niedziela, 27 lipca 2014

Wojna cz. III. - Choco [Choco]

[ - Z racji tego iż na początku sierpnia wyjeżdżam na parę dni, chciałbym teraz napisać opowiadanie i oddać je w czasie, gdyż później nie będę miał na to zbytnio czasu. ]

Treść zadania:

Elektrika wraca z bardzo ważnymi wieściami. Musisz uważnie jej wysłuchać i jako stróż dopilnować by nikt z wrogiego stada nie wkroczył na Główną Polanę Stada Psich Serc. Niestety nie masz teraz czasu na nic innego i uważnie patrolujesz każdy teren stada oraz każdy zakamarek. Będąc obok wodospadu, spotykasz nieznanego Ci psa, który sam zagaduje do Ciebie, jednak nie jesteś mile nastawiony wobec Niego. Ten opowiada Ci co planuje zrobić wrogie stado, najwidoczniej pies, którego spotykasz jest zwiadowcą czy też szpiegiem, jednak wygaduje się zdradzając Stado Psów Nocy. Idziesz wszystko powiedzieć stadu.

~*~

-Dzięki El, już się biorę do roboty. -Choco skinął łbem ruszając na patrol.
Border Collie bardzo lubił robić za Stróża, miał to bowiem już we krwi, więc nie było dla niego to jakąś tam nowością. Podszedł do przedstawicielki rasy Husky, muskając ją czule w pyszczek, chciał się z nią pożegnać, gdyż wiedział, że parę godzin go tu nie będzie. Tereny Stada Psich Serc nie są wcale takie małe, więc trzeba przeszukiwać każdy zakamarek.
-Do zobaczenia Kochanie! -Bella przytuliła Choca na pożegnanie. 
Choco machnął tylko dwukolorową kitą i rozpoczął patrolowanie zaczynając od głównego wejścia na polanę, które zaczynało się tuż przy jaskiniach Alphy i Bethy. Pogoda była umiarkowana, chociaż sam Choco wolałby, aby było nieco chłodniej. Nie lubi upałów, aczkolwiek woli jak ,świeci słońce niż pada deszcz. Pies szedł z dumnie podniesionym łbem omijając co jakiś czas jaskinie. Wprawdzie nie było do kogo odezwać się, jednak samiec nie narzekał zbytnio na to. Wiatr czule muskał sierść Bordera, tym samym ochładzając go. Cały czas myślał o tym co powiedziała Elektrika. Victor, owy pies który ma przyjść dzisiaj był tej samej rasy co Choco, czyli Border Collie. Gdyby miało dojść do jakiejkolwiek bójki to Choco raczej dałby sobie radę z wrogiem. Chociaż... nigdy nic nie wiadomo. Omijając ostatnią jaskinię i tym samym kończąc patrolowanie jaskiń, skręcił w prawo idąc teraz wzdłuż Głównej Polany. Na polanie zbierało się coraz to więcej psów, jednak Choco nie mógł zrobić sobie przerwy i porozmawiać z przyjaciółmi, tylko musiał dalej pilnować by wróg nie wkroczył na tereny stada. Co chwilę schylał głowę lub machał łapą witając się tym samym z innymi członkami stada, którzy sobie wypoczywali. Dla niektórych może się to wszystko wydawać nudne co aktualnie robi Border Collie, jednak dla Choca to była przyjemność patrolować tereny Stada Psich Serc. Takie przechadzki samiec robił co kilka dni, więc był już przyzwyczajony do samotnych, długich spacerów. Owszem, chciałby, aby Bella tutaj była i towarzyszyła mu, jednak skoro wiedział o planach wrogiego stada, to nie mógł narażać swoją Ukochaną na niebezpieczeństwo. Poza tym Bella nie lubi wojen i kłótni, także również i z tego powodu Jej ze sobą nie wziął.
-Ciekawo, gdzie i o której godzinie spotkam tego Victora. -Powiedział sam do siebie rozmyślając.
Border Collie musiał mieć oczy dookoła głowy, gdyż w każdej godzinie, w każdej minucie czy też w każdej sekundzie mógł nagle ktoś wyskoczyć i zaatakować. Właśnie przechodził obok największego i najbardziej rozłożystego drzewa na polanie, a była to wierzba. Tuż za nią znajdowało się wejście na łąkę. Samiec wiedział, że paręnaście metrów stąd osiedliło się niejakie Stado Psów Nocy oraz zajęli większą część gór. Border przez chwilę zastanowił się, jednak wolał nie ryzykować i nie skręcił na łąkę, tylko poszedł dalej w stronę jeziora. Gdyby skręcił na łąkę, to od razu wyczuliby, że jest ze Stada Psich Serc i mogłoby to się skończyć nieprzyjemnie dla samego Choca. Wolał trzymać się z daleka od terenów, które zajęli wrogowie, gdyż wierzył w to, że Stado Psich Serc wygra wojnę, chociażby dlatego, że ma przewagę liczebną jak i silnych wojowników. Wiedział, że nie będzie łatwo, jednak nie chciał poddać się.
Powoli dochodził do jeziora, w którym pływało mnóstwo ryb jak i kaczek. Choco uwielbiał uganiać się za kaczkami, jednak nie mógł dzisiejszego dnia zrobić, a szkoda. Obszedł jezioro dookoła i przystanął gdzieś na drugim końcu by spokojnie ugasić pragnienie. Nie chciał wystraszyć kaczek. Oblizał swoją biało-czarną kufę idąc powoli dalej. Uważnie zaglądał w każdy zakamarek, nawet sprawdzał za drzewami, czy też większymi skałami. Szedł sobie cały czas prosto, aż w końcu natknął się na drzewa, które prowadziły do lasu i były położone obok siebie tym samym zataczając łuk aż do początku jaskiń Alphy i Bethy.
-Huh, jaki wielki ten las. No to w drogę Choco! -Przetarł łapą pysk otwierając nieco szerzej oczy.
Pies co jakiś czas zerkał w niebo, jednak nie ujrzał na nim żadnych chmurek. Zapowiadało się, że taka pogoda będzie trzymać się przez cały dzień. Ptaki na drzewach wesoło śpiewały, kolorowe motyle latały obok niewielkich krzaczków, a owadów było sporo, poczynając od niewielkich pasikoników, a kończąc na latających osach i muchach. Border Collie robiąc obchód, podziwiał tereny Stada Psich Serc. Nigdy jakoś zbytnio nie przyglądał się owym zjawiskom i innym zwierzętom, gdyż zawsze okrążał po parę razy tereny i tyle, chciał jak najszybciej odpocząć, a teraz patrolował nieco dokładniej. W końcu doszedł do wydeptanej ścieżki, która prowadziła nad wodospad. Choco był już nieco zmęczony, więc postanowił pójść nad wodospad by zrobić sobie chwilę przerwy. W końcu minął ostatnie krzaki i z oddali było już widać jak i słychać spływającą wodę. Pies radośnie potruchtał do wody, by zaraz się w niej cały zamoczyć. Rozchlapywał wodę na wszystkie możliwe strony bawiąc się jak szczeniak. Zupełnie zapomniał o tym, że miało to trwać chwilę. Zanurzył pysk w wodzie ponownie ją pijąc. Nagle usłyszał czyjeś kroki i szeleszczące liście. Od razu podniósł uszy na sztorc i uniósł pysk warcząc cicho. Słyszał, że ktoś zbliża się do niego, więc szybko wyskoczył z wody i zrobił parę kroków do tyłu uważnie obserwując miejsce, skąd dochodziły szelesty. Zza drzewa wyłoniła się postać psa, który wyglądał niemalże identycznie jak Choco. Stróż Stada Psich Serc powarkiwał głośno przygotowując się do ataku. Wyraźnie widział, że pies nie jest ze stada, bo przecież by poznał.
-Kim jesteś i czego chcesz? -Choco wyszczerzył swoje kły szczekając.
Obcy pokręcił tylko głową siadając naprzeciwko Choca, jednak w nieco dalszej odległości. Zniżył łeb witając się tym samym ze Stróżem.
-Witaj. Nazywam się Victor. -Na Jego pysku wyraźnie namalował się ciepły uśmiech.
Choco nie przestawał warczeć, jednak nie dał po sobie poznać iż słyszał już gdzieś owe imię. W końcu uspokoił się i przysiadł na tylnych łapach nie spuszczając wzroku z wroga. Widać, że Victor nie miał Go zaatakować, jednak Choco nie rozumiał jednego. Jest przecież szpiegiem, wysłanym ze Stada Nocy, a nie atakuje Bordera? Coś tu jest nie tak. Choco westchnął cicho.
-Dobra, więc co Cię tu sprowadza? -Zapytał przekręcając łeb. Nie ufał wrogowi, ale chciał wiedzieć wszystko. Gdyby chciał to by zaatakował już dawno, ale miał teraz świetną okazję by dowiedzieć się czegoś nieco więcej.
-Słuchaj, ja przybyłem by ostrzec Was przed niespodziewanym atakiem. Nie chcę z Wami walczyć. Jestem posłańcem w tamtym stadzie, ciągle mi mówią co mam robić. Życie w Stadzie Nocy nie jest takie kolorowe, tam jest ostry rygor i jeśli powiesz coś złego to można wylecieć. Wiem, że Wasze stado jest zupełnym przeciwieństwem do Naszego, jednak radzę Wam uważać. -Victor próbował złapać oddech.
-To w takim razie dlaczego Nam wszystko mówisz? Przecież tym samym zdradzasz swoje stado. I dlaczego tam należysz? -Choco nie uwierzył zbytnio w słowa basiora.
-Posłuchaj... Przekaż swoim, że Stado Nocy wymyśla teraz niezłą taktykę jak zaatakować stado. Aktualnie nie wiem zbytnio jaką, gdyż jestem teraz szpiegiem tak jakby u Was, więc mogę powiedzieć Tobie, że nigdy nie atakujemy pojedynczo. Zawsze jest góra dwa, ewentualnie cztery psy. Mogą podejść Was z różnych stron, także radzę pilnować każde wejście na Waszą polanę. Nie wiem czy będę brać udział w wojnie, ale raczej nie, dlatego zdradzam Ci początkowy plan działania ze strony Stada Psów Nocy. Muszę już iść, może kiedyś zobaczymy się! Żegnaj! -Victor odbiegł znikając za drzewami.
Border Collie natychmiast ruszył ku wyjścia z miejsca, w którym aktualnie znajdował się. Musiał jak najszybciej powiadomić stado, więc bez większego wahania pobiegł jak najszybciej do psów.
-Wróciłem. -Choco powiedział nieco zdyszany. Szczeknął głośno, by wszyscy zebrali się i tak też właśnie było. Wszystkie psy zebrały się wokół Stróża.
-Chciałem powiedzieć, że spotkałem Victora, o którym mówiła Elektrika. Faktycznie przyszedł o danej porze i zdradził mi kilka szczegółów. -Border Rozejrzał się dookoła patrząc na każdego z osobna.
-Co takiego? -Wtem odezwała się Nukri.
-Powiedział tylko tyle, że Stado Nocy obmyśla właśnie taktykę i plan działania ataku na Nas i bardzo możliwe iż będą atakować od głównej strony, czyli od łąki, tam gdzie teraz przybywają. Nie lubią zbytnio ukrywać się, jednak z nimi nigdy nic nie wiadomo. Zawsze atakują parami lub czwórkami, także tego..
-A kiedy możemy spodziewać się tego ataku? -Zapytał Chaps.
-Możliwe, że jutro. Więc Black Hollow mam dla Ciebie zadanie. Musisz ukryć się na łące i uważnie obserwować z daleka Stado Nocy, jeśli zaczną zbliżać się do Nas to cofnij się i zawiadom o tym wojowników, jeśli jedna osoba zaatakuje Cię chociażby z ukrycia to musisz walczyć. 
Border Collie wyłapał wzrokiem swoją Ukochaną Bellę, przy której usiadł obserwując Czarnego Psa- Hollow'a.

~*~

[ -Skończyłem, nie wiem czy w pełni wykonałem to co miałem zrobić, ale starałem się. Przekazuję pałeczkę Black Hollow'i życząc powodzenia. Być może notka wydaje się krótka, ale zawarłem w Niej więcej opisów niż dialogów, a przynajmniej tak jest do chwili, kiedy Choco spotyka Victor'a. ]

Wojna cz. II - Elektrika. [ Zastępstwo za El. ] [Luna]

Na wstępie chciałabym powiedzieć, że nie umiem zbytnio opisywać takich walk a przy okazji rozpisywać się na Bóg wie ile stron, więc proszę o wyrozumienie. Dowiedziałam się całkiem niedawno, więc chciałabym napisać w końcu, bo obiecałam, że zajmę się tym. (Wcielę się w postać El jeśli można.) Miłego czytania!

Treść zadania:

Zostajesz wysłana na przejęty teren, aby obeznać się w sytuacji i zagarnąć jak najwięcej informacji na temat liczności, siły czy też planów wroga. Jest to istotnie, abyśmy dokładniej wiedzieli, z kim mamy do czynienia oraz do dopracowania odpowiedniej strategii. Przy dobrych wiatrach mogłabyś nawet zagadać do jakiegoś członka Psów Nocy i dyskretnie podpytać o ich plany; wcale nie musisz się ujawniać z jakiego pochodzisz stada i kim jesteś. Następnie musimy wspólnie wszcząć przygotowania do ataku czy też ewentualnej obrony przed nieprzyjacielem.

~*~

-Gdzie idziesz El? -Zaciekawiona Fallon spytała swojej siostry widząc, że Border Collie sama do siebie mówi. Elektrika spojrzała ukradkiem na siostrę "wzruszając łapami".
- Muszę udać się w stronę łąki, gdyż doszły mnie słuchy, że ktoś osiedlił się na terenach naszego stada. -Suczka spojrzała ostatni raz na Fallon udając się w tamtym kierunku.
-El? Uważaj na siebie. -Fallon spojrzała jeszcze raz na suczkę po czym poszła w kierunku jaskiń.
Elektrika po drodze obmyślała sobie plan działania. Nie mogła się ujawnić iż jest ze Stada Psich Serc, ale też nie mogła od razu tak pytać ich o plany i zamiary. Musiała być neutralna, przecież była myśliwym, a zarazem otrzymała takie zadanie by pójść i podpytać oraz przyjrzeć się wrogiemu stadu z daleka. W głębi duszy cieszyła się, że była na coś potrzebna. Sunia postanowiła pójść inną drogą, gdyż nie chciała być rozpoznana, bo wiedziała, że wrogowie nie są tacy głupi i by rozpoznali, gdyby szła główną ścieżką prowadzącą na łąkę. W końcu skręciła w boczną ścieżkę znajdując się tym samym na początku rozłożystej łąki. W oddali jeszcze nikogo nie widziała, więc postanowiła iść sobie dalej. Nagle ktoś wyskoczył zza krzaków strasząc tym samym Elektrikę.
-Bu! Kim jesteś? -Mały husky zatrzymał się przed łapami El. Widać, że był pewny siebie i nie bał się obcych.
-Ja? -Suczka zamyśliła się na chwilę.
Przecież nie mogła powiedzieć jak ma naprawdę na imię, więc na poczekaniu wymyśliła sobie jakiś pseudonim.
-Nazywam się Sonny i przybywam z daleka, a Ty?. -Chrząknęła przyglądając się szczeniakowi.
Zdawało się, że szczeniak uwierzył jej.
-Jestem Felix, ze Stada Psów Nocy. -Młody podrapał się za uchem przysiadając obok Niej.
Elektrika nie wiedziała co ma robić, a przecież nie miała zbytnio czasu na jakieś rozmowy czy zabawy, wiedziała, że w każdej chwili ktoś może zaatakować Stado Psich Serc, więc cały czas obmyślała swój plan w głowie. Nie lubiła kłamać, ale w tym przypadku nie miała innego wyjścia. Miała tylko cichą nadzieję, że nie rozpoznają inne psy Jej, jako iż jest ze Stada Psich Serc. Udawała zupełnie kogoś innego, przeciwieństwo El. Niezbyt się Jej to podobało, ale co poradzić. 
-Miło mi Ciebie poznać, a Ty co tak tutaj sam robisz? Skąd jesteś? -Próbowała coś wyciągnąć od małego.
Szczeniak machnął swoim krótkim, szarawym ogonem.
-No my tutaj niedawno zamieszkaliśmy, ale z tego co mi wiadomo to musimy przegonić jakieś psy, a przynajmniej tak mi rodzice powiedzieli. - Pies wyszczerzył swoje białe kiełki w uśmiechu.
-Czy mógłbyś oprowadzić mnie po tych terenach? Być może chciałabym dołączyć do Waszego stada, jednak wolałabym bliżej poznać innych.
-Czemu nie? Wydajesz się taka miła! -Szczeniak podskoczył z radości ciesząc się, że ktoś nowy dołączy do Stada Nocy.
Przedstawicielka rasy Border Collie cały czas szła za małym szczeniakiem rozglądając się na boki. Przecież to wszystko to były tereny Stada Psich Serc, a teraz tutaj tak wszystko pozmieniało się. Powyrywane zostały niektóre krzaczki, trawa podeptana, wszystko wyglądało tu inaczej, tak mroczniej? El chciała uratować stado i nie mogła pozwolić, by obcy panoszyli się i decydowali o dalszych losach terenów Stada Psich Serc. A przecież za łąką było wielkie pasmo górskie, gdzie widziała w oddali leżące dwa psy. Świetnie- pomyślała. W milczeniu szła cały czas obok młodego towarzysza patrząc z przerażeniem. Miała ochotę rozszarpać tego husky'ego, gdyż wiedziała, że wygra z nim walkę , jednak bała się, że zaraz ktoś ze Stada Nocy przybędzie i zaatakuje ją, a z przeszpiegów byłyby nici. Starała uzbroić się w cierpliwość, chociaż naprawdę nie chciała patrzeć na to, jak wrogie psy rządzą się i to nie na swoich terenach. Szczeniak zaprowadził Borderkę do wielkiego dębu, gdzie kończyła się łąka, a tuż obok niego były skały, które rozpoczynały pasma górskie. Pod wielkim drzewem leżała czarna suka, a obok niej wielki masywny basior, który miał kasztanowe ubarwienie. Nie obchodziło zbytnio El jakiej byli rasy, jednak domyślała się, że to były Alphy. Szczeniak od razu podbiegł do czarnej wtulając się w jej miękką sierść. 
-Mamo, tato! Przyprowadziłem moją nową koleżankę. -Pacnął łapą bok czarnej Samki.
Samiec, który leżał obok Czarnej od razu wstał i podszedł do El by ją obwąchać. Usiadł zaraz obok swojej partnerki spoglądając czarnymi ślepiami na Border Collie.
-Kim jesteś i skąd przybywasz? -Spojrzał nieufnie na El.
Elektrika zatrzęsła się, jednak to było raczej niezauważalne. Łapy uginały się, a psy które należały do Stada Nocy zaczęły zbierać się tam gdzie właśnie stała. Zlustrowała każdego psa wzrokiem, krzywiąc się lekko. W końcu przeniosła wzrok na Psa, który przed kilkoma sekundami odezwał się do niej.
-Jestem Sonny i błąkam się z kąta w kąt, spotkałam Felixa, a ten zaprowadził mnie tu. Na razie rozglądam się po terenach. -Powiedziała z lekką nutką ironii. Znając dobre zamiary El, ukłoniłaby się parze Alpha, jednak tutaj zrobiła wyjątek i nie zrobiła tego, bo po co? Przecież to byli wrogowie, nie miała zamiaru płaszczyć się przed nimi, tylko chciała sprawiać wrażenie pewnej siebie i neutralnej wobec tego stada. Musiała dowiedzieć się wszystkiego, dlatego tak też zachowywała się.
-Rozumiem. -Kasztanowy basior powiedział krótko. Wtem odezwał się szczeniak, który najzwyczajniej zdążył już polubić Suczkę.
-Może ona z Nami zostać? Proszę, tato, mamo?! -Szczeniak mówił błagalnym wzrokiem tykając nosa Czarnej.
-Sonny... -Czarna uniosła głowę zerkając na El, przeszła do pozycji siedzącej.
Elektrika uniosła tylko uszy spoglądając pytająco swoimi błękitnymi oczyma na suczkę.
-Wybacz za te maniery... Nazywam się Ellen, a to mój partner Omen. Jeżeli chcesz to możesz u Nas zostać, jednak mamy teraz niezbyt ciekawą sytuację.
Czarna była na tyle tajemnicza, że nie powiedziała dokładnie o co chodzi, jednak El przecież doskonale widziała o czym mówi Ellen. Oczywiście, że chodziło o wojnę ze Stadem Psich Serc. Suczka postanowiła zostać tutaj na góra dwa dni, żeby dokładniej przyjrzeć się owej sytuacji, by móc przekazać swojemu stadu o planach i zamiarach innych.
-Dobrze, miło mi. -Na pyszczku Borderki pojawił się lekki uśmiech. Wiadomo, że z przymusu, ale musiała zrobić dobre wrażenie. Rozejrzała się po psach i przysiadła gdzieś z boku.
Było już dosyć późno, większość psów zasypiało, jednak nie każdy. El postanowiła przejść się by rozprostować kości, natknęła się na jakiegoś psa, którego nie zdążyła poznać.
-Dobry wieczór panienko, a Ty czemu jeszcze nie śpisz? -Zapytał.
El skinęła lekko głową siadając obok.
-Ja? Nie wiem, jestem tu nowa, więc ciężko mi zasnąć. -Powiedziała obojętnie.
-Ja jestem tutaj stróżem, więc patroluję te tereny, by jakiś obcy nie wparował. Wiesz, teraz mamy trochę wrogów. -Odpowiedział.
Border Collie miała teraz świetną okazję by wszystkiego dowiedzieć się na temat tego Stada Nocy jak i planach. Zainteresowana zaczęła zadawać mnóstwo pytań, jednak była przy tym naprawdę ostrożna, gdyż nie chciała by pies wziął ją za jakiegoś szpiega.
-Jakich wrogów? -Zagadnęła.
-Szkoda gadać, ale jest takie jedne dość wielkie stado, a nawet większe od Naszego, które Nas irytuje. Wiesz czemu? Bo nie pozwolili Nam zająć część swoich terenów, tylko od razu pogonili paru Naszych, którzy tam przyszli. Dlatego ogłosiliśmy wojnę i nie powiedzieliśmy im kiedy zaatakujemy ich, a zaatakujemy w najmniej odpowiednim momencie, gdyż oni chytrzy są. Mają tam tyle wojowników i stróży, ale z tego co mi wiadomo to często chodzą grupkami na wyprawy, gdzie mało kto zostaje na terenach i wtedy mamy szanse by zaatakować ich. 
-Więc powiadasz, że chcecie ich zaatakować wtedy kiedy mało kto będzie na polanie ich? A jak nagle zbiegną się psy i przegracie? -Zerknęła ponownie na psa, jednak coś w El gotowało się. Chciała jak najszybciej stamtąd uciec i powiadomić Stado Psich Serc, jednak postanowiła, że zostanie jeszcze jeden dzień, by dowiedzieć się niemalże wszystkiego. 
Basior warknął cicho słysząc słowa suczki.
-Ty myślisz, że jesteśmy tacy słabi? To, że jest Nas około dwunastu to nie znaczy, że jesteśmy gorsi. Mamy stróża i obrońcę stada a reszta to wojownicy. I tyle nam starczy. Już nie raz wygraliśmy takie walki... -Powiedział z dezaprobatą udając obrażonego.
El ponownie zadrżała, jednak już prawie wszystkiego dowiedziała się o Stadzie Nocy, ale wolała jeszcze po szpiegować.
-Rozumiem, ja już pójdę, gdyż chce mi się spać. Dobranoc. -Suczka ruszyła truchtem pod drzewo, przy którym wcześniej siedziała. Potrzebowała chociażby odrobinę snu, by móc na nowo funkcjonować.
Pies odprowadził ją tylko wzrokiem dalej patrolując tereny.

~*~

Nastał kolejny dzień. Ostatni dzień El na przeszpiegach. Wczesnym rankiem obudziła się, widząc że wszystkie psy jedzą śniadanie. Podeszła do nich, by nie być tą gorszą. Przysiadła obok psa z którym dzień wcześniej, późnym wieczorem rozmawiała.
-Dzień dobry Sonny. Może zjesz z Nami? -Wtem odezwała się Alpha Stada Nocy, Ellen.
-Chętnie. -Elektrika od razu oderwała kawałek mięsa i zaczęła przekąszać je obserwując tym samym innych.
-I jak Ci się u Nas podoba Sonny? -Zapytała jakaś suczka, którą El tylko znała z widzenia.
-Bardzo dobrze. -Uśmiechnęła się lekko do niej.
Elektrika starała się zapamiętać wszystkich i wszystko co mówili między sobą, tak by móc później przekazać dla Stada Psich Serc. Postanowiła, że w południe wróci tamtą samą boczną ścieżką, skąd przyszła. Cały czas przysłuchiwała się rozmowom psów. Nie chciała wtrącać się, tylko wszystko zapamiętywała to co oni mówią.
-Wiesz Karen, trzeba w najbliższym czasie w końcu coś zdziałać. Jesteś Dowódcą Wojowników, więc zaprowadź Wojowników wtedy, kiedy Victor wróci z przeszpiegów. On dzisiaj późnym popołudniem pójdzie i powie Nam jaka jest sytuacja. Także tego... -Alpha Stada Nocy mówiła plan działania.
Parę godzin później, kiedy wojownicy wyruszyli na polowanie, a stróż patrolował pasmo górskie, El zaczęła iść boczną ścieżką omijając drzewa. Musiała już wrócić, by zdążyć o wszystkim powiadomić stado. Nagle ktoś ją zaczepił. Usłyszała znajomy głos, no tak... to był młody husky. Jeszcze jego tu brakowało.-Pomyślała.
-Hej , gdzie idziesz? -Szczeniak zapytał merdając ogonkiem.
-Idę się przejść, za niedługo wrócę. -Posłała szczeniakowi lekki uśmiech idąc dalej.
Ten tylko spojrzał na nią i wrócił na łąkę szukając sobie jakiegoś zajęcia. Borderka odetchnęła z ulgą, przyspieszyła nieco kroku, by jak najszybciej wkroczyć na tereny Stada Psich Serc. Kiedy to już ominęła wielkie chaszcze, w końcu znalazła się na głównej polanie. Wszyscy wylegiwali się na słońcu, więc słysząc czyjeś kroki zerknęli w stronę El.
-El wróciłaś! -Krzyknęła uradowana Fallon.
-Słuchajcie mnie wszyscy. -Elektrika powiedziała lekko zdyszana.
Każdy podszedł bliżej El, by wysłuchać jej uważnie, szczególnie Ci, co brali udział w wojnie. El usiadła naprzeciwko każdego.
-Mam nowe wieści. Poszłam tam dwa dni temu, jak dobrze wiecie i dowiedziałam się paru nowych rzeczy. Mianowicie... Stado Nocy liczy sobie dwunastu członków. Wliczając w to oczywiście jednego małego szczeniaka o imieniu Felix. Więc tak. Alpha ich stada nazywa się Ellen i ma czarne umaszczenie, zawsze trzyma się swojego partnera Omena, takiego kasztanowego basiora, który jest wojownikiem. Mają stróża i obrońcę stada. Reszta to wojownicy. Przywódcą wojowników jest niejaka Karen, rasy Doberman.
Wszyscy zamierzają zaatakować stado, wtedy kiedy prawie nikogo nie będzie na głównej polanie. Dzisiaj późnym południem wysyłają szpiega o imieniu Victor, jest mojej rasy, także Choco mam dla Ciebie zadanie na dziś. Musisz uważnie patrolować tereny Stada. Za dużo to nie dowiedziałam się, ale to co najważniejsze to Wam powiedziałam...
-Dzięki El, już się biorę do roboty. -Choco skinął lekko łbem ruszając na patrol.

~*~

Rozpisałam się o.O Przepraszam za wszystkie błędy. Także pałeczkę oddaję dla Choca! Cieszę się, że mogłam w jakikolwiek sposób pomóc przy wojnie i możemy w końcu ruszać dalej. Muszę powiedzieć, że dawno nie pisałam opowiadań, więc chyba to takie najgorsze nie jest? ;3
 Komentarze mile widziane.. ;)

Never lose hope...Cz.1 [Lucky]



Był to 25 kwietnia, gdy na świat przyszło sześciorga małych kuleczek, rodzeństwa. Słońce właśnie wschodziło zza horyzontu, ocieplając różnorodne tereny. Słoneczne światło wdarło się do nory, zaświeciło na świeżo upieczoną mamusię i jej sześcioro młodych. Maluszki kłębiły i przepychały się przy brzuchu mamy, popijając nieraz mleko. Urocze lisiątka! Ich mama patrzała na nie z czułością, a uszy położone były na sztorc aby usłyszeć chociażby najcichszy szmer. Bardzo troszczyła się o swoje dzieciaczki, była pierwszy raz mamą. Nagle, w norze znalazł się kolejny lis. Większy od samicy, ogon bardziej puchaty, a i miał niezbyt wielkie mięśnie. Pysk cały od krwi, a w nim trzymał za szyję martwego bażanta. Na jego pysku pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu, a ogon zamachał szczęśliwy. Był dumny ze swej partnerki. Ptaszora odłożył obok niej, aby mogła się najeść. Usadowił się gdzieś w kącie, przyglądał się raz to samicy, a raz młodym. Nagle usłyszeli huk. Maluchy zadrżały ze strachu i przytuliły się jeszcze bardziej do futra swej mamy. Dwa dorosłe lisy spojrzały na wyjście z nory. Samiec, jednak odwrócił swój wzrok i popatrzał na partnerkę. Skinął do niej łbem, co miało oznaczyć " Zaraz wracam, zobaczę co się dzieje ". Niepewny wyszedł z nory i skierował się na północ, gdyż stamtąd wywodził się ten dźwięk. Inne lisy pewnie zostałby w bezpiecznej norze, lecz ten rudy nie znał znaczenia "strach". Wiatr wiał mocno w południe, tak jakby chciał odgonić zwierzę. Na początku słychać było wesołe śpiewy ptaków, co dawało więcej odwagi nowemu ojcu, lecz po chwili śpiew ucichł. Leśne stworzenie zwolniło trochę kroku, stało się mniej pewne czy to dobry pomysł. Stanął. Poczuł że ktoś go obserwuje. Serce zaczęło mu mocno walić. Przestraszył się bardziej, gdy to coś go dotknęło w ogon. Skokiem, odwrócił się przodem do stworzenie. Uf...To tylko jego partnerka. Nieodpowiedzialne z jej strony. Zostawiła nowo narodzone szczenięta same. Samiec przytulił się do niej, polizał jej pysk. Nawet i zapomniał o młodych! Postanowili razem poszukać to co wydało ten huk. Szukali przez 10 minut, nic nie znaleźli....Nie! Znaleźli... Samiec lisa zobaczył mięso przywieszone sznurkiem do nisko położonej gałązki drzewa. Jego partnerka była trochę dalej, on był głodny...No więc szybko ją zjadł. Zaczął iść do swojej
ukochanej z uśmiechem na pysku. Jednak, po chwili zaczęło mu się kręcić w głowie, przed jego oczyma zaczęła się pojawiać wielka, czarna plama. Nie czuł łap, upadł i zamknął oczy. Nie otworzył ich już nigdy,nie oddychał. Zdechł. Lisica podeszła do lisa ze zdziwioną minął. Zaczęła szturchać go nosem, podnosić, wołać...Jednak nie wstał. Zrobiło jej się smutno i to bardzo. Przytuliła się do jego miękkiego futra, ostatni raz. Zaczęło kropić, aż w końcu lunął deszcz. Wszyscy mieszkańcy lasu, pośpiesznie chowali się w swoich norach, jaskiniach....Jednak nie mama. Ona została wciąż tuląc tego jedynego, który odszedł od niej na zawszę. Nagle, poczuła że ktoś ją obserwuje, nieznany zapach. Podniosła swój łeb i spojrzała w krzaki. Kłusownik, wymierzał do niej ze strzelby. Ta stała nieruchomo, przyglądając się mu. Oddychała spokojnie, jej wzrok również był taki. Człowiek nacisnął na spust strzelby, rozległ się huk taki jak przedtem. Ruda odbiła się od ziemi i uciekała w pośpiechu do swych dzieci. Na szczęście kłusownik chybił. Nieraz się przewróciła, gdyż było ślisko, ale musiała dotrzeć do swych potomków. Martwiła się o nie. Nagle wypogodziło się, odetchnęła z ulgą. Teraz będzie biec jej się jeszcze łatwiej i szybciej, deszcz nie będzie lał jej w oczy. Tak! W końcu zobaczyła swą norę, była zaledwie 5 centymetrów przed nią. Wbiegła do niej, bez szwanku. Nie, jednak ma ranę. No, a gdzie? Na sercu. Zdechł jej partner i trójka młodych...Pewnie z głodu. Położyła uszy po sobie i podeszła do żywych dzieci. Polizała każde z nich, ułożyła się, a maluchy zaczęły od razu ssać mleko matki. Oprócz tych trzech. Niestety.


------------
Nom, postanowiłem i ja napisać jakieś opowiadanie xd 
Tak wiem, opko nie najlepsze, no ale to początek. Później będzie lepiej i ciekawiej :3 Historia będzie ciupkę ściągnięta z filmu "Mój przyjaciel Lis" ( film warty uwagi, choć jest dla młodszych xd ) No nic, następna część już niedługo!

It's okay to be different. [Luffiera]


Because those who mind, don't matter, and those who matter, don't mind.

Wyróżnianie się spośród innych to bardzo problematyczna cecha. Wielu trzyma się myśli, że tych, którzy wyglądają, czy zachowują się nieco inaczej niż reszta, należy jedynie unikać, bądź wyśmiewać się z nich. Wbrew pozorom, inność jest bardzo wspaniałą cechą i Ci, którzy mają odwagę pokazać światu swą inność, powinni być doceniani i podziwiani za odwagę i pewność siebie.
Dość niedawno temu, zaledwie kilka tygodni wstecz od dnia dzisiejszego, pewna suczka przekonała się, że wyróżnianie się może być trudne, lecz zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni tę niecodzienność. Na imię miała Lou i patrząc na innych członków stada, którego była częścią, rzeczywiście wyglądała inaczej. http://www.distractify.netdna-cdn.com/wp-content/uploads//2014/05//markings-32.jpgFutro jej było zupełnie białe, lecz na jej ciele widniały czarne oznaczenia. Te na jej tułowiu oraz ogonie nie były jeszcze największym problemem. Najbardziej problematyczne były plamy pod jej błękitnymi oczyma, które zachodziły niemalże za jej niewielkie uszka. W połączeniu z niewiarygodnie drobną, szczenięcą budową, suczka wyróżniała się na tle innych psów, które były idealnymi wzorcami swoich ras. Lou nie miała w sforze żadnych przyjaciół. Przez jej wygląd nikt nie chciał nawet do niej podchodzić. Niektóre psy uważały, że pokazywanie się w pobliżu tak dziwacznej istoty może zaburzyć dobre słowo na ich temat u innych członków stada. Lou była zupełnie samotna. Nie miała również rodziny, jej rodzice prawdopodobnie zginęli z łap drapieżników. Alpha zgromadzenia, do którego należała obecnie, przyjęła ją do stada z litości, mimo dezaprobaty innych psów. Młoda wiedziała jednak, że również nie darzyła jej żadną sympatią.
Suczka starała się żyć normalnie, nie zwracać uwagi na złe słowa ze strony rówieśników. Z biegiem czasu przyzwyczaiła się do samotności i spędzania czasu w obecności jedynie samej siebie. Jednakże pewnego dnia, wszystko zaszło za daleko.
- Ej, mała! - Lou leżała pod jednym z wysokich drzew znajdujących się wokół łąki, na której zazwyczaj bawiły się młode psy. Biała pospiesznie uniosła łebek, czując na sobie czyjś wzrok. Czyżby ktoś odezwał się do niej? Po całym tym czasie spędzonym jedynie w kompanii własnych myśli? Był to Sharky, samiec rasy husky. Nie rozmawiała z nim nigdy, był bardzo popularny i lubiany pośród innych młodziaków w stadzie, więc nie było mowy, by kiedykolwiek odważyła się do niego odezwać. Jedyne co ich łączyło, to kolor ślepek, które był niemalże identyczny. Jednakże spojrzenie oczu samca było znacznie chłodniejsze, jakby pełne pogardy. Wywyższał się, był pełen dumy i było to widoczne.
- Ja? - wykrztusiła po dłuższej chwili ciszy, w której Sharky zdążył podejść do niej w towarzystwie dwójki swoich przyjaciół, którzy zawsze mu towarzyszyli. Byli od niego nieco mniejsi, przez co widać było wyraźnie, że to właśnie on był przywódcą w tej grupce.
- A widzisz może tutaj jeszcze kogoś innego? Te plamy pod twoimi oczami to początek jakiejś choroby wzroku, hm? - powiedział ze wzgardą, mimo iż docinka sama w sobie nie była najwyższych lotów. Towarzysze samca zaśmiali się mimo wszystko, a na pysku Sharky'ego zagościł złośliwy uśmiech, pokazujący, że cieszył się ze swoich słów.
- Zostaw mnie w spokoju! Nigdy nic wam nie zrobiłam! - jęknęła Lou, kładąc łebek na ziemi, zaś jej uszy położyły się wzdłuż niego.
Sharky zbliżył się do niej, po czym wyciągnął ku niej łapę, podnosząc jej łebek wyżej z wielkim wymuszeniem, co nie spodobało się suczce, która najlepiej dawno by stąd uciekła, gdyby miała szansę.
- Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię. Zrozumiano? - samiec spytał z naciskiem, przekrzywiając łeb i marszcząc pysk. - Żal mi ciebie, gdy tak na ciebie patrzę. Wiesz? Nawet mi trochę szkoda, kiedy pomyślę, że zostaniesz już taka samotna to końca życia - fuknął, po czym niespodziewanie zabrał łapę, odpychając nieco suczkę w przeciwną stronę.
Lou poczuła się okropnie. Dobrze wiedziała, że słowa psa były prawdziwe. Miał rację i to bolało ją najbardziej. Chciała ukryć swój pyszczek pod łapami, zakryć swoje oczy, których nienawidziła. Które były powodem, dla którego wszyscy jej unikali. Zazdrościła psom, które były przeciętne w wyglądzie, bo mimo tego, że nie wyróżniały się niczym, miały przyjaciół, bliskich. Szczeniaki bez rodzin były adoptowane przez inne pary w stadzie, a ona nie miała zupełnie nikogo.
- Ja przynajmniej nie jestem taka okropna dla innych jak ty! - powiedziała nagle, a jej głos podniósł się o kilka tonów.
Oczy Sharky'ego rozszerzyły się w zdziwieniu. Mimo tego, wymyślał już  odpowiednią odpowiedź, by pokazać niewinnej suczce, gdzie jest jej miejsce.
- A myślisz, że dlaczego tak jest? Bo i tak nikt cię nie słucha! Twoje słowa nic nie znaczą, nikt nie będzie słuchał wyzwisk ze strony kogoś z tak paskudnym pyskiem jak twój. Inne psy cieszą się, że są w swoich ciałach, patrzą na ciebie i myślą "jak dobrze, że nie jestem nią!" - samiec warknął niespodziewanie, schylając się ku niewielkiej suczce, która próbowała odsunąć się nieco w tył, lecz nie miała takiej możliwości. Leżała, przylegając ciałem do kory drzewa. -  I tak bardzo jak nic nie znaczą twoje słowa, tak samo ty nie znaczysz nic - dokończył swoją odpowiedź, prostując się z powrotem. - Gardzę tobą jak nikim innym.
- W takim razie chyba powinieneś wiedzieć, że jest ktoś kto gardzi tobą tak bardzo jak ty nią - nagle, ni stąd ni zowąd rozległ się nieznajomy głos. Sharky odwrócił się, a wraz z nim zrobili to jego towarzysze. Lou przechyliła pospiesznie łebek, zauważając na przeciwko siebie nieznanego psa. Był nieco większy od Sharky'ego, lecz był równie młody. http://beachbumsrealty.com/wp-content/uploads/2014/07/unique-canine-coats-and-markings-wearing-natural-mask.jpgSamica zdziwiła się, bowiem pies wyglądał równie inaczej, dziwnie jak ona. Znaczenia na jego futrze wyglądały przedziwnie interesująco, cudownie. Pysk jego, uszy, szyja i łapy zupełnie nie pasowały do reszty jego umaszczenia i to spodobało się Lou, jego inność, tajemniczość i zarazem odwaga pokazania się.
- A ty kim jesteś? Nie wiedziałem, że mamy w stadzie więcej takich dziwaków - Sharky zaśmiał się, lecz tuż po chwili ucichł, słysząc donośne warknięcie psa. Fakt, że był większy od Sharky'ego sprawiał, że jego kły były również masywniejsze i gdyby wdali się w walkę, samiec z pewnością by z nim wygrał. Mniejszy położył uszy po sobie, robiąc krok w tył.
- Zostaw ją i odejdź. I żebym więcej cię przy niej nie widział, bo pożałujesz tego - warknął nieznajomy, jeżąc sierść na karku, by wydawać się jeszcze większym.
Sharky nie odezwał się już, spojrzał na swoich towarzyszy i po chwili odbiegł w swoją stronę, a dwa pozostałe psy podążyły za nim. Cała ta sytuacja była nierealna, Lou wydawało się, że to nie miało miejsca. Widziała tego samca pierwszy raz w ciągu całego swego życia w tej sforze, ale mimo wszystko on postawił się w jej obronie i nie mogła być teraz szczęśliwsza.
- Wszystko w porządku? Mam nadzieję, że ten tchurz nic złego Ci nie zrobił? - spytał samiec, podchodząc bliżej do białej, która podniosła się do siadu i pokiwała łebkiem przecząco.
- Dziękuję Ci, ale... skąd Ty się tu wziąłeś? Nie widziałam Cię nigdy wcześniej - Lou postawiła uszy na sztorc, obserwując w uwagą i zaciekawieniem większego od siebie samca.
- To dlatego, że ukrywałem się. Sam byłem w podobnej sytuacji do Ciebie jakiś czas temu. Wiem, jak okropnie jest słuchać słów, które tak bolą - powiedział, wzdychając ciężko. Zaraz jednak kąciki jego pyska uniosły się w ciepłym uśmiechu. - Dlatego wiedziałem, że muszę Ci pomóc. Inni trzymają się razem - dodał, wysuwając łapę w jej stronę, uśmiechając się ponownie. Suczka zrobiła to samo, uścisnąwszy łapę psa. - Jesteś Lou, tak? Ja jestem Tino.
- Tak, tak - odpowiedziała, nie mając pojęcia, co może dodać.
 W jej ślepkach było teraz widać szczęście. Od tamtej chwili obydwoje zawsze trzymali się razem. Tino nigdy nie odstępował swojej nowej towarzyszki na krok i codziennie z samego rana wchodzili na łąkę z uniesionymi łbami, jak i ogonami. Z dumą i radością. Od tamtej pory nigdy już nie ukrywali się, bowiem wiedzieli, że nie liczy się to, co powiedzą inni, ci, którzy Cię nie tolerują. Najbardziej liczy się słowo tych, którzy kochają Cię niezależnie od tego, jakim jesteś i jak bardzo się wyróżniasz. Bo najbliżsi pokochają każdą niedoskonałość, docenią inność i sprawią, że zapomnisz o tych, którzy mają coś przeciwko temu.
___________________________________________
Dzień dobry!
No więc wpadam do Was z jednym z moich "cudownych" opowiadań. Stwierdziłam, że dawno nic nie pisałam, a akurat w porę niewielkiej ilości pojawiających się notek miałam jakiś pomysł, więc oto jest.
Komentarze mile widziane ~

niedziela, 13 lipca 2014

Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. I [Sathana]

Pomijam fakt, iż Sath jest w ciąży, by nie przeszkadzało to jej w działaniach wojennych.

Treść zadania:

Na wieść o tym, że ktoś zajął łąkę i większą część pasma górskiego na terenach Stada Psich Serc postanawiasz to sprawdzić. Owczarek Niemiecki mówi Ci, że to niebezpieczne iść tam samej, jednak jesteś na tyle uparta, że postanawiasz to sprawdzić. Idziesz w stronę łąki, by przegonić niemiłych gości, jednak z ukrycia widzisz, że to wcale nie jest jeden czy dwa psy, a całe stado.  Jako iż jesteś Indywidualnym Magiem postanawiasz zadziałać magią robiąc jedną wielką chmurę, z której mają być pioruny, chociażby dlatego, żeby przegonić, jednak w ostatniej chwili powstrzymujesz się gdyż nie wiesz zbytnio na co ich stać. Obserwujesz jeszcze przez chwilę wrogie stado, po czym zawracasz się na polanę i zawiadamiasz wszystkich tych, którzy chcą wziąć udział w wojnie. Musisz obmyślić plan działania i wysłać Elektrikę, jako myśliwego by zbadała ile jest mniej więcej psów, by wiedzieć co dalej robić.

~*~
    Niepokój. Rozpacz. Cierpienie. Strach. Nadmierne odczuwanie tych emocji przez swoje sny spowodowało u czarnej bezsenność - nie potrafiła, ba, bała się zmrużyć oczy po koszmarnym tygodniu. Nawet łapacze snów nie pomagały kundlicy w spokojnym śnie. Cały czas widziała to samo; przelewająca się krew, poświęcenie przyjaciół, cierpienie wszystkich, jak i własne. Wiedziała, że to nie oznacza nic dobrego. Zapowiadało się na coś. Czuła to, coś złego się zbliżało.
    - Kochanie, tu jesteś! - rozmyślania Sathany przerwał nieco przytłumiony przez zmęczenie głos Męża i Jego szybkie kroki. Suczka od kilku godzin znajdowała się na klifie. Usiłowała zasnąć po raz kolejny, bowiem bezsenność doprawdy dawała jej się we znaki. Była otępiała, miała kłopot z wypełnianiem swoich obowiązków w Stadzie, a w głowie jedynie przemyślenia swoich snów. Z kilkusekundowym zapłonem podniosła się z pozycji leżącej do siadu, kierując wzrok na Owczarka, który stał już przy niej. - Martwię się o ciebie. Pierwszy raz bodajże widzę cię w takim marnym stanie.
    - Przepraszam... ale nie musisz się o mnie tak martwić. To tylko chwilowe - odrzekła, uśmiechnąwszy się. Sam widok Ravel'a ukoił w pewnej mierze niepokój i strach czarnej. Owczarek liznął ją po kufie, na co odpowiedziała identycznym gestem, a następnie wtuliła łeb w Jego szyję. - Fakt, że jestem zmęczona, ale dam radę, jestem silna. Tylko chciałabym o czymś porozmawiać, Najdroższy... - dodała powoli, jakby nie była jeszcze pewna swojej decyzji. Nie chciała wprowadzać niepotrzebnej paniki, bo to tylko kilka koszmarów i odczucia tej kundlicy. Nie musiały się wcale spełnić. No, ale Jemu ufała. Wiedziała, że nawet jeśli to fałszywy alarm, z Ukochanym mogła się podzielić.
    - Nie masz za co przepraszać. Poza tym... właściwie to też muszę o czymś z tobą porozmawiać. Stado jest w dość groźnej sytuacji... - zaczął z wolna, czarna zaś postawiłą uszu na sztorc i wyprostowała się z pełną powagą. Zaskoczona w sumie nie była. - Hm? O co chodzi?
    - Ja... - zaczęła, ale po chwili pokręciła łbem i przysiadła na glebie, starając się wszystko sobie kolejno poukładać w głowie. Po niespełna kilkunastu sekundach odezwała się. - W sumie to to co chciałam powiedzieć w pewnym sensie dotyczy tego samego. - rzekła, obserwując Samca uważnym spojrzeniem - Jestem zmęczona, bo ostatnio nie mogę zmrużyć oczu. Przez okrągły tydzień śniły mi się jedynie koszmary, które do tej pory mam przed oczyma, gdy tylko je zamykam. Odczuwam niepokój, strach, rozpacz i cierpienie. Mam wrażenie, że nadchodzi coś niebezpiecznego, iż coś złego się wydarzy. I może tu chodzi właśnie o to...
    - Rozumiem... możliwe... w sumie bardzo. - odparł. Chwilowe milczenie samicy zrozumiał jako zachętę do kontynuowania swoich wcześniejszych słów. - No, w każdym razie. Stado znalazło się w dość groźnej sytuacji. Ktoś ukradł nam tereny. Jedne z najlepszych obszarów; całą łąkę oraz większą część pasma górskiego. I nie chcą ich oddać. Chcą z nami walczyć.
    - Co takiego?! - zerwała się na równe łapczydła, wpatrując w Samca z niedowierzaniem. Przymknęła na moment oczu, by się chwilę zastanowić. Informacja ta zdołała ożywić nieco czarną, która zaraz rzekła stanowczym tonem. - Przywłaszczyli sobie nasze tereny i chcą o nie walczyć? Chyba nie wiedzą z kim zadzierają. Nie ujdzie im to na sucho. - warknęła, spoglądając gdzieś w dal, gdzie widziała zarysy łąki. Zmrużyła ślep.
    - Nie mów, że chcesz się do nich pchać... - zaczął niepewnie Samiec, obserwując z niepokojem żonę.
    - Oczywiście, że ich odwiedzę! - zaświergotała, spojrzawszy z uśmiechem na Ukochanego.
    - To niebezpieczne. Nie wiemy jak są liczni i silni, mogą stanowić zagrożenie... - zaczął, jednak ta znów mu przerwała.
    - Mówiłam, że jestem silna. Jestem magiem poza tym. Wystarczy mi jedno zaklęcie, aby się skutecznie zakamuflować w razie potrzeby. Nie martw się, Skarbie. - mruknęła, uśmiechając się pokrzepiająco do Niego. Liznęła bok Jego pyska, wpatrując się czekoladowymi oczyma w patrzałki Owczarka. - Poradzę sobie. - dodała, gdy ten znów chciał coś powiedzieć. Wyszczerzyła kłów w szerokim uśmiechu. - Niczym mnie nie przekonasz, aby tego nie robić. Wiesz o tym.

Później.

    Pierwsze co, to zmuszona była zapolować i pożywić się. Następnie skierowała kroki nad rzekę, aby zaspokoić pragnienie i wtedy dopiero wyruszyła w kierunku łąki, gdzie też droga wcale tak długo jej nie zajęła. Idąc nieco zaniedbaną ścieżyną wyczuwała coraz to więcej obcych zapachów. Definitywnie należały one do psiej rasy, jednak żadnego z nich nie kojarzyła. Potrafiła odróżnić obce wonie od znajomych, które należały do członków SPS. A ilość nowych zapachów zaczęła coraz bardziej suczkę niepokoić. Spodziewała się niewielkiej grupki idiotów, którzy szukali zaczepki u innych stad, jednak trochę się przeliczyła i zlekceważyła wroga.
    Zdecydowała się jednak nie pokazywać nowej sforze. Wymamrotała dość długą formułę, która sprawiła, iż czarna stała się niewidzialna. Akurat w chwili, gdy w pobliżu znaleźli się członkowie stada nieprzyjaciela, którzy wracali z polowania. Warknęła w duchu. Zwierzynę również im kradli. Wkroczyła na łąkę, przyglądając się przelotnie wrogowi. Nie mogła jednak już zbyt długo utrzymać zaklęcia, ograniczony czas więc sprawił, iż zmuszona była kilka minut później już kryć się w knieję. Wycofała się, aby jej nie wyczuli, a następnie dotarła na wzgórze stojące kilkadziesiąt metrów dalej. Tam się zaszyła, obserwując skradziony teren. Zbyt dużo nie widziała przez las, nie mogła się zresztą też zbytnio wychylać. Zaczęła się powaznie zastanawiać nad tym, co robić.
    Słońce po raz wtóry wychynęło za obłoków i poraziło wparującą się w nieboskłon suczkę po oczach. Nie odwróciła jednak wzroku, mrużąc patrzałek.
    - Jestem magiem. Dlaczego ich po prostu stąd nie wygonię siłą... - mruknęła do siebie pod nosem, strzygąc uchem. Mogłaby wywołać koszmarną burzę przez kilka dni. W ten sposób możliwe, że nieprzyjaciel zniechęciłby się do klimaty tutejszych terenów i uciekł.
    Jednak igrać z Matką Naturą? Nie lubiła tego robić. Nie powinna bawić się pogodą, tym bardziej, że konsekwencje jej czynów odnieść mogłoby zarówno i SPS. Nic konkretnego także zresztą nie było jeszcze wiadomo o złodziejach. Może w ich szeregach również są magowie? Mogliby wyczuć obecność magii, złamać jej zaklęcie czy też ją odnaleźć bez problemu. Być może, próbując ich odgonić, sprowadziłaby psy na samą polanę SPS, co byłoby jeszcze gorsze. Westchnęła ciężko, rozglądając się wokół, jakby poszukiwała jakiejś deski ratunku.
    Zdecydowała się zejść ze wzgórza i poobserwować ich, ukryta w gęstwinie drzew. Nie potrafiła określić konkretnie jak liczny jest nieprzyjaciel, bowiem ciągle myliła się przy liczeniu; a to jeden gdzieś pobiegł, a to kolejny przybiegł. A było tu kilokoro psów, które się na pierwszy rzut oka niczym się nie odróżniały. Poddała się w końcu, gdyż traciła tylko czas. Ostatecznie zdecydowała się powrócić na polanę; bo co miała tam jeszcze robić? Załatwiła, co chciała, swoją ciekawość zaspokoiła. Teraz koniecznym będzie, aby powiadomić Stado i zebrać psy do bitwy, bo to najwidoczniej jedynie im zostało. W połowie drogi przystanęła, ulokowując wzrok w ciemniejącym niebłoskonie, zadumawszy się. Więc naprawdę się nie myliła i coś się szykowało. Konkretniej, wojna. Bała się, naprawdę się bała. Nie o swoje życie; była gotowa poświęcić je na rzecz rodziny i przyjaciół, którymi było dla niej Stado Psich Serc. Musiała się tylko przygotować psychicznie. Musiała pozbyć się lęku. Jednak nie było to łatwe, gdyż wciąż nie opuszczał ją niepokój. Coś się jeszcze z pewnością stanie. Na pewno wojna ta nie skończy się bez ofiar. Zacisnęła szczęk. Nie chciała, aby ktoś jej bliski takową się stał. Ravel, jej Najukochańszy Mąż, ich rodzice, dzieci, wnukowie, przyjaciele. Nie obchodziło ją własne życie, ale ich owszem.

    Dotarła na polanę po kilkunastu minutach biegu. Nie zatrzymała się, będąc już na skraju kniei, a wskoczyła zrazu na Skałę Przemówień i szczeknęła kilkakrotnie, by uciszyć gwar i zwrócić na siebie uwagę Stada. Powstrzymała tym samym kilkoro od pójścia spać, bowiem była już dość późna pora i niektórzy kierowali się do jaskiń.
    - Wybaczcie, że zawracam wam głowę o takiej godzinie. - rzekła. Poważny ton głosu i mina zazwyczaj pełnej życia suczki najwyraźniej zaaferował część zgromadzenia. - Jestem pewna, że część z was, być może i wszyscy, wiecie już o nowym "sąsiedzie". Chodzi mi o psy, które przywłaszczyły sobie nasze tereny. Łąkę i większość gór. Musimy się z nimi skonfrontować i zwyciężyć, by odzyskać naszą własność. Do walki z nami stanie każdy, kto jest do tego zdolny. Potrzebujemy zarówno psów do walki, jak i medyków. Jest już późno, więc męczyć was dłużej nie będę swoją gadaniną, ale gdy tylko wszystko dokładnie przemyślimy, mówię już jako całe Stado, będziemy powiadamiać niedoinformowanych. Dziękuję za uwagę.
    Po swoich słowach zeskoczyła ze Skały i rozejrzała się w zamyśle. Pierwsze co - szukała Elektriki. O niej pomyślała jako pierwszej. Była myśliwym, więc z pewnością potrafiłaby podkraść się do wroga i odrobinę poszpiegować. Do dalszych planów potrzebowali wiedzieć jak najwięcej o wrogu, a podstawową rzeczą była ich liczebność. To, ile osób musieli wystawić do walki zależało od tego, ile psów zdolnych do walki liczy sobie wróg i czy są dobrze wyszkoleni, czy będą dobrze sobie radzić w walce czy nie. Odnalazła ją w tłumie po krótkiej chwili i zaraz znalazła się przy suczce.
    - El! - zawołała już w biegu - Czołem, wybacz, że gitarę zawracam, ale w związku z nadchodzącą wojną mam dla ciebie zadanie. - rzekła, wpatrując się uważnie w rozmówczynię.
    - Cześć, Sath. Nic się nie stało. Gadaj zdrów, jestem gotowa do pomocy. - odparła, na co czarna się uśmiechnęła.
    - Aby wiedzieć co robić dalej potrzebujemy wiedzieć coś więcej o wrogu. Zadanie to polega na tym, abyś poszła i odrobinę powęszyła u tych złodziei. Dowiedz się o ich liczebności; ogólnie ile ich jest, czy są samice w ciąży, ile jest młodych, kto jest Alphą, ilu jest wojowników, czy sa jacyś magowie i tym podobne. Mogę na ciebie liczyć, nie?
    - Jasne, nie ma problemu. Zajmę się tym. - suczka odrzekła, posyłając czarnej uśmiech. Ta skinęła jej łepetyną w podziękowaniu i skierowała się do swojej groty pod Jeziorem Dusz.

~*~

Jestem świadoma, że ledwo zdążyłam wyrobić się w terminie. Nie moja wina, tłumaczyłam się już dlaczego. Aby już nie przerywać i nie pisać tego na raty, streściłam to jak najbardziej mogłam, bo początkowo zaczęłam się rozpisywać nad wszystkimi szczegółami.Wtedy siedziałabym nad tym chyba całą noc, a na to sobie nie mogę niestety pozwolić. W każdym razie, to moja część opowiadania. Przekazuję pałkę Elektrice i prosiłabym też, by ktoś jej wyznaczył termin z tymże coś gdzieś zauważyłam wśród komentarzy, że El pisała, iż nie będzie w stanie napisać swojej części. Jeśli byś mogła, odezwij się pod tą notką abyśmy byli na bieżąco ze sprawą.
Wybaczcie też wszelkie błędy czy literówki w tekście, jest już późno i staram się pisać szybko, bo ojciec patroluje korytarz i lada moment odkryć może, że nie śpię. No, to chyba wszystko z mojej strony. Jak pisałam wcześniej, dogadałam się z Gają co do bloga RS i stworzymy go już wkrótce.
To na tyle. Dobranoc, pyszczki. c:
♠ Staha.

Zadanie na Indywidualnego Myśliwego [Lorens]



 Ciemna sylwetka, przemknęła niczym cień, nadal niezauważona, przez niewielkiego zająca, nieświadomego obecności basiora. Nastawał wieczór i niewielkie stworzonko właśnie spożywało ostatni posiłek tego dnia i choć jeszcze tego nie wiedziało, również i swojego życia.   
 Jasne ślepia zatrzymały się na wątłym ciału uszatego, a na pysku wilka pojawił się grymas zniesmaczenia. Dlaczego doszło do tego, by musiał polować na tak mizerną zdobycz? Nie robił tego od lat, lecz teraz przyszły ciężkie czasy. Upały, a wraz z nimi migracja zwierząt, tak, że na pobliskich terenach ostały tylko nieliczne gryzonie, lecz nimi ciężko było wyżywić siebie, a co dopiero całą hordę wygłodniałych psów.
 Spiął mięśnie, przypominając sobie o zwierzątku, które nadal niestrudzenie przygryzało nieco pożółkłą trawę. Musiał się postarać dla stada. W ułamku sekundy wyskoczył z zarośli, lecz i to okazało się nie tak perfekcyjne, jak by tego chciał. Nadwrażliwy zając odskoczył równie szybko i pędem ruszył przed siebie, a niewiele myśląc Lorens rozpoczął pogoń.
 Jego szanse zmalały, ponieważ zając był po stokroć zwinniejszy od większego od niego samca, lecz mimo to Lorens uparcie pędził zygzakiem za spanikowanym stworzonkiem. Bezskutecznie. Nim zdążył go pochwycić szarak zniknął w niewielkiej jamie. Z gardzieli wilka wydobył się zduszony warkot, świadczący o jego głębokiej irytacji.  Poszukiwanie chociażby tego niewielkiego posiłku zajęło mu dwa dni, a tymczasem jego obiad spoczywał bezpiecznie w norze. Przeklął pod nosem, życząc zającowi wszystkiego co najgorsze, po czym odwrócił się w miejscu i ruszył w drogę powrotną. 
 W głębi duszy miał nadzieje, ze może innym myśliwym poszło lepiej. Może w końcu ktoś odnalazł zbiegłe stada jeleni, lub chociaż jakieś osamotnione cielę. Na samą myśl o delikatnym mięsie młodej łani jego żołądek zadudnił, przypominają, że od dawna nie był w pełni nasycony. Wilk oblizał smoliste wargi, próbując opanować swój głód, co nie było prostym zadaniem, a że dzieliło go od polany kilkadziesiąt minut marszu postanowił zatrzymać się na moment przy wąskim strumieniu, głównie by zatuszować głód wodą, lecz był też cień nadziei, że właśnie tam odnajdzie jakąś zagubioną ofiarę.
 Nie odnalazł. Pustka w wcześniej dość zaludnionym miejscu była nieco przerażająca, a dla Lorensa wręcz przygnębiająca. Ponownie, tym razem w bardziej nerwowym ruchu oblizał kufę, po czym zbliżył się do skalistego podłoża, po którym spływał niewielki, wodny nurt. Basior ugiął kark, zanurzając pysk w chłodnej wodzie, przynoszącej tak upragnione ukojenie. Przymrużył ślepia, chcąc choć na chwile zapomnieć o trapiących stado problemach, lecz i to nie było mu dane.

- Tu jesteś! – Znajomy, głos wydarł go z wewnętrznej oazy, zmuszając by uniósł wzrok, czego strasznie nie miał ochoty robić. Mimo to ociągając się uniósł łeb, napotykając spojrzenie czarnej kundelki. Bez słowa skinął łbem, nie mając ani sił, ani ochoty na tłumaczenie się z kolejnego nieudanego polowania. Na szczęście suczka ciągnęła dalej: - Inni wrócili wcześniej. Z niczym. Bez żadnej zwierzyny. – Jej głos zadrżał, co w owej sytuacji nikogo by nie dziwiło, lecz mimo to Lorens nie zrozumiał o co jej chodzi.

- Sathano, naprawdę się staramy. – Zaczął. – Lecz nie jesteśmy w stanie nawet jej odnaleźć.

- I tu następuje twoja rola. – Przerwała mu, na co Lorens, tylko mlasnął bordowym jęzorem. - Musisz wyruszyć, by ją odnaleźć i sprowadzić na nowo na tereny Stada Psich Serc. – Na pysku Lorensa pojawił się trochę zbyt zuchwały uśmiech, bo w pierwszej chwili pomyślał, że czarna z niego żartuje, lecz jej spojrzenie szybko wyprowadziło go z błędu.

-Sam? – Skinęła głową w odpowiedzi, po czym zniknęła nim zdążyłby odmówić. Przez dłuższy moment spoglądał za nią, lecz nie był pewien czy dobrze zrozumiał jej prośbę.
 Mimo to prędko zaspokoił pragnienie, po czym ruszył biegiem w stronę przeciwną. Mijały minuty, potem godziny a wilk wciąż biegiem pokonywał mile w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu bytności zwierzyny i dopiero gdy znalazł się już daleko od stadnych terenów napotkał coś, co mogłoby być tropem. Zatrzymał się gwałtownie, dopiero wtedy odczuwając skutki wycieńczającego biegu.

 Tuż przed jego przednią łapą, na ziemi odciśnięty był ślad, ale nie był to ślad ani psi, ani wilczy, ani nawet nie przypominał śladu racicy. Był to odcisk buta. Ludzkiego. Mimowolnie warknął.
 Za mało mamy problemów? Pomyślał, po czym ominął ślad, starając się przy tym, nie pozostawić swoich tropów. Ruszył dalej, unikając otwartych przestrzeni i będąc świadomym, że w każdej chwili może usłyszeć strzał z broni dwunożnych. 
W czasie następnej godziny nie natknął się już na żaden dowód świadczący o ludziach, więc o wiele bardziej zrelaksowany zwolnił kroku. I dobrze, bo w tym momencie, tuż przed nim kilkoma susami przeszyło drogę stado rogaczy. Przywarł do ziemi, unikając ich nóg. Zacisnął powieki, gdy tumany kurzu niespodziewanie uniosły ponad jego łeb. 
W całej zawierusze usłyszał niewyraźny warkot, a gdy pył opadł zobaczył przed sobą ogromną łąkę, pełną różnego rodzaju zwierza. Zdziwiony przyglądał się roślinożercom, które w pełnym spokoju pasły się na otwartej przestrzeni. Ale czemu? Czemu były stłoczone w tak dużej ilości w jednym miejscu?
 Ostrożnie postąpił kilka kroków do przodu, na co kilka zwierząt uniosło głowy, by spojrzeć na intruza. Żadne nie uciekło. 
Co jest?- Burknął pod nosem, a nie widząc reakcji z strony zwierząt, ruszył w ich stronę, powarkując. Zamierzał je spłoszyć, lecz te umykały zaledwie kilka susów, by zaraz znów na niego spojrzeć z wyrzutem. Lorens tego nie pojmował. 
Co z wami jest nie tak? – Krzyknął w stronę roślinożerców, powarkując ze złości i wtedy stało się to, czego się nie spodziewał. Coś uderzyło go w bok z taką siłą, że odrzuciło go na kilkanaście stóp. Zwarł zęby, by nie wydać z siebie jęku słabości i zaraz szybko uniósł wzrok by zobaczyć z kim się zderzył. Spodziewał dzika lub łosia, ale kilka metrów od niego stał nieduży lis. Był przeciętnej, rdzawej barwy, lecz znacznie różnił się od przeciętnego lisa. Po pierwsze stał na dwóch tylnych łapach, po drugie na szyi miał drewniany talizman, a po trzecie i najważniejsze opierał się na lasce, staranie wyrzeźbioną końcówką w kolistym kształcie, a z samego jej centrum unosił się dym, jakby coś się w niej tliło.

Kim jesteś? –Cichy, jednak dobrze dosłyszalny głos lisa doszedł do uszu samca, który powoli zebrał się z ziemi.  Wilk, warknął, jednak zaraz odnalazł w sobie resztki kultury.

Jestem Lorens. Pochodzę z psich terenów. – Odparł oschle, spoglądając podejrzliwie na lisa.

 – Więc na nie wracaj. – Burknął lis. - Chyba, że życie Ci nie miłe. – Na te słowa sierść na grzbiecie basiora uniosła się ostrzegawczo.

-Nie wrócę, bez naszej zwierzyny. – Warknął, stając pewniej na łapach, a gdy lis uniósł laskę, basior był już gotów skoczyć na rudzielca, chwytając w uścisk jego łapę. Po polanie rozszedł się przeciągły pisk, gdy broń opadła na ziemie, a kończyna złodzieja utkwiła w paszczy Lorensa. Lis wił się, próbując wyrwać łapę z pomiędzy kłów wilka, lecz ten dopiero po chwili puścił ją, spoglądając na lisa z pogardą. 
 Dopiero teraz zauważył, że gdy rudzielec stracił kontrole, roślinożercy uciekli w przestrachu. Najwyraźniej zrozumieli, że ich obrońca nie jest w stanie już dłużej ich chronić. 
 Lorens warknął i pochwycił tajemniczą broń dwunogiego lisa, lecz gdy tylko jej dotknął poczuł w łbie silne mrowienie, tak, że nawet nie był w stanie zebrać myśli. Ten kij był potężny, a Lorens był za słaby by go dzierżyć. Czuł, że sam nie podołałby jego mocy, więc nie pozostało nic innego, jak ów przedmiot zniszczyć. 
 Mocniej zerwał szczęki, lecz drewno nie ustąpiło i poza kilkoma pęknięciami trzon pozostał nietknięty. Na moment rozluźnił uścisk, by po chwili znów wbić kły w kij. Tym razem usłyszał trzask, a z wnętrza różdżki wydobyły się jaskrawoczerwone iskry.  Poczuł gorąco na wargach i wypuścił laskę tuż pod łapy rudego lisa, który ledwo zdążył podnieść się z ziemi. Kurczowo osłaniał zranioną łapę, z widocznym lękiem w oczach.

 – Nigdy więcej nie waż się wykradać nam zwierzyny, inaczej znów się spotkamy. – Głos czarnego wydawał się ostry i stanowczy, lecz w głębi duszy wilk przeczuwał, że jeszcze kiedyś ich ścieżki się skrzyżują, lecz tymczasem odwrócił się i skierował w stronę domu. 
 W drodze powrotnej przekonując się, że już niechronione stworzenia powróciły na dawne siedliska. Czym prędzej ruszył w stronę polany, by jak najprędzej powiadomić myśliwych o powrocie roślinożerców oraz Sathane o dziwnym nieznajomym, którego z obcych sobie przyczyn nie zabił.

Więcej obcych wilków? [Fallon]

Młody leżał w Legowisku Bezogona o zapachu jelenia, kilka dni. Oczywiście wiedział, że do swojej watahy nie wróci, ale co miał zrobić, jak nie mógł prawie chodzić? Ciągle leżał, albo czołgał się w stronę wyjścia, chcąc uciec i wrócić do Brązowookiej i reszty. Rześki poranek, samica Bezogona nie zjawiła się tym razem, wilka to zaciekawiło, więc wreszcie wstał, nie bolało go nic. To dobrze, jednak dalej kuśtykał, wyłonił się z cienia, delikatne promienie słońca powoli padały na jego pysk, łeb i resztę ciała. Młody otrzepał się z ziemi, wszystkie mięśnie go bolały, w końcu ostatnio się nie ruszał jakoś aktywnie. Jego bursztynowym ślepią ukazały się inne Legowiska, które były przymknięte zwisającymi skórami od jeleni! Co oni mają z tymi jeleniami? Przecież to też wilcza żywność, więc czemu oni ją ruszają? Nagle do jego nozdrzy dotarła woń innych wilków. Najeżył futro i oczekiwał ich z różnych stron, jednak nie stało się tak, by ktokolwiek go zaatakował. Wstrzymał oddech i dalej wodził wzrokiem po Legowisku, było otoczone mniejszymi Legowiskami, a z każdego wydobywała się woń wilka, nie z tych terenów. Młody przysiadł, tak jakby na coś czekał, leżał zbyt długo i nie chciał tam wracać, może uda mu się uciec? Szybko wstał i poszedł za 'swoje' Legowisko, okazało się, ze nawet tutaj jest otoczone skórami jelenia i do tego takimi twardymi. Warknął i pacnął to łapą, potem jeszcze raz, ale mocniej. Szczeknął i zadarł łeb do góry. " Wataho, ile wilczych skoków jesteście ode mnie?" to przekazywał w swojej pieśni, jednak nie usłyszał odpowiedzi, musiał być bardzo wiele wilczych skoków od Brązowookiej... Cicho zaskomlał i położył się, znów nie chciało mu się żyć, przed chwilą był szczęśliwy, a teraz znów taki jak stracił rodzinę. Jego ucho skierowało się nieco do tyłu, usłyszał szuranie. Nogi samicy Bezogona nie skradały się, tylko tak jakby chciałaby ją usłyszał.
 - Witaj wilku, widzę, że wstałeś i poprawiło Ci się nieco. - Zaśmiała się do siebie i kucnęła przy nim. Młody uniósł wargę ukazując kły, zmarszczył pysk i wydał z siebie warkot, jednak samica nie robiła nic sobie z tego! Przysunęła dłoń do opatrunku wilka i delikatnie dotknęła, Młody bez zastanowienia chwycił jej rękę w swoją paszcze, lecz od razu powstrzymał go ucisk na karku, od dalszych czynów.
- Raven, nie! - Krzyknęła kobieta i oswobodziła rękę z szczęk Młodego. - Zostaw! - Czarny wilk, o czarnych oczach, którego w nocy nie dałoby się zobaczyć, puścił wilka i przysiadł przy Bezogonie. Młody od razu zauważył, że nie ma połowy ogona i jedno wyblakłe oko, musiał być przywódcą, bo również miał blizny, był ślepy, miał naderwane ucho i nie miał połowy ogona. Oblizał pysk i jednym okiem ciągle był wpatrzony w młodszego od siebie wilka. Uniósł wargi i zawarczał.
 -  Czego tutaj szukasz? - Raven nie zamierzał go stracić z oka, Młody machnął ogonem  i pyskiem pokazał na bark.
- To. Zrobił to mniejszy od nas. Oswojony. - Kłapnął pyskiem i poruszył niespokojnie łbem.
- Ah.. To Ty jesteś ten, którego pies pogryzł. - Szczeknął wesoło, śmiejąc się z tego, w wilczej mowie. Po chwili podniósł pysk do góry i zawył, z każdej małej Jaskini wyłonił się łeb wilków, ale żaden nie przypominał budową Młodego. Rozpowiedział wszystkim, że jest to wilk pogryziony przez Łapę. Oczywiście pies również przyszedł. Każdy wilk usiadł koło Raven'a  i obserwowali Młodego rozbawionym wzrokiem. Wilczek ujrzał, nieco czerwone umarszczenie, tam białe, zaś przed nim kremowe, wszystkie miały jakieś rany, niektóre nie posiadały łapy, ucha, ogona, lub oka. Wszystkie były okaleczone, czyżby Młody też się do nich zaliczał? Może też nie miał jakieś części ciała, lecz o tym nie wiedział.
- Jak Cie zwali w Twoim stadzie? - Kłapnął paszczą kremowy wilk bez łapy.
- Młody... - Spojrzał na niego spode łba.
- Ja jestem Bez łap, ten, który Cie przetrzymywał to Raven... - Zaczął mniej więcej przedstawiać z dziesięcioro wilków. Żadnej wadery, to było zaskakujące.
   Minęło kolejne kilka dni, Młody zupełnie zapomniał o Brązowookiej i watasze, teraz tutaj żył, miał nową watahę, nauczył się bardzo dużo rzeczy od tych kalek. Wyrobił sobie ponownie mięśnie, które w każdym polowaniu się umacniały. Bezogon przychodził dalej do wilków, ale coraz rzadziej i na której, Młody oczywiście nie wiedział czemu jest takie zachowanie, ale reszta mu wyjaśniła, że jej wataha również wędruje, jak zwykłe wilki. Oni jednak tutaj zostawali, mieli wszystko co chcieli, jedzenie, schronienie, przyjaciół i ciekawe polowania. Raven dowodził całą grupą wilków, żaden nie zamierzał z nim toczyć walki, choć wiele by chciało. Młody stawał się coraz doroślejszy i odpowiedzialny za swoje czyny, również stał się jeszcze bardziej doświadczony w polowaniu niż przedtem. Myślał, że wie wszystko, a wiedział tylko podstawowe rzeczy, niezwykłe dla niego to jest doświadczenie. Tyle wilków, tyle nauki, tyle jedzenia... jednak brakowało mu czegoś o czym on zapomniał. Tamtej watahy i Brązowookiej, za którą szalał. Dni również stawały się chłodniejsze, niedawno jeszcze dokuczał mu upadł, a teraz coraz szybciej zapadał mrok, jak i coraz zimniejsze dni się stawały. Młody jednak na to nie zważał, był szczęśliwy, że wreszcie odnalazł się w tym świecie, zawsze był wyrzutkiem, taką czarną owcą w stadzie, ale teraz... Mimo, że wszyscy byli okaleczeni, dawali z siebie wszystko, by  być zgraną ekipą i przeżyć. Każdy dzień stawał się tutaj rutyną, wstają, chwile jeszcze se pomarudzą, idą na polowanie, jedzą, 'bawią' się, idą spać. Może się to wydawać nudne, ale Młodemu te życie wydawało się ciekawsze, sam nie umiał tego uzasadnić, ale dosłownie był w niebie.
  Pierwsze płatki śniegu spoczęły na pysku czarnego wilka.
- Wstawać, śnieg. Zwierzyna się oddala. - Warknął na wilki i wszystkie przeszył wzrokiem. - Ruszamy. - Bez jakiegokolwiek zastanowienia opuścili Legowisko, które tak długo im służyło. Czarny podszedł do Młodego i machnął kawałkiem ogona. - Młody, gdzie Twoja wataha się znajduje? Tam gdzie jest dużo zwierzyny łownej? - Młody westchnął, po co on przypomina mu o wszystkich przykrościach ?
- Nie wiem. - Odpowiedział, trącając nosem kark Ravena, jednak przywódcy nie ucieszyła taka odpowiedź. Zadarł łeb i zawył. Pytał się gdzie jest dużo zwierzyny łownej, innych wilków. Tym razem wszyscy usłyszeli odpowiedź, był to wysoki ton, za którym tęsknił jeden wilk. Podniósł łeb do góry.
- Brązowooka?! - Nie umiał w to uwierzyć, co jego była wataha robi tak blisko tego Legowiska? Byli kilkadziesiąt wilczych skoków stąd. Chciał się z nią spotkać i zrobi to. Nie usłyszał odpowiedzi, teraz w ogóle nie umiał się skupić na wędrówce, wciąż myślał o tym wysokim tonie. Oczywiście Raven już był na przodzie i prowadził watahę, tam skąd słyszeli wycie. Po kilku godzinach wędrówki, wilki ułożyły się do odpoczynku, każdy przy sobie prócz Młodego, gdy tylko wyczuł, że każdy śpi, szybko podniósł się i ulotnił. Biegł co sił, nie zwracał uwagi, na to, że znów zaczął go boleć bark. Podniósł pysk i cicho zawył. "Brązowooka gdzie jesteś?!"  Serce mu biło, wyczekując odpowiedzi, przystanął na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Usłyszał ciche wycie kilka wilczych skoków od niego. Czyżby się spotka z ukochaną waderą? Był pewny, ze tak się stanie. Ugiął łapy i przeskoczył przez pień, zaczął omijać małe drzewka, krzewy i inne przeszkody. Zatrzymał się pod przewalonym wielkim drzewie, po drugiej stronie pnia zobaczył wilczyce. Machała energicznie ogonem i pobiegła w jego stronę, gdy znalazła się przy nim od razu ugryzła go w ucho, rzucając mu wyrzut, dlaczego zostawił ich na tak długo. Młody nie umiał zbytnio odpowiedzieć na to, ciężko mu było, teraz jednak się cieszył, że spotkał ją. Polizał ją po pysku.
 - Ciesze się, że się spotkaliśmy. - Pisnął i trącił ją nosem w bok, również przepraszając. Wilczyca usiadła i położyła łeb na grzbiecie Młodego.
- Ja też. - Kita znów wprawiła się w ruch. Poczuł jak wszystkie mięśnie samicy napinają się i nieco odchodzi od niego. - Kto to jest? - Schyliła łeb i ukazała kły, wilki wyglądały przerażająco. Okaleczone, głodne, które widzą waderę od wielu, wielu miesięcy. Raven przystanął obok Młodego, ukazując kły, jakby w uśmiechu. Bursztynowe ślepia ujrzały, że zza nią stoi Bez łap. Szybko skoczył w jego stronę kłapiąc paszczą.
- Odsuń się! - Najeżył sierść i patrzył w kremowego basiora. Czyżby Młody ich przyprowadził do źródła, które pokaże im zwierzynę łowną?
__________________________________________________________________________________
 Możecie też napisać, co chcecie w III części, czyli mniej więcej co ma się stać. Wiem strasznie dużo tutaj dialogów. Przepraszam. :C
W sumie jak jest już III część to można zrobić mini-konkurs. Chodzi mi o to, że możecie narysować jak Wy widzicie postaci, termin do końca wszystkich części mojego opowiadania, czyli długo. Nie musicie wszyscy rysować Młodego, bo to główny bohater tylko np. Raven, Młody, Brązowooka, Bez łap, Kamyk i Patyk, Jasnooka, Ciemnefutro, lub nawet wymyślić własną postać i ciepnę ją do opowiadania, jak chcecie takie coś to napiszcie. Również Bezogony możecie rysować, lub dane sceny ^^. Oczywiście możecie wysłać to na mojego g-maila, który jest w kp [ Tak nie chce mi się go tutaj pisać. ._. ]. Lub jak nikt nie ma nic przeciwko to na bloga wrzucić. Taki mały pomysł ode mnie ^^.

Happy moments do not count, and then complain that happiness is short-lived.-Historia Lucky'go Marley'a [Lucky]

-No dobrze braciszku....-Odezwał się w końcu Herkules, przerywając śmianie się-Więc tak kochany braciszku...-Zachichotał i zaczął dalej mówić-Musisz iść do watahy wilków i........
-WATAHA WILKÓW?!-Przerwała mu Roki-Czy wyście oszaleli?! One mogą go zabić!-Warknęła zdenerwowana i spojrzała na Biszkoptowego.
-Siostra nie przesadzaj...-Prychnął jasny labrador-Mówcie dalej....
-No więc tak... Musisz znaleźć watahę wilków i.....wyrwać jeden włos z ogona dorosłego wilka.-Zaśmiał się złowieszczo, a z nim źli bracia.
-Co?! Wyrwać włos...? Ale to nierealne. Mam dopiero cztery tygodnie...-Pisnął przestraszony swoim zadaniem-Nie może być chociaż szczeniaka.....?
Wtedy śmiech ucichł. Wszyscy spojrzeli na Biszkoptowego, a potem na Herkulesa.
-Em...No może przesadziłem.-Mruknął pod nosem-Dobra, niech Ci będzie szczeniak.
Wtedy biszkoptowy samczyk trochę się rozweselił, chociaż nie był do końca przekonany czy mu się uda. Jednak tak bardzo chciał się bawić z braćmi że nie myślał. Szybko skinął łbem i wyszedł z nory.
-Zobaczycie ze wrócę z włosem wilka!-Zawołał gdy zaczął biec.
W tej właśnie chwili, Roki rzuciła się na najsilniejszego brata, przewalając go na plecy. Rufi i Hektor spojrzeli na ich obojga z niedowierzaniem. Pierwszy raz ktoś przewrócił silnego brata. Herkules również bardzo się zdziwił.
-Coś ty zrobił!?-Labradorka warknęła cała zezłoszczona-On zginie, zginie, zginie!-Zjeżyła sierść na karku i ukazała dwa szeregi białych kłów.
-Przesadzasz!-Fuknął Herkules i zepchnął siostrę z siebie.-Wyjdzie z tego cały i zdrowy. Przecież szczeniakowi łatwiej ukraść włos...-Szybko wstał i otrzepał się z piachu.
-Na prawdę? Chyba jak ten szczeniak jest porzucony!-Syknęła do brata-Gdy matka, lub ojciec szczeniaka usłyszy że on piśnie, a na pewno piśnie z bólu, to leci mu na ratunek! Zabije nam brata!-Zaczęła płakać.
Bracia jedynie zacisnęli szczęki i nie wiedzieli co powiedzieć. Wtem do nory weszła Aza. Roki podbiegła do mamy i zaczęła opowiadać co się stało. Czarna labradorka spojrzała gniewnym wzrokiem na synów, a potem ruszyła na poszukiwanie syna
-Zostańcie w norze.-Rozkazała, gdy wyszła z "domu".



Szczenię skradało się powoli do siwego stworzonka. Był do młody wilczek. Miał gdzieś z miesiąc, a jego ogon był chyba najbardziej puchaty na świecie! Schował się w krzakach i czekał, aż szczenię odwróci się do niego tyłem. Teraz psowate patrzało gdzieś w prawo na motylka. Nagle po około 15 minutach, wilczek odwrócił się tyłem do labradora. Biszkoptowy wyskoczył z ukrycia i wylądował przed wilkiem. Szybko otworzył szczęki i ugryzł w ogon "kuzyna". Wyrwał kłębek futra, a młody pisnął z bólu najgłośniej jak potrafił. Jasny samczyk przeraził się, rozejrzał się dookoła i zamarł. W jego stronę biegła co sił w łapach potężna wataha wilków. Po minucie okrążyła intruza. Samica Alpha, matka wilczka któremu zabrano kłębek futra, chwyciła swoje dziecko w pysk i odłożyła obok siebie. Zaś Samiec Alpha wyszedł na środek do labradora. Warknął groźnie i chwycił jego ogon w pysk i podniósł. Biszkoptowy pisnął z bólu cicho, a gdy wilk zaczął nim szarpać, pisnął głośniej. Psowaty puścił młodego na ziemię, pisnął z jeszcze większego bólu. Miał cały kark, jak i lewy oraz prawy bok od krwi. Zaczął sapać, jego wzrok został skierowany na Alphę. Zrobił błagalne oczy, mając nadzieję że wilk go zostawi w spokoju i pozwoli odejść. Jednak mylił się. Wilczysko pokazało swe kły, całe czerwone od krwi i już chciało ugryźć w szyję, w tętnice gdy.....Ni stąd, ni zowąd przed Biszkoptowego wskoczyła Aza. Cała zjeżona, z pokazanymi kłami. Samiec zatrzymał swój ruch i cofnął łeb. Uważnie przyjrzał się suczce, przekrzywił łeb.
-Kim jesteś?-Z gardziel wilka wydobył się chropowaty głos.
-Jestem Aza, a to mój syn. Przyszłam go tylko stąd zabrać.-Powiedziała spokojne, patrząc raz na syna, a raz na Alphę-Przepraszam za niego... On jest po prostu trochę dziki.-Teraz jej wzrok zatrzymał się na samcu.
Kąciki jej warg uniosły się lekko. Powstał delikatny uśmiech.
-O... Chcesz go zabrać? Tak szybko?-Prychnął-Powinien ponieść pierw karę!-Warknął.
Czarna suczka pokręciła łbem.
-A czy on już ich nie poniósł?-Na jej pysku pojawił się grymas.-Spójrz tylko na niego-Spojrzała na Biszkoptowego z łzą w oku.
Labrador leżał, cały od kwi. Sapał ciężko. Był wykończony, nie zniósł by więcej takich tortur. Zginął by.
-Jeżeli jeszcze raz go zranisz, zginie....-Powiedziała z żalem w głosie.
-I o to chodzi!-Zaśmiał się złowieszczo, ominął zwinnym ruchem sunię i jednym susem skoczył na szczenię.
Skok był niezbyt trafny, ugryzł go w prawe udo. Po lesie usłyszeć było można głośny pisk.Wstał i ponownie zaczął szarpać młodego. Aza skoczyła na wilka, wbiła kły w jego kark. Zaczęła szarpać. Psowaty puścił Biszkoptowego na ziemię. Młody pisnął, gdy tylko znalazł się na trawie i zemdlał. Alpha próbował zrzucić z siebie  labradorkę, jednak na marne. Nagle, jeden z wilków skoczył na nieprzytomne szczenię. Gdy tylko Aza to zobaczyła, puściła kark czarnego wilka i naskoczyła na wilka mordującego jej dziecko. Kły zatopiła w jego szyi, po paru sekundach przebiła tętnice i wilk padł martwy na ziemię. A co to był za wilk? Samica Alpha. Zezłoszczona wataha stratą Alphy, skoczyła na suczkę i jej potomka. Zaczęli nimi szarpać, Biszkoptowy ledwo się trzymał. Czarna labradorka broniła się jak mogła i swojego syna, jednakże nie wytrzymała i.....zdechła. Zmarła przy swym synu, chowając go pod łapą. Wilki zawyły, aby zawiadomić wszystkich że pokonali wroga. Biszkoptowy leżał pod łapą matki nie przytomny. Nic nie słyszał, nie czuł. Oddychał płytko. Gdy Alpha chciał już chwycić małego....po lesie rozległ się głośny huk, a Alpha padł zakrwawiony na ziemię. Wilki, przestraszone tą całą sytuację rozproszyły się we wszystkie strony. W krzakach można było zobaczyć postać ludzką. Podeszła do wilka. Zamarł, gdy ujrzał dorosłego labradora, a przy dorosłym labradorze małego. Powiedział coś, najwidoczniej zawołał kolejnego mężczyznę. Drugi również bardzo się zdziwił na widok labradorów. Zaczęli coś do siebie mówić, po około 15 minutach jeden z ludzi, chwycił do swej dużej dłoni Biszkoptowego, a drugi podniósł wilka. Labradorkę zostawili, bo po co im ona jak martwa? Weszli do jeep'a, wilka i szczenię położyli do bagażnika, a oni do przodu. Pojechali.



Night
Minęła może godzina, a może dwie. Zatrzymali się przy jakimś budynku. W pośpiechu mężczyźni wyszli z samochodu, wzięli ledwo żyjącego labradora i weszli do budynku. Jakaś Pani od razu chwyciła małego i poszła do swojego gabinetu. Był u weterynarza. Spędził tam pod kontrolą z dwa tygodnie, jak nie więcej. Potem trafił do schroniska. Niezbyt dobrze mu się tam żyło, nawet można powiedzieć że nie cierpiał owego miejsca. Jeść dostawał raz dziennie, jako legowisko służyła mu brudna szmata, zabawek brak, a na dwór wychodził raz w tygodniu. Czy miał przyjaciół? Miał. Ale jednego. Kota, którego nazywano Night z powodu maści jego futra. Night traktował szczeniaka jak własnego syna, chociaż byli innego gatunku. A no i kocur nadał Biszkoptowemu prawdziwe imię. Jakie? Lucky, co po angielsku znaczy " szczęście " . Dlaczego? Bo miał wiele szczęścia że przeżył. Tak mijały dni, aż w końcu...Uciekli. Razem, szybko gdy tylko zostali wypuszczeni na dwór. A jak tego dokonali? Lucky ganiał za motylem, zaś Night obserwował wysoki, kamienny mur. Na jego pysku zagościł uśmiech. Zawołał swojego przybranego syna. Ten posłusznie podszedł.
-Widzisz ten mur, co nie? Uciekamy. Przez niego. Człowiek patrzy w inna stronę, jest teraz szansa.-Zaśmiał się wesoły. 
-No, ale jak?-Westchnął.-Ty może na niego wskoczysz, lecz ja nie....
-Ojj... Zobaczymy. Ja skocze na mur, podam Ci łapę. Będziesz jedynie musiał skoczyć chwycić moją łapę, a ja Ciebie podciągnę do góry.-Ukazał przyjaźnie kły.
-A dasz radę?-Powiedział lekko speszony tym pomysłem, ale i podekscytowany. 
-Dam, dam....-Oblizał się i skoczył na mur. 
Ledwo mu się udało. Wziął głęboki wdech, schylił się do szczeniaka i wyciągnął obie łapy. 
Lucky rozejrzał się dookoła, aby ostatni raz spojrzeć na dawny dom. Nagle zobaczył śmietnik. Tuż przy murze, na śmietnik wskoczy, a potem na mur! Świetnie! 
-Night! Poczekaj tu, ja wskoczę na śmietnik, potem na mur i już zwiewamy, okej?-Zamachał wesoło ogonem.
Mgła
-No dobrze, ale pośpiesz się....-Mruknął lekko zdenerwowany. 
Pracownik schroniska mógł w każdej chwili spojrzeć w ich stronę i nici z ucieczki. Jasny szczeniak pośpiesznie pobiegł do śmietnika.  Jednym zwinnym susem skoczył na średniej wielkości przedmiot,  a potem na mur. Razem z kocurem zeskoczył na chodnik. I tak rozpoczął się dla niego kolejny rozdział życia. Lepiej im się żyło na wolności, jedli to co znaleźli pod stołami w restauracji, lub to co dali im ludzie,  a za dom służył im cały park. Żyli tak przez może tydzień. Któregoś dnia, kiedy Lucky spał pod ławką, Night poszedł na spacer. Już nie wrócił z niego. Prawdopodobnie został potrącony przez samochód. Zrozpaczony szczeniak, uciekł z miasta i trafił do lasu. Tam odnalazła go lisica, imieniem Mgła. Nadała mu imię Marley. Lucky Marley. Marley traktował ją jak własną matkę, kochał ją nad życie. Bawiła się  z nim, poświęcała cały wolny czas dla niego. Jednak któregoś dnia powiedziała do niego.
-Lucky...Wiesz że Ciebie kocham i chce jak najlepiej?-Powiedziała i polizała po łebku. 
-Wiem mamo...Ja Ciebie też baaardzo kocham!-Zaśmiał się. 
-Znalazłam dla Ciebie o wiele lepszy dom...Dom gdzie są tacy jak ty, dom gdzie są psy. Nie lisy.-Przytuliła go-Jest to Stado Psów. Na pewno Ciebie tam przyjmą, znajdziesz tam nową rodzinę i przyjaciół...
Te słowa na początku zamurowały Marley'a. Nie wierzył że mówi to jego mama.
-Ale....Ja chcę być z Tobą!-Z jego oczy poleciały łzy.-Nie che od Ciebie odchodzić! 
-Och synku...Ale uwierz mi...Tam będzie Ci lepiej, obiecuję że będę Ciebie odwiedzać.-Uśmiechnęła się, aby pocieszyć choć trochę labradora. 
-Ale....-Podciągnął nosem-No...Dobrze.
Lisica zaprowadziła synka do Polany.
-Idź....Tam jest Alpha. Przywitaj ją, powiedz jak się nazywasz i spytaj się czy możesz dołączyć.-Z jej oczu poleciała łza, lecz szybko przetarła ją łapą.
Młody skinął łbem, przytulił ją mocno na pożegnanie i odbiegł do labradorki. Zrobił to co kazała mu mama. Samica Alpha zgodziła się. 
Lucky Marley znalazł tutaj swój dom, rodzinę, jak i przyjaciół. Jednak to nie koniec jego historii, ona ciągnie się dalej i dalej, teraz tu-w Stadzie Psich Serc.