Sam tytuł już chyba
zdradza o czym będzie. Chciałam dodać, bo dawno nic nie pisałam, a to
opowiadanie pochodzi z mojego drugiego bloga. Jest on nowy i ma mało
czytelników, a więc chciałam podzielić się tym opowiadankiem z Wami. Mam
nadzieję, że będzie się Wam podobało.
Streszczenie - opowiadanie opowiada o szesnastoletniej dziewczynie imieniem Diana, która kocha konie. Więcej dodawać nie muszę. Opowiadanie pochodzi z mojego bloga: http://memories-of-the-day.blog.onet.pl/
Podkład: http://www.youtube.com/watch?v=LGUXIX7uuSc [Może trochę nie pasuje, ale jestem zauroczona tą melodią <3]
Obudziłam
się wcześnie rano. Nie wiem dlaczego, ale tak już niestety mam... Po
nieprzespanej nocy mam tylko jedną ochotę - pójść do stajni i odpocząć.
Ale niestety dzisiaj jest piątek. I trzeba iść do szkoły.
- Jakoś wytrzymam dzisiejszy dzień... - mruknęłam i powoli zwlokłam się z łóżka.
Zaścieliłam
je dokładnie, co by mama nie denerwowała się od samego rana. Zeszłam po
cichu na dół i poszłam do łazienki wziąć poranną kąpiel. Po kilkunastu
minutach byłam już gotowa do wyjścia. Z racji tego, że mieszkam kawałek
za miastem, musiałam już wyjść z domu i kierować się powolutku w stronę
znienawidzonego przeze mnie budynku.
Wyszłam z domu
zarzucając torbę z książkami na ramię. Wiał lekki wiaterek, co
spowodowało rozwianie moich blond włosów. Zaśmiałam się po cichu i
ruszyłam w stronę miasta. Szosa nie była zbyt wygodną drogą do
pokonania, ale lepsza taka niż błoto w lesie.
Po kilkunastu
minutach weszłam do miasta. Latarnie jeszcze się paliły na ulicach, bo
było ciemno niczym w norze. Rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu
jakichś ciekawych obiektów. Niestety nic interesującego nie znalazłam.
Moja droga do szkoły zazwyczaj nie wygląda tak jak dzisiaj. Normalnie
nie chodzę przez parki i nie włóczę się przez pół miasta. Dzisiaj po
prostu miałam na to ochotę.
W końcu dotarłam na miejsce. Stanęłam przed owym budynkiem i skrzywiłam się niesmacznie.
-
Całe szczęście, że dzisiaj już ostatni dzień szkolny, a potem
weekend... - westchnęłam po cichu i weszłam po stromych schodach.
Popchnęłam
mocno drzwi i weszłam do środka. Tutaj jak zwykle panowało zamieszanie,
wielki gwar i zgiełk. Pokręciłam głową i powędrowałam w stronę szatni.
Nagle przez myśli przeleciała mi pewna sprawa - za chwilę zobaczę się
ponownie z moimi "koleżankami" z klasy. To była chyba jedyna tak
znienawidzona przeze mnie rzecz. Zacisnęłam szczękę i zeskoczyłam ze
schodów prowadzących do szkolnej szatni. Weszłam do pomieszczenia i
podeszłam do szafki nie witając się z nikim. Mojej przyjaciółki jeszcze
nie było.
- Ech... Nino, nie zostawiaj mnie dzisiaj. -
spojrzałam na jej pustą zamkniętą szafkę i zdjęłam swój płaszcz.
Powiesiłam na wieszaku w szafeczce i zamknęłam ją dokładnie na zamek.
Oparłam
się rękoma o ścianę i zamknęłam oczy. Przede mną kolejny dzień
patrzenia jak inni się dobrze bawią. Kolejne osoby, które będą
wyprowadzały mnie z równowagi. Kolejne sytuacje, gdzie będę musiała
okazać się wytrwałością. Odkleiłam się od ścianki i wyszłam z szatni
biorąc za sobą swe książki.
- Nie mogę dać sobą tak pomiatać! - powiedziałam po cichu tak, aby nikt mnie nie usłyszał.
Weszłam
na pierwsze piętro czyli tam, gdzie miałam mieć pierwszą lekcję. Ławki
na holu były puste więc usiadłam i oparłam łokcie o kolana, a brodę o
dłonie czekając na przyjaciółkę, która za chwilę miała się pojawić.
Nagle w mojej kieszeni zabrzęczał telefon. Wyjęłam go śmiejąc się po
cichu.
- Znowu zapomniałam Cię wyciszyć... - otworzyłam
klapkę i przeczytałam SMS'a, który właśnie wysłała do mnie Nina. Brzmiał
on tak:
"Diana, wybacz mi, ale źle się czuję. Nie będzie mnie dzisiaj w szkole. Przepraszam."
Z
mojej twarzy nagle znikł lekki uśmiech. Spojrzałam przed siebie i
schowałam komórkę do kieszeni. Do moich oczu zaczęły powoli napływać
łzy, ale w ostatniej chwili powstrzymałam się od płaczu.
- Dlaczego akurat dzisiaj? No cóż... - wstałam z ławki i zeszłam na dół.
Miałam
jeszcze dziesięć minut zanim rozpoczną się lekcje. Poszłam więc do
bufetu kupić sobie jakiś napój i coś do jedzenia. Kiedy wychodziłam ze
sklepiku natknęłam się jak zwykle na trójkę dziewcząt z mojej klasy.
Uśmiechnęły się sztucznie i minęły mnie z dziwnym śmiechem. Jedna
trąciła mnie ramieniem o mało co mnie nie wywracając. Spojrzałam na nią
jak na idiotkę, wzruszyłam barkami i poszłam dalej w swoją stronę.
Dzwonek
- ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam. Ruszyłam pędem w stronę klasy.
Na szczęście się nie spóźniłam. Pierwszą miałam biologię, więc nudzić
się nie nudziłam.
Lekcje mijały jedna po drugiej spędzane w
samotności. Nie wiem czemu, ale nikt ze mną nie rozmawiał. Mam w klasie
pewną dziewczynę, która jeździ konno, ale nigdy ze mną nie potrafiła
normalnie o tym porozmawiać. Zawsze się wywyższała ode mnie.
- No cóż... Jeszcze tylko dwie lekcje i będę mogła iść do Thalera. - uśmiechnęłam się do siebie i wstałam z ławki.
Ruszyłam
w stronę klasy od historii. Nie doszłam jeszcze do rogu, kiedy
usłyszałam rozmowę dziewczyn z naszej klasy. Postanowiłam nie pokazywać
się im na oczy, dopóki nie skończą rozmowy.
- Wiecie co?
Organizuję urodziny. Jak myślicie, kogo zaprosić? No oczywiście Was. -
zaśmiała się w tym momencie. Była to chyba Amanda - najbardziej lubiana
osoba w szkole.
- Nie wiem. Ale na pewno zaproś jakichś chłopaków. - zaproponowała wyższa od niej.
- To jest pewne. - Amanda potwierdziła jej wypowiedź.
- Ale nie zapraszaj Diany... - skrzywiła się dziewczyna stojąca obok niej.
W
tej chwili coś mnie zabolało. Stanęłam jak wryta. Stałam przytulona do
ściany i słuchałam o tym, że nie jestem lubiana w szkole. Po prostu
bosko!
- Ona jest jakaś dziwna i w dodatku pewnie będzie tylko gadać o tych koniach...
-
Wiesz co? Masz rację Martyna. Nie zapraszajmy jej. Zobaczymy co powie,
kiedy wrzucimy fotki do internetu, a na nich będzie cała klasa tylko jej
nie. - zaśmiały się wszystkie po wypowiedzi Amandy.
Do oczu
napłynęły mi łzy. Wyszłam zza rogu szybkim krokiem, aż w końcu zaczęłam
biec. Popędziłam w stronę wyjścia ukrywając twarz w dłoniach.
- Myślicie, że to usłyszała? - powiedziała Amanda cichym głosikiem.
I
tyle usłyszałam o czym rozmawiały - wystarczająco dużo. Wybiegłam ze
szkoły jak poparzona. Pobiegłam na najbliższy przystanek autobusowy.
Weszłam do pojazdu cała zapłakana i usiadłam gdzieś z tyłu. Zamknęłam
oczy i zaczęłam myśleć.
"Dlaczego jestem taka nielubiana? Czy to tylko dlatego, że kocham konie? Czy może dlatego, że jestem dziwna?"
Po
kilkunastu minutach autobus zatrzymał się na pętli - ostatnim
przystanku. Wysiadłam zła na chodnik i poszłam w stronę stajni, gdzie
czekał na mnie Thaler. Weszłam do stajni niczym burza. Rzuciłam
plecak gdzieś w kąt i podeszłam szybko do boksu mojego wałaszka, który
ciekawsko wyglądał ponad drzwiami swego mieszkanka. Otworzyłam
pospiesznie drzwi i podeszłam do konia zamykając za sobą boks.
Przytuliłam się do jego szyi i zaczęłam szeptać:
-
Jak to dobrze, że choć Tobie mogę wypłakać się w grzywę. Mogę powierzyć
Ci największe sekrety, a Ty i tak ich nikomu nie wyjawisz... - zaczęłam
po cichu łkać.
Thaler tylko
parsknął po cichu tak, jakby rozumiał co do niego mówię. Odeszłam
kawałek od niego mając głowę spuszczoną w dół. Spojrzałam konikowi w
oczy i uśmiechnęłam się delikatnie do niego.
-
Skoro już uciekłam z dwóch lekcji to co powiesz na mały teren na plażę
kochany? - pogładziłam go po szyi i pobiegłam do siodlarni otworzyć
szafę ze sprzętem mego konia.
Wróciłam
po kilku minutkach ze szczotkami, siodłem, ogłowiem i czaprakiem w
ręku. Zaczęłam czyścić sierść Thalera delikatnymi ruchami. Po kilkunastu
minutach koń był gotowy do wyjścia. Wyprowadziłam go przed stajnię i
wsiadłam szybko na jego grzbiet. Nagle przyszła pani Marta -
właścicielka stajni.
- A Ty Diano nie w szkole? - uśmiechnęła się do mnie jak to miała w zwyczaju i pogładziła Thalera po szyi.
- Uciekłam. - odpowiedziałam krótko.
- A co się stało? - zapytała lekko zdziwionym głosem.
-
Mam mały kryzys Proszę Pani. Muszę odreagować to wszystko - ten cały
zgiełk szkolny... Chyba rozumie Pani? - spojrzałam na Panią Martę
zapłakanym wzrokiem.
- Rozumiem. Ale
mam nadzieję, że opowiesz o tym wszystkim swoim rodzicom. Nie chcę, aby
się o Ciebie martwili. W przeciwnym razie sama do nich zadzwonię.
- Powiem, powiem. - uśmiechnęłam się delikatnie i dałam Thalerowi delikatną łydkę.
Ruszył
posłusznie do przodu. Pani Marta uśmiechnęła się do mnie i pomachała mi
na pożegnanie. Zniknęła w budynku stajni. Ja skierowałam chód konia w
stronę leśnej ścieżki prowadzącej na plażę.
Po chwili przyspieszyłam konia do kłusa.
-
Pięknie dzisiaj chodzisz. - poklepałam go po szyi, a ten zarżał
radośnie. - Co powiesz na mały galop po leśnej ścieżce? - zaśmiałam się
po cichu i dałam ponowną łydkę.
Koń bez oporu przeszedł w mięciutki galop, a ja pewnie siedziałam w siodle. Po chwili wyjechaliśmy już na plażę.
- Zwolnij kochany. - uśmiechnęłam się do niego i zwolniłam Thalera do stępa oddając mu trochę wodze.
Pokierowałam
go w stronę wody. Zatrzymał się tuż przy falującym morzu. Pochyliłam
się do przodu, aby wtulić się jeszcze raz w szyję Thalera. Tak też
uczyniłam. Ten zarzucił łbem do góry po czym pochylił w dół. Był ciekawy
falującego morza.
- Mogłabym tak całą wieczność... Ale niestety dzień nie jest wieczny. - westchnęłam siadając z powrotem w siodle.
Ruszyłam
powoli jadąc wzdłuż linii brzegowej morza. Chciałam jeszcze pogalopować
trochę. Kiedy dałam konikowi łydki ten dziwnie się zatrzymał
rozglądając się dookoła niespokojnie.
- Thaler, nie bój się. - zaczęłam gładzić go po szyi.
Jednak
to nic nie dało. Zaczął "drobić" kroki w miejscu po czym uniósł
przednie nogi ku górze. Oddałam mu wodze, aby nie spaść i przytrzymałam
się mocniej nogami.
"Właśnie Thaler stanął dęba. Co by było gdybym spadła?"
Zamknęłam
oczy, a koń opuścił kopyta. Wyrwał galopem biegnąc wzdłuż plaży.
Pochyliłam się do przodu trzymając wodze w prawej dłoni. Ponownie
zamknęłam oczy przytulając się do gorącej szyi Thalera.
-Zabierz mnie tam, gdzie nie kończy się świat Thaler... - szepnęłam mu na ucho i wtuliłam się mocniej w jego szyję.
Tak
- właśnie pozwoliłam się ponieść koniu. Był to trochę nierozważny ruch.
Przecież w każdej chwili mogłam spaść i w najgorszym wypadku się
połamać. Koń by uciekł i nigdy bym go już nie zobaczyła. Albo mogłam
zwyczajnie się zgubić. Odpędziłam od myśli takie czarne scenariusze.
zaczęłam zastanawiać się ile już Thaler przebiegł. Po krótkiej chwili
parsknął zmęczony i się zatrzymał. Byłam cała spięta. Otworzyłam oczy i
usiadłam w siodle. Rozejrzałam się dookoła. Nagle sobie uświadomiłam, że
przed koniem ktoś stał. Wychyliłam się lekko w prawo i zobaczyłam kto
głaskał mojego konia. Mianowicie był to wysoki, szczupły chłopak z
kruczoczarnymi włosami i niebieskimi oczyma. Uśmiechał się ciepło w moją
stronę gładząc Thalera po pysku. Zacisnęłam dłonie na wodzach.
- Masz bardzo płochliwego konia. - rzekł chłopak mniej więcej w moim wieku.
Ja
niestety nie mogłam z siebie wydusić słowa. Po krótkiej ciszy dałam
znak Thalerowi, aby ruszył do przodu. Spojrzałam jeszcze raz na osobę,
która właśnie odsunęła się na bok chowając dłonie w kieszeniach swego
długiego czarnego płaszczu. Uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Wybacz, ale muszę już wracać. - dałam znak Thalerowi, aby przyspieszył do kłusa.
Czułam, że chłopak na mnie się patrzy.
"Kim on właściwie był? I co robił przy Thalerze? Czy to właśnie nieznajomy zatrzymał mojego konia?"
Koniec części 1.
_________________________________________Streszczenie - opowiadanie opowiada o szesnastoletniej dziewczynie imieniem Diana, która kocha konie. Więcej dodawać nie muszę. Opowiadanie pochodzi z mojego bloga: http://memories-of-the-day.blog.onet.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz