środa, 30 stycznia 2013

Zadanie na morderce.


Stałem bacznie pośród zebranych członków Stada, słuchając przemówień Sathany. Wiedziałem, że niebawem usłyszę swoje imię i stanę się zapewne chwilowym źródłem zainteresowania wszystkich przebywających aktualnie na polanie. Nigdy nie lubiłem być w centrum uwagi. Ale czego się nie robi dla samego siebie?
- A teraz przejdźmy do Shadow’a. –w tym momencie wzrok wszystkich zebranych spoczął na moim ciele. Przełknąłem cicho ślinę, wyprostowałem się i z gracją podszedłem do przemawiającej. - Twą ambicją było zająć stanowisko Mordercy w Hierarchii Indywidualnej. Dla Ciebie więc zarówno mam zadanie. – obserwowałem ją uważnie. Nie małe zaskoczenie się we mnie zrodziło, gdy pomiędzy nami pojawił się zwitek papieru, która po chwili rozwinęła się i ukazała tereny Stada Psich Serc. Bacznie obserwowałem wskazane przez Sathane Oko.-  Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na Naszym terytorium. A więc jest również pożądane przez innych. Mówiąc "inni" mam na myśli obce Nam stworzenia - prawdopodobnie są to wilki, jednakowoż niezwykłe, bowiem odkąd się tam pojawiły, nikt nie odważył się tam zbliżyć - muszą mieć w sobie coś, co odstrasza inne istoty. – nic dziwnego, że od razu na myśl przyszło mi pewne stworzenie, które wraz z Lorelei widziałem w Oku. Miałem tylko wielką nadzieję, że nie będę zmuszony go zabić. - Twoim zadaniem będzie ostateczne wybicie ich i przyniesienie fiolki krwi z ciał owych stworzeń. -  a jednak. Teraz pozostała we mnie tylko nadzieja, że to jednak okażą się wilki. Fiolka, o której wspomniała Sathana, pojawiła się po chwili opadając na mapę. – Masz czas do 14 stycznia. Powodzenia. –zakończyła.
Skinąłem łbem, po czym rzekłem - Nie zawiodę. - Zabrałem mapę z fiolką, skinąłem się ponownie i poszedłem w swoją stronę.
Od razu wiedziałem, dokąd się skierować. Był to wodospad, w pobliżu którego, niedawno znalazłem opuszczoną jaskinię. Po wejściu do jej wnętrza, zostawiłem przedmioty otrzymane od Sathany i ułożyłem się na ziemi, obserwując wyjście z mej pieczary. Pierwsze co przyszło mi na myśl to to, że zwyczajnie pójdę o zmierzchu do Oka, zrobię, co mam zrobić i wrócę zadowolony. Wiedziałem, że nic nie będzie proste, ale zadanie jest zadaniem i muszę je wykonać, jeżeli chcę zostać niezależnym mordercą. Niezależność bowiem, była moją domeną. Od chwili porzucenia przez ludzi, dorastałem i wychowywałem się sam, i na własnych błędach zdobywałem doświadczenie. Po dołączeniu do stada miałem świadomość, że staję się zależnym od hierarchicznie wyżej postawionych członków sfory. Jednak nie miałem wyjścia. Samotność doprowadzała mnie do depresji, więc musiałem się podporządkować. Możliwość podjęcia próby stania się niezależnym mordercą, dała mi nową nadzieję – chociaż pod tym względem mogłem pozostać sobą.
Zmrok zapadł nieoczekiwanie. Miałem przemyśleć ciąg działania, którego realizacja, doprowadziłaby do sukcesu zleconego zadania. Jednak nie wymyśliłem nic, zastanawiając się nad życiem. A może to i dobrze? W pierwszej chwili chciałem wykonać zadanie spontanicznie, a teraz przynajmniej wiem, że mam czas na dopracowanie wszystkich szczegółów. Pierwsze, co zrobię, to zwyczajnie dobrze wypocznę. Ułożyłem się więc na zrobionym specjalnie ku temu miejscu i zamknąłem oczy. Niespodziewanie szybko zasnąłem. Niespodziewanie, bo obawiałem się, że nie będę mógł zasnąć.
Noc minęła dość spokojnie, pomijając fakt kilku niegroźnych koszmarów związanych z zadaniem. Gdy słońce stało już wysoko na niebie, ja z uwagą obserwowałem mapę Stada Psich Serc, wyszukując tajemniczych ścieżek, które aktualnie bardzo by mi pomogły. Po wstępnym rozmyślaniu, postanowiłem się przejść.
Spacer nie był długi, i niezbyt owocny. Jedyne, co przyniosłem to lekki prowiant – zając i dwie myszki. Gdy dopracowałem plan i wszystkie przedmioty zapakowałem w kawałek jakiejś skóry, robiąc z niego woreczek, dostrzegłem, że zaczęło już zmierzchać. A to oznaczało rozpoczynające się zadanie. Odetchnąłem głęboko i, zabrawszy woreczek, wyruszyłem w stronę jednej, z odnalezionych na mapie ścieżek. Dróżka ta była ledwo widoczna, a więc i rzadko uczęszczana. Mimo wszystko, nie trudno było podążać jej śladem. Jeszcze daleko przed dotarciem do celu, wyczułem nieznajomą woń. Zachowałem więc ostrożność. Już po chwili, byłem w stanie stwierdzić, że czuję woń dwóch ssaków. Kilka kroków później, byłem już pewny, że będę miał do czynienia z dwoma, dorosłymi i silnymi wilkami. Musiały zrobić tu niezłą furorę, gdyż w pobliżu, nie było czuć żadnych małych stworzeń. Jednocześnie przyszło mi na myśl, że jeszcze kilka dni, a, ze względu na brak pożywienia, wtargnęliby na polanę Stada Psich Serc. Nie mogłem do tego dopuścić. Polanę zamieszkiwali bowiem moi przyjaciele i bliscy sercu towarzysze. Gdy woń była nader intensywna, a ja zacząłem zbliżać się do centrum Oka, zostawiłem pod liśćmi jedną, ze złapanych wcześniej myszek i skierowałem się w bok, w celu okrążenia Oka.
Nie minęło dużo czasu, nim znalazłem się w odpowiedniej odległości, pozostawiwszy drugą zabitą myszkę. Powoli skradłem się w kierunku Oka. Gdy wyłoniłem łeb zza krzaków, rozejrzałem się. Nic dziwnego, że w pierwszej chwili nie zauważyłem dwóch, potężnych basiorów, gdyż ich umaszczenie niemal stuprocentowo zlewało się z kamienną ścianą Oka. Jeden z nich, prawdopodobnie starszy, leżał dość spokojnie, drugi, nerwowo krążył przed nim.
- I co my teraz zrobimy? – powtarzał co chwilę młodszy. – umrzemy z głodu.
- Zamknij się. - zdenerwowany, uderzył młodszego łapą. – już Ci mówiłem bracie, niedaleko zamieszkuje pewna sfora dzikich psów. Pośród traw jej polany, znajdują się norki wielu odmian gryzoni, które aż się proszą o zjedzenie.
- Niby tak, ale jak zamierzasz iść tam polować? Przecież nie pozwolą nam od tak.
- Nie będą musieli. Ich przywódczyni, ta jasna labradorka, nie ma ochrony. Obserwuję ją od dłuższego czasu. Każdy pies, żyje swoim życiem. Wśród ich sfory, nie ma więzi. Każdy robi co chce, ale mimo wszystko doceniają labradorkę. A naszym zadaniem będzie zabicie ją. Ona jest słaba, gdy nikt się nie interesuje Stadem, a z tego, co widzę, coraz więcej psów sobie odpuszcza współpracę. Gdy zabijemy przywódczynię, wprowadzimy własne zasady.
- To niezły pomysł – zaczął, jak głupi, cieszyć się młody.
Po chwili skakania i biegania jak kretyn, młodszy wyczuł zapach martwej myszki.
- Czujesz to? – zagadał do starszego. – Jedzenie! – krzyknął, po czym wbiegł do lasu. Starszy wyczuł podstęp, jednak nie zareagował. Czekał, co przyniesie czas. Ja natomiast, odszedłem w las i wyciągnąłem zająca, układając go na stercie liści, a samemu chowając się w pobliskich krzakach. Nie minęło dużo czasu, nim łakomy młodziak odnalazł największą przynętę. Zaatakowanie go, było wielkim ciężarem dla mnie. Niby mordowałem od zawsze, ale nigdy nie atakowałem pobratymców. Nie zastanawiając się dłużej, bezszelestnie wyskoczyłem zza krzaków. Uderzyłem wpierw łapą w pysk młodziaka, by nie zdążył wezwać brata. Drugą łapą, jednocześnie, pchnąłem jego bark. A gdy stałem na nim, dociskając wilka do ziemi, bez krzty emocji, wgryzłem się w jego szyję. Śmierć przyszła po niego bardzo szybko, a ja napełniłem jego krwią połowę fiolki.
Teraz czekała mnie trudniejsza część zadania. Drugi z basiorów był znacznie większy i silniejszy od tego, którego właśnie zabiłem. Mimo wszystko, skierowałem się w stronę Oka. Nie musiałem się skradać. Nie musiałem nawet dawać o sobie znać. On już wiedział. On już szedł w moją stronę. On już czuł moją woń. On już stał przede mną. Z jego oczu kipiała wściekłość, napędzana wyczuwaną wonią krwią poległego brata, która wręcz kapała mi z pyska. Nie miałem zamiaru bardziej skosztować tej krwi. Byłem opanowany, stałem prosto, a na szyi związany miałem sznurek, z którego zwisała, opierając się o moją klatkę piersiową, fiolka z krwią młodego wilka. Wpatrywaliśmy się chwilę sobie w oczy. Z każdą sekundą, ja stawałem się bardziej opanowany. On natomiast, z każdą sekundą, tracił równowagę duszy.
Po chwili wilk rozpoczął atak. Walka nie trwała długo, bowiem jego gniew, niemalże do zera osłabił jego czujność. Działał instynktownie, prymitywnie, co dało mi znaczną przewagę. Napełniwszy krwią basiora fiolkę do pełna, skierowałem się w stronę polany.
Był środek nocy. Nie chciałem pod żadnym pozorem budzić śpiących kompanów, więc na dłużej zatrzymałem się nad jeziorem. Widząc swe ranne i zakrwawione odbicie w wodzie, postanowiłem się zanurzyć w jeziorze. Fiolkę z krwią pozostawiłem na brzegu. Woda zmyła strużki krwi basiorów z mej sierści, a jednocześnie jej chłód dał ukojenie dla duszy i ciała.
Gdy słońce zaczęło wschodzić, wyszedłem z wody, otrzepałem się i zabrawszy fiolkę, udałem się na polanę. Nie musiałem długo szukać Sathany, bowiem ta, robiła już poranny obchód. Zatrzymawszy się na mój widok, podszedłem powoli. Ukłoniłem się z gracją, a sznurek z fiolką, zsunął się po mej głowie, po czym delikatnie opadła na ziemię.
- Wykonałem zadanie Sathano. – odparłem, po wyprostowaniu się, i czekałem na werdykt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz