piątek, 20 czerwca 2014

Wojna nie kończy się nigdy. [Jack]

Mrużył ślep pod dotykiem męskiej dłoni. Palce rozcierały pod obiciem futra zakrzepłą krew. Wierne psie spojrzenie padło na twarz pana, a czarna trufla wysunęła się w kierunku jego nogi. Ugrzęzła zmiażdżona rusztowaniem. Osmolona gęba uśmiechnęła się szeroko ukazując szare zęby. 
- Mogło być gorzej. - stwierdził młody żołnierz wśród egipskich ciemności.
Utknęli gdzieś pod całunem rumowiska odcięci od światła, pożywienia i opieki medycznej. Pies był ledwie potłuczony, lecz nawet jego - stosunkowo mniejsze i bardziej gibkie od ludzkiego - ciało nie było w stanie przecisnąć się między szczelinami, aby rzucić się na poszukiwanie pomocy. Jack czuł się potwornie z tą myślą. Ze świadomością, że pozostało im jedynie czekać na wybawienie lub rychłą śmierć. Przypomniał sobie słowa generała i położył uszy po sobie. "Będą takie sytuacje, w których poczujecie się bezsilni jak niemowlaki". To bardzo zgrabna sentencja wypowiedziana w niezgrabny sposób. Trudno jednak oczekiwać biegłości w dialekcie normatywnym. Musieli go zrozumieć wszyscy niezależnie od pochodzenia i koloru skóry. Taka mała dygresja.
Pył drażnił zatoki. Owczarek charczał w miernej imitacji oddechu by oczyścić płuca. Szczęście w nieszczęściu, przeżyli by umrzeć. Jęzor pociągnął śladem po zakurzonym pysku. Mężczyzna pod swoją dłonią wyczuwał drżenie mięśni. Przygarnął pokrwawione cielsko kompana bliżej.
- Nie bój się, staruszku. Z gorszych opresji wychodziliśmy, nie?
Jego uśmiech nie płonął przekonaniem. Był blady na miarę wytoczonej krwi. Kolejny miażdżący fakt uderzył w Jacka niczym obuch - jego ukochany pan wykrwawi się na śmierć w przeciągu paru godzin, jeśli nie nadciągnie patrol, by ich stąd wydostać. Żałosny dźwięk dobył się z psiego gardła. Szeregowiec poczuł się zaintrygowany. Jego pupil nigdy nie zachowywał się w tak depresyjny sposób. Zmęczona ręka zatrzymała się na lepkim, cuchnącym juchą grzbiecie.
- Co się dzieje, hę? Boli cię? - mruknął do siebie, szukając bolesnego miejsca. Basior nie odezwał się już więcej, nie czuł bólu. Długo trwali w grobowej ciszy, lecz młodzian nie miał wcale zamiaru tak łatwo się poddać. Zagryzł krótko szczęk w wysiłku, gdy zmieniał pozycję celem okręcenia głowy i przeanalizowania wzrokiem świetlistej łuny otulającej ostre krawędzie gruzu. Wyciągnął ramię, by wydrzeć z tej pieprzonej układanki parę skalistych elementów.
- Chodź no tu, Jack.
Psisko postawiło uszy na sztorc. Co, znowu? Przecież próbowali już tyle razy...
- Będziemy próbować do usranej śmierci. Nie mamy szerszych perspektyw.
Zadziwiające, że ten młody dwunogi potrafił czytać z ruchu warg nawet, gdy były nieruchome. Za to właśnie kochał go wilczur. Niepotrzebne były im słowa, by osiągnąć porozumienie. Łapy dźwignęły obdrapane cielsko. Rany nie były poważne, lecz z pewnością krępowały skutecznie swobodę ruchu. Samiec przeczołgał się bliżej, by posłusznie spełnić rozkaz. Zbędne były dalsze polecenia, doskonale wiedział co leży w jego gestii. Obserwował kolejne odłamy osypujące się u nóg pana. Nie mogły być jego mogiłą, zasługiwał na życie z rodziną. Czworonóg drapnął skałę, lecz bez chwytnych palców nie mógł wspomóc właściciela. Ów buchnął śmiechem na tę przesympatyczną próbę i pogładził psi łeb. Jack westchnął ciężko w oczekiwaniu. Coraz więcej światła wlewało się do ich pieczary. Kiedy żołnierz odsunął ramię, podpalana morda zbliżyła się do wyrwy. Suchy nos wychynął na zewnątrz, by zawęszyć solidnie. Ani śladu opon, oleju, tudzież śrutu. Było bezpiecznie, względnie bezpiecznie. Nie istniało bowiem coś takiego jak pojęcie bezpieczeństwa. Zarówno na wojnie, jak i w życiu.
Cofnął łeb, by przytulić go do piersi, a następnie usztywnić stawy. Wyprężył się, by łopatkami zacząć wiercić w gruzach. Tylko się przy tym poranił. Był jednak równie niezłomny co uwięziony z nim dwunóg, więc znów wsadził mordę w otwór i opierając się na gruzach znów spróbował się wywiercić. Z pomocą przyszły mu ludzkie dłonie, wybierając co luźniejsze elementy. Nadzieja umiera przecież ostatnia. Nadzieja matką głupich.
- Jeszcze trochę staruszku, dasz radę! - odezwał się ochrypły, męski głos. Przedarły się łopatki, potem przednie łapy stanęły na ruinie z wielkim trudem. Mężczyzna podsadził psa, by ten mógł wywlec się na wierzch. - Idź po pomoc!
Po cóż powtarzać? Basior zatoczył się porażony słonecznym światłem i runął na podwaliny tego co niegdyś zwało się zapewne domem. Leżał przez chwilę zdrętwiały i obolały, by otrząsnąć się z szoku. Nic nie zostało z i tak nędznej osady. Była już jedynie wspomnieniem. Wrogie wojska starły ją z powierzchni ziemi jakby była jedynie karcianą konstrukcją. Wciągnął haust brudnego powietrza, by wyzwolić w sobie nieco więcej energii i pozbierać do pionu, co przyszło mu z małym trudem. Zachwiał się na łapach, był odwodniony a żołądek kleił mu się do kręgosłupa już od dłuższego czasu. Począł więc zsuwać się z usypiska, gdy przez szum w jego uszach przedarł się dziwaczny dźwięk. Okręcił więc łeb, co by zlokalizować jego źródło. To co ujrzał przerosło jego najśmielsze oczekiwania: wielka, brunatna chmara pożerała wszystko na swej drodze. Nie zdążył nawet postawić kroku w przód, bowiem w ułamku sekundy pochłonęła i jego.
Ocknął się w swojej jaskini, ze zmęczeniem uchylając powiek. Mary senne stawały się coraz bardziej realne. Burknął tylko pod nosem, po czym wsunął kufę pod jedną z łap, zamknął ślepia i po raz wtóry oddał się w nieprzyjazne objęcia snu.
__________________
E, takie se owakie. Nie wiem co mnie naszło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz