni - mogą wkradać się błędy świadczące o różnych zmianach, które wprowadzałam, a chciałam, aby to jak najbardziej było na bieżąco z sytuacją w Stadzie. Nie miałam właściwie lepszego pomysłu, niż po prostu wymyślenie sobie jakiejś wojny itede. Mam nadzieję, że jest to w miarę wykonane, bowiem nie umiem zbytnio opisywać takich akcji, jak różnorodne walki, ale, jak pisałam, nie miałam lepszej koncepcji.
A teraz proszę o czyjeś zdanie i werdykt. Wyciskałam z siebie siódme poty, aby tylko się wyrobić i nie napisać byle czego.
Btw. chcę przy okazji napomknąć, iż Jer przekroczył już termin. Przydałoby się, abyś mi odpisał na moje pytanie na gg - potrzebujesz jeszcze przedłużenia?
Przypominam także reszcie o oddaniu zadań. c;
♠ Sath
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz