Wojownik to nie tylko kupa mięśni, skryta pod psim futrem i unoszona na czterech łapach.
Wojownik
musi także potrafić myśleć. Wyciągać wnioski ze wszelkich obserwacji.
Choć Jeremiah zdecydowanie nie jest typem obserwatora, podczas tego
konkretnego spaceru postanowił przyjrzeć się terenom stada dużo uważniej
niż zwykle. Przyglądając się otoczeniu, dojrzał wiele ciekawych rzeczy,
których zazwyczaj nie dostrzegał. Widział, jak ptak podrywa się z
gałęzi do lotu, najpierw opadając na kilkanaście centymetrów, a później w
szybkim tempie unosząc się wysoko. Widział, jak stare, zeschnięte igły
sosny przy mocniejszym podmuchu unosi wiatr, kręcąc nimi w powietrzu.
Widział pierwsze kiełkujące rośliny, których spodziewałby się dopiero
jakiś miesiąc później.
Ale widział też pewne ślady.
Ślady, które zdecydowanie nie wyglądały na ślady kogokolwiek ze stada.
Marszcząc brew, schylił pysk do ziemi i obwąchał trop, rejestrując fakt,
że nie zna tego zapachu. Sierść na jego karku zjeżyła się mimowolnie,
gdy Jeremiah rozejrzał się, podenerwowany. Odczuwał odpowiedzialność za
te tereny i miał zamiar chronić je z całych sił, podobnie jak uważał za
swój obowiązek obronę innych psów ze stada. Przyjrzał się jeszcze raz
śladom i ruszył wytyczoną przez nie ścieżką, by odkryć, do kogo
właściwie należą.
Początkowo droga wcale trudna nie
była - ot, zwykły marsz przed siebie. Dog szedł z nosem przy ziemi, mimo
potencjalnego zagrożenia dla stada mając całkiem dobry humor. Zdarzyło
mu się nawet kilka razy machnąć ogonem. W końcu jednak zmuszony był
skupić się mocniej, gdyż ścieżka zaczynała się komplikować. Cokolwiek
tędy szło, kluczyło pomiędzy drzewami, znacząc swoim zapachem całkiem
długi już odcinek. Tym, co zastanowiło Jeremiaha, był fakt, że las się
przerzedzał. Coraz więcej światła przebijało się pomiędzy pniami drzew i
coraz wyraźniejsze ruchy powietrza odczuwał, uparcie idąc tropem
intruza.
W końcu widoczne stały się jakieś skały.
Mając na uwadze to, że może być niebezpiecznie, starał się teraz iść
dużo ciszej, niż wcześniej. Zbadawszy, w którą stronę wieje wiatr, zajął
taką pozycję, żeby to zapachy obcych zwierząt docierały do niego, a nie
jego do obcych. Traktował ich teraz trochę jak zwierzynę, którą należy
upolować. Zaszył się gdzieś pomiędzy poszarzałymi jeszcze przed zimą
krzakami z resztkami liści, co było całkiem niezłym kamuflażem.
Znalazłszy bezpieczną kryjówkę, po prostu obserwował, miał stąd idealny
widok na wejście do jaskini, której wyjście było dobrze ukryte wśród
skał. Na efekt obserwacji musiał jednak poczekać kilka godzin.
Zaczynało
się już powoli ściemniać, kiedy z jaskini wyjrzał jasnoszary pysk tylko
po to, by chwilę później zachęcić do wyjścia kolejne pięć pysków,
również szarych - z wyjątkiem jednego, czarnego. Jeremiah szybko doszedł
do wniosku, że stworzenia z jaskini to nic innego jak wilki. Sześć
wilków, co mogło stanowić już małe stado i było pewnym zmartwieniem.
Póki wilcze stadko było tak nieliczne, nie stanowiło poważnego
zagrożenia dla dobrze rozwiniętego SPS, ale jeśli zaczną się
rozmnażać..? To nic, jeśli sześć wilków zacznie polować na tych
terenach. Problem zacznie się wtedy, kiedy wilków nagle ni stąd, ni
zowąd zrobi się szesnaście. Zwierzyny zacznie znikać zbyt szybko. I
szesnaście wilków może być też zagrożeniem dla psów, zwłaszcza dla
szczeniąt, których - nie ma co ukrywać - całkiem dużo miało się w
najbliższym czasie w stadzie pojawić.
Nie było innej
rady, coś trzeba było z tym zrobić. Dog siedział ciągle w jednym
miejscu, obserwując wydarzenia przed jaskinią - nic wielkiego, kilka
rozmów, zabaw (widocznie wilki musiały być dosyć młode). Przyglądając
się dokładnie sylwetkom samców, ocenił, że z jednym dałby sobie dobrze
radę, ale gdyby drugi postanowił mu pomóc, jego wygrana nie byłaby wcale
taka pewna. Stwierdzając, że nie ma sensu ryzykować, odczekał, aż wilki
schowają się znów w jaskini i ile sił w tych długich, wielkich łapach
pognał w stronę polany SPS. Już będąc w znacznej odległości od niej,
wiedział, że ktoś tam siedzi - nad drzewami unosił się dym z ogniska.
Zbliżając się, dostrzegł także strzelające w niebo iskry i usłyszał
śmiechy i rozmowy znajomych psów. Wpadł zdyszany na polanę, od razu
odnajdując spojrzeniem Desiree. Ulokował się tuż obok niej, po czym
liznął bok jej pyska i opowiedział po cichu obserwacje z całego dnia.
-
Myślę, że powinieneś pójść z tym do swojego ojca i do Leny.
Zdecydowanie trzeba pozbyć się wilków, ale może nie trzeba będzie używać
przemocy. Może się jakoś dogadacie...
Jeremiah westchnął, zapatrzony w białą suczkę.
-
Masz rację, trzeba z nimi porozmawiać. Znaczy, z tatą i Leną. Chociaż
ja nie widzę innej możliwości. Wilki raczej na ugody nie pójdą, trzeba
będzie pozbyć się ich w inny sposób.
- Wierzę w Ciebie. Dasz sobie
z tym radę. - Desiree uśmiechnęła się, a Jera nie mógł się powstrzymać i
polizał znów bok jej zgrabnego pyszczka. Dźwignął się chwilę później na
łapy i rozejrzał, szukając Ravela i Leny. Zawołał oba psy i spytał, czy
mogą się przejść. Nie chciał, by ktoś więcej wiedział o zagrożeniu -
choć uważał stado za zbiorowisko odważnych psów, obawiał się niepokoju
wśród nich, w pełni zresztą uzasadnionego. Gdy tylko znaleźli się
odpowiednio daleko od polany, usiadł przed psami.
- Słuchajcie,
jakiś czort powiódł mnie dzisiaj na łazęgę po lesie. Znalazłem jakieś
dziwne ślady, poszedłem za nimi i trafiłem pod skały na skraju naszych
terenów. No i była tam jaskinia, a w jaskini wilki. Konkretnie sześć.
Dość młode, pięć szarych, jeden czarny. Ten czarny to chyba ich alpha,
ale nie jestem pewny.
Ravel zamyślił się, a Lena popatrzyła po nich obu. Westchnęła w końcu cicho i odezwała się:
- Trzeba ich stamtąd wywalić. Nie mogą tu być, są zagrożeniem dla stada.
-
A już zwłaszcza, jak się nam namnożą! Nie, żadnych wilków przy SPS nie
będzie.. - Warknął Ravel, patrząc na syna. Jeremiah popatrzył na nich z
poważną miną.
- Zajmę się tym. Tylko trzymajcie dzieciaki blisko
polany, bo nie wiem, gdzie się te wilki zapuszczają. Dzisiaj ich ślady
znalazłem całkiem blisko. Popilnuję ich przez kilka dni, a później coś
wymyślę. - Zaproponował, przenosząc ciągle spojrzenie pomiędzy Leną i
Ravelem. Psy skinęły na to pyskami. Chwilę później cała trójka wróciła
na polanę, a Jera streścił rozmowę Desiree. Długo jeszcze siedzieli przy
ogniu, udając przed resztą stada, że wszystko jest w najlepszym
porządku.
Następny dzień zaczął
się dla doga niemieckiego bardzo wcześnie. Zanim jeszcze wstało słońce,
pies siedział już w zaroślach niedaleko wilczej jaskini i obserwował.
Widział, jak rano wilczyce wychodzą, by zapolować. Udał się za nimi, by
dowiedzieć się jak najwięcej o ich trybie życia - następne dni chciał
poświęcić samcom. Rozczarował się nieco, widząc, że samice choć polować
potrafią, nie są w tym szczególnie dobre, a więc nie miał na co
popatrzeć. Powlókł się za nimi, kiedy ciągnęły na spółkę dwie powalone
sarny pod jaskinię. Ukrywyszy się, dalej obserwował. Teraz pojawiły się
również wilki. Małe stadko najadło się i zajęło swoimi sprawami - każdy
ruszył gdzie indziej. Jeremiah postanowił śledzić czarnego samca.
Samiec
wydawał polecenia reszcie wilków. Jera szybko utwierdził się w
przekonaniu, że faktycznie musi być samcem alpha - w przeciwnym razie na
pewno nie byłby traktowany z takim szacunkiem. I na pewno jego
polecenia nie byłyby tak szybko wykonywane. Sam czarny niewiele robił,
siedząc właściwie cały dzień przy jaskini i odchodząc od niej jedynie po
to, by dotrzeć do niewielkiego zalewu i napić się wody. Życie samca
alpha wydało mu się nudne, podobnie jak i on sam - więcej miał sierści
niż mięśni, co jednak widać było dopiero po odpowiednim zbliżeniu się do
niego. Na pierwszy rzut oka mógł uchodzić za potężne zwierzę, jednak
czar mógł szybko prysnąć, wystarczyło się dokładnie przyjrzeć. Późnym
wieczorem pozornie wspaniały samiec schował się w jaskini razem z
pięcioma innymi wilkami, a Jeremiah udał się na polowanie. Pożywiwszy
się złapanym zającem, znalazł bezpieczną kryjówkę i przespał kilka
godzin, by rano być wypoczętym i móc znów obserwować wilcze stado.
Tym
razem przyglądał się pozostałym dwóm samcom. Te już były bardziej
ciekawe - co jakiś czas wyzywały się, nawet trochę atakowały, by tylko
pokazać, który to z nich jest silniejszy. Przechwalały się mięśniami i
umiejętnościami, niezbyt przychylnie zerkając na czarnego. Jeremiahowi
udało się podsłuchać jedną z ich rozmów, w której kombinowały, który z
nich przejmie funkcję trzeciego i jak to zrobi. W ten sposób dog doszedł
do wniosku, że wilkom nie można ufać, że są fałszywe do tego stopnia,
że byłyby w stanie zabić tego, który im przewodzi - i póki co raczej
dobrze, bo wszyscy byli cali, a jedzenia mieli pod dostatkiem.
Pod
koniec dnia Jera znów zapolował i napełnił brzuch zajęczym mięsem, po
czym udał się na polanę, by przekazać Ravelowi i Lenie, co udało mu się
zobaczyć. Pragnął też zobaczyć się z Desiree i upewnić, że wszystko jest
w jak najlepszym porządku. Wpadłszy na polanę, otarł się pyskiem o bok
szyi suczki, po czym od razu ruszył w stronę ojca i Leny. Opisał im
wszystko, czego był świadkiem. Wywołał w ten sposób dwie odmienne
reakcje.
- Może powinniśmy spróbować dojść do porozumienia? Wilki
to przecież takie większe, trochę silniejsze psy. Gdybyśmy żyli tu
razem, byłoby bezpiecznie i nawet człowiek by nam nie podskoczył. -
Powiedziała po dłuższym zastanowieniu Lena.
- Myślę, że powinieneś pójść, by załatwić z nimi tę sprawę pokojowo. Współpraca może układać się naprawdę dobrze.
-
Ale co Ty gadasz..! To są wilki, one potrafią zintegrować się najwyżej z
innymi wilkami, a z tego co Jeremiah powiedział, nawet w ich stadzie
niezbyt im to idzie! Trzeba ich stąd przegonić, wytępić jak zarazę, bo
jak się rozmnożą, będzie źle!
Jera popatrzył na samicę alpha i
ojca, zastanawiając się, co powinien zrobić. Psy rozmawiały jeszcze
długo, ale on siedział tylko i słuchał, co jakiś czas pomrukując i
potakując. Nie był zwolennikiem przemocy i bardziej podobał mu się
pomysł Leny, ale jako samiec wychowany przez głównego wojownika czułby
się źle, wiedząc, że nie pokazał wilkom, kto tu rządzi.
- A co Ty
sądzisz? Wybierz najlepiej sam, co z nimi zrobić. Byle nie było już
tego zmartwienia. I byle byś to jak najszybciej załatwił. Masz dzień na
podjęcie decyzji i cztery dni na ewentualne przygotowania. - Powiedział w
końcu Ravel, a dog kiwnął wielkim łbem i odszedł od nich. Położył się
przy Desiree, wzdychając ciężko i ułożył pysk na jej karku. Opowiedział
cicho o rozmowie z ojcem i Leną, po czym wysłuchał zdania Białej na ten
temat.
- ... ale jakąkolwiek decyzję podejmiesz, masz we mnie
wsparcie. - Powiedziała spokojnie, liznąwszy psa po pysku. Ten
uśmiechnął się w odpowiedzi.
Co
zrobić? Pójść do wilków i zwyczajnie z nimi porozmawiać? Nie, wilki tego
nie kupią. No bo jak by to wyglądało: podchodzi do nich wielka pokraka -
bo tak pewnie wilki widzą psy - i mówi, że przychodzi w pokojowej misji
ze stada psów? Może jeszcze niech skoczy do tej ludzkiej restauracji
McDonald's, kupi duże frytki i im przyniesie? A inaczej? Mógłby im
przynosić prezenty i w ten sposób zaskarbić sobie ich przychylność. Ale
co takiego można dać wilkom? Nie będzie przecież za nich polował,
widział samice w akcji. Może i mistrzostwo to nie było, ale radziły
sobie dobrze. Nie, to musiałoby być coś innego. Może jakieś świecidełka
czy magiczne amulety? To brzmiało dobrze. Każdy chciałby mieć magiczny
amulet, sam Jeremiah kiedyś o takim marzył. Problem jednak byłby ze
zdobyciem czegoś takiego. Ale czy są rzeczy niemożliwe? Jeśli się mocno
wierzy w powodzenie, to nie, nie ma takich rzeczy.
Postanowił.
Spróbuje zdobyć magiczny amulet i przekupić nimi wilki tak, by nawiązać z
nimi choćby nić porozumienia, a później pomyśli, jak nakłonić je do
sojuszu.
Stawił się u Leny, wiedząc, że ojcu się ten pomysł nie
spodoba i wyjaśnił, co planuje. Spotkał się z aprobatą, więc tego samego
dnia jeszcze pożegnał się z Desiree i wyruszył. Podczas swoich
wcześniejszych wędrówek słyszał o grocie, w której mieszkał Allon, król
Gór Jastrzębich. Czekała go długa, męcząca podróż, ale czego się nie
robi dla stada, do którego się przynależy?
Powziąwszy sobie za cel
ochronę tych wszystkich psów, ruszył biegiem. Wiedział, że liczy się
czas i nie mógł sobie pozwolić na jego niepotrzebną stratę, a że znał
dobrze drogę, to na co jeszcze czekać? Dobrze, że był w dobrej formie
fizycznej, bo pozwoliło mu to w kilka godzin przebyć gęsty las i wypaść
na stare, zarośnięte już kompletnie pola, a z nich przedostać się na
opuszczone pastwiska. Zatrzymał się dopiero po przebiegnięciu części
zbocza, kiedy natrafił na strumień. Napił się zimnej wody i posiedział
przez chwilę, żeby odpocząć.
Spotkał się wtedy z nim.
Ni
stąd, ni zowąd przy drugim brzegu strumienia pojawiło się rude,
niewielkie ciałko. Pies zmrużył lekko oczy, rozpoznając w nim starego
kumpla, Lisa. Wyszczerzył zębiska w uśmiechu, czekając aż ten podejdzie
bliżej. Rudy kundelek mieszkający w tej okolicy od dawna usiadł w końcu
obok niego.
- Co Ty tu robisz? Nie poszedłeś do tego Twojego
stada? No, tam, gdzie się wychowywałeś? Myślałem, że ciągnie Cię wizja
powrotu do domu.
- Wróciłem do nich, Lis. Nawet odnalazłem tam drugą połowę, Desiree. Jest prześlicznym owczarkiem szwajcarskim.
- Więc dlaczego nagle jesteś tutaj? Co Cię tu przygnało?
Jeremiah popatrzył na niego przez chwilę.
-
Na obrzeżach terenów naszego stada osiedliło się niewielkie stado
wilków. Mam coś z nimi zrobić. Postanowiłem udać się do króla gór, żeby
obiecać mu coś w zamian za kilka amuletów magicznych. Zamierzam
przekupić nimi wilki.
Rudy kundel popatrzył na niego z politowaniem.
- I co mu niby zaproponujesz?
- Jeszcze nie wiem. - Odrzekł rozbrajająco szczerze Jeremiah.
-
No to życzę Ci szczęścia. Bo jeszcze nikt nic z niego nie wyciągnął. -
Lis odbiegł w swoją stronę, zostawiając Jeremiaha zamyślonego. W końcu
dog poderwał zad i ruszył dalej, żeby znaleźć się jak najszybciej w
grocie Allona.
I stało się, dotarł. Wszedł do groty, rozglądając się uważnie.
-
Halo..? Jest tu ktoś..?! - Spytał, słuchając, jak echo jego głosu
odbija się od ścian. W końcu pojawiło się ogromne stworzenie,
przypominające po części kota, po części wilka, a po części jakiegoś
gada. Dog nie wiedział, czym właściwie może ono być.
- Jestem Allon, król Gór Jastrzębich. Czego chcesz?
Jera zrozumiawszy, z kim ma do czynienia, skłonił się.
-
Nazywają mnie Jeremiah. Przybyłem, żeby poprosić Cię o kilka amuletów
magicznych. Są mi potrzebne do ochrony całkiem dużego stada psów, którym
zagrażają wilki. Chcę je nimi przekupić i nakłonić do sojuszu.
- Chyba nie myślisz, że dam Ci coś, bo o to prosisz?
-
No nie myślę. Jestem świadomy tego, że wszystko w życiu kosztuje. I
tego, że na pewno powiesz mi, co chciałbyś w zamian za amulety.
Allon
przyjrzał się dokładnie psu, oceniając jego sylwetkę. Jeremiah był
dużym, dobrze umięśnionym psem. Właściwie dorównywał mu prawie wzrostem.
-
Musisz wygrać ze mną walkę. Jeśli wygrasz, dostaniesz siedem amuletów.
Jeden da Ci władzę nad wodą, drugi nad ogniem, trzeci nad powietrzem,
czwarty nad naturą, piąty nad piorunem, szósty nad umysłem i siódmy nad
sercem. To bardzo potężne amulety i będę ich bardzo dobrze bronić.
Zagramy w pewną grę: wrócisz tu za dwie godziny, a ja je schowam tak,
byś mimo wszystko je znalazł. Będę bronił dostępu do nich. Jeśli uda CI
się je wykraść, są Twoje. Jeśli uda Ci się ze mną wygrać walkę o nie, są
Twoje. Jeśli Ci się nie uda, odejdziesz z niczym i kiedy urodzi się
Twój pierwszy syn, przyniesiesz mi go tu. A będę wiedział, czy się
urodził. Co Ty na to?
Zastanowił się przez chwilę. Ufał sile
swoich mięśni, wierzył też w swoje umiejętności walki. Po dłuższym
namyśle skinął na zgodę pyskiem i wybiegł z groty, a Allon zabrał się za
ukrywanie amuletów.
Jeremiah wszedł do groty i rozejrzał się
dokładnie. Dużo się zmieniło, pojawiło się wiele głazów, kamieni, trochę
zeschniętych krzaków. I w ogóle wydawało się, jakby było tam więcej
miejsca. Zaklął pod nosem, wiedząc, że trudno mu będzie coś znaleźć,
jeśli nigdy w życiu tego nie widział ani nie czuł zapachu. Mógł
zaproponować, że będą walczyć od razu. Żałując decyzji, zaczął
przeszukiwać wszystkie zakamarki, znajdując jedynie martwe szczury i
trochę suchych liści. Kiedy już miał, zrezygnowany, zawołać głośno o
podpowiedź, jakiś blask odbił się od ściany groty. Rozejrzał się
gwałtownie i jego spojrzenie padło na zawieszone obok siebie siedem
amuletów ukrytych za suchą trawą. Ruszył pewnym krokiem w ich kierunku.
Nim
zdążył zrozumieć, co się właściwie stało, wielkie stworzenie
przewróciło go i przygniotło do podłoża, warcząc głośno. Ale Jeremiah
tchórzem nie był i nie dał się zastraszyć, co to, to nie. Ugiął łapy
tak, by móc ułożyć je przy mostku stworzenia i wyprostował je
gwałtownie, sprawiając w ten sposób królowi ból i w efekcie zrzucając z
siebie. Rzucił się ku niemu z rozdziawioną paszczą, by zaatakować jego
gardziel, ale Allon był szybszy - zrobił unik akurat w tej chwili, w
której Jeremiah był tuż przy nim i uderzył opazurzonym łapskiem w psi
bok, robiąc w ten sposób cztery głębokie rozcięcia, z których kapać
zaczęła krew. Jeremiah warknął głośniej i z jakby nową energią rzucił
się na króla. Czas w jego postrzeganiu zwolnił na tyle, by mógł zauważyć
nawet najmniejsze skurcze mięśni Allona. Przekalkulował chłodno, że
najsłabszym punktem potwora jest brzuch i zraniona tylna łapa. Skoczył
ku niej i pociągnął mocno kłami, a król zawył i odruchowo podkurczając
łapę, został tylko na trzech. Zanim zauważył, co się dzieje, dog uderzył
w niego własnym bokiem, przewracając go na ziemię i w mgnieniu oka
łapiąc zębami za gardło. Warczał cicho, czekając, aż król da znak, że
się poddał.
- Puść mnie już, wygrałeś.. - Wyharczało stworzenie, a wtedy Jeremiah odskoczył od niego.
- Wybacz za łapę. To był jedyny sposób, mimo że trochę niehonorowy.
-
W walce należy kierować się honorem, ale jeśli walczysz o coś, co
kochasz, odstaw honor na bok. Walcz tak, by wygrać. Podaj te amulety,
wyjaśnię Ci co i jak z nimi.
Dog sięgnął po grube, złote łańcuchy i ostrożnie ściągnął je z gałęzi, na której wisiały. Ułożył je przed królem gór.
-
Ten z niebieskim kamieniem da Ci panowanie nad wodą. Z jego pomocą
będziesz mógł wywołać deszcz podczas suszy albo przerwać go w trakcie
ulewy. Będziesz mógł nawodnić suche pole i wysuszyć zalane. Za to ten z
czerwonym pozwoli Ci w dosłownie każdej sytuacji wzniecić ogień lub go
ugasić bez pomocy wody. Szary kamień wywoła wichurę lub sprawi, że
ustanie ona, kiedy będziesz sobie tego życzył. Umożliwi także oddychanie
pod wodą. Zielony spowoduje szybki wzrost roślin, kiedy będziesz tego
chciał. Ożywi także te martwe. Fioletowy wywoła burzę, pozwoli Ci
strzelać piorunami lub je zatrzymywać. Oczywiście, odegnać burzę też
będziesz z jego pomocą mógł. Biały pozwoli zahipnotyzować każdego,
sprawić, że będzie myślał dokładnie to, co sobie zażyczysz. A czarny
uchroni Twoje serce przed złym wpływem, jaki ma władza, którą dają Ci
pozostałe. I nie tylko! Czarny uchroni też Twoje serce przed zazdrością,
chciwością, gniewem i innymi złymi uczuciami. Weź je i odejdź, by
chronić swoje stado.
Pies podziękował i założył je na szyję -
niezbyt wygodnie byłoby mu biec tak daleko z siedmioma łańcuchami tej
grubości w pysku. Owszem, mordę miał wielką, ale jakoś wentylować
organizm też musiał. W końcu pies nie człowiek, nie poci się, a podczas
biegu nagrzewa chyba jeszcze bardziej. Upewniwszy się, że nie ma
sposobu, by któryś z amuletów zgubić, ruszył w drogę powrotną. Zbiegł po
stromym zboczu góry i znalazł się znów przy strumieniu. Usiadł i
zajrzał w krystalicznie czystą wodę. Przyjrzał się własnemu odbiciu i
przekrzywił łeb. Dość komicznie wyglądał obwieszony amuletami jak
choinka. Warknął cicho, widocznie rozdrażniony, a coś zachichotało
cicho.
Rozejrzał się, zdezorientowany. Przez chwilę myślał, że to
Lis wrócił i śmieje się z jego wyglądu, ale po chwili uświadomił sobie,
że przecież rudy kundel śmieje się zupełnie inaczej i na pewno nie
można tego nazwać chichotem.
- Jest tu kto? - Warknął, jeżąc
krótką sierść na karku, ale odpowiedziało mu jedynie echo. Uspokoiło go
to na tyle, że schylił się, by wypić trochę zimnej wody.
W
pierwszej kolejności zobaczył dwa wielkie ślepia o barwie turkusu
wpatrujące się w niego z czystym zainteresowaniem. A w drugiej? W
drugiej poczuł małe, obślizgłe ręce chwytające za jego przednie łapy i
próbujące wciągnąć go do wody. Cofnął się o krok, a stworzenie wyjrzało z
wody. Patrzył na nie, strasznie zdziwiony. Zarówno on, jak i
stworzonko, byli do siebie nastawieni bardzo ostrożnie - żadne nie
chciało za żadne skarby podejść bliżej. Wodny stwór mógł mimo
niegroźnego wyglądu ukrywać jakąś tajemnicę, a wyrośnięty dog mógł
zawsze być po prostu wyrośniętym dogiem chcącym zapolować na coś
mniejszego.
Ale przecież nie mogli stać tak wiecznie i wpatrywać
się w siebie. Stworzonko poruszyło długimi, srebrzystymi wąsami, a
Jeremiah zrobił krok do przodu.
- E... Cześć. - Mruknął, przyglądając się mu uważnie.
-
Czeeeeeeeeść. - Odpowiedział stworek, przeciągając mocno sylabę.
Przekrzywil głowę i wyszedł całkowicie z wody, ukazując długie, wężowe
ciało z wieloma kończynami zakończonymi dłońmi. Cały był niebieski,
jedynie miejscami widać było srebrzyste łuski.
- Jestem Jeremiah, jestem psem i jestem właśnie w podróży. Dlaczego chciałeś wciągnąć mnie do wody?
- Nie mam imienia, jestem wodnikiem, mieszkam tutaj. Bo mi się nudziło.
- Mógłbyś znaleźć lepszy sposób na nudę! - Warknął rozdrażniony Jera i odwrócił się, by odejść.
- Czekaj, czekaj! Te amulety, co masz na szyi.. Masz je od Allona? Powiedział Ci, jak działają?
Pies spojrzał na niego, nie ruszając się z miejsca ani o krok. W jego spojrzeniu było widać szczere zdziwienie.
-
Miałby mi je dać i nie wytłumaczyć ich działania..? Każdy z nich panuje
nad żywiołem: ogniem, wodą, powietrzem, ziemią, burzą lub pozwala
panować nad czyimś umysłem. Poza czarnym, który chroni przed złym
wpływem innych na charakter noszącego.
- A powiedział Ci, że
jeśli nosisz na raz więcej niż jeden amulet, jesteś drażliwy i nie da
się z Tobą normalnie żyć..? - Spytał wodnik i chwilę później już go nie
było. Jeremiah zastanowił się przez chwilę nad jego słowami, po czym
pokręcił łbem i ruszył biegiem w stronę terenów stada. Nie wbiegł nawet
na chwilę na polanę, by porozmawiać z kimkolwiek - chciał jak
najszybciej pozbyć się problemu jakim było niewielkie stado wilków. Choć
gdyby się zastanowić... Według praw, jakimi rządziła się natura i jakie
miał okazję zapoznać Jeremiah podczas swoich podróży, wataha licząca
sześć osobników nie jest wcale małą watahą - jest całkowicie normalna.
Późnym
wieczorem dotarł na skraj terenów stada, wzdłuż których biegł dalej, by
znaleźć się u wilków. Zatrzymał się dopiero będąc tuż pod jaskinią,
jaką wilki zajmowały i odpoczął przez kilkanaście minut, obserwując je
dokładnie i układając sobie w głowie plan działania.
Podejdzie od
razu do samca Alpha. Poprosi go o rozmowę w cztery oczy, w której
zaoferuje mu sojusz ze stadem i wręczenie amuletów w zamian za to.
Powie, że w razie zagrożenia wilków, psy staną w ich obronie i że w
zamian oczekują pomocy, bo raczej sześć wilków nie poradzi sobie z
obroną pięćdziesięciu psów. Zaproponuje wspólne imprezy, bo nie można
odcinać się od otaczającego świata, trzeba z kimś utrzymywać kontakty.
Obmyśliwszy
wszystko, wyszedł z dumnie wypiętą klatką piersiową z zarośli, w
których się chował. Od razu ściągnął na siebie uwagę wszystkich wilków,
których spojrzenie śledziło każdy najdrobniejszy ruch psa. Starał się
ignorować wszystkie poza jednym.
Stanął w końcu przed Alphą, którego przewyższał wzrostem. Skłonił się nisko.
-
Jestem Jeremiah, syn Ravela ze Stada Psich Serc, z którym obecnie
sąsiadujecie. Przyszedłem, by porozmawiać z Tobą, Alpho. Moje stado ma
propozycję dla Waszego, lecz wolałbym omówić to na osobności.
Wilk
popatrzył na niego przez dłuższą chwilę. Widać było, że nie jest
zachwycony tym pomysłem, ale w końcu skinął pyskiem, w przeciwieństwie
do doga nawet się nie przedstawiając. Ruszył jedynie na wschód, a
Jeremiahowi pozostało tylko podążać za nim, co też uczynił. Amulety
podzwaniały na jego szyi, trochę go przy tym irytując, ale wiedział, jak
bardzo są w danej chwili ważne. Przez moment przemknęło mu przez myśl,
żeby wykorzystać ten biały i namówić wilka w ten sposób do sojuszu, ale
odrzucił ten pomysł - byłoby to bardzo niehonorowe, a on jako syn
dowódcy wojowników kierował się jednak honorem. Allon co prawda
powiedział mu, żeby czasem schował ten swój honor, ale w tym momencie
dog nie miał najmniejszego zamiaru tego robić. Nie nadszedł jeszcze ten
moment, w którym Jera miałby nagiąć swoje zasady.
Odeszli już dość
daleko od terenów, na których początkowo się znajdowali - i na których
zostawili piątkę wilków, która prawdopodobnie zastanawiała się teraz,
jak się to wszystko skończy. Jeremiah nie przewidział tylko jednego: że
wilki nie będą chciały siedzieć i czekać. Podczas gdy on wierzył, że
rozmowa ich alphy i jego będzie rozmową prywatną, dookoła nich zebrało
się całe niewielkie stado. Czy nie czuł ich zapachów? Owszem, czuł, ale
uważał, że po prostu byli tu wcześniej, a woń jeszcze nie wywietrzała.
Zerknął kątem oka na swój zraniony bok, po czym wbił znów spojrzenie w
samca alpha.
- Słucham więc, co masz za propozycję. - Mruknął
wilk, patrząc lekceważąco na doga. Ten musiał zebrać w sobie całkiem
sporo siły, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego i nie stracić szansy na
sojusz. Nie trzeba było przecież rozwiązywać tej sprawy przemocą.
-
Przychodzę, żeby zaproponować sojusz. Nasze stado liczy ponad
pięćdziesięciu członków. Możemy być dobrą ochroną dla Was, a Wy dobrym
towarzystwem dla nas. Współpracując, jesteśmy w stanie zdziałać więcej.
Przede wszystkim jesteśmy w stanie uchronić las przed wpływem człowieka.
- Ochrona to za mało. Jesteśmy w stanie sami się bronić, nie potrzebujemy pomocy psów.
Jeremiah popatrzył na niego przez chwilę.
-
Przynoszę siedem amuletów, które chcemy Wam dać. Każdy z nich ma inną
moc. Każdy.. - przerwał mu głośny śmiech wilka. Spojrzał na niego
zdezorientowany.
- Śmieszny jesteś, jeśli myślisz, że przyjmiemy
jakieś błyskotki. I sojusz z psami. Jesteście bandą kundli, dużo gorszą
we wszystkim od nas. Jesteście cholernymi nieudacznikami. Nie zamierzamy
Wam pomagać. I macie się stąd wynieść. - Tym razem to Jera się
roześmiał. Oni mieli się wynieść? Stado, które już kilka lat funkcjonuje
na tych ziemiach, ma nagle przenieść się, bo od kilkunastu dni
pomieszkuje tu dziesięciokrotnie mniejsze stado wilków?
- Nie, to
Ty jesteś śmieszny. Żyjemy tu od lat, to są nasze ziemie. Wy nie macie
do nich żadnego prawa. Co Wy tu w ogóle robicie? Wilki tak blisko
miasta..? Chyba Wam się trochę preferencje poprzestawiały, co? Wy w
ogóle nie macie szans w tym lesie. Nie wiecie, gdzie tu chodzą ludzie.
Nie wiecie, gdzie zostawiają swoje pułapki i jakie. Nie macie nawet
pojęcia, jak ich w tym miejscu unikać ani jak się z nich wyswobodzić. I
gwarantuję, że jeśli natraficie na któregokolwiek wojownika z naszego
stada, jesteście przegrani. - Powiedział nadal spokojnie. Był odrobinę
rozbawiony, to, co mówił wilk, wydawało mu się śmieszne. Przecież SPS
było bardzo dużym stadem. Sześć wilków nie było dla nich żadnym
zagrożeniem. Nawet, jeśli ileś osób musiałoby zostać, by pilnować
szczeniąt, zostawało ich do walki dużo, dużo więcej.
Wilk nie
odzywał się przez jakiś czas, najwyraźniej próbując przetrawić wszystkie
informacje. Wiedział dobrze, że dog ma rację, ale przecież jako
szanujący się władca nie mógł pokazać, że obawia się psa. I to jeszcze
tak pokracznego! Przecież to-to miało łapy tak długie, że pewnie plątały
się mu, kiedy próbował szybciej iść. Alpha pokręcił tylko pyskiem.
-
Nie wyniesiemy się stąd. Albo Wy to zrobicie, albo stopniowo
doprowadzimy Was do upadku. Będziemy porywać po jednym psie z Waszego
stada i zabijać tak długo, aż sami postanowicie odejść. Czasy Waszej
świetności już minęły. - Rzucił w stronę Jeremiaha, mrużąc oczy. Pies
nie opanował odruchu, w którym jego sierść się zjeżyła. Zmarszczył nawet
pysk, ukazując przez ułamek sekundy ostre, lśniące kły, których raz już
dzisiaj musiał użyć. Niemal zaatakował alphę wilków, kiedy z krzaków
wypadł jasny kształt. Pies zmrużył na chwilę oczy, dopiero po krótkiej
chwili rozpoznając w kształcie samicę z wilczego stada.
- Moim
zdaniem powinniśmy nawiązać z psami sojusz. - Odezwała się cicho, stając
pomiędzy psem i wilkiem. 'Jedyna rozsądna w tej watasze', przemknęło
przez myśl doga, kiedy przyglądał się jej. Nie wyróżniała się w zasadzie
niczym: miała jasną sierść, miejscami poprzetykaną srebrnymi i
biszkoptowymi nićmi, które jednak nie rzucały się w żaden sposób w oczy.
Spojrzenie wilczycy miało orzechową barwę.
- Jest ich dużo,
nawet nie potrafiąc walczyć mogą stanowić zagrożenie. Ponadto duże stada
potrzebują dużo pożywienia. Jeśli będą polować, a my nie będziemy mieć z
nimi sojuszu, nic nam nie zostawią. I z tymi pułapkami też ma rację. -
Widząc minę alphy, cofnęła się o krok i spuściła spojrzenie gdzieś na
ziemię.
- Wiem, że są gorsi. Są psami, ludzkimi zabaweczkami. Nie
wiem, jakim cudem odnaleźli się w lesie, ale jeśli jest ich tak dużo,
to znaczy, że się odnaleźli. I że żyje im się dobrze. Przecież jakby
było źle, nie byłoby ich aż tylu.
Wilk warknął na nią, a ona
skuliła się trochę. Jeremiah nie wytrzymał i wyskoczył przed nią, żeby w
razie czego jej bronić. Nie zrobiła nic złego, nie miał powodów, by ją
atakować. Poza tym była kobietą.
- Nie zgadzam się na sojusz z
psami. Możecie sobie gadać co chcecie, ja nie wyrażam na to zgody. Nie
będą mi się tu kundle żadne panoszyły. Ciekawe, ilu z Was nadal nosi
obroże, które podostawaliście od ludzi. Nie zasługujecie na to, by żyć w
lesie.
Jeremiah spojrzał na niego wybitnie zimno jak na niego.
Wychował się w rodzinie, w której szanowało się wszystkich bez względu
na to, jakiej byli rasy. A trzeba przyznać, że ich rodzinę można było
spokojnie wpisać w projekty multikulti, które ostatnio robią taką furorę
wśród ludzi. Był jedynym dogiem niemieckim w swojej rodzinie. Rebekah,
podobnie jak Nack, była husky, Nukri przypominała owczarka
szwajcarskiego, Cerliona była border collie, Rudy był tollerem, a Allex
dogiem argentyńskim. Oprócz nich pamiętał jeszcze jak przez mgłę
Feindschafta, który był owczarkiem australijskim. I oczywiście Feronię,
która reprezentowała rasę canaan dog. A rodzice? Tata był owczarkiem
niemieckim, a Fallon - do której jako matki właściwie wciąż nie mógł
przywyknąć, bo pamiętał kundelkę Sathanę - w podobie do Cerliony, była
border collie. Ich rodzina była totalną mieszanką i wychowany w takiej,
nie rozumiał dyskryminowania innych pod względem rasy. Nawet pod
względem gatunku wydawało mu się to cholernie nie na miejscu.
- W
tym lesie zawsze żyło dużo różnych gatunków zwierząt. Przed Wami też
bywały tutaj wilki, ale żadne nie były tak zepsute jak Ty. Reszty
Twojego stada nie zamierzam osądzać, widzę, że jedna z wilczyc jest dużo
rozsądniejsza od Ciebie. Nie przyjmujesz sojuszu.. Trudno. Pójdę więc
do swojego stada, by przekazać wieść o tym naszej alphie. W momencie
odrzucenia sojuszu jestem zmuszony uznać Was za wrogów i przekazać to
stadu. W związku z wrogimi stosunkami ze Stadem Psich Serc macie zakaz
wstępu na nasze tereny. Każdy, kto Was tam zobaczy, ma obowiązek
przekazać Lenie albo Ravelowi. Nikt nie będzie się z Wami cackał, skoro
nie przyjęliście sojuszu. - Powiedziawszy to, odwrócił się, by odejść.
Ciężkie łańcuchy na jego szyi podzwaniały cicho, kiedy robił kolejne
kroki.
Postąpił bardzo nierozważnie i gdyby Ravel się o tym
dowiedział, pewno byłoby mu przykro, że Jeremiah nie wyniósł tego z
nauki. Dog po prostu zapomniał o zagrożeniu. Najgorszym, co mógł zrobić,
to obrócić się zadnią stroną do wrogo mu nastawionego wilka i jak gdyby
nigdy nic próbować odejść. I o bezsensowności, nawet szkodliwości tego
czynu zorientował się już chwilę później, kiedy coś wskoczyło na jego
grzbiet. Coś ciężkiego.
Zdezorientowany pies ugiął łapy, szarpiąc
się mocno. Osobnik spadł z jego grzbietu, zostawiając jednak kolejne
rany po pazurach. Pies również się przewrócił. Wstał jednak szybko i
rozstawił dostatecznie szeroko łapy, by uzyskać jak największą
stabilność. Podłoży było nieco mokre, a więc i śliskie, jak to
wieczorami bywa, co dla doga było utrudnieniem; choć był dużo większy od
wilka i miał lepiej rozwinięte mięśnie, był zdecydowanie mniej zwinny i
zwrotny niż jego przeciwnik. Cóż, każda figura miała swoje zalety i
wady.
Wbił spojrzenie w wilka, śledząc uważnie każdy, nawet
najdrobniejszy jego ruch. W tej sytuacji wszystko miało znaczenie, bo
mogło pomóc przewidzieć, co zrobi przeciwnik.
Wilk również
rozstawił szeroko przednie łapy, ale nie po to, by wytrzymać atak
Jeremiaha. Nie, on po prostu chciał dobrze wymierzyć. Nie sztuką było
skoczyć. Sztuką było tak skoczyć, by zdążyć zaatakować, zostawić po
sobie ranę, która unieszkodliwi całkowicie przeciwnika. Wilk ugiął tylne
łapy, by po chwili wyprostować je gwałtownie i oddać skok prosto na
Jeremiaha. Kłami sięgnął do jego gardła, ale pies okazał się być tym
razem szybszy - opuścił nisko pysk, broniąc gardziel. Kiedy wilk uderzył
w niego, udało mu się ustać na szeroko rozstawionych łapach. Jera był
ciężki i trudno było go przesunąć, a kiedy odpowiednio mocno zaparł się
łapami w ziemi, przewrócenie go było naprawdę trudnym zadaniem. Kiedy
wilk odbił się od niego, stanął na tylnych łapach, przednimi chcąc
przygnieść samca do podłoża, ale ten rzucił się z kłami do jego brzucha.
Jako ten mniej zwrotny, dog nie miał szans całkowicie uniknąć tego
ciosu i wilk zostawił po sobie ślady w postaci rozoranej kłami całkiem
sporej rany. Pies zawył z bólu i odskoczył do tyłu. Wylądowawszy na
wszystkich czterech kończynach, zjeżył już całkiem swoją krótką sierść.
Wpatrywał się wściekle w samca alpha, krążąc wokół niego.
Wilczyca
zniknęła właściwie nie wiadomo kiedy. Możliwe, że bała się, że i jej
się oberwie, jeśli tu zostanie. Możliwe, że bała się, że zaatakuje ją
Jeremiah, a możliwe, że obawiała się własnego przywódcy stada. Jasne
było, że nie zamierzała mieszać się w ich walkę. Mogła na tym tylko
ucierpieć, obojętnie, jak by to odebrać. Dog miał do niej pewną słabość,
ale chyba tylko dlatego, że była płci pięknej. Prawdopodobnie w razie
potrzeby broniłby jej przed wilkiem, ale na szczęście owa potrzeba nie
zaszła.
Samiec alpha zastanawiał się, jak zaatakować psa. Miał tę
satysfakcję, że już go zranił, a po dokładnym obejrzeniu wielkiego,
psiego cielska doszedł do wniosku, że już wcześniej coś raniło
Jeremiaha, w ten sposób zwiększając jego szanse, choć nieznacznie.
Ruszył w kierunku doga, chcąc sprowokować go do obrony i udało mu się
to, gdyż Jeremiah również zrobił krok w jego stronę, szczerząc kły. Wilk
zrezygnował z ataku, a i sam pies cofnął się, mierząc go nienawistnym,
zimnym spojrzeniem.
Jeremiah rozważył przez chwilę, co właściwie
powinien zrobić. W jednej chwili skoczył do wilka, w ostatniej chwili
przerzucając łapy na prawą stronę i ostatecznie uderzając w niego
bokiem. Samiec alpha nie zdążył zareagować, kiedy coś tak wielkiego
uderzyło w niego z impetem i niemalże przewrócił się, co dog
wykorzystał, szybko przenosząc ciężar cielska na tylne łapy i przednimi
opadając na kark przywódcy stada. Przygniótł go w ten sposób do podłoża,
a jego rozwarta paszcza wystrzeliła ku szyi samca. Odnalazłszy tętnicę,
wbił w nią kły i szarpnął mocno, poprawiając tylko silny uchwyt pod
wpływem skamlenia przeciwnika. Mógłby go teraz zostawić, z trudną do
zagojenia i na pewno przeszkadzającą raną na szyi, ale z jakiegoś powodu
wpadł w szał - być może to zbyt dużo emocji się w nim nagromadziło, a
być może to amulety w ten sposób działały. Dog cofnął na chwilę uzębioną
mordę i zanim alpha zdążył zareagować, znów zaatakował delikatną skórę
jego szyi, pomagając sobie łapą i odginając nią jego pysk. Zapewnił
sobie wygodny dostęp do gardła wilka, które chwilę później było już
rozszarpane.
Pies odszedł od przeciwnika dopiero wtedy, kiedy
miał pewność, że ten już nie wstanie. Warcząc nadal wściekle rozejrzał
się po okolicy, natrafiając na spojrzenia wilków ze stada. Warknął tylko
głośniej na ich widok.
- Już Was tu nie ma..! - Czworo z nich
szybko zrozumiało, że dog nie zamierza dwa razy powtarzać. Popatrzyli
jeszcze przez chwilę i odeszli, a została ona.
Samica, która wcześniej próbowała przemówić do rozsądku alphy.
-
Gdyby posłuchał, żyłby dalej, więc jeśli masz jakiś komentarz typu
'mogłeś go nie zabijać' daruj sobie i zmiataj stąd, zanim i Tobie stanie
się krzywda. - Warknął Jeremiah, kiedy wilczyca podeszła do ciała
wilka. Tym razem to ona spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała.
Schyliła się i wsunęła pysk pod rozszarpany kark, po czym uniosła martwe
ciało i odeszła z nim.
Jeremiah padł, wyczerpany, na ziemię i
zasnął. Dopiero następnego dnia obudził się i ruszył, idąc dość wolno, w
stronę terenów SPS. Był poraniony zarówno po walce z Allonem, jak i po
walce z wilkiem, więc nie mógł pozwolić sobie na szybsze przemieszczanie
się. W końcu jednak udało mu się dotrzeć.
Pierwszym co zrobił
była wizyta u Desiree. Spędził z nią właściwie cały dzień, po prostu
odpoczywając i ciesząc się jej towarzystwem. Czuł radość ze spełnionego
obowiązku, ponieważ wiedział, że suczka jest w ciąży, a on zapewnił jej -
jak i wielu innym członkom stada - względne bezpieczeństwo. Dopiero
wieczorem liznął bok ukochanego pyszczka i ruszył na polanę, gdzie
spotkał ojca i Lenę. Kiwnął w ich stronę pyskiem, a ci od razu wstali i
podeszli do niego. Dog usiadł.
- Plan był taki, żeby ich
przekupić i namówić do sojuszu. To wbrew pozorom całkiem sporo. Więc
ruszyłem w góry, walczyłem z Allonem i wróciłem, by darować im amulety i
przekonać, że mogą żyć z nami w zgodzie. Alpha nie chciał słuchać ani
mnie, ani swojego stada, więc zmuszony byłem go zabić. Reszta odeszła,
jestem pewien, że już nie wrócą. A tu.. Tu są amulety. - Powiedział
spokojnie, dotykając nosem podłoża. Po szarej szyi zjechało siedem
łańcuchów z amuletami. Wszystkie ozdoby spoczęły na podłożu, a Jeremiah
podniósł spojrzenie na Lenę i Ravela. Oczekiwał ich zdania na temat
całego tego zamieszania.
~**Historie z życia**~
- Scio me nihil sciere. [Sasha]
- Happy moments do not count, and then complain that happiness is short-lived.-Historia Lucky'go Marley'a [Lucky]
- Wojna nie kończy się nigdy. [Jack]
- Happy moments do not count, and then complain that happiness is short-lived.-Historia Lucky'go Marley'a [Lucky]
- Let's play Game [Kanade]
- "...Nikt zawzięty nie może zostać pozbawiony życia!" [Kanade]
- It never ends. [Jethra]
- Kanade's Story - "Dear Agony please let me Die." [Kanade]
- Historia Upadłego Anioła, cz.2 [Fallen]
- Historia, która jest opowiadana sercem. [Buka]
- Kanade's Story - Shattered Pieces! Part Two [Kanade]
- Historia trzech psów. [Fallon]
- Dear Agony.. I miss you so much! Part One [Kanade]
- Historia Upadłego Anioła, cz.1 [Fallen Angel]
- The Diary of Zoe cz.1 [Luffiera]
- Walentynkowa historia [Luffiera]
- Poświąteczny czar. [Shadow]
- Blizna, cz. I. [Volturi]
- Your voice feels like home. [Luffiera]
- Nowe pokolenie, zaspokaja pragnienie natury. [Allex]
- Przez Ciernie do Gwiazd .IV `` Historia Sathany cz. IV [Sathana]
- Opowiadania część 2 - Przebudzenie. [Shadow]
- Opowiadania część 1 - Pechowe polowanie. [Shadow]
- "Życie to najcenniejszy dar" - mówią. Ale kto je naprawdę docenia? (cz.1 historii Rebeki) [Rebekah]
- Dom jest tam gdzie serce Twoje. cz.2 [Vivian]
- Dom jest tam gdzie serce Twoje. cz.1 [Vivian]
- Przez Ciernie do Gwiazd .III `` Historia Sathany cz. III [Sathana]
- Nazywam się Calypso Bree... [Calypso Bree]
- Historia Mawi [Mawi]
- Przez Ciernie do Gwiazd .II `` Historia Sathany cz. II [Sathana]
- Carmell la Devon - Moja historia - cz. 1 [Carmell]
- Kochać i nienawidzieć jednocześnie, jak to możliwe... [Luna]
- Atak lisaaa!!! cz.1 [Pazzesco]
- Okiem Ruby c.d. [Ruby Calma]
- Dzieciństwo Luffiery cz.2 [Luffiera]
- Nieśmiertelnik [Chantell]
- Sekrety czerwonego wisiorka cz.I [Alis]
- Przecież Ci nie zależy, więc? [Luna]
- Nowy rozdział mojego życia... [Pazzesco]
- Przez Ciernie do Gwiazd .I `` Historia Sathany cz. I [Sathana]
- Nowy pyszczek do wykarmienia :3 [Nirvena]
- Czego ślepia nie widzą tego sercu nie żal. [Armanii]
- Okiem Ruby [Ruby Calma]
- Me serce bije i tak na pewno. [Desiree]
- Życie i historia Sathany I [Sathana]
- Mała lecz serce ma waleczne... [Nirvena]
- Historia Luffiery cz.1 [Luffiera]
- Inaczej. [Bueno la Karte]
- Psie zaufanie [Wolpy]
- Najpiękniejsze miecje na ziemi. [Luffiera]
- Dream a little dream [Mino]
- W poszukiwaniu siebie cz.I [Bueno la Karte]
- Lacrimosa. cz.I [Rhonwen]
- Moja historia. [Lori]
- Historia Lori. [Lori]
- Nie tak tajemne tajemnice. cz.1 [Sila]
- Opowiadanie Sath. cz.1 [Sathana]
- Opowiadanie Sath. cz.1 [Sathana]
- Poranne polowanie. [Li]
- Zwyczajny poranek. [Luffiera]
- I tak to się zaczęło. [Leiko]
- Złapana cz.1 [Leiko]
- Wyprawa Border Collie [Leiko]
~**Konkursowe**~
- Złap królika! [Sathana]
- Złap królika! [Fallon]
- Złap królika! [Nukri]
- Złap królika! [Chaps]
- Złap królika! [Amika]
- Złap królika! [Skyres]
- Polowanie na nocną zjawę. Na Konkurs Wolpy'ego. [Izis]
- Ślepa Kraina. [Sathana & Li]
- Kraina Wodospadów Marzeń. [Bueno la Karte & Sila]
- Tajemniczy Ogród cz.4 [Elektrika]
- Tajemniczy Ogród cz.3 [Elektrika]
- Tajemniczy Ogród cz.2 [Elektrika]
- Tajemniczy Ogród cz.1 [Elektrika]
- Bliźniaczki. [Kei]
- Zawsze warto jest być psem cz.1 [Sila]
- Horror Allie XD - Cmentarny Morderca część 3 [Allie]
- Takie cóś. :3 | Nr. II cz. 4 [Sathana]
- Horror taki sobie. cz.3 - ostatnia. [Ines]
- Horroru cz. II [Renoir]
- Horror Voodoo... cz.2 [Leiko]
- Horror taki sobie. cz.2 [Ines]
- Klątwa Anubisa. [Virsli]
- Horror taki sobie. cz.1 [Ines]
- Takie cóś. :3 | Nr. II cz.3 [Sathana]
- Horror Voodoo... cz.1 [Leiko]
- Horror Allie XD - Cmentarny morderca część 2 [Allie]
- Takie cóś. :3 | Nr. II cz.2 [Sathana]
- Pająk. [Sila]
- Halloween. cz.2 [Li]
- Rodzinka. [Sathana]
- Zmora. [Kira]
- Halloween. cz.1 [Li]
- Małżeństwo. [Sila]
- Cmentarny morderca. [Allie]
- Strych. [Ashanti]
- Klif. [Sathana]
- Incydent. [Luffiera]
- Indianin. [Leiko]
- Kremowe płótno. [Ines]
- Taniec przeszłości. Na konkurs Ravel'a [Bueno la Karte]
- Moja przeszłość. Na konkurs Ravel'a. [Togan]
- Opowiadanie z przeszłości. Na konkurs Ravel'a. [Li]
~**Halloweenowe**~
~**Opowiadania na Bethę**~
~**Opowiadania na Delthę**~
- Opowiadanie na Samca Deltha [Chaps]
- Opowiadanie na Samicę Deltha [Elektrika]
- Opowiadanie na Samicę Deltha [Nukri]
- Opowiadanie na Samicę Deltha [Lorelei]
- Opowiadanie na Samicę Deltha. [Mawi]
- Opowiadanie na Samicę Deltha. [Nirvena]
- Opowiadanie na Samicę Deltha. [Luna]
- Opowiadanie na Samca Deltha. [Akyes]
- Opowiadanie na Samca Deltha. [Renoir]
- Opowiadanie na Samicę Deltha. [Bueno la Karte]
- Opowiadanie na Samicę Deltha. [Mawi]
- Opowiadanie na Samicę Deltha. [Ines]
~**Śmieszne, humorystyczne**~
~**Straszne, brutalne**~
~**Trudne sprawy itp.**~
~**Warte zapamiętania**~
~**Wiersze i inne**~
- Patologiczne zło. [Lorelei]
- Wiersz z okazji Walentynek [Rebekah]
- Wiersz o SPS [Allex]
- Wiersz [Vivian]
- Wierszyk Świąteczny [Vivian]
- Myśli przelej na kartkę IX. [Alathen]
- Myśli przelej na kartkę VIII. [Alathen]
- Wierszyk o SPS. [Diira]
- Myśli przelej na kartkę VII. [Alathen]
- Myśli przelej na kartkę VI. [Alathen]
- Gdzieś na końcu świata. [Justa]
- Wiersz o Felinie. [Zeev]
- Myśli przelej na kartkę V. [Alathen]
- Potykam się i spadam w dół II. [Ines]
- Potykam się i spadam w dół. [Ines]
- Myśli przelej na kartkę IV. [Alathen]
- Myśli przelej na kartkę III. [Alathen]
- Myśli przelej na kartkę II. [Alathen]
- Myśli przelej na kartkę I. [Alathen]
- Pustka. [Ashanti]
- Urodzinowo Ines. [Zeev]
- Urodzinowo Lenie. [Zeev]
- 40 małych pszczółek. [Kei]
- Nocna Wena. [Zeev]
~**Opowiadania nie związane ze stadem**~
- The horse whisperer, cz. 1 [Jack]
- Życie zdarza się raz. [Chaps]
- ,,It's not a true love. It's a true love-hate'' cz.2 [Gaja]
- Never lose hope...Cz.2 [Lucky]
- ,,It's not a true love. It's a true love-hate'' cz.1 [Gaja]
- "Stary, to jest tylko smycz." [Luffiera]
- Never lose hope...Cz.1 [Lucky]
- It's okay to be different. [Luffiera]
- Więcej obcych wilków? [Fallon]
- Wilcza przygoda. [Fallon]
- Nocne takie tam. [Fallon]
- In the End. cz. I [Ravel]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie cz. VIII. [Lena]
- Przyjaźń na zawsze. [Fallon]
- Historia trojka rodzeństwa. [Chaps]
- Złoty Tygrys - Opowieść Silije cz. II [Volturi]
- Life is brutal. cz. I. [Lena & Antares]
- Złoty Tygrys - Opowieść Silije cz. I [Volturi]
- You make me rise when i fall... cz.1 [Misty]
- Zawiłości miłości. Cz. 2 [Szelma]
- Zawiłości miłości. Cz. 1 [Szelma]
- To szereg blasków i cieni. Cz. I [Lidelse]
- Kartka z Pamiętnika. [Vivian]
- Lullaby cz. IV [Lidelse]
- Lullaby cz. III. [Lidelse]
- Lullaby cz. II. [Lidelse]
- Lullaby cz. I. [Lidelse]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. VII [Lena]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. VI [Lena]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. V [Lena]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. IV [Lena]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. III [Lena]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. II [Lena]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. I [Lena]
- Słowa wyryte na ławce. [Leiko]
- Koszmary. [Raegan]
- Szkolne życie Leny i innych. cz. II [Lena]
- Szkolne życie Leny i innych. cz. I [Lena]
- Zabierz mnie tam, gdzie nie kończy się świat. [Izis]
- Listen To The Rain. [Leiko]
- Opowieść o Sucharze. cz.2 [Grim]
- Opowieść o Sucharze. cz.1 [Grim]
- Zawiłości miłości. Cz. 2 [Szelma]
- Zawiłości miłości. Cz. 1 [Szelma]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. VII [Lena]
- Zawiłości miłości. Cz. 2 [Szelma]
- Zawiłości miłości. Cz. 1 [Szelma]
- Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. VII [Lena]
~**Zadania SG & HI**~
- Treści zadań SG i HI
- Zadanie na obrońcę pary Deltha. [Ragnar]
- Zadanie na Indywidualnego Myśliwego [Lorens]
- Zadanie. [Jeremiah]
- ♠ Zadanie na Obrońcę Alphy. [Sathana]
- "Wszelkie życie pewnego dnia zginie." - Hierarchia Indywidualna "Skrytobójca" [Kanadę]
- ♠ Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Zadanie na Indywidualnego Maga. [Sathana]
- Siły zdobywa się w walce... Czyli zadanie na stanowisko skrytobójcy i bonus. [Nukri]
- Stare porachunki [Zadanie] [Volturi]
- Zadanie na morderce [Shadow]
- Zadanie na gł. Zielarza ~ "Najciemniej pod latarniami" [Lorelei]
- Zadanie na Dowódcę Straży [Desiree]
- Zadanie do hierarchii indywidualnej : Mag [Vivian]
- Zadanie na Gł. Dowódcę Wojowników. [Ravel]
~**Opowiadania Stadne**~
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. VIII [Allex]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. VII [Cheese]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. VI. [Ragnar]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. V [Nukri]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. IV [Black Hollow]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. III [Choco]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. II [Luna - zastępstwo za Elektrikę]
- Opowiadanie Stadne "Wojna" cz. I [Sathana]
- Wojna. Część 4 [Tasha]
- Wojna. Część 3 [Nack]
- Wojna. Część 2 [Cheese]
- Wojna. Część 1 "Przeszpiegi" [Salem]
- Wyprawa na cmentarz. Część 2. [Tasha]
- Wyprawa na cmentarz. Część 1. [Nack]
- Stadne opowiadanie "Zaginiony" - część III. [Lorelei]
- Stadne opowiadanie "Zaginiony" - część II. [Rebekah]
- Stadne opowiadanie "Zaginiony" - część I. [Sathana]
~**Ku pamięci**~
~**Biograficzne**~
środa, 30 kwietnia 2014
środa, 23 kwietnia 2014
Złap królika! [Sathana]
~*~
To był dzień, jak co dzień. No bo co mogłoby go wyróżnić? Przebudziła się w południe, tym razem nad wodospadem. Nie, wcale nie sypiała w jaskini. A przynajmniej rzadko się to zdarzało, by kundelka chowała się po grotach. Cóż, bywało, iż zasypiała w środku polowania, spaceru, gdy po prostu dopadało ją zmęczenie, i to tak znienacka. I tym razem było podobnie, po powrocie wieczorem z wyprawy w góry. Ziewnęła przeciągle, podnosząc się z gleby i leniwie przeciągając. Ulokowała wzrok w nieboskłonie, wsłuchując się w szum spadającej wody. Słońce przyjemnie ogrzewało jej grzbiet. Uśmiechnęła się pod nosem – zapowiadał się przyjemny dzień. Ruszyła z wolna w kierunku polany, rozbudzając się przy okazji spaceru. Obcujące tam psy i suczki powitała szerokim uśmiechem i pozdrowieniem, a następnie swoje krok skierowała na brzeg Jeziora Dusz. Tam przysiadła, dumając nad tym, co dziś będzie robić. Nie miała żadnych obowiązków, więc może by odw… niewielkie, ale naprawdę prędkie, białe stworzenie przebiegło, czy raczej, pokicało tuż przed nią, wyrywając kundelkę z zamysłu. Zamrugała oczyma, przez moment wpatrując się w miejsce, gdzie biały zniknął. Wyszczerzyła kłów w szerokim uśmiechu i zaaferowana popędziła w ślad za nim. Zdawałoby się, że był to królik, ale pierwszy raz widziała, by przedstawiciel tego gatunku był równie szybki. Była pewna, że biegnie cały czas jego tropem, jednakże nie widziała go. Zbyt szybko przemykał pomiędzy drzewami i chaszczami. Mogłaby złapać go, dogonić za pomocą magii, jednak nie chciała sobie odbierać zabawy takim uproszczeniem.
Ale z czasem ciągnąca się pogoń
zrobiła się dla kundelki nużąca. Biegła, biegła i biegła już ponad kwadrans
przez las, ale dogonić go nie mogła. Poza tym była już zmęczona – z każdym
kolejnym krokiem zwalniała coraz bardziej, aż w końcu była niezdolna do kontynuowania
gonitwy. Ciężko oddychając usiadła, opierając się bokiem o pień drzewa obok.
Poza tym… nie zgubiła przypadkiem już dawno jego śladu? Westchnęła ciężko,
naburmuszona. Nie lubiła, gdy coś jej nie wychodziło. Haha, no z pewnością się
nie podda! Zaśmiała się sama do siebie, jednakże zaraz jej entuzjazm ponownie
przygasł. Pytanie, jak znaleźć jednego, małego królika, skoro takich tu w
cholerę? Zamyśliła się. Po wystarczającym wypoczynku z wolna ruszyła przed
siebie. Jeśli dobrze kojarzyła, ta część lasu i kierunek prowadziły na łąkę…
nie przeliczyła się, tam też wyszła, przemierzywszy ostatnie zagajniki. Widok
tego miejsca zawsze napawał czarną zachwytem. Z uśmiechem przyjrzała się
rozkwitającym łęgom. Po tej cholernej zimie wreszcie będzie mogła znów zobaczyć
te morze kwiatów oraz poczuć ich piękne wonie. Ruszyła przed siebie spokojnym
krokiem, rozglądając wokół w zadumie.
- OUCH! – jęknęła, gdy wtem jedna z
przednich kończyn w jakiś sposób osunęła jej się w przód. Zaryła dolną częścią
łepetyny w glebę, po czym padła całym ciałem na ziemię, czując ból w dolnej
szczęce. Otworzyła po krótkiej chwili ślep, bowiem wcześniej je zamknęła, i
spojrzała na sprawcę swojego upadku. Zamrugała oczyma w zdumieniu. Jajko..?
Podniosła się nieco na przednich łapach, zbliżywszy kufę do znaleziska. Nic nie
zrobiła na szczęście, jedynie się o nie potknęła. Zawęszyła obok, a w jej
patrzałkach pojawiły się gwiazdki. CZEKOLADA… zaraz… zaraz, zaraz… potrząsnęła
łepetyną, przyglądając się jajku nieufnie. Podniosła się na równe łapczydła. Co
miałaby robić czekolada tak daleko od ludzkich skupisk? Przecież to człowieki…
ludzie ją wytwarzały, więc niby jak? Rozejrzała się wokół, kręcąc się wokół
własnej osi. Stanęła w miejscu, gdy ujrzała w trawie, ileś metrów dalej małe,
białe stworzenie, które swoimi czerwonymi ślepkami obserwowało suczkę.
Następnie przeniosło wzrok na jajko i zastygło w bezruchu. Nim kundelka
zorientowała się, co się dzieje, królik znalazł się przy nim i zaczął pchać,
byle dalej od Sathany. Suczka zamrugała oczyma, ale w końcu zaśmiała się
wesoło, doskakując do niego.
- He-… - urwała, gdy tamten zaczął
zwiewać przed nią. – No ej, nic ci nie zrobię! – burknęła, jednakże nie miała
dłużej go ścigać. Przyjrzała się czekoladowemu jajku. Było dla niego takie
ważne? Złapała je w kufę i zaczęła biec w drugą stronę. Haha, nie przeliczyła
się! Albinos zatrzymał się, patrząc w stronę kundelki. Ruszył za nią!
Rozejrzała się wokół w zamyśle, w jaki sposób mogłaby to wykorzystać? Chcia…
zahamowała raptownie, bowiem królik pojawił się przed nią, pchając łebkiem w
kierunku suczki koszyczek z pisankami. Spojrzał na nią z wyraźną prośbą w
oczkach – widocznie chciał odzyskać swoje jajko. Nawet się nad tym nie
zastanawiała. Nie była wredna, chciała po prostu się pobawić. Położyła mu je do
koszyczka z uśmiechem. Przysiadła na glebie, obserwując go z uśmiechem dłuższą
chwilę. Widocznie próbował koszyczek zabrać do swojej nory – ale ledwie
potrafił go pchać.
- Pokaż
mi, gdzie je zanieść… - zaśmiała się wesoło, łapiąc w pysk rączkę koszyka.
Królik widocznie początkowo nie był pewien, czy jej zaufać, czy nie. Ale w
końcu ruszył w kierunku swojego legowiska. Tam też schowała jego koszyczek z
jajkami i pożegnawszy się z królikiem, ruszyła w drogę powrotną na polanę.
~*~
Ja… ja wiem, ja chyba nie napisałam
tego zbytnio zgodnie z zasadami konkursu. Nie miałam już weny. Nie wiedziałam
co pisać i wyszło takie coś, nie wiadomo co. XD ale przynajmniej napisałam!
♠ Staha
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
♠ Zadanie na Obrońcę Alphy. [Sathana]
[ Zadanie zostało w większości
napisane przed powrotem Shadowa, a nawet o wiele wcześniej, a więc nie
jest on uwzględniony w opowiadaniu. Aby go wcisnąć, musiałabym zmieniać
sporo na samym początku, a nie mam już na to ochoty. Więc wybacz, Shad,
że cię tu nie ma. xd ]
Treść zadania:
Udało nam się nawiązać nić porozumienia ze stadem mniejszych czworonogów - kojotów. Nasi sojusznicy zgodzili się na przeprowadzenie prostego handlu wymiennego pomiędzy naszymi stadami. Brakuje nam wielu ziół, które porastają tylko skaliste tereny zamieszkałe przez te futrzaste stworzenia. Mimo uległości z ich strony nie zezwolili na udział w wyprawie zielarza ani wojowników, ze strachu przed potężnymi gabarytami tych osobników. Nalegali by w 'misji' wzięła udział sama Alpha w obecności tylko jednego obrońcy, przez co czuliby się dodatkowo zaszczyceni. Niestety Lena ma teraz nawał obowiązków, więc do tego zadania został przydzielony Jej męski potomek. Twoją rolą będzie eskortowanie go od początku do końca wyprawy, pamiętaj by zapewnić mu odpowiednie schronienie i pożywienie. Do Twojej dyspozycji zostanie przydzielonych kilku wojowników, którzy jednak zostaną w bezpiecznym dystansie na linii granicznej. Życzymy powodzenia.
~*~
Umowną godziną rozpoczęcia wyprawy była szósta nad ranem pod jaskinią Alphy. Tam też się stawiła, punktualnie, natomiast chwilę później ujrzała wychodzącą zeń Lenę ze swoimi pociechami. Uśmiechnęła się pociesznie na widok ów trójki i podeszła bliżej.
- Yaho. – przywitała się, usiłując ostudzić swój poranny entuzjazm i nadmiar energii na rzecz pełnej powagi. Nie wyruszała bowiem w byle jaką podróż. Nie mogła do tego podejść tak beztrosko jak to miewała w zwyczaju robić.
- Cześć, Sathu. – usłyszała zaraz odpowiedź Leny i ujrzała towarzyszący jej słowom uśmiech. Kundelka z labradorki spojrzenie przeniosła na Faydee, której również posłała uśmiech a następnie wykonując ten sam gest ulokowała wzrok w Antaresie. To on miał wyruszyć w zastępstwie Leny na wyprawę pod opieką Sathany. Ponownie zwróciła spojrzenie czekoladowych patrzałek w kierunku labradorki. – Martwię się o niego. – wskazała syna kufą. – Ufam ci i wierzę, że się nim dobrze zajmiesz. Nie zawiedź mnie, proszę.
- Obiecuję, że wróci bezpiecznie, bez najmniejszego draśnięcia. – odparła, prostując się na swoje słowa w pewnym siebie geście. Uśmiechnęła się szeroko, ponownie spojrzawszy na młodego. – Jesteś gotów?
- Oczywiście! – szczeknął, podnosząc się z miejsca.
- Okej. – skinęła łepetyną z zadowoleniem ujrzawszy jego entuzjazm. Spojrzała ponownie na Lenę, która zatroskanym wzrokiem obserwowała syna. Posłała jej pokrzepiający uśmiech. – Nie martw się, kochana! Będzie dobrze, obiecuję. Wróci cały i zdrowy za kilka dni. Ruszajmy, młody. – uśmiechnęła się do Antaresa.
Lena wraz z Faydee pożegnały ich dwójkę szczeknięciem i życzyły powodzenia. No więc ruszyli. Nie czuła zbytniej obawy przed ów zadaniem, bowiem bynajmniej nie była jakąś trudną. Jednakże musiała sprawować ciągłą pieczę nad synem Leny. Nie mogła pozwolić, aby coś mu się stało. Przez całą drogę podtrzymywała jako-taką rozmowę z Antaresem nie spuszczając z niego czujnego spojrzenia czekoladowych ślep ni na chwilę. Niby to wciąż byli na terenach Stada, natomiast i tu nie zawsze było na tyle bezpiecznie, by móc się jakkolwiek rozluźnić. Nie spieszyli się, nie było po co. Gdy jął zapadać zmierzch byli zaledwie na granicy terytorium Stada oraz terenów niezamieszkałych przez nikogo. Nie zdecydowała się przekroczyć ów granicy przed świtem. Było już dość ciemno i czuła głód, jej mały podopieczny zarówno począł się uskarżać z tego samego powodu. A więc pomimo, iż było już dosyć ciemno ruszyli w knieję, by odnaleźć jakieś miejsce na nocleg oraz zapolować. Nie potrwało to długo, bowiem szybko natrafili na niewielkie stadko saren a zaraz po tym jak napełnili żołądki odnaleźli niedużych rozmiarów jaskinię, która z pewnością była opuszczona i od dawna nienaruszana. Suczka uznała to za idealne legowisko jako, iż ciężko byłoby prawdopodobnie i tak odnaleźć coś lepszego. Antares poszedł spać jako pierwszy, bowiem był zmęczony podróżą. Suczka czuła się niemniej opadnięta ze wszelkich sił. Ostatnimi czasy zaprzestała dłuższych wypraw na rzecz skupienia się na Stadzie i swoich obowiązkach oraz rzeczach, których sama się podjęła zrobić. Straciła więc przez to swój nawyk, wyszła z ów aktywnego aż nazbyt trybu życia. Pierwsze co zrobiła to przeprowadziła szybki patrol okolicy, by upewnić się, iż są bezpieczni. Następnie rzuciła zaklęcie za pomocą którego w razie zagrożenia zostałaby automatycznie zbudzona ze snu. Przez około godzinę jeszcze stała na warcie i dopiero, gdy w pełni upewniła się, iż jest spokojnie, poszła spać.
Drugi dzień podróży również przebyli bezproblemowo. Chociaż w pewnym momencie doznała nikłego wrażenia, iż coś jest nie tak. Zbudziwszy się z rana wyruszyli w dalszą drogę – już poza granice terenów Stada. Doskonale znała drogę na terytorium kojotów, natomiast pierwotnie musieli przebyć obszar niczyj, na którym osobiście niejeden raz napotkała wiele groźnych niebezpieczeństw. Gdyby i tym razem coś się wydarzyło miałaby nieznaczny problem – nie mogłaby spuścić oka z Antaresa równocześnie zaś skupiając się na wrogu. To by rozpraszało jej uwagę, bowiem nie ma jej podzielnej. Niestety nie zdążyli dotrzeć dalej niż do połowy niezamieszkanego terenu, gdy zaczął zapadać zmierzch. W trakcie podróży odnajdowała chwilę, by zapolować i to samo zrobiła na wieczór.
- A teraz jeszcze znaleźć miejsce na nocleg… - westchnęła cicho, uśmiechnąwszy się nikle. Obserwowała młodego kamrata uważnie. – Myślę, że już jutro dotrzemy na miejsce. Większość drogi za nami.
- Uff. Wreszcie! – szczenię odetchnęło, nie ukrywając swojego zmęczenia oraz znużenia podróżą. Stłumiła w sobie rozbawienie – a jeszcze wczoraj był taki pełen entuzjazmu i gotowości! – Chciałbym już mieć to z głowy… - burknął, przysiadając na glebie.
- Cierpliwości, mały. Jutro powinniśmy być na miejscu, zerwiemy właściwe zioła i wracamy do domu. – odparła z szerokim uśmiechem na kufie. – Wstawaj, musimy znaleźć nocleg. – mruknęła, rozglądając się wokół za jakąkolwiek jaskinią. Zmrużyła patrzałek. Ściemniało się. Antares, dość niechętnie, ale podniósł się z ziemi i ruszył tuż obok kundelki, która również poczęła kroczyć dalej knieją. Nie wyczuwała niczyjej obecności w pobliżu, ale miała złe przeczucia. Nie potrafiła się wyzbyć dziwnego wrażenia, iż coś ich obserwuje.
Minęło dobre kilkanaście minut, gdy tak spacerowali w poszukiwaniu legowiska. Suczka była coraz to bardziej poirytowana. Nic nie mogli znaleźć. Warknęła w duchu i westchnęła na zewnątrz, zerkając na swojego młodego towarzysza.
- Jak tam, Antares? Jesteś pewnie zmęczony, co? – spytała, uśmiechnąwszy się delikatnie do niego.
- Bardzo! – burknął i ziewnął zaraz przeciągle. – Chcę spać, zatrzymajmy się gdzieś w końcu.
- Kręcimy się już w kółko dobry kwadrans, a żadnej jaskini w okolicy… - westchnęła ciężko. Także była już zmęczona, ale nie mogli byle gdzie osiąść. To byłoby zbyt ryzykowne wyjście. Zamyśliła się na moment, rozglądając. – Hmm… Mo-… ANTARES! – wrzasnęła na cały regulator, wytrzeszczając ślep. Nieostrożnie na te kilka minut spuściła ze szczeniaka oko. Młody sam był nieświadomy nadchodzącego zagrożenia, którego był pierwszym celem. Kundelka bez wahania odbiła się od gleby, przeskakując nad nim, wprost na sylwetkę rosłego stworzenia o kruczym futrze, którego wśród ciemności w pełni ujrzeć nie mogła. Był silniejszy, to było jasne. Młody labrador, wyraźnie przerażony, odsunął się, aby suczka i nieprzyjaciel go nie przygnietli. Trzymała między szczękami jego pysk, wgryzając kły. Zmrużyła czekoladowych ślep, a z jej gardła wydobyło się syknięcie, gdy z ogromną siłą uderzyła grzbietem w grunt. Przeciwnik z łatwością ją powalił. Nie dziwne. W porównaniu do siły psychicznej, fizycznie nie nadawała się do niczego. Za chwilę poczuła silne uderzenie potężnej łapy w bok. Z łatwością wyrwał kufę kundelce. Ale tu zrobił największy błąd. Chciał już sięgnąć szczękami do jej szyi, gdy wtem niewidzialna siła rzuciła nim o najbliższe drzewo – przewalając je. Suczka automatycznie, choć z niewiarygodnym trudem, podniosła się na równe łapy, wykorzystując chwilę otumanienia wroga.
- Antares, schowaj się w zarośla. Mam na ciebie cały czas oko, rzucę zaklęcie ochronne, bo nie mam pojęcia, czy coś jeszcze się tu nie kręci. Będziesz bezpieczny, ale też uważaj… - rzekła, kątem oka spoglądając na młodego. Mówiła szybko, ale zrozumiale.
- Co? Czemu mam się ukrywać? Mogę sam walczyć! – prychnął, wypinając pierś, co wyglądało raczej dość komicznie. Uśmiechnęła się pociesznie.
- Nie żartuj, ode mnie jest dwa razy większy. Żebym spóźniła się o sekundę z zaklęciem, leżałabym tu już martwa. Zrób co mówię. Inaczej nie dam rady cię ochronić. – odparła stanowczo, wracając spojrzeniem do przeciwnika. Podnosił się. Zmrużyła patrzałek i, jak miała, tak rzuciła czar ochronny na małego kamrata.
Wymamrotała kolejne słowa, wyczarowując niewielką kulę światła. W ciemności nie dałaby rady walczyć. Plus to wolałaby wiedzieć, z kim ma do czynienia. Barczysty basior, naszpikowany chyba jakimiś chemikaliami, zaatakował od razu. Niestety, i jemu teraz ułatwiła zadanie, oświetlając knieję. Osunęła się na bok, by ten walnął powtórnie w drzewo, nie zdążywszy wyhamować. Wyrobił się natomiast, aby pozostawić na jej udzie ślady jego pazurów. Skrzywiła się nieznacznie, aczkolwiek nie poddawała. Zaczęła wypowiadać następne zaklęcie, spodziewając się, że wróg natrze na nią. Przerwała formułkę, gdy ten skierował swoje kroki w inne miejsce. Zamrugała oczyma. Cholera, jego celem musiał być Antares! Rozpędziła się, by wskoczyć na czarnego i wgryźć mu się w kark. No, nie było to nic wielkiego. Właściwie się nią nie przejął. Jednakże i tak uderzył łbem w niewidzialną barierę, która otaczała młodego. Tym samym, poczuła nikły spadek sił i ból. To było dość mocne uderzenie… cholera, musi się wziąć do roboty i z nim skończyć, zanim on załatwi ją. Wymamrotała coś dłuższego, nie pozwalając się wierzgającemu basiorowi zrzucić z grzbietu. W pewnym momencie stanął dęba, a w tej samej chwili skończyła mówić. Zrazu zeskoczyła zeń, bowiem sparaliżowany samiec upadł ciężko na glebę. Miała tylko kilka sekund, by zadziałać. Jej kolejne zaklęcie było krótsze. Był to w sumie prosty czar lewitacji. Przeniosła sporą skałę, leżącą nieopodal, z niemałym wysiłkiem, nad wilczura. Paraliż zdążył minąć, ale nie miał wystarczająco czasu, aby tego uniknąć. Głaz przygniótł go od łba po pierś, miażdżąc wszelkie kości. Jeszcze chwilę upewniała się, że nie żyje. Następnie odetchnęła głęboko i siadła, zwalniając magię. Spojrzała w kierunku Antaresa, starając się nie pokazać po sobie bólu, który przenikał całe jej ciało, oraz stanowczego spadku energii. To nie jest koniec ich wyprawy.
- Hmm… co…? – odezwała się, ujrzawszy, że młody labrador… spał. Zaśmiała się cicho. No cóż, przynajmniej nie widział tej walki. Tak miała nadzieję, bo raczej dla szczeniaka nie było zbyt przyjemnie oglądać coś podobnego. Uśmiechnęła się smutno do siebie. Wiedziała przecie jak to jest. Rozejrzała się czujnie i zawęszyła, jednakże nie wyczuła nikogo groźnego w pobliżu. Nie uspokoiło jej to bynajmniej, bowiem uprzedniego przeciwnika obecności zarówno nie odkryła. Inaczej nie doszłoby do tej sytuacji. Była zmęczona, ale zostać tu nie mogli. Spróbuje wytrzymać dotrzeć na terytorium kojotów. Tam powinni być bezpieczni. Wciągnęła sobie swojego podopiecznego na łepetynę, ruszając dość szybkim, ale w miarę ostrożnym krokiem w dalszą drogę. Musiała uważać, aby go nie zrzucić.
Ilekroć wyczuwała w pobliżu żywe stworzenie, obierała inne ścieżki, aby tylko je wyminąć. Chciała uniknąć kolejnej walki. Mogłaby fizycznie nie wytrzymać. Jednakże szczęście jej w tej chwili dopisało. Nim nastał ranek i Antares się zbudził, byli już na granicy terytorium kojotów. Odnalazła niewielkie bajorko w okolicy, gdzie też zanurzyła się, aby oczyścić z krwi i ziemi. Nie czuła się najlepiej. Lepszym stwierdzeniem byłoby, że doznała wrażenia, iż na serio zaraz tu padnie z wycieńczenia. Ułożyła się na brzegu zbiornika wodnego, aby odpocząć, chociaż odrobinę. Nie wiedzieć kiedy, zasnęła.
- Mmm… - wymruczała jeszcze przez sen, aczkolwiek zaraz się ocknęła. Zbudził ją Antares. Śmiejąc się, skakał po jej łepetynie i wołał „Wstawaj!” do kundelki. Zamrugała półprzytomnie oczyma i drgnęła. Przerwał swoją czynność, gdy to dostrzegł i zeskoczył z niej na glebę. Ulokowała wzrok w młodym.
- Jestem głodny, chodźmy zapolować! – szczeknął wesoło, merdając ogonem. Kundelka uniosła łeb, aby się rozejrzeć uważnie. Było po południe, niemalże wieczór. Nie spała w sumie długo, ale wystarczająco, aby odzyskać trochę sił. Podniosła się i przeciągnęła, ignorując nieznaczny ból w niektórych częściach ciała. Jej sierść wyschła, na szczęście. Aby nie zmartwić swojego kompana, uśmiechnęła się szeroko i wprawiła chwost w ruch, jak to zawsze robiła.
- Okej, chodźmy. – odparła, ruszając zrazu w kierunku kniei niespiesznym krokiem, aby Antares za nią nadążył.
Nic ciekawego raczej się dalej nie wydarzyło, więc skrócę to opowiadanie. Zapolowała, najedli się do syta i bez większego kłopotu odnaleźli pustą jaskinię. Było ich tu sporo, na szczęście. Wypoczęli więc tam do wieczora, a następnie poszli spać, aby całkowicie zregenerować siły na kolejny dzień podróży.
Następnego dnia zbudzili się i wyruszyli dalej, na obszary skaliste, należące do kojotów. Nie obeszło się oczywiście bez spotkania z przedstawicielami tej rasy. Byli jednakże uprzedzeni o ich przybyciu, a więc pomogli jedynie w odnalezieniu właściwych ziół.
Wykonali swoje zadanie. Nie mieli co tu dłużej siedzieć. Jeszcze tego samego dnia wyruszyli w drogę powrotną. Mieli nadzieję, że zejdzie im się szybciej i bezproblemowo. Kundelka była tym razem znacznie ostrożniejsza, gdy wkroczyli na obszary niczyje. Obierała znane i pewniejsze ścieżki, utrzymując wokół szczeniaka zaklęcie ochronne. Tamten basior wcześniej polował na niego, nie na nią czy chociażby ich oboje. Sama nie wiedziała czemu, jednak, jak dla niej było to dość podejrzane. Zbada to jednak kiedy indziej. Ważniejsze było bezpieczne dotarcie na tereny Stada. Dopilnowała tym razem, aby mieli dobry nocleg na dwie kolejne noce, gdy byli jeszcze w drodze na terytorium SPS. Ostatniego dnia podróży przekroczyli granicę i już o wiele pewniej się czując, bez żadnego kłopotu powrócili na polanę.
~*~
Jesus.
Oklepane to. Starałam się streścić, jak tylko mogłam, bo jeden, nie mam
weny, dwa, mało czasu, a dużo na głowie. Jak widać na liście po prawej,
wpisaną mam nieobecność. I tak chwilowo zostanie. Jest ze mną kontakt
na gg, będę zaglądać na bloga, ogarniać, co mogę w wolnej chwili. A więc
nie znikam jakby całkowicie, ale ucichnę chwilowo. Jak wrócę, napiszę
nową Kartę Postaci Sathany. Zmieniłam jej wygląd, a także historię z
różnych powodów. Póki co, prosiłabym, aby ktoś ocenił mi zadanie i
stwierdził, czy jest zaliczone, czy nie. A tak to, do zobaczenia,
pyszczki.
Przy okazji napisałam jeszcze zadanie na Obrońcę Bethy dla Brudera, na jego prośbę.
Bruder - Obrońca Bethy, HI
Zaginęła
córka Sathany, Desiree. Wyruszywszy na samotną wędrówkę, nie powracała z
niej już któryś dzień. Wszyscy, wraz z jej przybraną matką oraz
partnerem, Jeremiah'em zaczęli się martwić. Sathana nie jest w pełni sił
po wykonaniu ostatnich zadań, aby móc wyruszyć, poza tym każdy ma swoje
obowiązki. Twoim zadaniem będzie wyruszyć na wyprawę poszukiwawczą,
odnaleźć Desiree i sprowadzić ją z powrotem na polanę. Jedyne, co
wiadomo, to, że ostatni jej trop odnaleziono za pasmem górskim. Wyprawa
więc prosta nie będzie, a suczka nie wiadomo, czy jest w ogóle żywa.
Powodzenia.
Termin na wykonanie zadania: 21 kwietnia - 05 maja
♠ Sathana
"...Nikt zawzięty nie może zostać pozbawiony życia!" [Kanade]
Wiatr delikatnie poruszał koronami drzew i wzniecał do góry zielone liście.
Wiosna.
Biała wadera rasy Wolamute powolnie przechadzała się jak co dnia po poznawanych jej dopiero co terenach. Nie wiedziała czemu, ale zawsze, gdy widywała jakiegoś psa, miał on przy sobie towarzysza.
I to najczęściej był samiec i samica. Czyż to nie bolesne? Wszędzie tyle miłości, bo nadeszła ta "magiczna" pora roku, ale dlaczego nie każdemu jest to dane? Czemu tak musi być?
Wspomnienie jej pierwszej miłości doprowadzało jej serce do rozpaczy i wolniejszego bicia. Z jej gardzieli wydobył się dziwny, smutny pomruk. Dopiero niedawno powróciła do tego stada, a już czuła się samotna mimo, że w okolicy było tyle jej podobnych zwierząt. Zwilżyła nos, różowawym jęzorem i podreptała w stronę jeziora. Po pewnym czasie poczuła chłodną wodę muskającą jej silne łapy. Wpatrzyła się w przepiękną teraz taflę wody, połyskującą w promieniach słońca. Wokół niej pływały nic nie spodziewające się rybki. Westchnęła ponownie i wskoczyła na głaz do połowy znajdujący się na brzegu, do połowy w wodzie. Posadziła zad na jego szczycie i ponownie pozostawiła swój wzrok na otaczającej ją przyrodzie. Machnęła leniwie ogonem i zastrzygła uszami. Ten nastrój, który panował wokół doprowadził ją do niezwykłej chęci ukazaniu światu jej jednego, a może jedynego naprawdę wartego usłyszenia talentu. Albowiem samka ta potrafiła przepięknie.. śpiewać. Rozchyliła pysk, a po chwili rozpoczęła.
- Wewnętrzne światło istot jest, jak światło kolorowe, przez barwne szkła świecące. Przyjemne codzienne życie jest, jak ciepłe światło świec! - jej głos rozniósł się po okolicy. - Bardzo szeroką, zieloną ziemię i bogate piękne wody, wspaniała natura wciąż zapewnia swoim dzieciom.
Aż się podniosła pozostając w stanie podekscytowania i przyjmowania słów nowej piosenki.
- Mam nadzieję, że kiedyś w końcu zrozumiemy, że idziemy w drugą stronę horyzontu! Mam nadzieję, że kiedyś w końcu zrozumiemy, że stawiamy uświęcone kroki! - robiła to coraz głośniej, nie obchodząc się w tym momencie niczym, ignorując cały świat, jakby istniała tylko ona i ten utwór. - Wszelkie życie pewnego dnia zginie, czy jesteśmy na to przygotowani, czy nie, ten dzień nadejdzie na pewno! Czy to anioł, co o zmierzchu sfrunął z nieba? Czy to diabeł, co wyczołgał się ze szczelin skalnych?
Spojrzała w niebo, to bezchmurne, błękitne z wielkim słońcem na środku. Jej głos stał się smutny, mroczny.
- Łzy, gniew, litość, okrucieństwo, pokój, chaos, wiara, zdrada, będziemy walczyć z przeznaczeniem, nie możemy mu się poddać! Ze smutkiem i postanowieniem w naszych sercach, pokażemy siłę, by iść naprzód! Nikt zawzięty nie może zostać pozbawiony życia!
Lecz wtedy coś się stało. Nie spodziewała się tego, ani trochę. Poczuła tylko lekkie uderzenie w tył. Ta piosenka tak ją zaślepiła, że nie słyszała o tym, że ktoś się do niej zakradł z złymi zamiarami.
Wpadła pod wodę.
Przez moment była zszokowana, nie mogła się poruszyć, opadając w dół tej zimnej pustki. Otworzyła
szerzej ślepia. Zaczęła przebierać łapami najszybciej jak się dało, ale to było zbyt gwałtowne, tylko szybciej spadała.
- Kha! - rozwarła pysk, a wtedy woda nalała się do niego, dusząc ją już całkowicie.
Strach ścisnął jej gardło i serce, czuła potworny ból. Wyciągnęła rozpaczliwie łapę do góry, a jej oczy powoli zachodziły mgłą. W końcu pokryła je czerń.
Nikt zawzięty, nie może zostać pozbawiony życia.
C.D.N
Wybaczcie, że krótka, ktoś chętny do ratowania biednej Kanade? D: *status: potrzebuje weny.*
Edit: Chętna na grupowe notki, amen.
Wiosna.
Biała wadera rasy Wolamute powolnie przechadzała się jak co dnia po poznawanych jej dopiero co terenach. Nie wiedziała czemu, ale zawsze, gdy widywała jakiegoś psa, miał on przy sobie towarzysza.
I to najczęściej był samiec i samica. Czyż to nie bolesne? Wszędzie tyle miłości, bo nadeszła ta "magiczna" pora roku, ale dlaczego nie każdemu jest to dane? Czemu tak musi być?
Wspomnienie jej pierwszej miłości doprowadzało jej serce do rozpaczy i wolniejszego bicia. Z jej gardzieli wydobył się dziwny, smutny pomruk. Dopiero niedawno powróciła do tego stada, a już czuła się samotna mimo, że w okolicy było tyle jej podobnych zwierząt. Zwilżyła nos, różowawym jęzorem i podreptała w stronę jeziora. Po pewnym czasie poczuła chłodną wodę muskającą jej silne łapy. Wpatrzyła się w przepiękną teraz taflę wody, połyskującą w promieniach słońca. Wokół niej pływały nic nie spodziewające się rybki. Westchnęła ponownie i wskoczyła na głaz do połowy znajdujący się na brzegu, do połowy w wodzie. Posadziła zad na jego szczycie i ponownie pozostawiła swój wzrok na otaczającej ją przyrodzie. Machnęła leniwie ogonem i zastrzygła uszami. Ten nastrój, który panował wokół doprowadził ją do niezwykłej chęci ukazaniu światu jej jednego, a może jedynego naprawdę wartego usłyszenia talentu. Albowiem samka ta potrafiła przepięknie.. śpiewać. Rozchyliła pysk, a po chwili rozpoczęła.
- Wewnętrzne światło istot jest, jak światło kolorowe, przez barwne szkła świecące. Przyjemne codzienne życie jest, jak ciepłe światło świec! - jej głos rozniósł się po okolicy. - Bardzo szeroką, zieloną ziemię i bogate piękne wody, wspaniała natura wciąż zapewnia swoim dzieciom.
Aż się podniosła pozostając w stanie podekscytowania i przyjmowania słów nowej piosenki.
- Mam nadzieję, że kiedyś w końcu zrozumiemy, że idziemy w drugą stronę horyzontu! Mam nadzieję, że kiedyś w końcu zrozumiemy, że stawiamy uświęcone kroki! - robiła to coraz głośniej, nie obchodząc się w tym momencie niczym, ignorując cały świat, jakby istniała tylko ona i ten utwór. - Wszelkie życie pewnego dnia zginie, czy jesteśmy na to przygotowani, czy nie, ten dzień nadejdzie na pewno! Czy to anioł, co o zmierzchu sfrunął z nieba? Czy to diabeł, co wyczołgał się ze szczelin skalnych?
Spojrzała w niebo, to bezchmurne, błękitne z wielkim słońcem na środku. Jej głos stał się smutny, mroczny.
- Łzy, gniew, litość, okrucieństwo, pokój, chaos, wiara, zdrada, będziemy walczyć z przeznaczeniem, nie możemy mu się poddać! Ze smutkiem i postanowieniem w naszych sercach, pokażemy siłę, by iść naprzód! Nikt zawzięty nie może zostać pozbawiony życia!
Lecz wtedy coś się stało. Nie spodziewała się tego, ani trochę. Poczuła tylko lekkie uderzenie w tył. Ta piosenka tak ją zaślepiła, że nie słyszała o tym, że ktoś się do niej zakradł z złymi zamiarami.
Wpadła pod wodę.
Przez moment była zszokowana, nie mogła się poruszyć, opadając w dół tej zimnej pustki. Otworzyła szerzej ślepia. Zaczęła przebierać łapami najszybciej jak się dało, ale to było zbyt gwałtowne, tylko szybciej spadała.
- Kha! - rozwarła pysk, a wtedy woda nalała się do niego, dusząc ją już całkowicie.
Strach ścisnął jej gardło i serce, czuła potworny ból. Wyciągnęła rozpaczliwie łapę do góry, a jej oczy powoli zachodziły mgłą. W końcu pokryła je czerń.
Nikt zawzięty, nie może zostać pozbawiony życia.
C.D.N
Wybaczcie, że krótka, ktoś chętny do ratowania biednej Kanade? D: *status: potrzebuje weny.*
Edit: Chętna na grupowe notki, amen.
It never ends. [Jethra]
Urodziła się w renomowanej
hodowli psów swojej rasy, zaskakując wszystkich wokół. Potomek jednej z
najsurowiej wyselekcjonowanych par przyszedł na świat bez... Lewej
zadniej łapy. I cóż z tego, że urodą oraz intelektem mogłaby w
przyszłości przyćmić swoje siostry, skoro miała jedynie trójkę kończyn?
Gdy matka odkarmiła
swe młode na tyle, by te mogły samodzielnie żywić się stałym pokarmem,
Jethra została oddzielona od rodzeństwa i przetransportowana do
odległego schroniska, tak by nie wyszedł na jaw błąd najlepszych
hodowców w kraju. Przytułek dla zwierząt nie był stereotypowym
skupiskiem setek czworonogów, gdzie chorych i starych podopiecznych
usypiało się, aby zrobić miejsce nowym. Była to dobrze prosperująca,
schludna i zatrudniająca wspaniałych ludzi placówka. Boksy były bardzo
przyjemne, a pożywienie serwowane zwierzętom na prawdę różnorodne i
wysokiej jakości. Aż dziw, że instytuacja utrzymywała się z darowizn
ludzi dobrej woli. Reklamę szerzyły okoliczne media, zapraszając do
swoich studiów pracowników i poszukujące dobrego domu futrzaki.
Czterołapy zdobywały więc uznanie w codziennych audycjach.
Mimo że Jethra nigdy w ten sposób nie znalazła nikogo, kto by ją
przygarnął, szybko stała się flagowym symbolem przytuliska. Trójłapa
suczka była nawet odwiedzana przez hordy dzieci, które nie mogły się
nadziwić jej gęstym, puszystym futrem, mądrym spojrzeniem i jakby
wiecznie rozweseloną, poczciwą psią mordą. Z nimi przychodzili również i
dorośli, aby poznać na żywo gwiazdkę z lokalnej telewizji. Można
stwierdzić, że była... Sławna. Ludzi zadziwiał jej zapał i hart ducha.
Mimo, że miała tylko trzy łapy, nigdy nie odstawała od swoich
pobratymców, wręcz przeciwnie, rywalizowała z nimi na każdym polu i choć
nie zawsze udało jej się wygrać zmagania, próbowała do upadłego.
Dosłownie do upadłego. Potrafiła gonić jakiegoś psa przez cały dzień, a
potem spać cały następny. Taka już była i nikt nie próbował jej
zmieniać.
W tymże schronisku poznała także swoją najlepszą przyjaciółkę, rudawą
kotkę Izzy. Choć na początku nie afiszowały się tak ze swoją sympatią,
już parę tygodni potem nie można było zobaczyć ich osobno w porze
spaceru, czy zabaw. Gdy sanitariusz brał ze sobą Jethrę, musiał wziąć
również Izzy i na odwrót, taka transakcja wiązana. Dostały też wspólny
boks, Izzy była jedyną kotką w sekcji dla psów i choć nie wszystkim
odpowiadała jej obecność, nikt nie śmiał choćby burknąć w jej stronę.
Jethra bowiem mimo swojej niedyspozycji miała silny charakter i broniła
przyjaciółki niemal na każdym kroku. Ograniczała się jednak do suchego
warkotu i błyszczących kłów. Pewnego dnia to jednak nie wystarczyło.
Starszy pies przyparł Jethrę do ogrodzenia i chcąc dać jej nauczkę na
przyszłość spróbował zakleszczyć się na jej poliku. Srebrzysta szarpnęła
się bezsilnie, a kieł przeciwnika uszkodził lewe oko. Dzięki szybkiej
interwencji dwunogów nie było konieczności jego usunięcia, lecz do tej
pory oblane jest mgłą, a przy tym również niezdolne, by widzieć. Po tym
incydencie mocno podupadła jej pozycja wśród psiej sfory, lecz nadal nie
była skłonna urwać więzów z Izzy, nawet gdy namawiała ją do tego sama
kotka, zmartwiona jej parszywym samopoczuciem i czująca z tego powodu
niewiarygodne wyrzuty sumienia.
- Przyjaciele są potrzebni na dobre i złe chwile. Przyjaźni nie można traktować wybiórczo. - zawsze odpierała Jethra. Jej biały pysk ogrzewał wtedy łagodny, pełen zrozumienia uśmiech, który uspokajał kocicę.Nie było jej łatwo, niezależnie od tego, co mówiła Rudej. O tyle o ile z brakiem łapy musiała zmagać się od pierwszych chwil życia, do zawężenia pola wzrokowego musiała się już przyzwyczajać. Choć szło jej to topornie, z pomocą Izzy i paru innych psów, oraz wsparciu ludzi oswoiła się z "brakiem" jednego oka. Sam sądziła że wygląda okropnie, lecz nikt jej tego nigdy nie powiedział. Samoocena suczki uległa autodestrukcji, spadając do najniższego możliwego progu, co oczywiście nie wykluczało jej promiennego oblicza i dobrego serducha. Nie zmieniła się wbrew przeciwnościom losu, wręcz przeciwnie, stała się jeszcze weselsza i jeszcze piękniejsza duchowo niż mogłoby się wydawać. Świat jakby jej się odwzajemnił w późniejszych tygodniach.
Do schroniska przywieziono raz psa, huskyego. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby ów pies nie walczył w ogóle z ludźmi, pomimo że nie wyglądał na domowego pupila. W jakimś dziwnym sensie przypominał jej wilka, w ciszy znoszącego zniewagę, oczekującego na odpowiedni moment, na okazję do ucieczki. Na początku wstydziła się pokazywać towarzyszowi z boksu obok, jednak ostatecznie ten sam ją nawiedził i o dziwo dla suczki, rzucił bardzo miłe komplementa. Nie mogła ich przetrawić za pierwszym razem, lecz z czasem przyzwyczaiła się nie tylko do psa, ale też nauczyła się wierzyć w to, że nadal może być piękna w czyichś oczach. W niewiarygodnym tempie nawiązała się między nimi dziwaczna nić porozumienia, której nijak nie dało się określić. Tłumiła w sobie tę sympatię, jakby bojąc się z nią zdradzić.
- Pomogę ci uciec. - powiedziała pewnego dnia, widząc swoistego rodzaju mękę w oczach przyjaciela. Na chwilę się zapomniał, a ona wiedziała już, że to nie jest jego miejsce.
- Jak? - zapytał samiec, łypiąc na nią nie do końca przekonany.
- Dwukrotnie w ciągu tygodnia wywożą nas stąd, by w telewizji zaprezentować szczęśliwie wybranych potencjalnym rodzinom. Rejwach jest wtedy tak wielki, że nikt nie zauważy Twojego zniknięcia. Otworzę Ci boks, bo jeżdżę tam za każdym razem.Pies skinął łbem w ramach ugody, wewnętrznie będąc jednak rozdartym.
Plan Jethry odbył się bez komplikacji. Kiedy wyprowadzono ją z boksu i zostawiono na chwilę luzem w korytarzu, zbliżyła się do boksu husky'ego i z zaskakującą łatwością stanęła na zadniej łapie, przednie wpierając na siatce. Pysk trącił zasuwę, a bramka ustąpiła gdy srebrzysta opadała na ziemię. Samiec wyszedł na korytarz, przez ulotną chwilę mierząc Jethrę wzrokiem.
- Chodź ze mną. - wydobył z siebie w końcu, jednak spotkał się z odmową. Suka popatrzyła na niego łagodnie, dusząc w sobie wenętrzny smutek.
- Dobrze mi tutaj. - odparła, zwracając spojrzenie w stronę otwartych drzwi. Psy były właśnie wyprowadzane z budynku i wnoszone do samochodów. Nie sądziła że mogłaby utrzymać się na wolności, a tym bardziej nie chciała obciążać swoją osobą kompana. - Ale Tobie życzę powodzenia. - po czym ponagliła go, że powinien już zniknąć i sama wróciła do boksu, nawet się nie żegnając. Właściwie wtedy widziała go ostatni raz i nigdy już nie zapomniała.
Po upływie paru miesięcy suczkę zauważyło małżeństwo, które nie mogło mieć dzieci. Widząc ją tak przybitą, nie byli pewni, czy będzie dobrym wyborem. Gdy jednak zorientowali się, jak dobre ma serce i jak zgodnie życie z Izzy, zdecydowali się zabrać ją do domu. Sanitariuszka odchrząknęła niezręcznie.
- Obawiam się... Że tu będzie mały kłopot. Jethra jest bardzo zżyta z Izzy i okrucieństwem byłoby je rozdzielić... - W takim razie zabieramy je obie. - oznajmił mężczyzna o dobrotliwym wyrazie oczu. Po załtwieniu wszelkich formalności, zarówno suczka, jak i kotka zostały przewiezione do nowego domu, gdzie miał rozpocząć się nowy rozdział w ich życiu...
__________________________________________________________________________
Tu ucinam. Może kiedyś dopiszę resztę tej historii, o ile komukolwiek chciałoby się ją czytać.
Przyjaźń na zawsze. [Fallon]
![]() |
| Oto ja. |
Nazywam się Finn,
opowiem Ci historię, która płynie z psiego serca, historię która została
napisana przez przyjaźń. Jestem rasy Labrador, na karku mam już trochę,
ale historię, którą wam opisze działa się w dziecięcych czasach, gdzie
liczyło się zaufanie. Czasy młode i piękne, byli ludzie, ale i
zwierzęta, nigdzie nie było dobrze jak w tej stadninie. Tak mieszkałem w
stadninie, od szczeniaka. Miałem tam ulubionego towarzysza, był to
wielki i potężny koń rasy Clydesdale,
a szczególnie godny zaufania. Wszystko rozpoczęło się dnia, kiedy
uciekłem od swojej rodziny. Byłem szalony, więc niczego się nie bałem,
ciekawość to moje drugie imię. Jednak zawsze przeszkadzałem ludziom,
którzy pracowali w stajni, rozwieszali śmieszne kartki z moim
wizerunkiem, oczywiście jako szczeniak nie wiedziałem, że chodzi o
ogłoszenia. Czyli " Znaleźliśmy młodego Labradora.. " Taka zwykła gadka,
nikt się po mnie nie zgłaszał, więc odganiali mnie miotłami, butami,
kamieniami. Wszystkim. Oczywiście, ja jako uparty musiałem tam być i
spotkać się z tym koniem! Jako jedyny mnie ciekawił z całej stadniny! To
było dziwne uczucie, jak dla szczeniaka, podobno powinienem się trzymać
matki i rodzeństwa, ale ich nie posiadałem. Niff'a zacząłem traktować
jak ojca, spory koń mnie bronił przed lecącymi kamieniami czy innymi
rzeczami. Osłaniał mnie swoim wielkim ciałem, nie okazywał bólu jak
dostał... Jednak nie byłem zbyt rozsądny by odejść na chwile i często
stałem w miejscu. Niff był to koń, który został przydzielony do prac
ciężkich i o dziwo skoków. Nigdy nie narzekał na swoją prace, wręcz
przeciwnie - uwielbiał ją. Poznaliśmy się dość dziwnie i jak teraz sobie
przypominam to nie zręcznie.. He he... A zaczęło się od tego, że
szedłem za jednym z pracowników, nie słyszał mnie. Więc był to wielki
plus, niósł właśnie
![]() |
| Nasze spotkanie. |
- Ee..eee.. - Usiadłem przed boksem i chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co. - Ej! - Cicho warknąłem. Jednak odpowiedzi nie bylo. - Wychyl łeb! Proszę! Chce Cie zobaczyć! - Cicho popiskiwałem. Lecz nic... Westchnąłem z rozpaczom, skierowałem łeb ku ziemi.... chciałem sie poddać... Gdy nagle zostałem szturchnięty przez miękki pysk wielkiego konia.
- Witam szanownego przedstawiciela Labradora. Zwą mnie Niff. A Ciebie drogi chłopcze? - Nikt jeszcze do mnie się nie odzywał takim tonem.. takim ogólnie! Może dlatego, że mało z kim rozmawiałem... Ale trudno, jego aksamitny pysk przybliżył się do mnie, a ja wyciągnąłem łebek w jego stronę.
-Jestem... Jestem... Nie mam imienia...
-Jak to nie masz? Każdy ma Mój Drogi. Ja się zwę Niff. A Ty?
- No właśnie ja nie wiem jak mam na imię! - Warknąłem troche poirytowany zachowaniem konia. Przecież mówiłem, że nie posiadam imienia!
- Hm.. To może, będziesz się zwał Finn. Prawie jak moje imię tylko, że na odwrót. - Zaśmiał się i przyjrzał. - Mam nadzieje, że się o to nie pogniewasz?
- Hm.. To może, będziesz się zwał Finn. Prawie jak moje imię tylko, że na odwrót. - Zaśmiał się i przyjrzał. - Mam nadzieje, że się o to nie pogniewasz?
- Oczywiście, że nie! Fajne imię. Tylko po co mi one? - Przechyliłem nieco łebek by przyjąć postawę zdziwionego.
- Do tego byśmy mogli na siebie wołać. Na przykład, ja będę krzyczeć Finn! i Ty przyjdziesz do mnie, młodzieńcze.
- Eee... No dobra. Jak tam sobie chcesz. - Rzuciłem dość zwyczajnie, jak dla mnie. On był bardziej 'szlachtą'.
- Nauczę Cie kultury. Jak się zwracać do starszych. - Uśmiechnął się wesoło.
- Ale po co mi to? - Byłem jeszcze bardziej zdziwiony! Jakiś obcy mi koń będzie zwracał mi tu uwagę? O nie. Nie może tak być. - Każdy ma swój styl. - Zaśmiałem się kpiąco i uniosłem swój zadek i ruszyłem ku wyjściu.
- Oj zdziwisz się młodzieńcze. - Zaśmiał się i schował łeb w głąb boksu. Ale po co mi ta kultura? Przecież byłem i będę kulturalny. Mogłem sobie tak wmawiać, ale jednak to się przydało szybciej niż myślałem. Był piątek kiedy go poznałem. Więc noc spędzona u rodziny, która chciała mnie zatrzymać. Już nie mogę się doczekać pieczonego kurczaka! Mniam! Skierowałem się do tego domu, już od kilku metrów niósł się zapach mięsa, ujrzałem drzwi i pobiegłem co sił w łapkach i wszedłem przez uchylone drzwi, jednak od razu
się zatrzymałem. Ktoś tu był, nie był to żaden z domowników. Ktoś
nowy... po chwili już się dowiedziałem kto to. Była to czekoladowa
labradorka. Ostrożnie skierowałem się do salonu, gdzie przy sofie stała
mała samka z zabawką w pysku! Oh,,, Dziwne to było.
- Ej! Co Ty tu robisz?! - Warknąłem w jej stronę. - To mój dom! - Ona jednak zaśmiała się.
- Cześć! Jestem Czeko. Twój dom? Nie widziałam Cie tu nigdy, a jestem od kilku dni.
- Ja tu przychodzę tylko w piątki! - Ona jeszcze bardziej się roześmiała, byłem oburzony! Jak ktoś mógł się śmiać ze mnie? Może i byłem szczenięciem, ale to nie znaczyło że można się ze mnie śmiać.
- A ja tutaj na zawsze. Kupili mnie w schronisku.
- Oh.. - Przysiadłem i zlustrowałem ją wzrokiem.
- Są bardzo mili, wiec mnie wzięli. Jestem tylko szczeniakiem, jeszcze! Ale zaniedługo będę im pomagać.
- Eee.. Jak sobie chcesz. - Mruknąłem tak jak do Niff'a - Kiedy jedzenie? Zgłodniałem. - Głodny to ja byłem, ale nawet się nie przedstawiłem...
- Może byś się przywitał. - Odpowiedziała radośnie.
- Eee.. Siema? - Przechyliłem łeb i po chwili nim potrząsłem.
- Imię?
- Finn. - Warknąłem zniecierpliwiony.
- Cześć Finn!
- Witałaś się ze mną! - warknąłem jeszcze głośniej, aż ludzie przyszli. Od razu ucieszyli się na mój widok i właścicielka podniosła mnie i przytuliła na przywitanie. Od razu wiedziała po co tam przyszedłem. Ta labradorka działa mi na nerwy. Musiała popsuć mi dzień! Ach.. Szkoda gadać. Wreszcie dali jedzenie, więc mój brzuch został napełniony i trochę nerwy mi przeszły. Ale.. Nie na długo.
- Finn! Chcesz się bawić? Chcesz? - Przybrała posturę do zabawy i energicznie machała ogonem, czemu jako jedyny labrador byłem inny? Taki normalny i wyjątkowy. Chyba każdemu się wydaję, że jest wyjątkowy.
- Nie chce mi się. - Burknąłem i wyszedłem z domu, tak po prostu. Jednak ta baba nie odpuszczała!
- Co Ci? Czemu sobie poszedłeś?
- Bo to jest mój dom i mogę robić co chce! - Warknąłem w jej stronę i odbiegłem jak najszybciej, tego dnia już jej więcej nie widziałem. Nawet się cieszyłem, bo przynajmniej miałem spokój.
Klika dni później znów odwiedziłem Niff'a.
- Witam ponownie młodego i niekulturalnego przedstawiciela rasy labrador. - Zaśmiał się i spojrzał na mnie ciemnymi oczami.
- Do tego byśmy mogli na siebie wołać. Na przykład, ja będę krzyczeć Finn! i Ty przyjdziesz do mnie, młodzieńcze.
- Eee... No dobra. Jak tam sobie chcesz. - Rzuciłem dość zwyczajnie, jak dla mnie. On był bardziej 'szlachtą'.
- Nauczę Cie kultury. Jak się zwracać do starszych. - Uśmiechnął się wesoło.
- Ale po co mi to? - Byłem jeszcze bardziej zdziwiony! Jakiś obcy mi koń będzie zwracał mi tu uwagę? O nie. Nie może tak być. - Każdy ma swój styl. - Zaśmiałem się kpiąco i uniosłem swój zadek i ruszyłem ku wyjściu.
- Oj zdziwisz się młodzieńcze. - Zaśmiał się i schował łeb w głąb boksu. Ale po co mi ta kultura? Przecież byłem i będę kulturalny. Mogłem sobie tak wmawiać, ale jednak to się przydało szybciej niż myślałem. Był piątek kiedy go poznałem. Więc noc spędzona u rodziny, która chciała mnie zatrzymać. Już nie mogę się doczekać pieczonego kurczaka! Mniam! Skierowałem się do tego domu, już od kilku metrów niósł się zapach mięsa, ujrzałem drzwi i pobiegłem co sił w łapkach i wszedłem przez uchylone drzwi, jednak od razu
![]() |
| Czeko |
- Ej! Co Ty tu robisz?! - Warknąłem w jej stronę. - To mój dom! - Ona jednak zaśmiała się.
- Cześć! Jestem Czeko. Twój dom? Nie widziałam Cie tu nigdy, a jestem od kilku dni.
- Ja tu przychodzę tylko w piątki! - Ona jeszcze bardziej się roześmiała, byłem oburzony! Jak ktoś mógł się śmiać ze mnie? Może i byłem szczenięciem, ale to nie znaczyło że można się ze mnie śmiać.
- A ja tutaj na zawsze. Kupili mnie w schronisku.
- Oh.. - Przysiadłem i zlustrowałem ją wzrokiem.
- Są bardzo mili, wiec mnie wzięli. Jestem tylko szczeniakiem, jeszcze! Ale zaniedługo będę im pomagać.
- Eee.. Jak sobie chcesz. - Mruknąłem tak jak do Niff'a - Kiedy jedzenie? Zgłodniałem. - Głodny to ja byłem, ale nawet się nie przedstawiłem...
- Może byś się przywitał. - Odpowiedziała radośnie.
- Eee.. Siema? - Przechyliłem łeb i po chwili nim potrząsłem.
- Imię?
- Finn. - Warknąłem zniecierpliwiony.
- Cześć Finn!
- Witałaś się ze mną! - warknąłem jeszcze głośniej, aż ludzie przyszli. Od razu ucieszyli się na mój widok i właścicielka podniosła mnie i przytuliła na przywitanie. Od razu wiedziała po co tam przyszedłem. Ta labradorka działa mi na nerwy. Musiała popsuć mi dzień! Ach.. Szkoda gadać. Wreszcie dali jedzenie, więc mój brzuch został napełniony i trochę nerwy mi przeszły. Ale.. Nie na długo.
- Finn! Chcesz się bawić? Chcesz? - Przybrała posturę do zabawy i energicznie machała ogonem, czemu jako jedyny labrador byłem inny? Taki normalny i wyjątkowy. Chyba każdemu się wydaję, że jest wyjątkowy.
- Nie chce mi się. - Burknąłem i wyszedłem z domu, tak po prostu. Jednak ta baba nie odpuszczała!
- Co Ci? Czemu sobie poszedłeś?
- Bo to jest mój dom i mogę robić co chce! - Warknąłem w jej stronę i odbiegłem jak najszybciej, tego dnia już jej więcej nie widziałem. Nawet się cieszyłem, bo przynajmniej miałem spokój.
Klika dni później znów odwiedziłem Niff'a.
- Witam ponownie młodego i niekulturalnego przedstawiciela rasy labrador. - Zaśmiał się i spojrzał na mnie ciemnymi oczami.
- Siemka! - Machnąłem ogonem i usiadłem przy boksie.
- Mówiłem, że nie kulturalny. - Obdarzył mnie swoim wesołym uśmiechem, parsknął i spojrzał w stronę drzwi. - Oho! Biorą mnie na pastwisko, schowaj się niekulturalny labradorze. - Warknąłem coś pod nosem, byłem kulturalny! Ale jednak on miał racje, trzeba było się ukryć.Nie chciałem być jakoś wyrzucony czy co... więc grzecznie poczekałem, aż go wyprowadzą, a ja pobrykam za nimi. Tak będzie najlepiej jak zostanę niezauważony.
C.D.N
I tak, będę pisać takie opowiadania o pewnych rasach psów. więc pod tym opowiadaniem możecie mi napisać, albo wygłosować jaka rasa. To dokończę, będą zwykle dwie części. C:
Mam nadzieje, że się spodoba. A i jeszvze co do koloru, musiałam dać pomarańczowy ponieważ jak dawałam domyślny to mi od razu na czarno... Tak więc proszę się o to nie gniewać. :3 I będę dawać jakieś zdjęcia związane z rasą i nawiąże to do osób z bloga, znalazłam tylko takie fajne:
Lena i Lidziag >:3
Lenuch i Lid
Miłego czytania!
sobota, 19 kwietnia 2014
Złap Królika! ~ Fallon [Fallon]
Borderke obudziła spadająca kropla na nos. Otworzyła oczy i przeciągnęła się. - Ostatnio wszyscy polują na królika. - Mruknęła do siebie i rozejrzała się po polanie, nic charakterystycznego nie było widać, by on tu przebywał. - Nie istnieje.. Czemu oni tego nie rozumieją? - Znów rzuciła cicho do siebie, dzisiaj na głos myślała. Postanowiła, że przejdzie się po lesie, a raczej pójdzie do strumienia napić się zimnej wody, gdy po kilku minutach doszła po chyliła łeb i w rozmazanym odbiciu ujrzała coś kolorowego. Podniosła łeb i spojrzała na przeciwny brzeg, leżało tam czekoladowe jajko. - Uh? Ktoś to zostawił? - Rozejrzała się, mając nadzieje kogoś ujrzeć. Ale nie zauważyła, westchnęła i schyliła ponownie łeb i przebiła taflę wody językiem, tym razem do jej nosa doszła wyraźna woń czekolady. - Ej! - Podniosła łeb i zobaczyła więcej jajek. - Ktoś sobie ze mnie żarty robi. - Syknęła do siebie i ruszyła za kolorowymi jajkami, były różne barwy zielone, żółte, niebieskie wszystkie kolory, pomieszane i jednokolorowe. Co chwila coś mruknęła do nosem niezadowolona. Minęło z dziesięć minut i usłyszała jakieś nucenie, nie był jej to znany głos, więc zaczęła się skradać. Bardzo cicho i bardzo ostrożnie kroczyła po leśnej ściółce wyjrzała zza drzewa i ujrzała Brązowego Królika z białym brzuchem i czarną łatą na oku, pośpiewywał sobie i malował jajka. - Ej. Ty. - Warknęła do niego myśląc, że ktoś sobie z niej żartuje dalej, zajac odwrócił łebek i postawił uszy na sztorc.
- Witam. - Uśmiechnął się do samki i zlustrował ją wzrokiem i przy kicał do niej.
- Kim jesteś ? - Zjeżyła futro na karku i grzebiecie, ukazała śnieżnobiałe kły.
-Zającem wielkanocnym. - Zaśmiał się. - Spokojnie. Nikt sobie z Ciebie żartów nie robi. Nie lubie jak ktoś wątpi w to, że istnieje. - Borderka rzuciłą się na królika z zębiskami, a on przeskoczył ją bez problemu. - Nie szukam problemu, mam Wielkanoc za niedługo! Więc nie potrzebuje problemów. - Rzucił i odbiegł tak szybko jak sie pojawił. Jednak Samka nie chciała dać za wygraną i pobiegła w ślad za nim, tylko problem polegał na tym, że go zgubiła. Przybliżyła nos do ściółki i zaczęła węszyć, niestety nie skupiła się na jego woni i zgubiła go.
- Gr... Wredny.. - Burknęła i ruszyła tam gdzie go ostatni raz widziała i o dziwo siedział na skale i malował pisanki zwykłym pędzlem.
- O witaj ponownie. - Zaśmiał się i podszedł do niej, tym razem już nie warczała na niego. - Zaczęliśmy dość źle.. Hehe.. - Uśmiechnął się bardzo wesoło, że samka nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Widzisz.. Wielkanoc jest dla zająca, Święta różne, które odbywają się w grudniu należą do Mikołaja każde święto od kogoś jest.
- Nic takiego nie istnieje. - Pokręciła łbem.
- Fallon, uwierz bo znam Ciebie wszystkich.
- Co.. Skąd znasz moje imię? - Mruknęła lekko przerażona, jednak zając nie chciał odpowiedzieć i odbiegł, chciała pobiec za nim ale.. coś ją trzymało. Postanowiła się ukryć w krzaczorach, połozyła się pod jakimś krzewem i jej powieki same się zamknęły. Może nie minęła chwila, ale obudziło ją stukanie w jej łeb.
- Fallon obudź się. - Znów ten zając! A ona zasnęła! Jakim cudem? - Pokażę Ci coś. - Była już noc, dość późna. Wstała i ruszyła za zającem, doszli na polane. Ku jej kolorowym ślepią ukazał się piękny widok. Małe żółte, puchate kurczaczki biegały po polanie z pisankami i czekoladowymi jajkami układając je pod krzaki, do jaskiń wszędzie gdzie się dało. - Widzisz, one tylko zanoszą to, ja to maluje, robie. Rano wstajesz i widzisz przed sobą jajko i pewnie myśl "Znów mama mi podrzuciła jajko.. Eh." Dlatego zwątpiłaś. - Otworzyła szeroko oczy, skąd on to wiedział? Teraz była pewna, widziała prawdziwego królika i do tego Wielkanocnego.
- To zawsze Ty dawałeś te jajko?
- Oczywiście. - Spojrzał na małe żółte pisklaki, które zasnęły w drodze powrotnej. - Oh.. Jak ja je męczę. - Westchnął.
- Pomogę Ci. - Uśmiechnęła się i pozbierała pisklaki do koszyka. - Gdzie je zanieść? - Żółte kuleczki się do siebie przytuliły i cicho popiskiwały.
-Oh dziękuje! Chodź. - Weszli w głąb lasu i maszerowali przez około godzinę. - Tutaj je postaw. - Borderka postawiła koszyk koło kamienia, nawet kojarzyła ten kamień, często się na nim wylegiwała. Królik znikł... Co teraz? Uciekł? Nie.. Nie mógł.. Westchnęła i odwróciła się, by wrócić na polane do swojej nory, ale przed jej pyskiem ukazał się wielki kosz, a za nim królik. - Pomożesz mi to dać na polane? I ogólnie porozstawiać?
- Oczywiście. - Wrócili na polane i zaczęli robotę, gdy skończyli na horyzoncie pojawiało się słońce. - Ostatnie jajko.. Uf.. Męczące to.
- No właśnie.. A ja jestem sam. - Uśmiechnął się lekko do niej i pokicał w stronę Jeziora, dotarł tam i umył łapki. - No właśnie.. Ten.. Tobie też coś się należy. Dla Twojej rodziny. - Puścił jej oczko i wręczył koszyk z czekoladowymi jajkami.
- Dziękuje. - Uśmiechnęła się i chwyciła koszyk. Pożegnali się i wróciła na polane, wnet ujrzała Allex, Nacka, Nukri, Rudego, Cere i reszte szeczniaków, którzy siedzieli i zajadali sie czekoladowymi jajkami. Oczywiście Ravel podszedł do partnerki i trącił ją nosem.
- Coś Ty przyniosła? Skąd?
- Dostałam od kogoś. - Położyła koszyk obok rodziny i pokazała mu język zaczepnie. - To Dla was, od Królika. - Uśmiechnęła się i przytuliła do partnera.
- Mamo tu coś dla Ciebie! -Uśmiechnęła się Cera i podała jej czekoladkę z napisem " Pomocnik Królika." Zaśmiała się i przyjęła jajko. Po kilku godzinach całe stado szukało czekoladek i pisanek. Fallon była zadowolona w duchu z poznania Królika. Wszystko było na czas.
- Witam. - Uśmiechnął się do samki i zlustrował ją wzrokiem i przy kicał do niej.
- Kim jesteś ? - Zjeżyła futro na karku i grzebiecie, ukazała śnieżnobiałe kły.
-Zającem wielkanocnym. - Zaśmiał się. - Spokojnie. Nikt sobie z Ciebie żartów nie robi. Nie lubie jak ktoś wątpi w to, że istnieje. - Borderka rzuciłą się na królika z zębiskami, a on przeskoczył ją bez problemu. - Nie szukam problemu, mam Wielkanoc za niedługo! Więc nie potrzebuje problemów. - Rzucił i odbiegł tak szybko jak sie pojawił. Jednak Samka nie chciała dać za wygraną i pobiegła w ślad za nim, tylko problem polegał na tym, że go zgubiła. Przybliżyła nos do ściółki i zaczęła węszyć, niestety nie skupiła się na jego woni i zgubiła go.
- Gr... Wredny.. - Burknęła i ruszyła tam gdzie go ostatni raz widziała i o dziwo siedział na skale i malował pisanki zwykłym pędzlem.
- O witaj ponownie. - Zaśmiał się i podszedł do niej, tym razem już nie warczała na niego. - Zaczęliśmy dość źle.. Hehe.. - Uśmiechnął się bardzo wesoło, że samka nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Widzisz.. Wielkanoc jest dla zająca, Święta różne, które odbywają się w grudniu należą do Mikołaja każde święto od kogoś jest.
- Nic takiego nie istnieje. - Pokręciła łbem.
- Fallon, uwierz bo znam Ciebie wszystkich.
- Co.. Skąd znasz moje imię? - Mruknęła lekko przerażona, jednak zając nie chciał odpowiedzieć i odbiegł, chciała pobiec za nim ale.. coś ją trzymało. Postanowiła się ukryć w krzaczorach, połozyła się pod jakimś krzewem i jej powieki same się zamknęły. Może nie minęła chwila, ale obudziło ją stukanie w jej łeb.
- Fallon obudź się. - Znów ten zając! A ona zasnęła! Jakim cudem? - Pokażę Ci coś. - Była już noc, dość późna. Wstała i ruszyła za zającem, doszli na polane. Ku jej kolorowym ślepią ukazał się piękny widok. Małe żółte, puchate kurczaczki biegały po polanie z pisankami i czekoladowymi jajkami układając je pod krzaki, do jaskiń wszędzie gdzie się dało. - Widzisz, one tylko zanoszą to, ja to maluje, robie. Rano wstajesz i widzisz przed sobą jajko i pewnie myśl "Znów mama mi podrzuciła jajko.. Eh." Dlatego zwątpiłaś. - Otworzyła szeroko oczy, skąd on to wiedział? Teraz była pewna, widziała prawdziwego królika i do tego Wielkanocnego.
- To zawsze Ty dawałeś te jajko?
- Oczywiście. - Spojrzał na małe żółte pisklaki, które zasnęły w drodze powrotnej. - Oh.. Jak ja je męczę. - Westchnął.
- Pomogę Ci. - Uśmiechnęła się i pozbierała pisklaki do koszyka. - Gdzie je zanieść? - Żółte kuleczki się do siebie przytuliły i cicho popiskiwały.
-Oh dziękuje! Chodź. - Weszli w głąb lasu i maszerowali przez około godzinę. - Tutaj je postaw. - Borderka postawiła koszyk koło kamienia, nawet kojarzyła ten kamień, często się na nim wylegiwała. Królik znikł... Co teraz? Uciekł? Nie.. Nie mógł.. Westchnęła i odwróciła się, by wrócić na polane do swojej nory, ale przed jej pyskiem ukazał się wielki kosz, a za nim królik. - Pomożesz mi to dać na polane? I ogólnie porozstawiać?
- Oczywiście. - Wrócili na polane i zaczęli robotę, gdy skończyli na horyzoncie pojawiało się słońce. - Ostatnie jajko.. Uf.. Męczące to.
- No właśnie.. A ja jestem sam. - Uśmiechnął się lekko do niej i pokicał w stronę Jeziora, dotarł tam i umył łapki. - No właśnie.. Ten.. Tobie też coś się należy. Dla Twojej rodziny. - Puścił jej oczko i wręczył koszyk z czekoladowymi jajkami.
- Dziękuje. - Uśmiechnęła się i chwyciła koszyk. Pożegnali się i wróciła na polane, wnet ujrzała Allex, Nacka, Nukri, Rudego, Cere i reszte szeczniaków, którzy siedzieli i zajadali sie czekoladowymi jajkami. Oczywiście Ravel podszedł do partnerki i trącił ją nosem.
- Coś Ty przyniosła? Skąd?
- Dostałam od kogoś. - Położyła koszyk obok rodziny i pokazała mu język zaczepnie. - To Dla was, od Królika. - Uśmiechnęła się i przytuliła do partnera.
- Mamo tu coś dla Ciebie! -Uśmiechnęła się Cera i podała jej czekoladkę z napisem " Pomocnik Królika." Zaśmiała się i przyjęła jajko. Po kilku godzinach całe stado szukało czekoladek i pisanek. Fallon była zadowolona w duchu z poznania Królika. Wszystko było na czas.
Kanade's Story - "Dear Agony please let me Die." [Kanade]
Chcę być dalej niż życie, pragnę śmierci.
Istnieje nieskończony cud, miniaturowy ogród na końcu.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.
To była piękna, gwieździsta noc, a na samym szczycie nieba górował ogromny, świecący swym białym blaskiem księżyc w pełni. Wokół głucha cisza, którą przerywał tylko szelest poruszanych przez wiatr liści oraz plusk wody spływającej z wielkiego nie szerokością, lecz wysokością wodospadu do małej rzeki. Trawa błyszczała od światła wielkiej kuli wysoko w górze.
W pewnym momencie całość przerwał cichy pomruk i dźwięk łamanej gałązki, a ptaki siedzące na jednym z drzewem po prawej stronie poderwały się przestraszone do lotu w górę, jednak zwierz, który wyszedł spoza gąszczu nie zwrócił na to żadnej uwagi. Był to ogromnych rozmiarów, czarny wilk, z jarzącymi się w mroku jasno złotymi ślepiami. Pierwsze co na pewno rzuciło się w oczy to krew spływająca z jego pyska i trzymana w zębiskach zdobycz w postaci dość sporego zająca. Basior zmierzał powolnym krokiem ku małej grocie, a raczej norze schowanej pod wielkim dębem na skraju lasu, przy rzece. Z tamtego także miejsca po krótkiej chwili zaczęły się wydobywać cichutkie popiskiwania. Samiec stanął tuż przed wejściem i zajrzał do środka mrużąc oczyska.
Na samym dnie tego schronienia leżała bialutka, niczym śnieg samiczka rasy Alaskan Malamute. Miała ona łeb położony na łapach i zamknięte oczy. Wyglądała na zmęczoną. Tuż przy jej brzuszku leżało pięć maleńkich, skulonych kuleczek, które wydobywały z siebie piszczące dźwięki. Malutkie szczeniaczki ugniatały łapkami matczyny brzuszek pijąc łapczywie mleko, tak bardzo były głodne. Czwórka z młodych była czarna lub szara, odziedziczając sierść po ojcu, tylko jedna, najmniejsza z nich była koloru swojej matki. Właśnie ona.
Samiec nie wyglądał jednak na zadowolonego. Super, kolejne gęby do wykarmienia. Już miał problem z tym, żeby spełnić głodowe chęci swojej partnerki, ale żeby dawać żreć piątce kolejnych podobnych stworzeń?! Z jego gardzieli wydobył się wark na którego natychmiast zareagowała samica. Podniosła łeb i spojrzała na swojego ukochanego szczęśliwa. Ona była dumna ze swoich dzieci. Ten jednak rzucił jej do środka zająca i warknął na nią zdenerwowany. Skuliła uszy i zaskomliła zdziwiona. Basior położył się tyłem do niej przy wyjściu i natychmiast zasnął kompletnie ignorując jej błagalne odgłosy.
Biała zjadła czym prędzej zdobycz, by tylko napełnić swój brzuch i dostarczyć młodym potrzebnego pokarmu. Liznęła długim jęzorem również śnieżną sierść jej jedynej córki, która spała jako jedyna z rodzeństwa.
Tak miał zacząć się początek końca.
***
Mijały dni odkąd samica zrodziła potomstwo. Z każdą sekundą, minutą, godziną było coraz gorzej, a to dopiero rozpoczęcie piekła jakie miało nastąpić. Czarny basior zamiast pomagać swojej wybrance, znęcał się nad nią warcząc, sycząc, a nawet niekiedy używając kłów. Dlaczego to robił? Już drugiego dnia chciał pożreć młode, by tylko nie przeszkadzały mu w byciu, ale Alaskan Malamute się nie zgodziła i nawet mocno zraniła wilka, który ze skomlnięciem i warkiem odbiegł od groty i przez trzy dni się nie pokazywał. Przez ten czas matka zajmowała się samotnie dziećmi. Młode były bardzo żwawe jak na kilka dni. Samica uśmiechała się widząc jak przewracają się o siebie w zabawie. Pewnego słonecznego dnia postanowiła wyprowadzić małe na zewnątrz, by mogły rozprostować łapki. Wyniosła je powoli z jamy i postawiła przed wejściem. Te od razu rozpoczęły szczenięcą zabawę. Kotłowały się ze sobą, ganiały przewracając i popiskiwały wesoło. Wadera cieszyła się razem z nimi, ale w jej sercu tkwił strach, że wilk przyjdzie i zrobi im krzywdę, dlatego cały czas niespokojnie rozglądała się wokół. I nie myliła się.
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?
Czarny jak smoła wilk oblizał pokryte krwią wargi i rozejrzał się wokół. Jego partnerka leżała również martwa, a jej białe futerko brudziła czerwień. Szczeknął z irytacją i schylił łeb wgryzając się w małe ciałko szarego wilczka i pożerając go tak jak resztę. Została samica. Nie miał zamiaru zmarnować niczego co tu zostało, nawet jeśli to oznaczało dopuścić się zapełnienia żołądka jej osobą. Jego pysk wykrzywiła grymas zadowolenia i dzikiej satysfakcji, ale coś mu się nie zgadzało. Jednego szczeniaka brakowało. Przesunął wzrokiem po polance i wciągnął w nozdrza zapach. Poczuł go od razu. Zamiast jednak rozpocząć pościg podszedł do martwej wadery i zaczął się posilać wbijając kły w nią i rozrywając mięso, a skończył dopiero, gdy zostały same kości i krew. Wtedy uniósł łeb ku górze, a z jego gardzieli wydobyło się groźne wycie. Znowu wdmuchał trop nosem i odbił się od ziemi ruszając w pogoń.
Biegła. Dalej, przed siebie, ta mała, biała kulka futerka. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia, kiedy co rusz przewracała się o choćby liść. No bo co może robić trochę ponad tygodniowy szczeniak? Miała jeszcze zbyt nieporadne łapki. Nie wiedziała co ma robić.
Chciała do mamy. Tak bardzo, że nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Bała się i do tego głód matczynego mleka przybywał dość szybko i dawał się we znaki. Zwolniła w końcu i popiskując, wołając w ten sposób o pomoc szła dalej. Wszystko wokół niej wydawało się ogromne, nawet mała gałąź. Zaczęła się trząść i cichutko wyć. W pewnym momencie usłyszała szczekanie. Zatrzymała się pełna nadziei. Jednak po chwili tego pożałowała. Jej uszy stuliły się, podkuliła ogon, a pyszczek wykrzywił grymas strachu.
Oto na przeciw niej stał nie kto inny, tylko jej własny ojciec i wpatrywał się w nią morderczym wzrokiem. Mała rzuciła się po raz kolejny do ucieczki, lecz po niespełna trzech sekundach, ojciec trzepnął ją łapą i rzucił na drzewo. Uderzyła w nie i z piskiem upadła na zimną trawę. Teraz była potulna błagając w myślach, by się zlitował i nie odbierał jej życia. Ten jednak przycisnął ją mocno łapą do ziemi chcąc by się trochę pomęczyła, cóż za sadystyczny tata. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia rozpaczy. Basior przesunął pazurami po jej grzbiecie zostawiając krwawiące ślady. Nie, proszę, zostaw mnie, myślała. Wydawało się, że płakała na swoim szczenięcy sposób. Samcowi jednak szybko się to znudziło. Przekrzywił łeb i ukazał dwa rzędy ostrych kłów. Schylił się chcąc również jej żywot zakończyć, lecz wtem, coś ją od niego oderwało. A raczej nie coś, tylko ktoś.
Czarny podpalany owczarek stał bokiem do niej w obronnej pozie warcząc i chroniąc ją za wszelką cenę. Otworzyła szerzej fioletowawe ślepka zszokowana, ale szczęśliwa, że ktoś ją uratował. Wilk poderwał się z ziemi i otrzepał z liści. Kłapnął zębami i rzucił się na psa. Jednak zanim dotknął go zębami rozległo się szczekanie. Dwa inne psy, również owczarki skoczyły na basiora gryząc się z nim i nie dając mu dojść do "przywódcy" grupy. Gdy tamci się kotłowali, właśnie on obrócił się do wilczego dziecka i schylił łeb w jej stronę. Zapiszczała bojąc się, ale ten tylko liznął ją po pyszczku i uśmiechnął się.
- Nic Ci nie jest? - spytał cichutko z troską i machnął ogonem. - Jestem Ares, nie bój się.
Patrzyła na niego kuląc się potulnie. Przeniósł wzrok na walczących. Czarny zawarczał i po chwili uciekł w przeciwną stronę, z dala od wrednych samców, ranny i wściekły.
Ares zgarnął ją lekko do siebie łapą nadal patrząc na przyjaciół.
- Dobra robota panowie. - uśmiechnął się. - Musimy już wracać do obozu myśliwych.
Dopiero teraz dojrzała dziwne zaciśnięte coś, które mieli na swoich szyjach z medalikami. Zamrugała niezrozumiale, a z jej gardła wydobył się dziwny dźwięk. Samiec podniósł ją za kark i ruszył z resztą w kierunku wyjścia z lasu. Pozwalała się nieść, czując bezpieczeństwo przed morderczym ojcem. Kuliła ogonek, aż w końcu usłyszała kolejne szczekania i dziwne głosy.
Wbiegli na łąkę na której stacjonowali myśliwi i ich psy. Wtedy Ares zwolnił i szedł z tyłu. Położył ją na ziemi.
- Chodź. - dreptała więc posłusznie przy jego łapach.
Wpatrywała się z zdziwieniem w obce im, dwunożne stworzenia. Byli przerażająco ogromni i ogólnie tacy dziwni, bez sierści, tylko obciągnięci skórą. Czyżby wyłysieli? Zastrzygła uszkami na co basior obok niej zaśmiał się.
- Pewnie w życiu nie widziałeś ludzi.
O nie. Fuknęła zatrzymując się i patrząc na niego wrogo. Czy ty uznajesz mnie za chłopaka? Zauważył to i szybko dodał.
- Przepraszam! Nie wiedziałaś. - speszył się z chichotem. - Pomyliłem się.
Wydęła wargi, podskakując i co chwila się przewracając szła dalej za miłym samcem. W pewnym momencie, gdy szli między dziwnymi rzeczami z których wchodzili i wychodzili również jak to ich nazwał Ares "ludzie" poczuła na swojej sierści dziwnie przyjemny dotyk i zaraz, że ktoś ją podnosi. Zapiszczała głośno. Dorosły, ponad 30 letni mężczyzna trzymał ją teraz na dłoni i patrzył z uśmiechem.
- Gdzie żeś ją znalazł Ares? - pogłaskał ją po karku i rannym grzbiecie. - Ojej, biedna, zaraz się tobą zajmę. Będziesz idealnym szczeniakiem dla moich córek.
Czy to oznacza, że będzie lepiej?
Chciała do mamy. Tak bardzo, że nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Bała się i do tego głód matczynego mleka przybywał dość szybko i dawał się we znaki. Zwolniła w końcu i popiskując, wołając w ten sposób o pomoc szła dalej. Wszystko wokół niej wydawało się ogromne, nawet mała gałąź. Zaczęła się trząść i cichutko wyć. W pewnym momencie usłyszała szczekanie. Zatrzymała się pełna nadziei. Jednak po chwili tego pożałowała. Jej uszy stuliły się, podkuliła ogon, a pyszczek wykrzywił grymas strachu.
Oto na przeciw niej stał nie kto inny, tylko jej własny ojciec i wpatrywał się w nią morderczym wzrokiem. Mała rzuciła się po raz kolejny do ucieczki, lecz po niespełna trzech sekundach, ojciec trzepnął ją łapą i rzucił na drzewo. Uderzyła w nie i z piskiem upadła na zimną trawę. Teraz była potulna błagając w myślach, by się zlitował i nie odbierał jej życia. Ten jednak przycisnął ją mocno łapą do ziemi chcąc by się trochę pomęczyła, cóż za sadystyczny tata. Z jej gardełka wydobywały się skomlenia rozpaczy. Basior przesunął pazurami po jej grzbiecie zostawiając krwawiące ślady. Nie, proszę, zostaw mnie, myślała. Wydawało się, że płakała na swoim szczenięcy sposób. Samcowi jednak szybko się to znudziło. Przekrzywił łeb i ukazał dwa rzędy ostrych kłów. Schylił się chcąc również jej żywot zakończyć, lecz wtem, coś ją od niego oderwało. A raczej nie coś, tylko ktoś.
Czarny podpalany owczarek stał bokiem do niej w obronnej pozie warcząc i chroniąc ją za wszelką cenę. Otworzyła szerzej fioletowawe ślepka zszokowana, ale szczęśliwa, że ktoś ją uratował. Wilk poderwał się z ziemi i otrzepał z liści. Kłapnął zębami i rzucił się na psa. Jednak zanim dotknął go zębami rozległo się szczekanie. Dwa inne psy, również owczarki skoczyły na basiora gryząc się z nim i nie dając mu dojść do "przywódcy" grupy. Gdy tamci się kotłowali, właśnie on obrócił się do wilczego dziecka i schylił łeb w jej stronę. Zapiszczała bojąc się, ale ten tylko liznął ją po pyszczku i uśmiechnął się.
- Nic Ci nie jest? - spytał cichutko z troską i machnął ogonem. - Jestem Ares, nie bój się.
Patrzyła na niego kuląc się potulnie. Przeniósł wzrok na walczących. Czarny zawarczał i po chwili uciekł w przeciwną stronę, z dala od wrednych samców, ranny i wściekły.
Ares zgarnął ją lekko do siebie łapą nadal patrząc na przyjaciół.
- Dobra robota panowie. - uśmiechnął się. - Musimy już wracać do obozu myśliwych.
Dopiero teraz dojrzała dziwne zaciśnięte coś, które mieli na swoich szyjach z medalikami. Zamrugała niezrozumiale, a z jej gardła wydobył się dziwny dźwięk. Samiec podniósł ją za kark i ruszył z resztą w kierunku wyjścia z lasu. Pozwalała się nieść, czując bezpieczeństwo przed morderczym ojcem. Kuliła ogonek, aż w końcu usłyszała kolejne szczekania i dziwne głosy.
Wbiegli na łąkę na której stacjonowali myśliwi i ich psy. Wtedy Ares zwolnił i szedł z tyłu. Położył ją na ziemi.
- Chodź. - dreptała więc posłusznie przy jego łapach.
Wpatrywała się z zdziwieniem w obce im, dwunożne stworzenia. Byli przerażająco ogromni i ogólnie tacy dziwni, bez sierści, tylko obciągnięci skórą. Czyżby wyłysieli? Zastrzygła uszkami na co basior obok niej zaśmiał się.
- Pewnie w życiu nie widziałeś ludzi.
O nie. Fuknęła zatrzymując się i patrząc na niego wrogo. Czy ty uznajesz mnie za chłopaka? Zauważył to i szybko dodał.
- Przepraszam! Nie wiedziałaś. - speszył się z chichotem. - Pomyliłem się.
Wydęła wargi, podskakując i co chwila się przewracając szła dalej za miłym samcem. W pewnym momencie, gdy szli między dziwnymi rzeczami z których wchodzili i wychodzili również jak to ich nazwał Ares "ludzie" poczuła na swojej sierści dziwnie przyjemny dotyk i zaraz, że ktoś ją podnosi. Zapiszczała głośno. Dorosły, ponad 30 letni mężczyzna trzymał ją teraz na dłoni i patrzył z uśmiechem.
- Gdzie żeś ją znalazł Ares? - pogłaskał ją po karku i rannym grzbiecie. - Ojej, biedna, zaraz się tobą zajmę. Będziesz idealnym szczeniakiem dla moich córek.
Czy to oznacza, że będzie lepiej?
***
Dlaczego tu jest tak ciemno? Nic nie widzę! Pomocy! Niech ktoś mi pomoże!
Biała kuleczka futerka siedziała w zamkniętym, pięknym, prezentowym pudełku, które na wierzchu miało nawet kokardę. Nie wiedziała, gdzie tajemniczy jegomość ją zabiera. Przylgnęła ze strachem do ścianki i zaskomliła. Wtem koła auta najechały na jakiś kamień co podrzuciło ją do góry. Z jej gardzieli wyrwał się pisk. Jeszcze bardziej się trzęsła, kuląc na ile mogła. Zacisnęła powieki. Nagle poczuła, że się zatrzymują i zaraz po tym, mężczyzna, który ją zabrał wziął prezent z nią w środku. Poczuła chłód, no tak, przecież była zima.
I ludzkie święta bożego narodzenia.
Została podarowana w prezencie dwójce małych dzieci. To miała być jej nowa rodzina, ale stała się jej największym koszmarem.
Miała wtedy zaledwie rok, gdy dzieciom się znudziła. Nie miała pojęcia o prawdziwym świecie, nic. Została zabrana. Nie wiedziała przez kogo, ani dlaczego.
Ale kolejny rozdział w jej życiu się zaczął.
***
Wrzucili ją zamkniętą w worku do jakiegoś auta i zatrzasnęli bagażnik. Szarpała się mocno, nie mogąc się wydostać i do tego jeszcze ten cholerny kaganiec. O co zaś chodzi?! Kim oni są i dlaczego mnie złapali?! W końcu jednak legła nieruchomo, a jej głowę zaczęły nachodzić przerażające myśli. Wtedy właśnie poczuła ogromny strach. Jechali po wertepach, bo cały czas wyrzucało ją do góry albo na boki. W pewnym momencie uderzyła bardzo mocno łbem o jakąś metalową część. Zaskomliła, a jej oczy zaszła całkowita czerń.
Czuła ciężar, gdy ktoś ją niósł, ale nie mogła się dobudzić, wręcz przeciwnie, ponownie straciła przytomność.
Uchyliła powieki jakieś trzy godziny później. Wszystko kołowało jej się przed oczyma, albo zamazywało. Jęknęła głośno i pisnęła unosząc łeb oraz starając się podnieść.
- Biała księżniczka wreszcie się obudziła. - usłyszała czyiś głos z boku.
Podskoczyła jak oparzona, cofając się w tył, ale jej zad natrafił na coś zimnego i metalowego. Spojrzała na to "coś". Krata. Była nimi otoczona. Podkuliła ogon i stuliła uszy. Dopiero wtedy jej wzrok padł na osobnika, który do niej przemówił. Był to samiec, miała co do tego pewność. Jego sierść była czarna, a ogon poruszał się powoli, roztrzepując troszkę piasku. Szmaragdowe oczy nie spuszczały z niej wzroku. Wpatrywała się w niego, a jej fioletowe były szeroko rozwarte.
- G..gdzie ja jestem? - spytała ze strachem.
Tuż obok niej była druga klatka. Stamtąd wydobył się śmiech. Kolejny samiec, tym razem na pewno miała pewność co do jego rasy. Rottweiler.
- Jesteś głupia, czy serio nie wiesz? - warknął z ironią. - Trafiłaś na ring malutka.
Czarny westchnął, kładąc pysk na łapach, ale nadal na nią patrząc.
- R..ring? Jaki ring?! O co chodzi?!
Ponownie się zaśmiał.
- Walki psów. Takie wiesz, na śmierć i życie.
Aż usiadła z przerażenia, a z jej gardzieli wydobywały się piski i skomlnięcia. Była bardzo przerażona, wręcz na skalę największą. Walki? Ja nie umiem przecież walczyć!
- Jeśli będziesz mieć szczęście. - odezwał się mieszaniec. - To zanim trafisz na ring, ktoś Cię kupi. - westchnął, ale w jego głosie słychać było, że to graniczy z cudem.
Potrzebowała prawie 4 godzin na zrozumienie swojego położenia i tego co się jej przytrafiło. Wyła głośno, skomliła i piszczała. Dopiero potem oberwała pałką w głowę od jednego z "porywaczy" i zapadła w sen.
Jej pierwsza walka została zorganizowana dzień później. Wyprowadzono ją na łańcuchu na piaskowy, mały ring. Wszędzie wokół niego byli ludzie. Śmiali się, stawiali zakłady, nie obchodziło ich to, że któryś z psów miał tutaj zginąć. Stała, przylegając bokiem do jednej ze ścianek i skomliła błagając, by ją wypuścili. Wtem na arenę wpuszczono jeszcze jednego psa. Dorosłego, doświadczonego dobermana. Otworzyła szerzej oczy. Ja tu zginę, na pewno zginę. Basior spojrzał w jej stronę i zaszczekał groźnie, obnażając kły.
- Moi drodzy! - rozległ się głos prowadzącego to szatańskie widowisko. - Macie zaszczyt widzieć na własne oczy jak młoda samka wilka i nasz mistrz walczą zaciekle na śmierć i życie! Zaczynajmy więc!
Doberman szczeknął jeszcze raz i rzucił się na nią. Czuła jak serce jej przyśpiesza. Natychmiast odbiła się od ziemi i zaczęła uciekać, a raczej biegać po całym ringu, by tylko jej nie dopadł. Zdawała sobie sprawę, że i tak koniec niechybnie nadejdzie. Wtedy właśnie przypomniała sobie jedną rzecz. Zapamiętała mimo tego, że była mała jak jej własny ojciec zabijał jej rodzinę. Przymknęła ślepia, zatrzymała się gwałtownie, odwróciła wbijając pazury w ziemię, rozszerzyła pysk ukazując rząd idealnych, białych kłów i rzuciła się do gardła samcowi. Ich bitwa była zaciekła, pełna rozlewu krwi. Wbiła zębiska w jego szyję, powalając go na ziemie. Jedna jej łapa byłą na jego brzuchu, by się nie ruszał, a drugą przytrzymywała mu pysk. Nie chciała przecież, by zrobił jej krzywdę, to by było dla niej niekorzystne. Przegryzła mu tętnice, a basior zdechł na miejscu. Wtedy narodziła się nowa ona - zaciekle walcząca morderczyni, a jej natura bezbronnej wadery odeszła zamknięta w jej sercu głęboko.
Mijały tygodnie, miesiące, a jej doświadczenie i "sława" rosły z dnia na dzień. Była jedną samicą, która potrafiła tak dać innym w kość i to dosłownie. Zaprzyjaźniła się jednak z czarnym samcem z klatki obok niej. Wręcz można by to nazwać czymś więcej. Mimo iż dzieliły ich kraty, bardzo się ze sobą zżyli. On jako jedyny potrafił wydobyć z niej prawdziwą ją. Była szczęśliwa. Samiec ten zwał się Araksjel i był naprawdę wspaniały.
Lecz pewnego dnia to wszystko się skończyło.
Jej "kochany" poszedł na kolejną walkę, a ona czekała na niego jak zawsze z uśmiechem na pysku, wierząc, że zwycięży.
Nie wrócił.
Czuwała długo, dopóki dźwięki bitwy nie ucichły, a on nie wracał. Zaczęła się bać, naprawdę. Pierwszy raz od dawna czuła strach. Trzymała łapy na kratach wpatrując się w wejście. W pewnym momencie, otworzyły się. Zaczęła machać ogonem czując szczęście i myśląc, że Araksjel wraca.
Wrócił.
Ale nie taki jakim chciałaby go widzieć.
| Nigdy nie chciałaby. | ||
![]() |
| Jedno się kończy, a drugie zaczyna. |
- Araksjel.. Araksjel, ej! Obudź się! Obudź się, proszę.. - z jej oczu wypływały łzy.. tak.. to były łzy.
Widząc, że nie rusza się, zrozumiała, że to koniec. On umarł, a jej połowa serca została w jego. Przegryzła porywaczowi gardło i uciekła z areny.
Od tamtej pory jej serce zaczęło pragnąć ponownie tego samego uczucia pokochania przez kogoś, wszystko się zmieniło, jej zła i waleczna część zamieniła się miejscami z prawdziwą ją.
Po prawie roku poszukiwań, odnalazła nowe stado w nadziei, że spotka tu miłość swojego życia i prawdziwą rodzinę.
I straciłam to, kim jestem!
I nie mogę zrozumieć...
Dlaczego moje serce jest tak złamane?
I nie mogę zrozumieć...
Dlaczego moje serce jest tak złamane?
Odrzucając twoją miłość, bez miłości!
~Trading Yesterday - Shattered
***
Mam nadzieje, że się podoba.
Z góry przepraszam za czcionkę.
Z góry przepraszam za czcionkę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





