piątek, 27 czerwca 2014

Wilcza przygoda. [Fallon]

Od ostatniego spotkania z Bezogonami, Młody już ich nie spotkał, a może wilki specjalnie omijały ich Legowiska? Nie zamierzał w tej chwili zakrzątać sobie tym myśli, było polowanie, więc musiał się skupić. Wilki otoczyły przywódce stada, wielkiego jelenia o dużych porożach, który był czujny i dumny jak paw, ponieważ kilka dni temu został Alphą swojego stadka. Wilki przyległy do ziemi i obserwowały zdobycz, nie było słychać ich oddechu, ani jakiegokolwiek szelestu, jakby ich tam nie było. Oczywiście, skradały sie pod wiatr, by ich zapachu nie wyczuła zwierzyna łowna. Teraz miały wszystkie mięśnie naprężone i czekały na znak, by zatopić swe kły w karku jelenia, słyszały miażdżenie trawy i ciche ruchy racic. Teraz wystarczyło, że podejdzie jeszcze kilka kroków i rzucą się. Tak jak wataha chciała zwierzyna podeszła w idealne miejsce, gdzie wilki spokojnie mogły juz zaatakować i od razu zabić, oby żaden wilk nie popełnił gafy, bo będą musieli szukać kolejnego stada, bądź rzucić się w pogoń za zdobyczą. Młody poruszył delikatnie kitą, dając znak, że za chwile będzie atak. Dziś on prowadził polowanie, chciał udowodnić, że umie działać w grupie, a nie tak jak zwykle - w pojedynkę. Cichy warkot wydobył się z gardzieli wilków i wyskoczyli, otaczając zdobycz, niektóre wgryzły się w zad jelenia, oczywiście, ten nie podda się bez walki ryknął przeraźliwie i reszta stadka zaczęła uciekać. Zaczął wierzgać nogami i podskakiwać, by zrzucić z siebie napastników, Kamyk i Patyk nie zdołali się utrzymać i szary jak kamień wilk padł na ziemie, prosto pod racice wystraszonego zwierza. Oszołomiony wilk, nie umiał wstać, by uciec, kolejna racica, która wbiła się w ogon wilka, potem w inną część ciała. Młody bezmyślnie skoczył ku jeleniowi, by uratować brata z watahy, całym ciężarem cielska odepchnął nieco zwierzynę, od Kamyka, teraz bursztynowe ślepia lustrowały w poszukiwaniu brązowego młodego wilka, ich pierwsze polowanie. W końcu wzrok utknął na jednej łapie, podbiegł i zobaczył wilka, który cicho piszczał, był nabity na niewielkim Szponie od Bezogonów! Nie wierzył w to co widzi, podszedł bliżej i ujrzał, że za Patykiem, było więcej takich Szponów, tak jakby pułapka..
- Mł-młody... c-c-co z mo-oim.. bra-ra-tem.. - Wyskomlał brązowy wilczek, plama krwi się powiększała. Młody spojrzał w stronę Kamyka, jego oddech był płytki, ale pewnie się wyliże.
- Wszystko z nim dobrze. - Machnął kitą i trącił go nosem w kark. Usłyszał ostatni ryk jelenia, a potem głuchy huk, zwierzyna padła. Wilki zebrały się przy szarym poranionym wilku. - Patyk, zaraz Ci pomogę... Tylko poczekaj chwile. - Młody nie zdawał już sobie sprawy, że cały trząsł się. To jego wina.. znów zawiódł.
- Dzię-ęk-uje z-za wsz-szyst-tko... Żegn-naj.. - Ostatni cichy pisk wydobył się z gardła tego młodziaka, a potem zamknął intensywnie brązowe ślepia i już ich nigdy nie otworzy... Nigdy. Młody zadarł łeb do góry i wydobyło się z niego żałosne wycie. Śpiewał o tym, że brat wszystkich wilków nie żyje. Chwile później przyłączyła się reszta wilków, śpiewały o Kamyku, był bardzo młody, jego kości aż tak nie były twarde, by znieść ciężar dorosłego jelenia. Był cały połamany i we krwi, martwe szare ślepia były wpatrzone w Młodego i jego brata, wydał z siebie cichy skowyt. Młody podszedł do reszty z opuszczonym łbem i spojrzał na przywódce.
- Przepraszam Ciemnefutro. - Machnął żałośnie ogonem i wydał z siebie cichy pisk. Alpha nic nie odpowiedziała, tylko miała kamienną maske. Ciemne ślepia obserwowały synów, podszedł do szarego i trącił go wilgotnym i czarnym nosem. Zadarł leb do góry i zawył, chcąc odprowadzić dusze syna, do Góry Ducha, by się nim Sam Duch Góry opiekował. Młody i reszta wilków również zaczęło wyć, ich siostra Brązowooka cicho wyła, jej nuta, od razu wyczuła się w gronie basiorów, w sumie ona jako jedyna wadera poszła na polowanie, reszta została, by pilnować jeszcze kilka szczeniaków, które się urodziły kilka dni temu.
   Wataha wracała w milczeniu, najsilniejsze wilki ciągnęły za sobą morderce, dwóch młodych wilków. W końcu dotarli do Jaskini, Alpha skinął łbem do swojej partnerki, po czum do niej podszedł i zniknął w cieniu ich małej jaskini, po chwili można było usłyszeć ciche wycie Alphy, a więc jej powiedział.
- Młody to nie Twoja wina. - Zaczęła Brązowooka, miała racje, ale on nie umiał uwierzyć w to, że młode wilki stąd odeszły, przecież tyle jeszcze ich czekało przygód. - Kiedy się rodzimy, wtedy jest zapisywane nasze przeznaczenie. - Trąciła go nosem w bok i lekko ugryzła w ucho, by się już tym nie zadręczał.
- Moja wina... Przepraszam... - Pisnął i podkulił ogon, oczekując jakby ciosu. Jego bursztynowe ślepia, jakby wyblakły.
- Nie, po prostu nie posłuchali się. - Trąciła jego kark czarnym nosem i ponownie ugryzła w ucho, by przestał się obwiniać, jutro i tak już nie będzie żałoby. - Chodź teraz jeść. - Pokazała łbem na jelenia. Wszystkie wilki właśnie chciały się pożywić, więc lepiej wtopić się w tłum. Skierował kroki za waderą.
  Kolejny poranek, czuł się nieco lepiej, ale musiał chyba to wszystko przemyśleć, więc cicho wstał i ruszył szybko do Lasu, chcąc uniknąć jakichkolwiek kontaktów z resztą wilków. Przemierzał teraz spokojnie każdy kawałek Lasu i rozglądał się. Widział wyraźnie Szpony Bezogonów... Były dziwnie ustawione, jeden koło drugiego i niewielkie, takie prawie nie widoczne. Warknął cicho do siebie, że go to wszystko zadręcza, stracił przyjaciół, rodzinę, jednak zależało mu na życiu, bo była tam Brązowooka, a gdyby jej nie było pewnie jego też. Jego ucho pokierowało się do tyłu, usłyszał szelest, od razu najeżył sierść i zaczął warczeć rozglądając się. Ciekawe co to jest, pewnie znów zająć, albo wadera o brązowych ślepiach, ponownie jego ucho wyłapało świt, nad jego łbem. Latający Szpon! Bezogony na niego polują? Czemu? Nie wiedział co robić, przecież jest bez bronny, oni umieją tego czego on nie. Ucieczka, tylko to mu zostało, wbił łapy w ziemie i wyskoczył jak sprężyna, musi ostrzec reszte watahy, by oni nie znaleźli szczeniaków! Biegł co sił w łapach, czuł jak każdy jego mięsień napina się coraz bardziej, by jeszcze przyśpieszyć. Młody przystanął, przecież jak poleci do Jaskini, oni za nim.. Musi ich odgonić. Szybko zadarł łeb do góry i wydał ostrzegawcze wycie, by uciekli. " Niebezpieczeństwo! Uciekać! Nie wyć!". Ponownie ruszył, ale w stronę prześladowców, czuł zapach Jelenia, Bezogony, miały na sobie skóry jeleni! Przemknął obok nich i zatrzymał się i warknął głucho, bo chcieli ruszyć w stronę jaskini. Oni zaczęli coś mówić w swoim języku i patrzeć na wilka zaciekawionym spojrzeniem. "No chodźcie! Odejdźcie od Jaskini!" Warcząc przekazywał takie informacje, po dłuższej chwili poczuł w barku szarpanie, kątem oka zobaczył psa, który warczał i wgryzał się w jego bok! Wilk od razu przeturlał się po ściółce leśnej, by przygnieść ciałem, mniejszego od niego psa i by ten puścił, plan zadziałał. Jego bark zaczął obwicie krwawić. Pies teraz siedział u boku Bezogona z porożami jelenia, musiał to być przywódca. Czemu oni atakują go? Przecież nic im nie zrobił, tylko przechadzał się po lesie. Nic nie rozumiał. Musiał jednak wykonać swoją misje, która polegała na odciągnięciu ich od Legowiska. Zawrócił i zaczął kuśtykając biec w stronę przeciwną do Jaskini. Tak jak myślał, Bezogony ruszyły za nim. Ból, nieco rozszarpanego boku był potworny, dłużej nie da rady biec. Mimo bólu zaciskał szczęki i dalej biegł, jednak z każdą chwilą tracił trochę krwi i słabł. Zrobiło mu się ciemno przed bursztynowymi ślepiami i głucho padł na ziemie. Ostatnie co widział to zamazanego Bezogona, który biegł do niego.
   Otworzył oczy i szybko lustrował otoczenie. Jasna-Bestia-Która-Kąsa-Gorącem była prawie przy samym jego nosie! Szybko odsunął się i podniósł pysk, wzorkiem wodził po Legowisku Bezogona. Nikogo nie było, teraz do niego wszystko dotarło, spacer, pies, odciągnięcie napastników,a potem ciemność. Jego bark już tak nie bolał, ale miał na nim obwiązane ścięgno jakiegoś zwierzęcia, którego nie znał. Nie miał sił nawet by spróbować tego, jego pysk opadł na łapy. Patrzył się bez celu w Jasną-Bestie-Która-Kąsa-Gorącem, gdzie on jest? Jak daleko wilczych skoków od Legowiska, co oni z nim zrobią? Nie miał nawet sił zastanawiać się nad tym, do jego wilczego nosa doszedł zapach jelenia, podniósł pysk i zobaczył starą Bezogonową samice, która niosła w czymś mięso i podrzucił mu pod pysk. Młody patrzył na nią wrogim spojrzeniem, jednak nie mógł się oprzeć zapachowi i zaczął zachłannie pochłaniać owy pokarm.
_______________________________________________________________________________
Oto część Druga tego otóż opowiadania, mam nadzieje, że nie jest zbyt długie i nudne.
Od razu też przepraszam, że jest takie smutne... Ale następna część będzie wesoła! ^^
Jeśli chcecie dać jakiś pomysł to piszcie, chętnie ogarnę co i jak :D
>>Kilk Część I <<

piątek, 20 czerwca 2014

Nocne takie tam. [Fallon]

Słoneczny dzień, który zapowiadał się na udany, jednak zawsze jest taka chwila, gdzie coś pójdzie źle. Czy to od nas zależy? Czy po prostu taka ironia? Poranek. Wilcza wataha, która szukała nowego miejsca na Jaskinie, by wychować szczenięta. Oczywiście przywódca watahy musi wybrać takie miejsce, Ciemnefutro to bardzo potężny czarny wilk, który wygrał niejedną walkę, jego partnerką jest Jasnooka. Również jest czarna, ale za to posiada szare ślepia, reszta grupy ma brązowe, szare, czarne, białe umarszczenie. Wszyscy zgrani i rozumieją się bez zbędnych dźwięków. Wreszcie znaleziono Jaskinie, tutaj szczenięta będą uczone jak polować i przeżyć, głównym celem będzie Młody, szary wilk o bursztynowych oczach, jest młodziutki, ale za to przepełniony smutkiem. Kilka dni temu Szybka Wilgoć zatopiła Jego rodzinę, leżała w kałużach Bez Oddechu, a on szturchał ich nosem i cicho szczekał, by wstali. Nic takiego nie nastąpiło, śmierdzieli jak zwierzyna, którą powinno się jeść, a on zachęcał ich do zabawy... przywódca watahy, mniej więcej wyjaśnił mu co się stało. W wilczej mowie nie ma czegoś takiego jak przyszłość, więc dużo rzeczy trudno wyjaśnić, szczególnie szczenięciu.
Coś szturchnęło łapę Młodego.
- Mlody! - Przywitała się Brązowooka. - Wydajesz się być smutny. - Delikatnie szturchnęła go nosem w łape i wprawiła ogon w lekki ruch.
- Nie.. Chyba rodzeństwo na Ciebie czeka. - Bursztynowe ślepia skierowały sie w stronę małych wilczkó, które niecierpliwie czekały na swoją jedyną siostrzyczkę. Machnął kilka razy swoim srebrzystym ogonem, by potwierdzić, że wszystko jest dobrze, jednak on wiedział, że brakuje mu całej rodziny. Przecież tego dnia tylko oddalił się od legowiska, a gdy wrócił oni leżeli w kałużach. Upatrzył sobie sosnę, która cieszyła sie delikatnym wietrzykiem i ciepłym popołudniem, położył się pod nią i przymknął ślepia, chciał pomyśleć o tym wszystkim, co się ostatnio stało. Pogrążonych w myślach nawet nie usłyszał, jak wataha się oddala, będzie to kolejny problem dla niego, ponieważ nie wie w jaką stronę się skierowali, ale ma jeszcze nos. Moze coś mu się uda wywęszyć, jest jeszcze przecież szczeniakiem, ale musi się uczyć, tego od niego wymagają, by stał się jak najszybciej odpowiedzialny za siebie. Usłyszał trzask. Otworzył szybko powieki i zlustrował ślepiami otoczenie, wietrzył zahaczył o jego nozdrza przynosząc mu nowe wonie. Demony, zające, sarny... i Coś. Warknął cicho i najeżył się, postanowił zobaczyć co to jest to Coś. Wstał i powoli ruszył, delikatnie stawiając łapę za łapą, nie zostawiając żadnego szelestu. Coraz intensywniejszy zapach Coś dobijał jego nochal, w końcu zatrzymał się w krzakach, a jego bursztynowym ślepią ukazały się Wysokie Bezogony. Dziwne to stworzenia, miały na sobie futro, jednak na pyskach miały tylko na górze, mają jakieś Latające Szpony. Młody nigdy nie widział takich stworzeń, nie bał się ich, ponieważ nie miał z nimi styczności, dla niego wszystko co nowe to dobre i ciekawe. Wyłonił się z krzaków, z najeżonym futrem i zniżonym łbem. Chronił kark. Bezogony zwrócił się w jego stronę i stały jak mur, usłyszawszy świst Latającego szpona uskoczył, robiąc unik i warcząc głucho. Były to złe stworzenia, które atakowały go, po chwili usłyszał pomruki w ich mowie, nie podobało mu się to. Nie rozumiał ich, dalej obserwując ich zauważył, że sie wycofują do swojego Legowiska? Ciekawski wilk poszedł za nimi, tak by go nie było widać, w końcu usłyszał więcej mowy tych istot i zapach ryb, mięsa i jagód. Zakradł się za wiszące skóry i tam przysiadł, obserwując wszystko. Tutaj ktoś wydawał jakiś dźwięk, który miał oznaczać śmiech, tam ktoś patroszył rybę. Aż Młodemu przypomniało się, że nic nie jadł od kilku dni, oblizał pysk na widok jedzenia, które wisiało na patyku. Nikogo tam nie było, więc mógł łatwo je zwędzić. Tak też uczynił. Gdy był już przy mięsie jelenia, poczuł ciepło, które padało na jego pysk. Mięso wisiało nad czym jasnym, wilk warknął i pacnął to łapą, od razu pożałował, to coś gryzło! Szybko zaczął lizać oparzoną łapę i z nienawiścią patrzył na Bestie-Która-Kąsa-Gorącem, jak to mogło go ugryźć, przecież wydaje się bezbronne. Skomlenie wilka przywołało mieszkańców, biedaka dalej bolała oparzona łapka, a tu jeszcze Wysokie Bezogony przyszły..
- Wodzu! Wilka mamy w obozie! - Zawołał jeden z nich.
- Młodego szarego wilka, który chciał okraść nas! - Warknął drugi, w obozie zaczęły się bunty o wilka, który oparzył sobie łapę. Wódz uciszył wszystkich gestem ręki.
- Młody, szary wilk.. - Podrapał się po ciemnej brodzie. - Który chciał ukraść marny kawałek mięsa.. - Kontynuował wódz. - I w dodatku oparzył sobie łapę. - Uśmiechnął się lekko, bo widok był zabawny, wilczek któy liże łapę i próbuje ukraść mięso, jednak również omija ogień. Wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, ściągnął mięso z rusztu i rzucił wilkowi. - A teraz uciekaj Młody wilku. - Bursztynowe ślepia były wpatrzone z podziękowaniem dla Przywódcy Bezogonów. Szybko chwycił zdobycz i uciekł kuśtykając do Lasu. Zapach był tak intensywny, że szczeniak postanowił oddzielić się od Watahy i zobaczyć co też tak pachnie.
- Młody! - Wesołe szczeknięcie, przywołało szarego do świata. - Wataha Cie szuka, martwiliśmy się. - Cicho pisnęła i podeszła do niego. Była córką Alphy.
- Brązowooka, co Ty tutaj robisz? - Położył uszy po sobie, bo czuł sie winny, za to że szczenie się oddaliło.
- Szukam Cie, tak jak reszta! - Machnęła kilka razy małym ogonkiem i podeszła do Młodego, który miał przed łapami zdobycz.  - Chodź, wracamy! - Ponownie wydała z siebie wesołe szczekanie, o wysokiej nucie. Wilk skinął łbem i chwycił kawałek mięsa, skierował swoje ślady za Brązowooką. Po kilku minutach ujrzał przywódce, westchnął cicho i opuścił łeb, położył uszy po sobie i podkulił ogon. Położył mięso przed łapy przywódcy i cicho zaskomlał.
- Przepraszam! - Trącił nosem kark Ciemnofutrego i odsunął się, ponownie widział kolor tęczówek od przywódcy, każdą jego bliznę po udanej walce i czarny jak węgiel nos, który nie okazywał żadnego uczucia, czy wybaczyć, czy wygnać, czy zagryźć. Po chwili wilk rzucił się na młodego i chwycił go za kark przewracając i delikatnie zaciskając szczęki. Puścił go i uniósł wysoko ogon, dając do zrozumienia, że to był ostatni raz kiedy zapuścił się gdzieś daleko. Młody machnął ogonem i wstał, również skinął łbem na podziękowanie. Od razu otoczyły go wilki z pytaniami, gdzie był, skąd miał mięso i mase innych, jednak młody był myślami gdzie indziej. Interesowały go te Bezogony, które były miłe dla niego i dały mu jeszcze jeść.

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Wzięło mnie na takie opowiadanie, które było nieco kierowane na książkę "Pradawne Kroniki Mroku" Genialna książka, z genialną fabułą, więc takie tam napisałam. Chciałabym napisać drugą część, ale zobacze jak z czasem. Od razu przepraszam za powtórzenia i błędy. Również mam nadzieje, że nie będziecie mieli nic przeciwko, jak napisze dalszą część. Tak wreszcie żyje, również wiem, że się wszystko zlewa...  Miłego czytania!

Wojna nie kończy się nigdy. [Jack]

Mrużył ślep pod dotykiem męskiej dłoni. Palce rozcierały pod obiciem futra zakrzepłą krew. Wierne psie spojrzenie padło na twarz pana, a czarna trufla wysunęła się w kierunku jego nogi. Ugrzęzła zmiażdżona rusztowaniem. Osmolona gęba uśmiechnęła się szeroko ukazując szare zęby. 
- Mogło być gorzej. - stwierdził młody żołnierz wśród egipskich ciemności.
Utknęli gdzieś pod całunem rumowiska odcięci od światła, pożywienia i opieki medycznej. Pies był ledwie potłuczony, lecz nawet jego - stosunkowo mniejsze i bardziej gibkie od ludzkiego - ciało nie było w stanie przecisnąć się między szczelinami, aby rzucić się na poszukiwanie pomocy. Jack czuł się potwornie z tą myślą. Ze świadomością, że pozostało im jedynie czekać na wybawienie lub rychłą śmierć. Przypomniał sobie słowa generała i położył uszy po sobie. "Będą takie sytuacje, w których poczujecie się bezsilni jak niemowlaki". To bardzo zgrabna sentencja wypowiedziana w niezgrabny sposób. Trudno jednak oczekiwać biegłości w dialekcie normatywnym. Musieli go zrozumieć wszyscy niezależnie od pochodzenia i koloru skóry. Taka mała dygresja.
Pył drażnił zatoki. Owczarek charczał w miernej imitacji oddechu by oczyścić płuca. Szczęście w nieszczęściu, przeżyli by umrzeć. Jęzor pociągnął śladem po zakurzonym pysku. Mężczyzna pod swoją dłonią wyczuwał drżenie mięśni. Przygarnął pokrwawione cielsko kompana bliżej.
- Nie bój się, staruszku. Z gorszych opresji wychodziliśmy, nie?
Jego uśmiech nie płonął przekonaniem. Był blady na miarę wytoczonej krwi. Kolejny miażdżący fakt uderzył w Jacka niczym obuch - jego ukochany pan wykrwawi się na śmierć w przeciągu paru godzin, jeśli nie nadciągnie patrol, by ich stąd wydostać. Żałosny dźwięk dobył się z psiego gardła. Szeregowiec poczuł się zaintrygowany. Jego pupil nigdy nie zachowywał się w tak depresyjny sposób. Zmęczona ręka zatrzymała się na lepkim, cuchnącym juchą grzbiecie.
- Co się dzieje, hę? Boli cię? - mruknął do siebie, szukając bolesnego miejsca. Basior nie odezwał się już więcej, nie czuł bólu. Długo trwali w grobowej ciszy, lecz młodzian nie miał wcale zamiaru tak łatwo się poddać. Zagryzł krótko szczęk w wysiłku, gdy zmieniał pozycję celem okręcenia głowy i przeanalizowania wzrokiem świetlistej łuny otulającej ostre krawędzie gruzu. Wyciągnął ramię, by wydrzeć z tej pieprzonej układanki parę skalistych elementów.
- Chodź no tu, Jack.
Psisko postawiło uszy na sztorc. Co, znowu? Przecież próbowali już tyle razy...
- Będziemy próbować do usranej śmierci. Nie mamy szerszych perspektyw.
Zadziwiające, że ten młody dwunogi potrafił czytać z ruchu warg nawet, gdy były nieruchome. Za to właśnie kochał go wilczur. Niepotrzebne były im słowa, by osiągnąć porozumienie. Łapy dźwignęły obdrapane cielsko. Rany nie były poważne, lecz z pewnością krępowały skutecznie swobodę ruchu. Samiec przeczołgał się bliżej, by posłusznie spełnić rozkaz. Zbędne były dalsze polecenia, doskonale wiedział co leży w jego gestii. Obserwował kolejne odłamy osypujące się u nóg pana. Nie mogły być jego mogiłą, zasługiwał na życie z rodziną. Czworonóg drapnął skałę, lecz bez chwytnych palców nie mógł wspomóc właściciela. Ów buchnął śmiechem na tę przesympatyczną próbę i pogładził psi łeb. Jack westchnął ciężko w oczekiwaniu. Coraz więcej światła wlewało się do ich pieczary. Kiedy żołnierz odsunął ramię, podpalana morda zbliżyła się do wyrwy. Suchy nos wychynął na zewnątrz, by zawęszyć solidnie. Ani śladu opon, oleju, tudzież śrutu. Było bezpiecznie, względnie bezpiecznie. Nie istniało bowiem coś takiego jak pojęcie bezpieczeństwa. Zarówno na wojnie, jak i w życiu.
Cofnął łeb, by przytulić go do piersi, a następnie usztywnić stawy. Wyprężył się, by łopatkami zacząć wiercić w gruzach. Tylko się przy tym poranił. Był jednak równie niezłomny co uwięziony z nim dwunóg, więc znów wsadził mordę w otwór i opierając się na gruzach znów spróbował się wywiercić. Z pomocą przyszły mu ludzkie dłonie, wybierając co luźniejsze elementy. Nadzieja umiera przecież ostatnia. Nadzieja matką głupich.
- Jeszcze trochę staruszku, dasz radę! - odezwał się ochrypły, męski głos. Przedarły się łopatki, potem przednie łapy stanęły na ruinie z wielkim trudem. Mężczyzna podsadził psa, by ten mógł wywlec się na wierzch. - Idź po pomoc!
Po cóż powtarzać? Basior zatoczył się porażony słonecznym światłem i runął na podwaliny tego co niegdyś zwało się zapewne domem. Leżał przez chwilę zdrętwiały i obolały, by otrząsnąć się z szoku. Nic nie zostało z i tak nędznej osady. Była już jedynie wspomnieniem. Wrogie wojska starły ją z powierzchni ziemi jakby była jedynie karcianą konstrukcją. Wciągnął haust brudnego powietrza, by wyzwolić w sobie nieco więcej energii i pozbierać do pionu, co przyszło mu z małym trudem. Zachwiał się na łapach, był odwodniony a żołądek kleił mu się do kręgosłupa już od dłuższego czasu. Począł więc zsuwać się z usypiska, gdy przez szum w jego uszach przedarł się dziwaczny dźwięk. Okręcił więc łeb, co by zlokalizować jego źródło. To co ujrzał przerosło jego najśmielsze oczekiwania: wielka, brunatna chmara pożerała wszystko na swej drodze. Nie zdążył nawet postawić kroku w przód, bowiem w ułamku sekundy pochłonęła i jego.
Ocknął się w swojej jaskini, ze zmęczeniem uchylając powiek. Mary senne stawały się coraz bardziej realne. Burknął tylko pod nosem, po czym wsunął kufę pod jedną z łap, zamknął ślepia i po raz wtóry oddał się w nieprzyjazne objęcia snu.
__________________
E, takie se owakie. Nie wiem co mnie naszło.

wtorek, 10 czerwca 2014

"Może po drugiej stronie będzie lepiej?" [Jethra]

(Akcja dzieje się parę dni po ślubie. Nie wzbraniam wam żałoby, bo i tak zrobicie po swojemu. Z resztą, będę tu cały czas, a zależy mi na paru dobach, żeby to wszystko jakoś tak fabularnie sprasować i zamknąć ten przykry rozdział w życiu stada. Tekstu nie powinny czytać osoby wrażliwe, ponieważ ma charakter depresyjny. Zawiera też śladowe ilości ulicznego języka.)
___________
Przy truchle białego psa nie było już nikogo poza Trójłapą. Minęło parę dni, trudno by ktokolwiek tyle wysiedział przy zwłokach. Z resztą sam Nack zapewne chciałby, by życie płynęło dalej bez względu na jego odejście. Chciałby aby jego partnerka wychowała ich dzieci na wspaniałe psy, ułożyła sobie życie z kimś kto potrafiłby o nią należycie zadbać. Ale ona nie potrafiła, była zbyt kruchą istotą by się z tego otrząsnąć. Nie donosiła ciąży, dwójka młodych skonała przy jej sercu pod wpływem wstrząsu, jakiego doznała widząc wybranka żałośnie pogruchotanego, zlanego krwią, leżącego bezwiednie bez życia w poszyciu traw. Leżała przy nim, bok w bok, z kufą zanurzoną w jego gęstej sierści obrastającej niegdyś silny kark. Po srebrnym pysku wciąż płynęły strugi gorzkich łez, strumień jednak słabł z godziny na godzinę. Nie piła i nie jadła, nie było w niej dostatecznych zasobów płynu. Przestała drżeć jak osika na wietrze, żal nie szarpał już jej mięsni ani płuc. Teraz targał jej wyświechtaną duszą pożerając ją cal po calu, aż wreszcie nie zostało z niej nic. Tylko nędzne okruchy. Czuła się kompletnie pusta w środku, zdolna jedynie do tego by cierpieć i nienawidzić, by tęsknić i czekać na to, co nigdy nie nastąpi.
Była zawieszona w dziwnym stadium między "być" albo "nie być". W sensie biologicznym była jak najbardziej żywa - oddychała, biło jej serce, funkcjonował ośrodkowy układ nerwowy. Wszak duchem była nieobecna, dryfowała bezwiednie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, drapała brzuchy chmur. Ciało nie pozwalało jej odejść, była do niego uwiązana póki śmierć nie przyjdzie, by przytulić do ostrza swej kosy również i ją. Oczekiwanie było bolesne, każda kolejna minuta bez Niego była ciosem którego nie potrafiła odeprzeć, bluzgą przed którą nie potrfiła się ukryć, raną, której nie wyleczyłby nawet czas. On nie zasługiwał na tak podłe konanie, nie zasługiwał na samotność w ostatnich chwilach. Powinna być wtedy przy nim, trzymać łapę na jego łapie, potarzając mu że go kocha i że jest. Wiedziała, że wtedy koniec nie byłby tak straszny, wiedziała że go zawiodła. Kolejna salwa ciosów, które zadała sobie sama wycisnęła z niej ostatnie, krwawe łzy. Odium do samej siebie zatrzęsło nią w bezsilnej złości. Dlaczego nie mogła towarzyszyć wtedy ukochanemu, by było mu łatwiej pożegnać się z życiem i bliskimi. Dlaczego nie wspierała go wtedy, kiedy jej wsparcie było mu potrzebne bardziej, niż kiedykolwiek...
- Jesteś potworem. - podszepnęło okrutne sumienie - Może po drugiej stronie będzie lepiej?
Drgnęła. A więc to są myśli skłaniające do autodestrucji? Czy tak właśnie wyglądają monologi samobójców na parę chwil przed śmiercią? Zagryzła krótko szczęk. Ślepia pełne skruchy padły na kamienne oblicze Nacka. Zastygł z zacięciem wyrytym w spojrzeniu, zastygł w próbie walki. Zastygł próbując wrócić do rodziny. A ona? Ona leżała teraz obok użalając się nad sobą, pieprzona egoistka. Chciała znów poczuć jego obecność, wdychać jego ciepły oddech, upajać się jego rozkosznym głosem bezpieczna i wtulona w jego pierś.
- Jesteś mu coś winna, nie sądzisz? Oddał życie by Cię nakarmić.
- Co... powinnam zrobić? - zapytała swego kata. Zaczęła ulegać jego wpływom.
- Złóżyć swoje w jego mogile. - odparł niewidzialny oprawca.
Wstała na drżące łapy walcząc ze sobą. Tak, zdecydowanie była mu to winna. Jej nędzny i tak był zbyt marnym odkupieniem jego męk, o ile był nim w ogóle. Powinna krztusić się krwią jak on, powinna spłonąć za to w Piekle, powinna podzielić jego cierpienie. Jeżeli dzielili wespół radości i smutki...
- Powinnaś umrzeć.
Ruszyła więc na ołowianych łapach, niczym bezrozumna masa, gotowa podążyć za dalszymi instrukcjami swego plugawego sumienia. Ów podyktowało jej drogę do ich groty, by mogła poznęcać się nad sobą dotykając umysłem tego co było śladem ich wspólnej drogi. Ich posłanie, w którym żadne z nich nie odda się już w objęcia snu, lita skała po której nie będą stąpać już ich łapy. Ale nie po to tu przyszła. Wnęka w ścianie po lewej chowała cel jej krótkiej podróży. Liście lilii, które oboje zbierali i suszyli w razie beznadziejnych przypadków. Suszone liście lilii były doskonałym zabójcą, prowadziły do ślinotoku i newydolności nerek, a w efekcie do śmierci. Powinno się je podawać tym dla których nie ma już żadnej nadziei, tym których mękę należy skrócić. Czy dla niej była jakaś nadzieja?
- Nie ma dla Ciebie nadziei. Nie masz po co żyć. Nikt cię nie potrzebuje, jesteś tylko zbędnym balastem. Oddaj przysługę stadu i skończ ze sobą. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Te słowa nie bolały. Nic już nie czuła.
- Widzisz? Nawet Ty wiesz, że mam rację.
- Masz rację. - przytaknęła bezwiednie  - Jestem do niczego. 
Z tą myślą strąciła woreczek trucizny ze skalnej półki. Rozszargała go bezwzględnie, tak jak poroże rozorało ciało jej ukochanego. Nie myślała, gdy żuła zieleninę by szybciej wyzwolić zabójczą esencję. W przeciągu paru chwil zeżarła wszystko, pozostawiając jedynie skrawki opakowania. Pozostawiła je tam, by stanowiły puentę tego kiepskiego żartu. Los znów sobie z niej zadrwił, po raz kolejny odebrał jej coś cennego. Całe życie próbowała z nim walczyć, ale im zacieklej walczyła, tym przekonanie o przegranej stawało się silniejsze. Poddała się więc, a łapy niosły ją na spotkanie z wybrankiem, spotkanie które było tylko kwestią minut. Ekstrakt rośliny poraził ją częściowo w drodze. Pysk spienił się solidnie, kolejne kroki stały wyzwaniem. Położyła się przy wielkim, białym cielsku, opuszczała ją świadomość. Zdołała jeszcze wsunąć smukłą kufę pod jego łapę, by wiernie podzielić jego smutny los. Opuściła ze spokojem powieki.
- Teraz będzie nam dobrze... - niewyraźny szmer dobył się z jej gardła, a smoliste wargi ułożyły się w szczery uśmiech, by w nim zawrzeć ostatnie słowa. Wycieńczony organizm poległ bez walki.
Wyzionęła ducha.

Jethra.

Ostatnie pożegnanie. [Nack]

Polecam w tle: https://www.youtube.com/watch?v=80c_yR_E6jM

Uniósł kufę zerkając w dół na śpiącą Jethrę, jej lśniąca blaskiem księżyca sierść i smukłe ciało sprawiły, że husky poczuł niesamowite ciepło płynące wzdłuż całego śnieżnego brzucha. Smolistą kropką wieńczącą Jego pysk, pieszczotliwie zagarnął ucho ukochanej oblizując krańcem szpic jej siwego uszyska. Środek nocy, kolejna nieprzespana godzina sprawiła, że samiec postanowił udać się na nocną wędrówkę, może przy odrobinie szczęścia uda mu się upolować coś na śniadanie. Wstał i skierował swe kroki w stronę lasu trzymając przybity pysk blisko nagrzanej wiosennym słońcem ziemi. Myślał o tym, co było i o tym, co będzie, myśli wirowały w Jego łbie tworząc zawistne historie i gdyby niewyłapany trop pewnie jeszcze długo wędrował gdzieś myślami. Ze zdziwieniem przyczaił się obserwując w nocnej powłoce stado jeleniowatych spokojnie skubiących trawę mimo późnej pory. Zlustrował uważnie polanę widząc na horyzoncie przewodnika stada o obfitym porożu i dumnie wystawionym śródpiersiu. Plan był prosty miał wyłapać jedną sztukę gdzieś na obrzeżach stada. Zbliżył się do linii kryjących go krzewów i stawiając uważnie łapę za łapą nie spuszczał wzroku z alfy, który niczego nieświadomy patrolował drugą część stada kopytnych.  Wyobrażał już sobie cały plan, czuł zapach mięsa i krew płynącą w żyłach upatrzonej sarny, uchylił wargi ukazując szereg białych kłów i wtem poczuł jak coś z impetem wpada na niego podbijając go do góry i przygwożdżając do najbliższego drzewa. Uchylił powieki kompletnie zdezorientowany, gdy Jego oczom ukazał się drugi dorosły jeleniowaty. Wpatrywał się w swojego przeciwnika jak na obcego, który pojawił się w niewłaściwym miejscu. Nie przyszłoby mu do łba, że stadu przewodniczy więcej niż jeden osobnik. Ból zastąpił miejsce Jego zdziwienia, gdy husky zorientował się, że ma cały przeorany brzuch. W amoku złości i bólu rzucił się na przeciwnika i w szczęśliwym skoku uchwycił gardziel ubijając zwierzę na miejscu. Zapomniał jednak o pierwszym strażniku, który zbudzony rumorem przybiegł na miejsce zdarzenia próbując odgonić natręta.  Rogacz w obronie stada wyrzucił racice wysoko przed siebie a upadając zmiażdżył żebra huskiego nieco ogłuszonego pierwszym atakiem.  Nie mógł złapać oddechu, każdy kolejny przynosił nową większą falę bólu, poruszanie sprawiło mu trudność a świstające powietrze zatrzymywało się w miazdze, która kiedyś była Jego płucami. Odkaszlnął, ale zamiast haustu powietrza z pyska poleciała mu krew, cienkim strumieniem obmywała kąt Jego wargi by spłynąć po śnieżnym futrze. Padł jak długi obok cielska jelenia, którego przed chwilą powalił.  Stado rozpierzchło się i na polanie został on z truchłem, które miało być towarzyszem Jego mogiły. Przekręcił kufę by nie zadławić się własną krwią, które nieustannie wypływała definitywnie tamując możliwość swobodnego oddechu. Wiedział, że umiera.. że zostawi bliskich, że znajdą go nad ranem. Nie mógł wydać, żadnego pisku czy krzyku. Jęknięcia przypominały głuchy charkot. Był sam, spróbował walczyć, ale każdy ruch przekręcenia się tylko przyprawiał mu więcej bólu. Czuł, że odpływa, że mdleje a przecież jest taki młody. Umiera, tu i teraz, chociaż tyle ma do powiedzenia. Jego siostra urodziła, jest chrzestnym.. miał wrażenie, że ogląda siebie w odwróconym filmie.. jak on miał Nilay? Coraz mniej wspomnień a Volturi? Znalazła w końcu miłość. Nieświadomy uśmiech wypełz na Jego mordzie, Ravel i Sathana wzięli ślub, Jego rodzice, już im nie pogratuluję, nie szczeknie na ich zdrowie. A reszta? Co porabia? Kim jestem? Przymknął powieki wiedząc, że to koniec. Jethra.. ukochana niczego nieświadoma, znów ją zostawi jak kiedyś.. jak wtedy pierwszy raz, miał być Ojcem tak właśnie. Może gdyby uniósł wyżej łeb, jest medykiem  da radę. Ruszył łapami bezwładnie, szukając na próżno podparcia. Tak bardzo ją kocha, tęskni. Otworzył ślepia i wpatrując się w ciemną przestrzeń wydał ostatnie tchnienie na terenie Jego jedynego stada. Wiatr smagnął Jego sterczące ucho by unieść się wysoko i zabrać ze sobą wspomnienie Jego duszy.
Tak zakończył swój żywot pies, którego znacie bliżej jako Nack.

(wydarzenie miało miejsce po ślubie, żeby nie było żadnej żałoby Ravel!)




Happy moments do not count, and then complain that happiness is short-lived.-Historia Lucky'go Marley'a [Lucky]

Aza

Był Nowy Rok. Na niebie było widać nie tylko gwiazdy, ale i kolorowe petardy. Ludzie świętowali w swych domach Nowy Rok pijąc szampana i składając życzenia. Niegdyś w Parku Białowieskim mieszkała czarnej maści labradorka imieniem Aza. Choć była bezdomna, porzucona to dzisiejszego dnia była szczęśliwa. Właśnie na świat
wydała piątkę ślicznych i zdrowych szczeniąt w przytulnej norze. Trzy czarne samczyki, jedną biszkoptową samiczkę oraz biszkoptowego samczyka. Czwórka szczeniąt grzeczna, niczym aniołki, lecz jeden biszkoptowy samczyk był łobuzem jakich mało! Wciąż denerwował swoją siostrę ciągnąc ją za ucho, wspinał się na swoje rodzeństwo, zabierał im mleko. Chociaż biszkoptowy nie należał do tych "grzecznych" to i tak Aza kochała go całym swoim sercem, podobnie jak jego braci i siostrę.







Herkules,Biszkoptowy,Hektor,Roki i Rufus.
Minęły cztery tygodnie. Szczenięta Azy zaczęły już chodzić, mówić i bawić się. Ich mama nadała im imiona. Jeden czarny samiec zwał się Herkules, ponieważ był bardzo silny i przeważnie to on wygrywał w walkach, drugi ciemny samczyk zwał się Rufus, nazywamy czasem Rufi'm, a trzeci czarny samiec  nazywał się Hektor. Kremowa samiczka zwała się Roki. Samczyk o biszkoptowej maści nie posiadał imienia. Choć jego mama myślała nad jego godnością dużo dni, nic nie wymyśliła. Postanowiła że poczeka trochę czasu, a może imię samo jakoś się wymyśli. Na razie będzie wołać na niego Biszkoptowy. Pewnego razu Aza wyszła na polowanie,jak co dzień, a szczenięta zostawiła w norze. Roki odpoczywała z boku nory, Herkules siłował się z bratem Hektorem, a Hektor oglądał ich zabawy. Biszkoptowy siedział ze zwieszoną głową gdzieś z boku. Był strasznie przygnębiony, ponieważ jego bracia go odtrącali z powodu tego iż nie miał imienia oraz nie był czarny jak oni. Jedynie kto dla niego miły to mama i siostra. Z nimi czuł się bezpiecznie i chciany. Dlaczegóż to teraz się nie bawił z siostrą? Nie chciał ciągle przebywać z dziewczynami. Wolałby teraz coś porobić z braćmi. Westchnął i zwinął się w mały kłębek. Oglądał zabawy braci i coraz bardziej pragnął tak się z nimi bawić. Zaskomlał i spojrzał na siostrę. Ona także przyglądała się wygłupom braci. Biszkoptowy wstał i powlókł się do siostry. Usiadł przed nią i położył łapę na jej ramieniu.
-Co tam?-powiedział do Roki.
-Ano dobrze...-Podniosła łeb i spojrzała w oczy brata-Smutny jesteś. Może chcesz się pobawić?
-Em... Nie dzięki.-Popatrzył na braci-Ja chcę z nimi i zaraz pójdę im to powiedzieć.
-Możesz spróbować, ale i tak Cię wygonią.-Wzruszyła ramionami i ułożyła się wygodnie na grzbiecie.
Biszkoptowy przewrócił jedynie oczami i podszedł do braci. Oni zaś przestali się bawić i skupili się na biszkoptowym. Nie miał zielonego pojęcia co powiedzieć. Nic się nie odzywał tylko patrzył raz to na Hektora, a raz na Rufusa i na Herkulesa.
-Czego ty od nas chcesz?-Warknął Hektor.
-No ja...Em...-Jąkał.
-Spadaj!-Syknął Rufus.
Biszkoptowy od razu podkulił ogon pod siebie. Cicho zaskomlał i już chciał się odwrócić oraz odejść gdy to nagle przemówił Herkules.
-Ej! Jak tam ty....Biszkoptowy! Zaczekaj,zaczekaj....-Uśmiechnął się tajemniczo.-Jeżeli chce się z nami bawić to dajmy mu szansę.
Czarni spojrzeli na brata jak wryci. Przecież to on odganiał go jako pierwszy, a teraz chce pozwolić mu się z nimi bawić? " Coś tu nie gra " Pomyślał Rufi, a jego wzrok przerzucił się na Biszkoptowego. Biszkoptowe szczenię od razu wzięło swój ogon do góry i zaczęło lekko nim merdać.
-To....Mogę się z Wami bawić?-Uśmiechnął się szeroko.
Jego siostra patrzała na tą scenkę z otwartą buzią. Nie wierzyła że bracia pozwolą Biszkoptowemu się z nim bawić! Nic nie mówiła, wciąż się im przyglądała.
-Nie,nie tak prędko bracie! Pierw musisz zrobić test na odwagę i siłę.-Zaśmiał się złowrogo.
Roki w tym momencie szybko wstała i podeszła do braci.
-Nie musi tego robić!-Warknęła do czarnych-Wiesz o tym, co nie?-Kątem oka spojrzała na jasnego brata.
-Zrobisz co Ci kazała siostra?-Zaśmiał się kpiąco Rufi-To takie urocze.
-Wcale że nie!-Warknął Biszkoptowy-Zrobię to i tyle!
Czarni bracia zaczęli śmiać się. Jasna labradorka spojrzała na brata wzrokiem jakby chciała powiedzieć " Nie rób tego...Zawsze możesz się wycofać... "

C.D.N

__________________________________________________________________________________________

OMG! Jakie debilne opko -.- . Zezwalam na hejtowanie,śmianie się itp.  Mam nadzieje że opowiadanie podobało się chociaż trochę xd 



In the End. cz. I [Ravel]

Saragossa, rok 1998

Rodzinne miasto rodziny Curtis. Tutaj wychowywałem się wraz z moim rodzeństwem: Siostrą Ann i bratem o imieniu Tom. Moi rodzice pracowali w branży gastronomicznej i mieli własną restaurację. Do późna siedzieli w pracy, nie mieli zbytnio nam czasu. Byłem najstarszy ze swojego rodzeństwa, bowiem miałem wtedy 5 lat, a Ann i Tom byli bliźniakami i mieli niecałe 2 lata. Często przebywali u Nas dziadkowie, którzy opiekowali się Nami. Nie miałem za złe rodzicom, ale wtedy było mi smutno, że tylko w soboty i niedziele mieli więcej czasu dla Nas. Mieszkaliśmy w wielkim domu z dwoma piętrami i strychem. Może i nie mieliśmy najbogatszego domu w mieście, ale też nie byliśmy najbiedniejsi. Rodzice czasami zatrudniali opiekunkę, szczególnie do bliźniaków, kiedy babcia odprowadzała mnie do przedszkola. Dziadek był troszkę chory i nie mógł za bardzo chodzić, ani podnosić ciężkich rzeczy, a o schylaniu się to już nie wspomnę. Cały czas ktoś musiał przy Nim być i przeważnie to była babcia, kiedy opiekunka zajmowała się moim rodzeństwem. Będąc w przedszkolu poznałem tam mojego przyjaciela Cheese i przyjaciółkę Liv. Z nimi zawsze dogadywałem się, nawet niegdyś dokuczaliśmy wraz z Serkiem(Tak na niego mówiliśmy) dla Liv. Mimo tych kłótni zawsze trzymaliśmy się razem. Cheese i Liv mieszkali nieco dalej od mojego domu, jednak nie tak daleko, by nie można było jeździć do nich lub też spotkać się. Oczywiście pod opieką opiekunki, bo przecież wtedy mieliśmy po 5 lat. Dzieciństwa za dobrego to ja nie miałem, bowiem co to za dzieciństwo, gdzie rodzice w ogóle nie mają praktycznie dla Ciebie czasu, a dziadkowie byli nieco schorowani. Nie to, że ja nie lubiłem spędzać z dziadkami czasu, tylko chciałem też czasami z rodzicami pobyć czy gdzieś pójść, co zdarzało się bardzo rzadko.
Któregoś dnia, bodajże to było w sobotę, kiedy rodzice mieli wolne, mieliśmy wspólnie wybrać się do zoo. Bardzo byłem zadowolony z tego powodu, ponieważ uwielbiałem dzikie zwierzęta, a tam było ich mnóstwo. Również mały Tom czy też Ann cieszyli się, kiedy to siedzieli w wózeczkach i spoglądali na wielkie klatki. Dzień zaliczyłem do tych udanych. Wróciliśmy do domu wszyscy zadowoleni. Mama zrobiła nasz ulubiony obiad, bo nieco zgłodnieliśmy tym chodzeniem po zoo. Nagle do mamy zadzwonił telefon. To była ciotka, która zaprosiła rodziców do siebie. Mama oczywiście zgodziła się i zaraz pojechała po dziadków, bo opiekunka dzisiaj nie mogła przyjść. Byłem bardzo wkurzony, ale co ja taki 5-letni dzieciak mogłem. Musiałem siedzieć w domu z dziadkami i rodzeństwem, nawet nie mogłem pojechać do Serka. Na dodatek pogoda zepsuła się i zaczął padać deszcz. Było już bardzo późno, Tom i Ann już dawno spali, nawet dziadek przysnął na kanapie, a ja dalej nie mogłem zasnąć. Czekałem na rodziców, jednak ich nadal nie ujrzałem. Poszedłem do babci pytając gdzie są rodzice, babcia powiedziała tylko, że na pewno już wracają. Nagle w telewizji pojawiły się wiadomości o nagłym śmiertelnym wypadku samochodowym. Babcia próbowała dodzwonić się do rodziców, jednak oni nie odbierali. Byłem już tak senny, że o mało co nie zasnąłem, jednak cały czas myślałem o rodzicach. Babcia przeczytała mi bajkę na dobranoc i zasnąłem.
Obudziłem się kolejnego dnia bardzo wcześnie. Od razu zbiegłem na dół po schodach sprawdzić czy rodzice są, w sumie to byłem pewny, że wrócili w nocy, gdy wszyscy spaliśmy. Nie było rodziców, a przecież była niedziela, oni zawsze są w domu o tej porze! Babcia i dziadek byli bardzo smutni, a ja ciągle zastanawiałem się gdzie są rodzice.
-Babciu, gdzie jest mama i tata? –Spytałem.
Babcia spojrzała na mnie smutnymi oczami.
-Ravel, teraz wszystko się zmieni. Rodzice… -Nie dokończyła, widziałem że napłynęły jej łzy do oczu.
-Powiedz mu, nie możemy tego ukrywać. -Wtem odezwał się dziadek pocieszając babcię.
-Wnusiu… rodzice nie żyją. Zginęli w tym wypadku, nie dało się ich uratować. –Powiedziała wycierając chusteczką oczy.
-Ale… jak to. -Od razu pobiegłem do swojego pokoju płacząc.
Mijały dni, tygodnie, a ja nadal nie mogłem pozbierać się po tym, jak dowiedziałem się, że rodzice nie żyją. Bliźniaki do tej pory nie wiedziały co się dzieje z rodzicami i chyba za szybko nie dowiedzą się. Przecież mieli 2 lata, nie zrozumieliby tej całej sytuacji. Może kiedyś im powiem.
Parę dni później był pogrzeb rodziców, na który nie poszedłem. Zostaliśmy oczywiście z opiekunką, a babcia z dziadkiem poszli na pogrzeb. Dziadkowie przeprowadzili się do Nas i cały majątek rodziców został przypisany im. Teraz wszystko się zmieni to będzie początek nowej historii…

C.D.N.

Serku, dodałem Ciebie do tego opka, mam nadzieję, że nie pogniewasz się 8D W planach mam również wprowadzić inne osoby z SPS tutaj, także nie martwcie się. Mile widziane komentarze.