środa, 30 stycznia 2013

Przez ciernie do gwiazd .II `` Historia Sathany cz. II


Tak blisko a równocześnie tak daleko.

Ile to tak wędrowała...? Ile minęło czasu, odkąd jęła biec, biec nei zważając na ból, głód czy pragnienie? Nei wstrzymała kroku choćby na postój dla upicia łyka wody, dla polowania. Biegła bez przerwy mimo bólu w łapczydłach. Czego tak poszukiwała? Po co w ogóle tak biegła...? Co to miało Jej dać? Ale nei zastanawiała się nad podobnymi rzeczami. Trwała w swych bezcelowych poszukiwaniach, swej bezcelowej podróży. W końcu jednak łapy postawiły wolniejsze kroki, z chwili na chwilę tempo Jej stąpania było coraz to powolniejsze. W końcu stanęła. Wstrzymała kroku, wpatrując się pustym spojrzeniem brązowych patrzałek w swoje ubłocone, obolałe i drżące łapczydła. W końcu nie utrzymała się i padła na suchą glebę, wodząc wzrokiem po okolicy. Znalazła się poza lasem, opodal jego skraju - ledwo kilkanaście metrów. Dalej szumił strumyk, stało jezioro, a wokół rozciągały się łany wysokich liści trawy. Gdzieniegdzie trafiło się drzewo o rozłozystej koronie, rzucając cień na dalsze kilkanaście kroków, tudzież trawę barwiły kwiaty różnorodnej kolorystyki. Promienie Słońca oświetlały to wszystkie - przepiękny widok ukazał się ślepiom kundlicy. Nad głową posłyszała ptasi trel, wyczuła delikatny powiew chłodnego, wiosennego wiatru. Ich półkula globu budziła się do życia po zimowej udręce. Zachęcona przez przyjazne ptaki, uniosła powoli kufy, wodząc wokół zachwyconym spojrzeniem. W oddali dostrzegła nad niewielkim zbiornikiem słodkiej wody stadko saren i jeleni, na drzewach skrywały się rude wiewiórki, tudzież za pniami chowały się lisy czy gdzieniegdzie czaił się wilk. Różnorodność obcujących tu zwierząt była równa gatunkom roślin. Gdzieś po boku zagrał świerszcz. Na Jej nosie usiadł motyl. Wygięła warg w pogodnym, lecz słabym uśmiechu. Ten przepiękny, radosny widok dodał Jej sił do dalszej wędrówki - lecz wpierw przydałoby się zapolować i zaspokoić pragnienie. Powoli podniosła się na chwiejne łapczydła, uniósłszy kufy, by zawęszyć. Słońce przy tym oślepiło momentalnie ślepia suczki, których powieki musiała opuścić mocno w dół. Zaraz jednak schyliła pyskowia. Stado rogaczy znad jeziorka ulotniło się z owych okolic przed kwadransem, gdy to jeszcze leżała i zachwycała się pięknem natury. Rozejrzała się wkoło - nigdzie w pobliżu podobnego nie było. Chociaż... coś mignęło suczce w oddali, znów i zaraz znów. Tak! To muszą być zapewne spłoszone przez jakiegoś wilka nieparzystokopytne. Zignorowała ból łapczydeł, głód wziął górę. Z początku nieco w śliamczym tempie dążyła w owym kierunku, lecz zaraz przeszła do truchtu i zaraz już biegła, ile sił w kończynach ku celowi - mały zagajniczek, gdzie wylegiwały się w cieniu trzy sarny i rosły jeleń. Wstrzymała kroku, skryta w wysokiej trawie, w dodatku - tak na wszelki wypadek, za pniem drzewa. Po krótkiej chwili czajenia się, schyliła kufy, zmrużyła ślep, przycupnęła, kierując się na ofiarę - dorodnego jelenia. Zaraz odbiła się od gleby i obnażywszy kłów, skoczyła w jego stronę - w ostatniej chwili złapała za boki rogacza i wspięła się na grzbiet, przy okazji pazurami tnąc po mięśniach, rozdzierając skórę. Spłoszone sarny odbiegły, lecz jeleń w koncu padł martwy, przy czym suczka uskoczyła w ostatniej chwili, nim ten wylądował na glebie. Przez moment stała, wpatrzona w kałużę krwi, która w powolnym tempie wsiąkała w glebę. Kwiaty zabarwiły się szkarłatnym posoczem. Przymrużyła ślep i odetchnęła, po czym zabrała się do posiłku.
Była na tyle głodna, iż zjadła prawie całego rogacza. W każdym bądź razie jeszcze troche pozostało, więc skryła resztki w wysokiej trawie u stóp najbliższego drzewa. Powiodła brązowymi patrzałkami po okolicy, by móc ponownie, tym razem na nieco bardziej trzeźwy umysł ocenić swoje położenie. Jednakze owe łęgi nie przypominały suczce za nic jakiejkolwiek znajomej Jej lokacji. Westchnęła cicho, spuściwszy kufy. Skrzywiła się nieznacznie, odczuwszy nagły ból w prawej łapie. Nie wytrzymała go w tym momencie, wciąż była osłabiona po długiej wędrówce. Ułożyła się więc, oparta grzbietem o pień drzewa. Usadowiła kufę pomiędzy łapczydłami, prawą ułożywszy w swobodnej pozycji tak, by ból zelżał. I pochłonęła Ją senna nicość.
Spała dość długo, jak na Jej gust. Uchyliwszy ciężkiej prawej powieki, przed sobą dostrzegła jedynie ciemność przeciętą jedynie przez srebrzyste punkty na nieboskłonie zwane gwiazdami. Księżyc będący w pełni skrył się za gęstymi chmurami. Uniosła łba i odetchnęła. Chcąc wstać, odruchowo dźwignęła się na prawą łapę, lecz zaraz z Jej gardzieli wydobył się nagły i donośny jęk bólu. Utraciła wnet równowagę i sturlała się z niewielkeigo pagórka, na którym leżała. Wylądowała na prawym boku z prawym łapczydłem wygiętym niefortunnie pod dziwnym kątem. Powieki oraz kły miała zaciśnięte. Nie dziwne, dla Niej podobny ból fizyczny to nowość. Przed tym zawsze była chroniona, nie jednakże przed psychicznym. Ktoś obcy w każdym razie mógłby uznać Ją za rozpuszczoną sukę, która płakałaby po złamaniu obcasa, gdyz tak to wyglądało. Jednakże aksamitny głos, który nad sobą posłyszała nie posiadał w sobie brzmienia kpiny czy jakiegokolwiek żartu. Wyczuła weń głębokie zmartwienie i ból. Odkryła brązowych patrzałek nieznacznie, by przyjrzeć sie bliżej... nie powiem, że "nieznajomemu". Powieki poszły jeszcze wyżej, źrenice ulokowane zostały w dwukolorowych ślepiach basiora siedzącego nadeń. Poruszyła wargami, lecz nie zdołała początkowo wydobyć żadnego dźwięki. Po krótkiej chwili jednak wykrztusiła z siebie to jedno słowo.
- ...ojcze...

Życie nie jest usłane różami. Każdy kiedyś poczuje, co to ból.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz