niedziela, 11 maja 2014

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie cz. VIII. [Lena]

-O co chodzi? -Spytałam zaciekawiona.
Zastanawiałam się, co się stało, że brat chce ze mną porozmawiać i co najlepsze o czym. Usiadłam na krześle obok czekając na odpowiedź.
-Bo ja... -Nie dokończył tego co miał powiedzieć, tylko szybko odwrócił wzrok milcząc.
-Fabian! O czym chcesz ze mną porozmawiać, śmiało mów. -Powiedziałam nieco wyraźniej.
-Potrzebuję komuś wygadać się. -Powiedział obojętnie wzruszając ramionami.
Czułam, że coś stało się, ale przecież jestem jego siostrą i owszem interesuje mnie co u mojego brata dzieje się i mimo tych kłótni z nim naprawdę chciałam mu pomóc, tylko nie wiedziałam o co chodzi.
-Słuchaj, tylko nie mów matce, okej? -Spojrzał na mnie.
-Dobra, mów. -Zaczęłam niecierpliwić się, bowiem to musiało być coś poważnego, skoro miałam go kryć przed mamą.
-Dobra, więc o chodzi o to, że przez tą dziewczynę, która mnie zostawiła. Pamiętasz tą sytuację, co biłem się z typem? Właśnie to było o tą dziewczynę, na której mi cholernie zależy. Zerwała ze mną by być z nim, a ja nie potrafię sobie poradzić i ciągle piję i opuszczam lekcje. Matka nie może się o tym dowiedzieć, bo mnie zabije. Siostra, mogę na Ciebie liczyć co nie? -Zamilkł czekając na moją odpowiedź.
Miałam go kryć? Przecież i tak mama dowie się, że on nie chodzi do szkoły, chociażby od dyrektorki, więc nie uda mu się tego ukryć. Nie wiem co mam o tym myśleć, a muszę wybić mu to z głowy. Poza tym dalej jestem zła na brata za tą akcję w szkole przy Martin'ie.
-Słuchaj, nie wiem jak to zrobisz, ale masz skończyć z tym piciem i wagarowaniem, rozumiesz? W zamian nie powiem o niczym mamie, ale musisz przestać. Obiecaj mi to. -Powiedziałam marszcząc brwi ze złości.
-Niech Ci będzie, obiecuję. -Wstał i poszedł na dwór trzaskając drzwiami.
Wieczór nie należał do tych najlepszych, bowiem nie dość, że dowiedziałam się iż Andre zdradza Sarę, to Sara mi nie wierzy. Dlaczego? , przecież byłam szczera, a nie chcę by cierpiała przez takiego chłopaka, który nie jest jej wart. Poza tym ta cała Mery już od jakiegoś czasu kręci się przy Martinie, co mnie to bardzo wkurza. Nawet nie wiem, kim ona jest dla Niego i czy coś ich łączy. Na dodatek muszę ogarnąć Fabian'a, bo będzie źle jak rodzice dowiedzą się, co on wyprawia. Myślałam, że dostał nauczkę po ostatniej bójce, jednak ten dalej swoje. Martwię się o Niego, bo w końcu to mój brat, jednak wiem, że Jego obietnica była nieprawdziwa, a przynajmniej widziałam to po Jego minie.
Rano idąc do szkoły spotkałam Sarę, lecz kiedy chciałam przywitać się z nią, ta podchodziła do samochodu w którym był Andre. Świetnie, nie dość, że obraziła się na mnie za to, że chciałam jej powiedzieć całą prawdę to jeszcze nie odzywa się do mnie dalej będąc z tym kłamcą. Cóż, może kiedyś przejrzy na oczy i przyzna mi rację, jednak teraz starałam się nie myśleć o kłopotach.
Weszłam do szkoły i od razu rzuciły się na mnie Katia, Sylvia i Allexandra. Martina nie widziałam, jednak miałam nadzieję, że zjawi się zaraz.
-Umiecie na sprawdzian? -Spytała Allexandra
-To jakiś sprawdzian dzisiaj jest, z czego? -Katia spojrzała wpierw na mnie, a potem na dziewczyny.
-Z matmy z algebry. -Powiedziała.
Szczerze mówiąc sama zapomniałam o tym sprawdzianie, nawet nie przygotowałam się. Za dużo tych spraw na głowie i za dużo problemów. Poza tym nie miałabym głowy żeby uczyć się.
-A Martin gdzie? -Wtem odezwała się Sylvia.
Kocham tą jej ciekawość, przynajmniej dowiem się gdzie jest Martin, bo sama nie miałabym odwagi by spytać wprost, gdyż to byłoby trochę dziwne.
-Poszedł z Mery na zakupy i odprowadzić ją. -Allexandra była na tyle tajemnicza, że nawet nie powiedziała, gdzie i po co Martin poszedł odprowadzić Mery.
Zadzwonił dzwonek na lekcje, pierwsza matma i sprawdzian na który nic nie umiałam i podejrzewam, że połowa klasy też nie umiała. Nauczycielka pomimo tylu próśb o przełożenie i tak zrobiła go. Nie mogłam skupić się na sprawdzianie, ciągle myślałam o Martin'ie, bowiem za wszelką cenę chciałam wiedzieć czy coś go łączy z Mery. Gdyby Sara odzywała się do mnie to byśmy go trochę pośledziły, ale tak to nie ma szans. Nie poproszę przecież Katii, ani Sylvii o to, bo uznałyby, że jestem jakaś nienormalna by szpiegować chłopaka. Po szkole jak zwykle wracałam z Katią.
-No i wtedy on tą dziewczynę poprosił o rękę na środku chodnika, przy wszystkich ludziach! To takie romantyczne! Też bym tak chciała. - Katia zachwycała się jakąś parą, którą widziała.
Szczerze powiedziawszy, nie chciało mi się słuchać, więc nie odzywałam się. Nie miałam humoru, ciągle myślałam o Nim.
-Halo! Ziemia do Kate! - Wtem odezwała się szturchając mnie.
-Co? -Powiedziałam dość obojętnie.
-Co jest z Tobą? Dzisiaj w szkole mało odzywałaś się, a teraz milczysz. -Powiedziała z lekkim oburzeniem.
-Nie, po prostu mam zły dzień i jeszcze ten sprawdzian z matmy. -Uśmiechnęłam się sztucznie.
Skłamałam jej, ale co innego miałam zrobić? Powiedzieć jej, że mój brat ćpa, moja przyjaciółka Sara nie chce mi uwierzyć, a Martin chyba jest z Mery? Nie, nie chciałam o tym myśleć, szczególnie teraz gdy byłam niedaleko swojego domu. Przechodząc obok ogródka zauważyłam brata, który podlewał kwiaty. Zdziwiłam się, gdyż on niespecjalnie lubił robić coś w domu, a tu proszę, miła niespodzianka. Podeszłam do Niego siadając na ławce.
-Cześć, co się stało? -Zapytałam go patrząc jak podlewa.
-Siema, jak to co? Podlewam. -Zaśmiał się.
Miło było widzieć, że dla Fabian pomaga rodzicom, a jeszcze jak się z tego cieszył. Nie wiem co mu się stało, że tak nagle jest zadowolony, ale dowiem się, wszystko w swoim czasie.
-Fabian... to niecodzienne zjawisko. Powiesz o co chodzi? -Zerknęłam na Niego.
Spojrzał tylko na mnie nic nie mówiąc. Jego wzrok był nieco dziwny, lecz widziałam w Jego spojrzeniu, że jest szczęśliwy. Tylko dlaczego? Nie chciałam być w sumie nachalna, więc postanowiłam już nie męczyć go.
-Chyba masz gościa, Kate. -Powiedział do mnie wskazując ręką na płot, za którym stał Martin.
Z początku myślałam, że sobie żartuje i chciałam już w brata rzucić małym kamyczkiem, jednak wolałam upewnić się czy aby nie mówił prawdy. Ku zdziwieniu mówił prawdę. Wstałam i wyszłam z ogródka podchodząc bliżej Martina.
-Hej. Co tu robisz? Dawno Cię nie widziałam. -Uśmiechnęłam się lekko tym samym zawstydzając się.
-Witaj. Wracam z lotniska i tak sobie szedłem w stronę domu. Miło Cię widzieć. -Odwzajemnił uśmiech.
Już chciałam go spytać, gdzie jest Mery, jednak w ostatniej chwili powstrzymałam się. Do tej pory nie wiem kim jest ta cała Mery. Są dwie opcje: Albo kuzynka albo koleżanka czy coś więcej. W dalszym ciągu nie wiem, a Allexandra na pewno nie powie.
-Może przejdziemy się gdzieś? -Zapytał Martin.
-Z chęcią. -Odpowiedziałam i zaczęłam iść obok Niego.
Niedaleko mojego domu był park, w którym można było spokojnie usiąść i porozmawiać. Wyjątkowo dzisiaj była ładna pogoda, chociaż zapowiadało się na coś innego. Po drodze rozmawialiśmy, opowiadałam dla Martin'a o tym co się działo w szkole i trochę o Sarze. On zaś nie mówił nic o Mery, tak jakby coś ukrywał. Myślałam, że sam zacznie rozmawiać na ten temat, jednak unikał tego tematu. Miałam coraz większe obawy, że może coś Jego i tą całą Mery łączyć. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy usiąść.
-Wiesz, cieszę się, że Cię widzę i mogę z Tobą porozmawiać w końcu tak dłużej, bo zawsze to czasu nie było. -Odezwał się Martin patrząc na mnie.
Poczułam jak serce mi mocno bije. Na początku nie odezwałam się, bo nie wiedziałam co mam powiedzieć. Spojrzałam w Jego oczy i znów ujrzałam szczęście w Jego oczach, tak jak dziś u Fabiana. Co jest? Każdy ma szczęśliwy dzień, czy co? Tylko ja nie miałam dobrego humoru i byłam nieco zdołowana. Nie chciałam tego zbytnio okazywać, więc uśmiechnęłam się lekko mówiąc.
-Ja również. -Odpowiedziałam szybko i krótko.
Nie wiem czemu, ale od dłuższego czasu z nikim tak dobrze nie rozmawiało mi się. Martin był jedyną osobą, zaraz po Sarze, dla której mogłabym powiedzieć wszystko. Tyle, że Sarę znam od parunastu lat, a Martina od paru miesięcy.
-Wiesz, że...
Martin nie zdążył dokończyć gdyż zaczął dzwonić do mnie telefon. To była Sara, musiałam odebrać.
-Halo?
-Kate przyjdź do mnie, natychmiast. -Rozłączyła się.
Jedno było pewne. Coś się stało i to bardzo poważnego, gdyż przez telefon wyraźnie słyszałam. Byłam trochę wściekła, gdyż musiałam pożegnać się z Martine'm.
-Przepraszam, ale muszę już iść. Sara prosiła bym przyszła. -Powiedziałam wstając z ławki.
-Coś się stało? Rozumiem. -Powiedział patrząc na mnie.
-Najwidoczniej tak, jednak sama nie wiem. Pa. -Poszłam w stronę domu.
Martin odprowadził mnie wzrokiem i chyba poszedł w swoją stronę, nie wiem, nie rozglądałam się. W końcu doszłam do domu Sary, zapukałam do jej drzwi. Otworzyła jej mama.
-Dzień dobry! Czy zastałam Sarę? -Spytałam.
-Jak dobrze, że przyszłaś, wejdź Kate. -Otworzyła drzwi zapraszając mnie do środka.
Od razu poszłam do pokoju Sary, gdy weszłam widziałam ją całą zapłakaną. Coś się musiało stać, tylko co?

Ciąg dalszy nastąpi:
-Co stało się Sarze?
-Dlaczego Martin nie pojawia się w szkole?
-Kogo spotka Kate?

W skrócie dla tych co nie wiedzą o co chodzi w opowiadaniach:
Kate mieszka w miasteczku w jednorodzinnym domu z mamą, tatą i bratem Fabianem. Chodzi do 1kl liceum, gdzie poznaje swoich znajomych z klasy: Katię, Sylvię, Martin'a i Allexandrę. Od razu wpada jej w oko Martin, ciemnobrązowy chłopak o niebieskich oczach. Będąc na imprezie u Sylvii Kate przytuliła Martina, lecz kilka dni później widzi go z niejaką Mery, której nie trawi. Kate mówi swojej młodszej o rok przyjaciółce Sarze o zauroczeniu do Martina i o Mery, którą poznała w sklepie gdy była z Sylvią i Katią. Sara poznaje Andre, który od jakiegoś czasu jest jej chłopakiem. Tego samego dnia kiedy Kate poznaje chłopaka przyjaciółki z którą miała iść na szkolną imprezę spotyka tam Martina, zupełnie samego. Dochodzi do rozmowy, lecz niestety przerywają tą rozmowę krzyki dobiegające z korytarza. Kate zauważa tam swojego młodszego brata Fabiana, który zaczął bić się z chłopakiem, uczący się w liceum. Szybko odciąga brata i wyprowadza go ze szkoły, towarzyszyjej przy tym Martin. Martin proponuje swoją pomoc, lecz Kate odrzuca ją i natychmiast idzie do domu z nieznośnym bratem. Nazajutrz Fabian staje się coraz bardziej agresywniejszy, nawet w stronę mamy, która próbowała z nim porozmawiać, gdyż o niczym nie wiedziała, jednak Kate uspokaja ją mówiąc, że ten dostał złą ocenę w szkole. Kate idzie przejść się do parku z Sylvią, gdy nagle zauważa Andre- chłopaka Sary z inną dziewczyną. Od razu idzie powiedzieć o tym przyjaciółce, lecz ta nie wierzy w podejrzenia Kate. Zmartwiona Kate wybiera się więc na samotny spacer aż dochodzi do miasta, gdzie zauważa Mery siedzącą u fryzjera, Martin jej towarzyszy. Zauważając Kate chłopak szybko wybiega i rozmawia z przygnębioną Kate. Fabian mówi Kate, że wpadł w złe towarzystwo. W szkole znów nie ma Martin'a, jednak Kate dowiaduje się przypadkiem od Allexandry iż ten poszedł na lotnisko. Kate wracając do domu, zauważa uśmiechniętego Fabiana podlewającego kwiaty w ogrodzie. Dziewczyna postanawia z Nim porozmawiać, jednak niczego konkretnego nie dowiaduje się. W zamian zauważa Martina , który stoi za płotem. Kate od razu podeszła do Niego i oboje poszli na spacer. Z niewiadomych przyczyn do Kate dzwoni Sara, która prosi by ta do niej przyszła. Kate żegna się z Martinem i idzie do przyjaciółki.

[Przepraszam, że tak długo pisałam te opowiadanie, chyba z dobre 3 miesiące x_x Nie miałam wcześniej weny, jednak teraz postaram się pisać nieco częściej. Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta część i niedługo pojawi się na pewno nowa. Jeżeli ktoś nie czytał poprzednich części a jest ciekaw jak to było wcześniej, to zapraszam na Pamiętnik - tam są moje opowiadania. ;3 Czekam na Wasze komentarze :3 ]

He who fights with mon­sters should look to it that he him­self does not be­come a mon­ster. When you ga­ze long in­to the abyss, the abyss al­so ga­zes in­to you. -zadanie na Delthę [Chaps]

Samiec obudził się wczesnym rankiem.  Wyspany, szybko  wyszedł ze swojej jaskini. Zaciągnął świeże powietrze do nozdrzy i wypuścił powoli przez pysk. Rozciągnął się i poszedł przed siebie. Dzień na Stadach Psich Serc był bardzo piękny-niebo było błękitne,bezchmurne,niczym spokojne morze bez najmniejszych fal, ptaki spokojnie latały nad Terenami Stada śpiewając różne melodie. Szedł w stronę Jeziora Dusz aby ugasić pragnienie. Pochylił łeb ku wodzie i wyją jeżyk. Dotknął nim wodę i zaczął powoli pić. Skończył po paru sekundach. Skierował się do lasku aby upolować sobie małą sarnę. Gdy znalazł się w zagajniku przyłożył nos do ziemi i zaczął tropić. Chodząc tak rozmyślał o stanowisku Delthy. 
Ważne jest to Stanowisko i wie że nie będzie łatwo go zdobyć. Wie też że ten zaszczyt wiąże się również  z obowiązkami. Aktywność i porządkowanie Stada to jego główne obowiązki, a jest ich o wiele więcej. Nie będzie też posługiwać się imieniem " Samiec Deltha " dla przechwałek bo by nie zasługiwał wtedy na ten zaszczyt. Wiedzial jednak że się poświęci i będzie dbał o SPS.
Nagle poczuł dziwny zapach. Nie to niedźwiedź,żubr,lis czy sarna. Może wilk? Nie ma ich na Terenach Stada, lecz nigdy nic nie wiadomo. Poszedł za ów wonią. Dotarł. Skrył się za drzewem. Wychylił powoli łeb aby zobaczyć co jest stworzenie które tak pachnie. Jednak wilk.... Pies warknął cicho pod nosem. Lorens to nie mógł być, ponieważ Lorens jest czarny, a ów stworzenie było kremowo-siwe. Wielkie,czarne oczy kremowego na coś patrzały. Był bardzo na tym skupiony. Polował. Chaps przyjrzał się dokładniej celowi psowatego. Toż to Alia,Tyler,Teinsay i Sherre bawili się razem, a wilczysko polowało na nich! Wilczak Czechosłowacki przyległ do ziemi. Bezszelestnie podszedł do krzaka który rósł obok bawiących się szczeniąt. Wskoczył w niego.
Chaps-Alia! Psst! Alia tu,tu!-szeptał-Siostra!
Mówił wciąż do niej, lecz na marne. Zbyt zajęta zabawą. Pies westchnął i złowrogim spojrzeniem przerzucił swój wzrok na polującego. Kremowo-siwy,może i brązowo-siwy, niezbyt wysoki wilk. Sierść krótka, pysk normalny. Umięśnienie? Ech...Zwykłe. Może i nawet mniejsze niż u innych wilków. Nagle nastąpił skok wilka.
Chaps-Teinsay! NIE!-Wyskoczył z ukrycia.
Kremowo-szary chciał naskoczyć na młodego Owczarka Niemieckiego. Teinsay zesztywniał ze strachu, jednakże Chaps wypchnął napastnika na bok i poleciał razem z nim. Przewalili się. Wilczak leżał na wilku, a wilk na ziemi. Gdy tylko wilczysko otworzyło oczyska i zobaczyło leżącego na nim psa zaczął się szarpać i wypychać Chaps'a. Drapieżnik był zadziwiająco silny, czego samiec się nie spodziewał. Paroma pchnięciami zwalił go z siebie i odbiegł tak jakby się
paliło.


(Wilk o którym jest mowa. )

Dlaczego Chaps nie pobiegł za nim? Zależało mu bardziej o zdrowie szczeniąt. Odwrócił swój łeb. No i świetnie,nie ma ich. Zły samiec podszedł do miejsca gdzie prędzej się bawiły. Przyłożył nos do ziemi. Powąchał ziemię. Wyczuł woń szczeniąt.
Chaps-Rozproszone uciekły we wszystkie strony-Warknął cicho.-Teraz muszę je szybko znaleźć. Byłoby źle gdyby wilk znalazł je szybciej-powiedział sam do siebie.
Poszedł w głąb lasu wciąż mając nos przy ziemi. Okropnie się martwił o dzieciaki, a najbardziej o swoją siostrę. Dlaczegóż nie idzie zobaczyć czy nie ma ich w swoich domach? A jeśli ich nie byłoby to jakby na to zareagowali? Byli by oni zaniepokojeni, bali by się i smucili ze mogą stracić pociechy, więc teraz najlepiej poszukać w lesie. Później w ich domach. Nagle....krzyk..krzyk dziecięcy....krzyk Ali! Wilczak od razu nastroszył uszy i pobiegł za ów dźwiękiem. Gdy dobiegł stanął. Wstrętne wilczysko zbliżało się powoli do młodej z szyderczym uśmiechem. A ta? Kuliła, szła powoli tyłem i zrobiła szczenięcą minę aby wilk odpuścił sobie. Jednak on szedł dalej. Już chciał skoczyć gdy Chaps naskoczył na jego grzbiet. Wbił kły w szyję. Miał już przegryźć tętnicę szyjną gdy jednak psowaty zrobił skok i zwalił z siebie psa. Samiec wylądował na plecach. Zamknął oczy, pogrążając się w przymusowy sen. Nic dziwnego jak walnął łbem o kamień. Drapieżnik nie tracił ani chwili. Naskoczył na Chaps'a i ugryzł go w klatkę piersiową. W tym momencie brązowy obudził się. Pisnął, lecz później warknął. Szarpał się we wszystkie strony. Nie mógł się wydostać z kłów kuzyna.
Chaps-Ali....Pomoc-jęknął,lecz chyba do wiatru bo małej nie było.
Pisnął przeraźliwie. Szaro-kremowy zmierzał do serca psa aby je przegryźć. Być może mu się uda bo ma bardzo długie kły. Pies nagle wpadł na pomoc. Tylko musiał zrobić to szybko i użyć na to całą swoją siłę. Serce mu waliło głośno i oddychał. Szybko i mocno pchnął się na lewy bok. Wilczysko puściło klatkę piersiową gdy Chaps leżał na nim.
Chaps-I co? Myślisz że tak łatwo się poddam?! Będę walczyć do utraty tchu i jeszcze dłużej!-po tych słowach znużył swe kły w szyję.
Poszarpał szyję chwilkę i puścił. Intruz dyszał i pocił się cały.
Chaps-No co, pieseczku? Zmęczony?!-przycisnął swoją łapę do jego gardła i zaczął dusić.
Nie lubił nigdy znęcać się nad swoją ofiarą przed śmiercią, ale tego osobnika musiał choć nie wiedział czemu. Po chwili wziął łapę do góry.
Chaps- Dusiło? A będzie to boleć?!- Ugryzł go w przednią łapę i pociągnął w prawy bok.
Łapa trochę się rozerwała na pół. Wilk pisnął na cały las.
Chaps-Bolało? Bardzo?-warknął-Może oduczy Cię to złych zachowań.-puścił kończynę.
Wilczysko spojrzało się na psa. Warknęło i ugryzło go w szyję. Pociągnęło energicznie do siebie. Szyja rozerwała się i było widać cieknącą krew. Na szczęście tętnica została nienaruszona. Chaps pisnął i zeskoczył z psowatego. Chciał oblizać ranę, lecz nie mógł, nie dosięgał. Sapał, wciąż patrząc na ranę. Krew lała się wciąż, jakby woda z wodospadu. Drapieżnik jednym susem skoczył na grzbiet psa. Wbił kły w grzbiet koło ogona. Zaczął je szarpać, ciągnąć, byleby sprawić psu tyle bólu co on zadał mu. Chaps piszczał skomlał, chciał go zwalić z siebie, lecz nie dawał się. Upadł. Zamknął oczy. Umrzeć nie chciał. Nie podda się. Wilk spadł wraz z nim. Wylądował obok nieprzytomnego. Usiadł wygodnie przed samcem. Wytrzeszczył swe kły i oblizał zranioną łapę. Myślał że to koniec. Że wygrał. Podniósł łeb ku górze i zawył.



Słychać było wycie na Polanie SPS. Lena zebrała paru wojowników SPS aby ruszyli poszukać ów stworzenia i go zabić. Ruszyli, więc. Chaps wciąż leżał, lecz powoli odzyskiwał przytomność. Zaczął słyszeć wycie wilka, choć nie tak głośno jak powinien oraz śpiewające ptaki. Oczy otwierał powoli, wciąż widząc wszystko przez mgłę. Czuł już parę zapachów, lecz mało. Po paru minutach jednak wszystko wróciło do normy. Słuch,węch oraz wzrok. Czekał aż wilczysko się odwróci to wtedy go zaatakuje. Po parunastu minutach, leżenia psowate obróciło się aby wejść w głąb lasku. Jednak samiec wstał energicznie i naskoczył na wilka. Użarł go w grzbiet, przy szyi. Pociągnął w swoją stronę. Wyrwał futro i trochę mięsa. Szybko wypluł to i ugryzł zwierzę w kark. Szarpał we wszystkie strony. Rozrywał go na kilka kawałków po czym wypluwał je.  Rany go bolały nadal niemiłosiernie, lecz nie mógł dać mu wygrać. Nie pozwoli by ten wilk wygrał z nim i przychodził polować tu na szczenięta. Nie...Nie może do tego dopuścić. Szaro-kremowy zaczął biegać w kółko i skakać. Udało mu się niestety zwalić Chaps'a. Samiec przewalił się na brzuch z piskiem. Psowaty skoczył na psa i wbił tez kły w jego kark. Też zaczął szarpać i ciągnąć. Rozerwał mu kark. Pies pisnął i udało mu się odepchnąć psowatego na bok. Wstał z drżącymi łapami. Skoczył na przeciwnika i ugryzł w szyję. Udało się mu w końcu...Tętnica przebita.... Wilczysko zdechło.
Chaps-I dobrze...-wypluł futro swojej ofiary-Teraz tylko szczeniaki....
Musiał je znaleźć i oddać rodzicom. Martwił się o nie. Nagle, niespodziewanie usłyszał znajomy głos. To Alia!
Alia-Chaps,Chaps! Jesteś cały!-Zawołała na jego widok-No prawie, ale żyjesz!- Zaczęła skakać dookoła brata.
Jej przyjaciele podbiegli do samca z uśmiechami.
Tainsay-Dziękuje za ratunek.-Siknął łebkiem.
Z krzaków wyszli wojownicy SPS.
Chaps-No trochę się spóźniliście....-Zaśmiał się-Już po wilku- Odsłonił martwe ciało psowatego.-Pozwólcie że udam się do jakiegoś medyka...-Ruszył.





Fiction? No. Reality? No. So, what? I don't have any idea, what is it... - zadanie na Delthę. [Elektrika]

Biegłam ile sił, łapy raniły się o ostre jak żyletki kamienie. Mój oddech był nieznośnie głośny. Za głośny. Las był cichy. Szum drzew ustał, nie było wiatru. Jedynym światłem był księżyc... I od czasu do czasu czerwone lub niebieskie smugi światła z hukiem uderzające od przedmioty całkiem blisko mnie. Odwróciłam biało-szary łeb, spoglądając za siebie, bo znów usłyszałam charakterystyczny świst powietrza. Nie myliłam się. Zaklęcie leciało prosto na mnie. Otworzyłam oczy w chwili, gdy we mnie uderzyło. Zerwałam się na równe łapy (?). Moje serce waliło tak szybko, jakbym naprawdę biegła. Rozejrzałam się. Nie.. To był tylko zły sen. Nadal jestem w mojej jaskini. Zaraz będzie świtać. Odetchnęłam, aby się uspokoić, jednak koszmar wciąż nie dawał mi spokoju. Wyszłam przed jaskinię i przeciągnęłam się. Ptaki śpiewały już od dawna, jak zwykle. Spokój i harmonia. Wciągnęłam głęboko rześkie powietrze i nieco uspokojona ruszyłam w stronę polany. Tak jak się spodziewałam- była pusta. Przecięłam ją i poszłam dalej, w stronę jeziora. Spacer dobrze mi zrobił, bo kiedy dotarłam nad wodę już całkiem zapomniałam o śnie i napiłam się wody. Z zadowoleniem usiadłam na piasku. Obserwowałam otoczenie jak zawsze z lekkim uśmiechem na pyszczku. Tak bardzo mi tego brakowało, kiedy byłam poza terenami stada... Dalej zagłębiając się w swoich myślach doszłam do wniosku, że powinnam wrócić do jaskini. Westchnęłam cicho i wstałam. Kiedy stanęłam ponownie w jej progu na samym środku mojego małego mieszkanka leżał jakiś papier. Zrobił się tutaj taki bałagan, że na początku nie zwróciłam na niego uwagi, jednak po chwili moją uwagę przykuła umieszczona na papierze szkatułka. Przez dłuższą chwilę siłowałam się z zamknięciem, ale kiedy w końcu udało mi się go pozbyć moim oczom ukazał się srebrny naszyjnik. Właściwie był to długi łańcuszek, a na nim średniej wielkości zawieszka w kształcie tarczy zegarowej. Omiotłam wszystko wzrokiem i odwróciłam się do wyjścia jaskini. Słońce było dosłownie 30 sekund od przekroczenia linii horyzontu. Coś kazało mi natychmiast ruszyć do wyjścia i wystawić naszyjnik na pierwsze dzisiaj promienie. Szybko zabrałam mapę oraz łańcuszek i położyłam je na trawie w chwili, kiedy oświetliło ją słońce. Odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że zdążyłam na pierwsze promienie... Inaczej musiałabym czekać aż do wieczora, na zachód. Chwilka... Skąd ja to wiem? Po co mi ta widza? Przysiadłam, owijając łapy kitą i nie spuszczając oczu z mapy.. O co chodzi? Przecież miały być pierwsze nad lasem... Zaczęłam przyglądać się uważnie wszystkim kreskom i zagięciom na papierze. Nic. Zdenerwowana chwyciłam za zawieszkę. Oczy otworzyły mi się szerzej, kiedy ujrzałam, że godzina wyznaczana przez niego się zmieniła. Wcześniej wskazywał cały czas 12:00, a teraz 12:01. Wskazówki się poruszały! Ale... Jak to? Dlaczego one odmierzają czas? Do czego mi to? Ponownie spojrzałam na mapę. Na samym jej środku, pisane czerwonym atramentem pojawiły się słowa: "Czekam. Masz czas do 12:00.".
- Co to, do licha, ma znaczyć? Czekam... Gdzie? Kto? - Nerwowo wpatrywałam się w mapę, zadając sobie cały czas te same pytania, jednak mapa została niewzruszona. Słowa zaczęły znikać, ale pojawiła się drobna ścieżka, niezaznaczona wcześniej. Uważnie się temu przyjrzałam. Niedaleko, tuż za rzeczką wypływającą z naszego jeziora znajdowała się jaskinia i to tam należało się udać. Westchnęłam cicho, założyłam mój zegar i ruszyłam przed siebie, z mapą w pysku. 15 minut później stałam przed wylotem jaskini, której nigdy wcześniej tutaj nie widziałam. Może to nie był dobry pomysł, żeby iść samemu? Mimo niepokoju czułam, że muszę iść sama... Coś mnie tam ciągnęło. Trudno, raz się żyje. Już za późno. Weszłam w ciemność ziejącą z wnętrza. Od razu zrobiło się zimniej, choć poranek i tak nie należał do najcieplejszych. Otrząsnęłam się i ruszyłam przed siebie. Im głębiej wchodziłam, tym robiło się zimniej i wężej, tak, że po kilkunastu minutach marszu musiałam się przeciskać między ścianami. Do tego podłoże zaczęło opadać i kamyczki osypywały się w dół, hałasując niemiłosiernie. Nienawidzę hałasu, kiedy wokół panuje cisza. To zwraca niepotrzebną uwagę. Do tego ten ziąb i niepokój. Mimo to, nie wycofam się, bo czułam, że nie mogę.
- Uważaj. - Szept wyrwał mnie z rozmyślań tak gwałtownie, że wrzasnęłam. Od dłuższego czasu otaczała mnie całkowita ciemność i szłam dalej po omacku, wzdłuż kamiennej ściany. Mój głos odbił się echem, co przyprawiło mnie o kolejne dreszcze. Zamarłam, kiedy jakieś ciało otarło się o mnie, zmierzając w drugą stronę, ale nie odezwałam się. Czułam, że nie powinnam. Ktoś mnie ostrzegł, więc muszę uważać na siebie. Jeśli ja tego nie zrobię, nikt tego nie zrobi. Odetchnęłam głęboko i ruszyłam dalej. Przez kolejne pół godziny nie stało się nic. Totalnie nic... Było to jeszcze bardziej dołujące i niepokojące, niż niespodziewane natknięcie się na jakąś żywą istotę. W dodatku czerń przede mną zaczęła jakby bladnąć. Z początku zignorowałam to, sądząc, że to psikus mojego umysłu, jednak blask przybierał na sile, kiedy się do niego zbliżałam. Nie zatrzymałam się ani na chwilę, mimo obaw. Coś pchało mnie na przód tajemniczą siłą. Kilka minut później dotarłam do źródła światła. Była nim pochodnia, ustawiona na rozwidleniu jaskini. Rozdzielała się tutaj na dwie drogi. Jedna równie ciemna jak poprzednia, druga świecąca białym blaskiem, przypominającym blask księżyca... Zdezorientowana spojrzałam na mapę. Teraz była pusta, jednak po chwili zaczęły pojawiać się na niej jakieś symbole w nieznanym mi języku. Nic z nich nie zrozumiałam, więc nie mogły mi pomóc. Westchnęłam cicho i zaczęłam myśleć. Kiedyś byłam u takiej wiedźmy.. Ona powiedziała, że trzeba patrzeć na słowa pod różnym kontem, żeby je zrozumieć. Szeroko otworzyłam oczy, przyglądając się znakom i nagle rozumiejąc. Przecież te znaki to miały być słowa, ale muszę je jakoś odczytać! Zaczęłam kombinować i spoglądać na nie z różnych stron i perspektyw. Po chyba 10 minutach prób usiadłam zrezygnowana. Nie o to chodziło. Zaczęłam rozglądać się dookoła. I jest. W kamieniu, tuż pod pochodnią był  idealnie okrągły wrąbek. W dodatku wielkości mojego zegarka. Włożyłam go tam szybko. Pasował. Na ścianie czerwoną farbą namalowały się słowa: "Światło- bywa zabójcze. Ale tylko tam znajduje się prawda. Ciemność- dobrze Cię ukryje. Jednak uważaj, bo kłamstwo bywa zgubą."
- No i co? Mam wybrać prawdę i zginąć, czy bezpieczeństwo i kłamstwo?- Przekrzywiłam łeb, wpatrując się w słowa, które za chwilę rozmyły się i spłynęły po ścianie. - Bywa zabójcze.. Więc może lepiej wybrać ciemność?
- Może warto zadać sobie pytanie, czego szukasz. - Głos pojawił się znikąd. Mój wrzask znów rozdarł ciszę. Oddech przyspieszył mi niewiarygodnie, nie wspominając o sercu.
- Czego szukam? - Nie mogłam zlokalizować jego źródła, więc po chwili wsparta o jedną ze ścian dałam za wygraną i przestałam się rozglądać. - Szukam bezpieczeństwa dla rodziny i prawdy dla siebie.
Ściana dzieląca korytarze zniknęła, jakby jej tam nigdy wcześniej nie było. Moje oczy chyba wyszły z orbit. W miejscu, gdzie łączyły się światło i ciemność powstała... Hm, szarość. Tak to można określić. Bez wahania ruszyłam środkiem. Wcale nie musiałam iść długo, by dotrzeć do kolejnego rozwidlenia. Tym razem również dwa korytarze, jednak jeden był czerwony, drugi niebieski. Szybko odnalazłam miejsce na zegar, nawet nie spoglądając na mapę.
- Nie zapominaj, co najcenniejsze. - Przeczytałam na głos. - Co jest dla mnie najcenniejsze?
Nie musiałam pytać, żeby znać odpowiedź. To jasne, że rodzina była dla mnie najcenniejsza pod słońcem. Dlaczego? Cóż, dawała mi spokój, radość, dach nad głową.. Po prostu wszystko.
- Czerwień, moja droga. - Nie szukałam głosu, jednak ruszyłam za jego wskazówką, wybierając czerwony korytarz. Na jego końcu nie było rozwidlenia, tylko niewielka grota, oświetlona na żółto.
- Bo widzisz, czerwony korytarz empatii, rodziny, miłości... Prowadzi do żółtego- koloru życia, radości i Słońca... - głos dochodził jak zwykle znikąd. Westchnęłam cicho, ale rozglądałam się dalej, bo grota kończyła się ślepym zaułkiem. Czyżby to koniec? Miałam przecież dojść gdzieś dalej... Zmarszczyłam nos, czekając na jakąś wskazówkę, jednak taka się nie pojawiła. Zdezorientowana rozłożyłam mapę. Widniały na niej symbole podobne do wcześniejszych, jednak tym razem inne.
- No i co ja mam zrobić? Przecież i tak ich nie odczytam... - warknęłam do siebie na głos.
- Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby zrobić dwa w przód. - sens słów dotarły do mnie z pewnym opóźnieniem... Ale właściwie, co ich autor miał na myśli? Przekrzywiłam łeb, spoglądając na mapę. Co robiłam wcześniej? Wkładałam zegarek do wyznaczonych miejsc. I co jeszcze? Biegałam po korytarzach... A może wcześniej?
- No tak! - ucieszona, że wreszcie znalazłam rozwiązanie od razu przeszłam do jego wykonania. Przez kolejne kilka minut przyglądałam się znaczkom z różnych stron. W końcu mi się udało, choć to chyba nie do końca zasługa przekręcania mapy na wszystkie strony.
- Iluzja. - Zmarszczyłam nos. Co niby jest iluzją? O co chodzi? Poderwałam łeb, żeby się rozejrzeć. Właściwie... Wszystko wyglądało prawdziwie. Wstałam i zaczęłam podchodzić do ścian w różnych miejscach, żeby sprawdzić, czy są prawdziwe. Obeszłam już prawie całą jaskinię, kiedy moja łapa przeleciała przez kamień. Prawie przewróciłam się do przodu, jednak w ostatniej chwili złapałam równowagę i z zadowoleniem wróciłam po mapę, by przejść przez ścianę na drugą stronę. Nie wiem, skąd wzięło się u mnie poczucie, że nie czeka mnie tam nic złego, ale takie właśnie było i zaufałam mu. Odczucia zazwyczaj mnie nie zawodzą. Kiedy przeszłam przez ścianę, no bo przecież nadal nią chyba była, znów znalazłam się w ciemnościach. Po żółtej, dość jasnej grocie, taka ciemność była dla mnie straszna. W pierwszym odruchu chciałam się cofnąć, jednak natrafiłam tylko na zimny kamień. Po chwili wahania ruszyłam dalej, trzymając się prawej strony, chociaż właściwie korytarz nie był szeroki. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie, nie mogłam iść zbyt szybko, bo podłoże nie było całkiem równe i bez światła trzeba było uważać, żeby się nie przewrócić. W końcu jednak, po godzinach mordęgi coś zaczęło się w tym czarnym korytarzy zmieniać. Dokładniej- w oddali pojawiła się nikła, pomarańczowa poświata. Od razu przyspieszyłam, co poskutkowało niestety niemiłym spotkaniem z ziemią. Mimo to szybko się pozbierałam. Na szczęście nic mi się nie stało, chociaż po tylu godzinach marszu nie miałam już zbyt wiele czucia w łapach... Dalsza droga na przód minęła mi już w miarę szybko, chociaż już nie zmieniłam tępa. Pomarańczowe światło okazało się bić z tym razem nie korytarzy i nie z pochodni, czy niewielkiej groty, ale z wielu, może nawet kilkudziesięciu usytuowanych na ścianach i pod sufitem ogromnej sali. Nie była to już jaskinia, brakowało chropowatych i nierównych ścian, nieregularnego sufitu... Był to po prostu ogromny pokój wycięty w kamieniu. Całość robiła imponujące wrażenie, szczególnie, że na przeciwko wejścia widać było lustro, które powiększało jeszcze rozmiary pomieszczenia. Na podłodze rozłożony był wzorzysty dywan, ale poza nim, lampami i lustrem w pokoju nie było nic. Nieco onieśmielona tym wszystkim powoli weszłam do środka. W miarę, kiedy zaczęłam zbliżać się do środka pokoju, dostrzegłam w tafli lustra niewyraźne, rozmyte kształty za mną. Instynktownie się odwróciłam, jednak za mną nie było nic. Zmarszczyłam nos i ruszyłam bliżej. Obraz zaczął się wyostrzać i poza mną widać było również Fallon, Skyres, Rise'a, Justę... Dalej Lenę, Ravela, Sathanę, Allex, Sashę, Cheese'a, Arka, Sophie... Właściwie było tam całe stado. Szerzej otworzyłam oczy, widząc to. Przecież byłam w sali sama, a tutaj, proszę. Całe SPS odbija się w lustrze. Po chwili milczenia postacie zaczęły się śmiać, rozmawiać... Szczeniaki biegały beztrosko, bawiąc się w berka. Uśmiech mimowolnie wkradł się na mój pyszczek. Nagle wszystko się zmieniło. Strzelił piorun, a wcześniej radosne wyrazy pyszczków wszystkich psów zmieniły się na przerażone. Zaczęli padać w lustrze, jeden po drugim. Fallon zaczęła się chyba dusić. Oczy wyszły jej na wierzch, nie mogła złapać tchu. Chciałam pomóc, ale nie mogłam. Nack podbiegł do Jethry, która zaczęła kaszleć krwią. Sath i Ravel pośpiesznie zbierali swoje maluchy, jednak Tyler był już martwy... Im dłużej patrzyłam, tym bardziej czułam rosnącą bezradność. Łzy płynęły same, już ich nie tamowałam. Jednocześnie nie chciałam tego widzieć, ale też nie mogłam oderwać wzroku. Justa zaczęła mnie wołać. Wrzeszczała, w ostatnich tchnieniach. A ja nie mogłam przyjść. Wtedy obraz się skończył, znów stałam sama w ogromnej sali, roztrzęsiona, ledwo trzymająca się na łapach. Gwałtowne szlochy co chwila przebiegały moje ciało, kiedy próbowałam się uspokoić.
- To tylko fikcja, El. Nic się nie stało. - szeptałam do siebie, tak bardzo chcąc w to wierzyć.
- Każdy przechodzi w życiu próbę. - momentalnie zerwałam się z miejsca, poszukując mówcy.
- Kim jesteś? - zadałam w końcu to nurtujące mnie od dawna pytanie. Nadal trzęsły mi się łapy, jednak stopniowo się uspokajałam.
- Czy to ważne, kim jestem, skoro jesteśmy tutaj, żeby dowiedzieć się, kim Ty jesteś? - odpowiedział mi pytaniem, na pytanie. Nie spodziewałam się, że uzyskam odpowiedź, ale zawsze warto pytać.
- Dokładnie. Warto pytać. - roześmiał się głos, a ja dalej poszukiwałam jego źródła. - No więc, jak myślisz, kim jesteś?
- Jestem sobą. - odpowiedź wyrwała mi się sama, nie zastanawiałam się nad nią.
- Tak. Ale jaka jesteś? - dopytywał głos.
- No cóż... Chyba najlepiej wiedzą Ci, którzy mnie znają. - podchwytliwe pytanie, tak czułam.
- Podchwytliwe, czy nie... W każdym razie, jak widzę jesteś kimś takim, kogo rzadko się spotyka. Niewielu takich tutaj przychodzi. Dokonałaś wyboru między prawdą i kłamstwem. Prawda by Cię zabiła, a kłamstwo zaprowadziło do uliczki bez wyjścia. Dobrze zatem zrobiłaś, wybierając szarość, choć wiadomo, że zawsze warto żyć w prawdzie.- dałam w końcu za wygraną, siadając przed lustrem, przypatrując się swojemu odbiciu i słuchając głosu. - Wybrałaś też między rodziną oraz przyjaciółmi, a samotnością. Samotność doprowadziłaby Cię do zieleni- symbolizującej nadzieję. Myślę jednak, że ten wybór nie mówi o mądrości, ale tym, jaka jesteś. Inteligencję natomiast obrazuje nam wydostanie się z Żółtej Groty. Doszłaś do tego stosunkowo szybko, a większość trafia na iluzję przypadkiem. - kiwnęłam łbem.. Właściwie nie miałam pojęcia, po co mi to wszystko, ale nie przerywałam. - Zwierciadło pokazało Ci też, co najbardziej kochasz i czego się boisz. Nie jest  to przyszłość, bez obaw. Nie tak to się skończy.
Głos umilkł, a ja zostałam z milionem pytań w głowie. W końcu zadałam pierwsze i chyba najważniejsze z nich.
- Po co mi to było? Po co mi to mówisz?
- Och, kochana... To chyba oczywiste, skoro chcesz być Delhtą. - wychwyciłam nieco pobłażliwą nutę, jednak nie przejęłam się tym. Bardziej zaintrygowała mnie odpowiedź.
- Czyli uważasz, że nadam się?
- Jak najbardziej. Zależy Ci na nich, to widać. - zamyśliłam się. Tylko czy podołam temu zadaniu? Po chwili wyprostowałam się. Tak, dam radę. Teraz już wiem. Z uśmiechem spojrzałam w swoje własne oczy, ale od nich uwagę odciągnęła mi postać, stojąca za mną. Najpierw spojrzałam na nią w lustrze, jednak kiedy się odwróciłam, stała tam, gdzie powinna. Moja ukochana przyjaciółka- Ines. Suczka posłała mi ciepły uśmiech, jednak kiedy chciałam podejść i ją uściskać, pokręciła smutno pyszczkiem.
- Przepraszam, ale musisz iść. Czas się skończył. - Automatycznie spojrzałam na wiszący na mojej szyi zegarek. Faktycznie, wskazywał teraz 1. Nie wiem, czy chodziło o noc, czy dzień.. Pewnie noc. Westchnęłam cicho, a kiedy podniosłam łeb, Pineski już nie było. Był natomiast jakiś zwitek papieru. Podeszłam szybko i rozwinęłam go. Był pusty, ale wypadło z niego zawiniątko, które po rozpakowaniu okazało się srebrnym łańcuszkiem z zawieszką w kształcie kostki do gry. Wisiorek od razu dołączył do zegarka, a ja postanowiłam ruszyć w stronę kolejnego korytarza, który pojawił się w rogu sali. Coś mi podpowiadało, że to właśnie on prowadzi do wyjścia. Był równie ciemny i zimny, jak wszystkie pozostałe, jednak nie zwracałam na to uwagi, zaprzątając myśli ostatnimi zdarzeniami. Jedyne, co zwróciło moją uwagę, to to, że tak długo musiałam wspinać w się w górę. Nie miałam pojęcia, że jestem tak głęboko pod ziemią. Kiedy znalazłam się na powierzchni, w oczy uderzył mnie blask wschodzącego ponownie słońca. Byłam na nogach cały poprzedni dzień i noc... To by tłumaczyło, dlaczego byłam tak wykończona. Ostatkami sił dowlokłam się do jaskini i poszłam spać, nie witając się już z nikim. Odpłynęłam z myślą, że opowiem im tą historię później.

 ~*~
Mam nadzieję, że Wam się spodobało i że nie jest za długie, bo chyba troszkę się rozpisałam...
Miałam jeszcze poprawić, ale już nie mam siły, więc za jakieś powtórzenia i błędy przepraszam.
Nie ma obrazków, ale uznałam, że nie chce mi się ich szukać, ani nie ma to jakiegoś szczególnego sensu...
Niektóre "cytaty" (mądre myśli) nie są moje, tylko mojego nauczyciela od szachów. Myślę, że tego nie przeczyta, ale muszę to napisać xd
Jak będzie trzeba, to wyjaśnię to i tamto, bo nie wiem, czy jasno napisałam...

PS. Już są wyniki mojego konkursu, można to wywalić z aktualności.
PS2. Osoby, które są tam wpisane do umierania itd. brałam przypadkowo, więc nie bijcie :o

Coura­ge is to re­sist fear, mas­te­ry of fear - not ab­sence of fear. - I ZADANIE NA STANOWISKO DELTHY [Nukri]

U stóp mych dzika przepaść. W ciemnym niebie blady 
świeci księżyc, podobny wodnej białej lilii, 
co kielich swój nad ciemne głębiny wychyli. 
Cicho - grzmot słychać tylko huczącej kaskady.


Biała wadera długie miesiące spędzała z dala od rodzinnego stada. Szkoliła się u białego wilka. Chciała w jak największym stopniu móc poradzić sobie z kłodami jakie los mógł w każdej chwili rzucić pod nogi nie tylko jej jednej ale i całemu stadu. Po pewnym czasie stała się świetną wojowniczką, umiała też znaleźć odpowiednie wyjście z prawie każdej sytuacji. Jej mentor wlewał w nią wiedzę jak w myślące naczynie a ona z ciekawością i pełnym zaangażowaniem przyjmowała ją. Wilk zawsze opowiadał jej ciekawe historie obrane w jaskrawe metafory, których z początku suczka nie rozumiała ale zawsze podejmowała żywą dyskusję dzięki której coraz więcej do niej docierało. Pozwalała białemu malować na jej futrze nieznane dotąd symbole. Trenowała nie tylko swoją moc fizyczną po przez długie walki z najróżniejszymi zwierzętami albo niebezpieczne samotne wyprawy, rozwijał się również jej duch. Żyła w harmonii z otoczeniem, dzięki czemu jej zmysły się wyostrzyły i rozumiała więcej niż przeciętna żywa istota. Wiedziała, że nigdy nie przewyższy swojego nauczyciela, ale miała nadzieję, że przynajmniej dorówna mu.
Jedynym jej łącznikiem z ukochanym stadem był czarny pies, jej przyjaciel, Elros. Świetnie dogadywał się również z mędrcem. Podczas gdy suczka oddawała się ćwiczeniom oni rozprawiali długimi godzinami o tylko im znanych rzeczach. Nukri nie miała im tego za złe. Przepełniona nową wiedzą często opowiadała o swoich przeżyciach czarnemu basiorowi, który z przyjacielskim błyskiem w oku wysłuchiwał jej.
Pewnego razu nie zjawił się jednak o wyznaczonej porze. Samka czuła niepokój w sercu. Wiedziała, że tak punktualny zazwyczaj pies nie spóźnił by się gdyby nie zatrzymało go coś ważnego.
Próbowała medytować ale po jej głowie chodziły same czarne scenariusze, jej szósty zmysł jej nie zawodził.
Wypadł zdyszany z lasu zatrzymując się tuż przed suczką, która leżała właśnie przed grotą Viisausa i odpoczywała po wyczerpującym zadaniu. Poderwała się na równe nogi i z pytaniem w oczach spojrzała w stronę jej bratniej duszy. Elros długo nie mógł się uspokoić, widocznie coś bardzo go zdenerwowało.
-Ystävä! Co się stało? - Mentor wyszedł z  jaskini i podszedł do przerażonego psa. - Weź głęboki oddech i uspokój się.
Basior kiwnął głową i uczynił co mu nakazano.
- Co się stało? - powtórzyła ponaglająco wadera.
To co usłyszała sprawiło, że jej wnętrzności niebezpiecznie fiknęły koziołka z nerwów.
- Jak to wszystkie szczeniaki zniknęły? - pisnęła ledwo mogąc cokolwiek wykrztusić.
- Wczoraj w nocy ktoś porwał w s z y s t k i e szczeniaki. Suczki są zrozpaczone, nie wiemy co mamy robić. Jesteś potrzebna stadu, Twoje nowe umiejętności są potrzebne w odnalezieniu maluchów. - Powiedział czarny opuszczając nisko łeb i patrząc pogrążonym w żalu wzrokiem na swoją przyjaciółkę.
- A więc to już. - Powiedział zamyślony wilk. - Sądzę, że jesteś gotowa, czas na ostateczną rozgrywkę tyle , że tym razem stawką jest życie niewinnych istot.
Przez grzbiet białej przeszedł zimny dreszcz.
- zebrała się  grupa poszukiwawcza ale wątpię, żeby coś wskórali.- dodał cicho pies.
Nie było na co czekać, Nukri kochała szczeniaki i nie mogła pozwolić, żeby coś im się stało. Dlatego postanowiła wybrać się na tą misję ocalenia piesków.
Po paru godzinach biegu dotarli w końcu na tereny stada. Na granicy przywitał ich zniecierpliwiony Rav i Lena. W paru słowach opisali białej całą sytuację. Urządzili dla szczeniaków nocną zabawię w podchody jednak coś poszło nie tak, ktoś zdołał ominąć strażników i porwać bawiące się młode.
- Pokażcie mi gdzie widzieliście szczeniaki po raz pierwszy. - Powiedziała stanowczo samka.
- Nie ma po co, już przeszukaliśmy ten teren, żadnych specjalnych śladów. - Powiedział Lorens wyłaniając swoje żółte ślepia z mroku. Za nim stała Sathana widocznie przybita całą sytuacją.
- Zniknęły! - powiedziała a na jej pysku pojawił się grymas złości.
- Po prostu zaprowadźcie ją na tamto miejsce. - Powiedział Elros dominującym tonem nie spuszczając wzroku ze złotych ślepi czarnego wilka. Lena kiwnęła na białą i omijając całą resztę zaprowadziła ją na miejsce zaginięcia. Była bardzo zmartwiona, wręcz roztrzęsiona całą sytuacją. Nie m co się dziwić to również jej szczeniaki zaginęły.
- Zaginęło 14 szczeniąt. Nikt nie widział tu nikogo podejrzanego? Nie ma żadnych śladów? To absurdalne i niemożliwe! - Oburzyła się biała.
- Nad ranem bardzo padało, zapewne deszcz zmył większość śladów i zabił wszelkie unoszące się tu zapachy.
Samka otworzyła pysk, żeby coś powiedzieć ale nie było po co. Marnowała tylko czas na zbędne paplaniny. Pocieszyła Alphę ciepłym słowem i poprosiła o chwilę samotności.
Słońce już zachodziło, wiatr delikatnie poruszał gałęziami drzew. No właśnie... drzewa. Jedynie one widziały co zaszło tu poprzedniej nocy. Te stojące tu od wieków rzeźby natury mogły pomóc odnaleźć młode. Gdyby jedynie potrafiły mówić. Samka podbiegała do każdego z drzew dokładnie je oglądając, mruczała pod nosem jakąś melodię znaną tylko nielicznym starożytnym stworom...i drzewom. Nagle gałęzie zaczęły poruszać się gwałtowniej jakby niewidzialna siła chciała je połamać, zamienić w zapałki, uciszyć albo zmusić do mówienia. Wadera siedziała na środku z zamkniętymi oczami. Wsłuchiwała się w to co ją otacza. Ziemia przemawiała do niej, chciała jej pomóc ale nie wszystkie znaki docierały do tak świeżego umysłu. Postanowiła skupić się jeszcze mocniej. Wtem coś połaskotało ją po uchu. Otworzyła nagle oczy. Wiatr wiał już z dużo potężniejszą siłą niż w momencie gdy je zamykała. Wokół niej tańczyły zeschłe liście...i świeże płatki kwiatów, które zerwał silny powiew. Westchnęła jakby sama zadziwiona tym co widzi. Usłyszała cichy szept. Głos, którego nie znała obiecywał jej pomoc. Samka wstała i już chciała ruszyć za głosem gdy niebo przeszyła potężna błyskawica. Światło uciszyło wszystko. Także puchatą, która oszołomiona blaskiem wpadła w pobliskie krzaki. Nagle otoczyły ją zapachy szczeniąt i ich radosne poszczekiwania zajęte zabawą. Później jakby wszystko się zmieniło w szum i żałosne skomlenie. Było tam coś jeszcze, dziwny głos w oddali, tak mało zwierzęcy, tak bardzo ludzki. Psina poczuła ból na wskroś przeszywający jej wnętrze. Już wiedziała co się stało. To ludzie! Ludzie porwali szczeniaki! Poczuła na nosie chłodne krople wiosennego deszczu. Gdy się ocknęła było już całkiem ciemno a ona była zbolała i wyczerpana. Nie marnowała jednak ani chwili na przejmowania się swoim fizycznym stanem. Ruszyła z miejsca. Miała w głowie jakby pourywane obrazy, po jednym z każdej mięciutkiej główki. To jej musiało wystarczyć. Ostatni jaki zapamiętała z tak krótkiej wizji była szosa przy lesie, daleko od spokojnych terenów stada, daleko od domu. Wpadła jeszcze na chwilę na polanę, żeby powiedzieć czego się dowiedziała Elrosowi, nakazała mu za wszelką cenę wspierać suczki w tych ciężkich dla nich chwilach.
Biegła sama, przez ciemny, mokry świat, tak niebezpieczny dla psiaków. Nie wiedziała co ludzie chcą z nimi zrobić ale na pewno to nie było coś dla nich dobrego.
Dotarła do drogi dopiero następnego dnia przed południem i nie zastanawiając się długo ruszyła za węchem w stronę najbliższego miasta. Przerażały ją wielkie, ciężkie maszyny pędzące po szarej, śmierdzącej ulicy. Ważne jest pokonać lęk. Zatrzymała się gdy na horyzoncie zobaczyła pierwsze miejskie zabudowania. Drzewa widocznie się rozrzedziły a ostre zapachy jakby nakłębiły w tym obrzydliwym miejscu. Zboczyła z głównej trasy i próbowała znaleźć jakieś stworzenie, z którym potrafiłaby nawiązać kontakt werbalny. Już po chwili znalazła się na podwórku przy jednym z domów zwabiona zapachem jednego ze swoich krewnych psowatych. Ujrzała wilczura, który od razu przywiódł jej na myśl swojego ojca. Zawarczał na nią, ukazując ostre kły. Ta jednak przeprosiła cicho za zamieszanie i poprosiła o pomoc. On jednak rzucił się na nią z zębami jak sztylety. Powstrzymał go na szczęście srebrny stalowy łańcuch przywiązany do jego obroży. Samka zapiszczała i oddaliła się z podkulonym ogonem, szukając pomocy gdzieś indziej. Przy dużym kontenerze spotkała dwa kundle walczące dla zabawy. Podeszła bliżej i nieśmiało zaczęła.
- Przepraszam panów bardzo! Jestem Nukri, mam do was pewne pytanie.
- No. no, no. - Psy od razu przerwały i ruszyły w stronę samki. - A czego Ty tu szukasz panienko? Problemów?
- Nie, nie. - Pokiwała przecząco głową. Nie czuła lęku przed psami. - Szukam pomocy.
Kundle zerknęły na siebie i zaczęły okrążać białą lecz widząc jej zdeterminowaną postawę, spasowały.
- W czym możemy C I pomóc? - jeden z nich uniósł pytająco brew a drugi oblizał pysk.
- Nie widzieliście może 14 szczeniaków?
- Co za głupie pytanie! Skąd by się tu wzięło tyle szczeniaków?
- Nie na wolności. - Syknęła lekko rozdrażniona. - Ktoś uprowadził z mojego stada szczenięta! Jestem tu by je odnaleźć i sprowadzić do domu całe i zdrowe!
- I wysłali na odsiecz jedną sukę? - zaśmiali się drwiąco.
- Z łatwością bym was zabiła. - W jej oczach błysnęła dzika żądza mordu. To właśnie jej się zapewne przestraszyli bo spokornieli.
- Myśmy nie widzieli, ale może któryś z naszych znajomych...coś wie.
- Zapytajcie.
I w ten o to sposób po niecałych 3 minutach całe miasteczko zaniosło się szczekaniem tysięcy mieszkających w nim psów. Wkrótce biała znała dokładne położenie szczeniąt i była w drodze. Jednak dopiero po dotarciu na miejsce okazało się, że misja odbicia piesków nie kończy się na ich odnalezieniu.
- Co to za budynek? - zapytała psa, który obiecał ją odprowadzić.
- To centrum badań genetycznych... - Powiedział cicho czarny kundel.
- Co takiego? Będą na nich przeprowadzać badania?
- Zapewne tak.
Sierść na karku suczki zjeżyła się z przerażenia. Trzeba ratować szczeniaki, tylko jak ominąć wszystkich wartowników i dostać się do pilnie strzeżonego laboratorium w samym środku ogromnego budynku? Nim się obejrzała opuścił ją bezdomny towarzysz została sama bez jakiegokolwiek planu. Oglądała budynek z różnych stron. W pewnym momencie poczuła bardzo wyraźny zapach jednego ze szczeniąt. Instynktownie rzuciła się biegiem w tamtą stronę, nie zobaczyła jednak żadnego z malców, jedynie szczura obgryzającego kokardkę, którą nosiła na szyi Milka. Dopadła do gryzonia i złapała go w zęby.
- Skąd wziąłeś tę wstążkę?! - Warknęła zdenerwowana trzymając szkodnika w śmiertelnym uścisku ostrych kłów.
- Niech mnie pani puści! Litości! Znalazłem ją!
Samka uniosła brew:
- A więc pokażesz mi miejsce, w którym ją znalazłeś to daruję Ci życie.
- Dostałem ją od psa! - pisnął. - Jest ich dużo, siedzą w klatkach w laboratorium.
Puchata wypluła szczura i spojrzała na niego podejrzanie.
- Jak się tam dostałeś?
Szczur podszedł do szybu wentylacyjnego i kiwnął na niego głową po czym zniknął w jego ciemności. Nie zastanawiając się biała bohaterka ruszyła za nim. Chłodny, ciasny szyb przyprawiał ją o mdłości mimo wszystko zachowała zimną krew i bezszelestnie szła za brudnym szczurem. Zatrzymało ją jednak przewężenie ciasnego tunelu.
- Dalej nie dam rady.- powiedziała poirytowana.
- Ojć - stęknął szkodnik i rozłożył ramiona.
"Pomóż mi uwolnić te małe istotki" - z naciskiem przemówiła do podświadomości gryzonia wbijając w niego swoje ostre spojrzenie.
- Może pomóc Ci uwolnić te szczeniaki? - Spojrzenie suki zelżało wraz z rozluźnieniem mięśni i nerwów. " Już niedaleko" powtarzała sobie w duchu "...jeszcze chwilę i będą wolne, bezpieczne".
 Po uzgodnieniu planu szczur ruszył w stronę kratki znajdującej się w laboratorium a suczka wycofała się i opuściła tunel na korytarzu. Ukryła się pod wózkiem z instrumentami chirurgicznymi, bóg jeden wie do czego one mogły służyć w takim miejscu. Nagle coś sprawiło, że wózek zaczął toczyć się w kierunku laboratorium, samka wystawiła nos spod białego prześcieradła i widziała jak kobieta w niebieskim kitlu wpisuje kod na klawiaturce i otwiera drzwi czerwonym guzikiem. Biała bezszelestnie wysunęła pęk kluczy, które kobieta miała w tylnej kieszeni spodni. Drzwi automatycznie się otworzyły a oczom puchatej ukazał się niezwykły obraz. Pomieszczenia pełne było stołów z próbówkami, nieznanych jej maszyn, za to jedna ze ścian była przeznaczona na klatki dla małych czworonożnych więźniów. Za kratkami widać było smutne pyszczki naszych zgub. Jednak w laboratorium był jeszcze jeden człekokształtny. Mieszał coś dokładnie w swojej zlewce i napierał do strzykawek.
- Dawaj jednego kundla, sprawdzimy czy ta mieszanka działa.
Samica położyła uszy po sobie i wyszczerzyła zęby, nadal jednak zostawała w ukryciu. Laborantka natomiast sięgnęła do spodni ale nie znalazła tam kluczy, odwróciła się i westchnęła.
- Zostawiłam klucze w socjalnym, zaraz je przyniose. - I oddaliła się.
To był dobry moment aby ze swojej kryjówki wyszła Nukri. Z błyszczącymi gniewem ślepiami i warkotem piły motorowej wysunęła się spod narzuty. Mężczyzna podskoczył ze strachu i cofnął się.
- Kto tu wpuścił tą bestię! - krzyknął i wcisnął pięścią alarm. Samoyed skoczył ku niemu i zanurzył zębiska w ramieniu faceta. Smak krwi ożywił samkę i połechtał jej dziki  instynkt tak dobrze ćwiczony ostatnimi czasy. Po chwili mężczyzna leżał martwy, zakrwawiony na marmurowej posadce. Szczur w mgnieniu oka złapał klucze i uwalniał szczeniaki. Te zaś kierowały się w stronę wejścia do układu wentylacyjnego. Biała wydała gryzoniowi ostatnie polecenia i wybiegła na korytarz ledwo mieszcząc się w zamykanych powoli drzwiach. Wiedziała, że musi znaleźć inne wyjście niż cała reszta. Krew kapała jej po pysku a ta w morderczym biegu przemierzała korytarze. Na ostatniej prostej zagrodziły jej drogę jednak dwa rosłe dobermany. Zatrzymała się nagle, zadyszana. Jedyne co miała w głowie to aby się stąd wydostać. Warknęła i wypuściła nozdrzami powietrze, dość głośno. Psy naprzeciwko niej oblizały złowieszczo pyski i podeszły o krok. Biała szczeknęła i rzuciła się na psa, który stał bliżej, rozszarpując mu kark i zajadle dobierając się do gardła. Natarł jednak drugi doberman i łapiąc puchatą za ogon oderwał ją od partnera. Rzucił nią w kąt i teraz podchodził do niej, oddychała szybko próbując pozbierać się z ziemi. Nie przyznała się samej sobie, że ten cios lekko ją zamroczył. Skoczyła na napastnika jakby znów odzyskała energię i po paru wytrenowanych ruchach dwa dużo większe od niej psy leżały nieprzytomne. Wcisnąć czerwony przycisk przy ogromnych metalowych drzwiach, przy tym co dopiero przeszła to pestka. Wyszła na ulicę i zaczęła biec w miejsce w którym umówiła się ze szczurem. Opadała z sił ale wiedziała, że dzięki silnej woli może osiągnąć wszystko. Oparła się o chłodny budynek tuż przed grupką wystraszonych szczeniąt. Na ścianie zostawiła po sobie czerwony ślad.
- Ciocia Nukri! Ciociu uratowałaś nas! - krzyczały szczeniaki ale samka słyszała to jakby za mgłą, uśmiechnęła się tylko nikle i odpowiedziała, że czas wracać do domu. Powrotu do domu nie pamiętała prawie wcale, wiedziała tylko, że w drodze spotkała Elrosa,który wyszedł jej na spotkanie. Zaopiekował się szczeniętami i bezpiecznie sprowadził całą grupę do stada. Jej myśli się rozjaśniły dopiero po dniu snu. Otworzyła zaspane oczy i ujrzała zebrane przed nią stado. Wszyscy już radośni i spokojni bo szczeniaki bezpiecznie wróciły do swoich rodzin.
______________________________________________________________________
Mam nadzieję, że tym razem nie zrobiłam jakichś błędów. :D

Let's play Game [Kanade]

- Zabijesz mnie?
Biała wadera wpatrywała się w siedzącego na przeciwko niej, a raczej w klatce obok osobnika. Jego smolisto czarna sierść idealnie kontrastowała z jej - koloru najczystszego śniegu. Przymknęła oczy, nie słysząc odpowiedzi i westchnęła.
- Dlaczego nic nie mówisz? - stuliła uszy i dotknęła przez pręty nosem, nosa jej przyjaciela. 
Araksjel westchnął tylko, a jego szmaragdowe oczyska wpatrywały się w fioletowe ślepia samicy. Machnął ogonem, zgarniając resztki piasku i liznął ją w pysk.
- Nie zabiłbym Cię nawet wtedy, gdy zależałoby od tego moje życie, Kanade. Jesteś jedynym światłem nadziei w tym zakichanym miejscu.
Nie uśmiechnęła się, lecz wręcz przeciwnie - posmutniała jeszcze bardziej.
- Araksjel, wiesz dobrze, że prędzej, czy później zginę. 
- Powiedzieć Ci coś? - zmrużył ślepia i położył jej łapę w miejscu serca. - Jeśli przegrasz, zginiesz. Jeśli wygrasz, możesz żyć. Jeśli nie walczysz, nie możesz wygrać, ale powiem Ci w sekrecie, że nikt zawzięty, nie może być pozbawiony życia.
Otworzyła szeroko oczy. Odbiła się tylnymi łapami od dna i ruszając szybko łapami zaczęła płynąć ku powierzchni. Wzięła głęboki wdech, gdy tylko się tam znalazła.
- Szlag. - warknęła głośno, wypluwając wodę, która znalazła się w jej gardle.
Wymęczona tą nagłą walką o przetrwanie, popłynęła do brzegu i tam padła jak długa, co z boku wyglądało komicznie. Cała sierść była pozlepiana, mokra i zwisała z niej w dół ukazując jaka w rzeczywistości była długa. Wywaliła jęzor i odetchnęła z ulgą.
- Prosiłam o śmierć to fakt. - spojrzała w niebo. - Ale no bez przesady! W wodzie?!
Po chwili jednak zaczęła się jak głupia śmiać. Przez dłuższą chwilę nie mogła się uspokoić.
- O rany.. Ja to mam cholerne szczęście. - dźwignęła się na łapach i otrzepała z cieczy. - Jak mnie tak ktoś zobaczy, to padnie trupem ze śmiechu.. Ewentualnie serio stanie się zwłokami, jak skoczę mu do gardła. - tak, gadanie do siebie, to był specjalność Kanade. Ale czego się można było spodziewać po prawie dwóch latach samotności?
Przeniosła wzrok na głaz z którego spadła i zmarszczyła brwi. Poczłapała tam i zaczęła węszyć. Wyraźnie bowiem czuła, że ktoś ją zepchnął. Kto - nie miała pojęcia, ale jedno było pewne, miała zamiar się zemścić. Złapała to. Przez moment w mózgu przetrawiała wiadomości z zapachu. Był to samiec i to na pewno nie pies. A więc wilk? Możliwe, ale kto to wiedział, to były tylko przeczucia. Trzymając nos blisko przy ziemi, ruszyła biegiem za tropem.
Starała się biec szybko, byle nie stracić zapachu nieznajomego, który jak widać lubił wyzwania, skoro śmiał zrzucić ją z głazu do wody i prawie utopić. Kłapnęła zębami, czuła go, był blisko. Zatrzymała się z wślizgiem w krzakach i przyczaiła. Zauważyła go i.. znieruchomiała. Był to wilk, oczywiste, smolisto czarny basior, stojący sobie od tak na środku polany i jedzący w spokoju, jak gdyby nigdy nic sarnę. Chwila, moment, obcy na TYM terenie?! Cóż, wiedziała, że nie obędzie się bez walki. Drugą rzeczą było to, że była mocno osłabiona i nie wierzyła, że wyjdzie z tego bez szwanku. Uśmiechnęła się jednak do siebie. A kto powiedział, że będzie łatwo. Powolnym krokiem wyszła z gąszczy na co samiec zareagował natychmiast, chyba poznając ją, bo kłapnął zębami.
- Taki dumny i potężny basior, a brak mu kultury. - prychnęła z sarkazmem i udawanym żartem. - Mamusia Cię nie nauczyła, że nie wrzuca się samic do wody? A może nie umiałam pływać?
Basior chyba nie złapał przynęty, bo stanął przodem do białej wadery, kłapnął po raz kolejny ostrzegawczo kłami i najeżył się, niczym gotowy do walki, a posoka spływająca po jego pysku dawała jawną odpowiedź, że pora ruszyć w taniec z śmiercią. Ugięła łapy, obnażając kły. To była ich rozmowa bez słów, tylko ruchy ciała, mimika pyska. Czarny podniósł wyżej ogon oznaczając, że góruję nad samicą, ale ona się nie dała. Zawarczała ostatni raz ostrzegawczo, lecz nie widząc odzewu, odbiła się od ziemi i szarżą ruszyła na nowego wroga.
Krew polała się od razu. Wbiła brutalnie je w jego łapę, rozrywając trochę mięsa i odskoczyła w tył. Tak, to był jeden ze sposobów walki: gryź i uciekaj, gryź i uciekaj i tak w kółko. Zazwyczaj się przydawał.
Samiec nie wyglądał na zadowolonego z tego powodu. Spojrzał na swoją łapę, a potem znowu na nią. Zawarczał i skoczył.
Gdzie ten Twój pociąg do walki, my dear Kanade?
Drgnęła gwałtownie, słysząc głos w swojej głowie i nie uchyliła się. Zapiszczała, czując ból w boku i przewróciła się na ziemię. Basior stał za blisko, tuż nad nią.
Zabij, Kanade, zabij tak, jak zabijałaś kiedyś, niech czuję ból, strach!
Potrząsnęła łbem i ledwo uniknęła kolejnego spotkania z zębiskami czarnego. Spojrzała na swój krwawiący bok i parsknęła zimno. Nie mogła się teraz tym martwić. Ponowny skok na niego, ugryzienie w grzbiet i ucieczka. Nie był widocznie z tego zadowolony, a walka trwała nadal. Podczas niej doznała urazu na tylnej lewej łapie, grzbiecie oraz tuż przy uszach, przez co krwawiła, ale udało się. Nieznajomy uciekł spłoszony, jak mały szczeniak. Oblizała pysk z posoki i powolnym, trochę chwiejnym krokiem ruszyła ku polanie na której zazwyczaj ktoś siedział. Miała nadzieje znaleźć tam któregokolwiek z medyków, by szybko coś z tym zrobili. Już zamiast opatrywania, wolała dostać ziarna maku, po których słodko mogłaby zapaść w sen. Przymknęła ślepia i przypomniała sobie głosy w głowie. Czyżby jej druga ja nadal gdzieś się czaiła? Sądziła, że zniknęła po śmierci Araksjela, ale jak widać, myliła się.
Miała tylko szczerą nadzieje, że nie zachciałoby jej się zaatakować kogoś z stada i jeszcze gorzej, gdyby któryś przez nią zginął.
Westchnęła głęboko i potrząsnęła łbem. Bała się w takim stanie iść do kogokolwiek z nich, więc bez żadnych zahamowań ruszyła w stronę swojej jaskini. Było to dla niej magiczne miejsce w którym zwykła sypiać i zajmować się swoimi sprawami. Znajdował się on jeszcze głębiej w lesie, pośród gąszczy i krzaków. Mała jaskinia początkowo była zaniedbana i nawet w środku znajdowało się parę trucheł mały zwierząt. Szybko jednak się tym zajęła. Oczywiście jej mania "ozdabiania" wszystkiego musiała się ukazać akurat wtedy, kiedy się "wprowadzała". Na końcu groty, tuż na przeciwko wejścia znajdowało się posłanie wykonane z kilku patyków i nałożonego na to miękkiego mchu. Poza tym nie było tam nic wielkiego, ale ściany i malunki na nich były naprawdę staranne i dla niej piękne. Przedstawiały one krajobraz lasu tak jakby nie było tu jaskini, tylko dalej drzewa i trawa. A nad sufitem napracowała się najwięcej. Nocne niebo, do tego poznajdywała kilka kryształów podczas swojej wędrówki, które powkładała jako gwiazdy, największy z nich służył jako księżyc. Sklepienie było ułożone dość nisko, dzięki temu wejście mogła bez problemu zasłonić krzakami.
Padła na swoje posłanie i jęknęła z bólu, jednak po krótkiej chwili powędrowała do krainy Morfeusza.
~*~*~
Dziękuje wszystkim, którzy przeczytali tą notkę
przed jej pokazaniem (Stasiu, Lenciuch, Allex, Ktoś zwany Ravel'em, Sophie)
*Wyjmuję tęczowy nóż.*