wtorek, 25 marca 2014

Historia trzech psów. [Fallon]

Tak się zaczyna historia trzech psów.
Wiodły spokojne życie...

... Ale zostało zakłócone...



Kollin

             ~Historia rodzeństwa Elektriki, Fallon, Justy, Rise’a i Skyres.~

Był sierpniowy piękny ciepły dzień, wokół lasy, łąki, rozmaite pola i jezioro.  Na środku polany było ranczo z owcami, końmi i kurami. Właścicielami rancza było małżeństwo, którzy posiadali jedną kotkę norweską leśną o imieniu Cami. Była ruda z białymi skarpetkami, doskonale umiała poprawić humor, bądź popilnować dziecka od małżeństwa. W całym ranczu były dwa psy, które były parą od dawna. Border Collie Blue Merle, którą zwali Sayona, oraz Owczarek Belgijski Goenendeal Kollin. Borderka od jakiegoś czasu nie pracowała zaganiając owce, gdyż była ciężarna, jej Pani czyli kobieta która liczyła 28 lat bardzo się związała z ową borderką. Ranczo słynęło z dobrej jakości owczej wełny i małej szkółki jeździeckiej, dzieci jak i dorośli uwielbiali bawić się z Kollinem bądź Sayoną. Borderka pewnego wieczoru zaczęła rodzić, Kollina i Pana nie była przy tym. Samka urodziła trzy szczeniaki Border Collie i dwa belgijskie owczarki.
- Oh! Sayona, patrz jakie piękne szczeniaki masz! - Zachwycała się właścicielka i przyłożyła szczenięta do samki. - Piękne! Mam nadzieje, że będą nam pomagać tutaj na ranczu. 
    Kilka dni później Sayona nazwała szczenięta, Kollin był zachwycony tym o to zbiegiem okoliczności. Urodziły się 3 bordery i 2 belgijskie.
- Patrz. - Trąciła delikatnie najstarszego szczeniaczka w tyłek, gdyż chodziła po całym pokoju i gryzła kable. - Może. Może.. Nazwiemy ją Elektrika - Zaśmiała się wesoło spoglądając na owczarka.
- Idealnie pasuje, Kochanie. - Uśmiechnął się ciepło i spojrzał na czarnego jak węgiel owczarka, który co chwile upadał i wstawał, ponieważ z tyłu za łapkę łapała go inna borderka. - Szczeniaki, uważajcie. - Podszedł do nich i je rozdzielił, ale od razu szczenięta do siebie podbiegły i znów zaczęły się gryźć czy też trącać łapkami. - Nie rozłączne. - Uśmiechnęła się. - Może... Hm... Ta była młodsza od niego. To może Amy? A go... Hm.. A go Rise? - Spojrzał na ową suczkę.
- Amy? - Wstała i podeszła do niego. - Ma w sumie ducha walki nie widzisz? Amy, to takie... Przytulne.. A ona chce walczyć. - ukazała delikatny i nieśmiały uśmiech, nie chcąc go urazić.
- Nie widzę. Dla mnie jest słaba. - Rzucił dość sucho w jej stronę. - Odkąd się urodziła, nie bawi się z rodzeństwem ani nic. Tylko siedzi przy Tobie.
- Spokojnie.. Kochanie.. - Trąciła go wilgotnym nosem w kark. - Zmieni się to wszystko, uwierz. - Samiec coś jeszcze burknął pod nosem i spojrzał na inne szczeniaki.
- Może pomińmy inne szczeniaki. - Westchnął i podszedł do drugiej owczarki. - Ta jest słodka. - Polizał ją po łebku, mała samka miała białą plamkę na klatce piersiowej. - Może po Twojej matce? Vena? - Borderka się zaśmiała i polizała czule samca po pysku.
- Zawsze wiesz co powiedzieć! - Wymyślanie imion było dość dziwne i długie.. Jednak nie mogli zapomnieć o ostatnim piesku! - Jest najmłodszy a już w wszystkim jest ekspertem. - Zaśmiała się wesoło, widząc szczeniaka, który próbuje odciągnąć Rise'a od bezimiennego szczeniaka. - Już tak dużo rozumie.
- Właśnie. Może Expert? - Uśmiechnął się zaczepnie i wziął Experta, Venę i Elektirkę w pysk i na grzbiet. - Pfójde z nymy na dfór. - Wyseplenił przez trzymany w pysku szczeniaka. Samka tylko skinęła łbem i spojrzała na dwójkę innych szczeniąt.
- Rise chodź, Ty też... Ym.. Jakby Cię tu nazwać, młoda panno? - Trąciła ją wilgotnym nosem w bok, by przyjrzeć się jej psykowi. Borderka tylko pokręciła głową i wzięła szczenięta na dwór, reszta rodzeństwa się już bawiła. Postawiła ową dwójkę i szczęknęła wesoło w stronę samca. Podeszła do niego i zostawiła je, mała borderka od razu poszła szukać jakieś dziury czy tez innego małego miejsca, nie dogadywała się z rodzeństwem i nie lubiła ich towarzystwa.
- Patrzcie tam! – Expert wskazał łapą na bezimienną suczkę, która właśnie się chowała gdzieś w ciszy i z daleka od reszty. Mały samczyk podbiegł do niej i pacnął ją w łebek łapą. – Czemu Ty tu idziesz? Czemu się nie bawisz?! – Spytał z lekkim bulwersem. Małą borderkę przeszedł nieprzyjemny dreszcz strachu.
- Ja.. Ja… Nic.. Tylko chciałam się położyć na chwilkę.. Przepraszam.. – Położyła uszy po sobie i położyła się na znak uległości.
- Pfy mięczak. – Warknęła Vena i zamachnęła czarnym ogonem jak i zaraz odeszła dumnie z pozostałą grupką. Mała borderka poszła za nimi ze spuszczonym łebkiem, ale zaraz go uniosła na słowa siostry.
- Hej, nie martw się resztą przecież nic Ci nie będzie! Każdy ma inną naturę czyż nie? – Uśmiechnęła się do niej słodko Elektrika i pacnęła ogonkiem w bok dalej z uśmiechem. Mniejsza od niej samka nieśmiało podniosła kącik pyszczka.
- Ale.. Ja bym chciała odpocząć.. Dziwnie się czuje. – Od razu pożałowała swoich słów, ponieważ Expert usłyszał te słowa.
- Patrzcie ! Mamy w rodzinie mięczaka! Nie powinniśmy tego tolerować! – Warknął do reszty rodzeństwa.
- Expert! Przestań. – Warknęła do niego Elektrika. – Wszystkich powinniśmy równo traktować.
- Co ty wiesz o równym traktowaniu?! Mięczak nas osłabi! I nie pozwolą nam brać udziału w różnych polowaniach! Więc co to ma za sens mieć takiego psa w rodzinie? – Burknął i skinął łbem w stronę samki.
- Każdemu się daje szanse! – Warknęła już rozzłoszczona.
- Elektrika daj spokój.. Expert ma racje. – Wtrąciła się Vena i przysiadła przy bracie dumna, że trzyma jego stronę. Borderka tylko pokręciła łbem i coś mruknęła, by po chwili odejść z rodzeństwem. Bezimienna popatrzyła tylko w ślad za nimi i szybko odbiegła, jednak wpadła na łapy ojca, który za nią nie przepadał. Przełknęła ciężko ślinę i ruszyła szybko pod jakąś kłodę, by uciec ojcowi i rodzeństwu. Cały dzień jak i noc siedziała tam w ciszy, nikt jej nie szukał nikt nie zawracał głowy. Następnego dnia zaczęła padać mżawka, więc pobiegła w stronę drzwi, które były uchylone. Szczenię od razu zahaczyło o coś i upadło.
- Hmpf! – Spojrzała przed siebie i ujrzała łapy mamy.
-Oh, już wiem jak Cię nazwiemy. Zawsze na coś spadasz i się podnosisz, zadziwiające. Może tak Fallon? – Spojrzała w strone samca który bacznie im się przyglądał. Od tego dnia wszystko zaczęło się lepiej układać, bezimienna to już przeszłość, teraz nadchodzą lepsze czasy z niespodziankami, czy uda się szczeniakom pokonać swoje obawy przed czymkolwiek, większość szczeniąt się nie poddaje, ale są takie chwile gdzie nie ma wyboru.
Kilka dni później. Szczeniaki już zaczęły wychodzić z rodzicami do lasu, bawiły się w rzece, a dni robiły się coraz bardziej upalne. Małe bachorki bawiły się właśnie w jeziorze, gdy usłyszały strzał, dość głośny i niedaleko. Od razu z mamą pobiegli, dorosła borderka była bardzo zdenerwowana, ponieważ Pan i Kollin poszli na polowanie. A rzadko co używano strzelby, by powalić zwierza. Gdy rodzinka dobiegła zobaczyła Kollina, który był najeżony i innego białego psa, słyszeli również wykrzykiwanie ludzi.
- Kollin! – Zawołała i podbiegła do niego. – Co się dzieje.
- Strzelają w nas! – Warknął i nie spuszczał wzroku z owego wilczura. – Chciał mnie zabić! Mówią, że to ich zwierzyna. – Pokręcił tylko łbem zażenowany zajściem, nagle Pan zachęcił ich do domu ruchem dłoni.
- Chodźcie pieski.. Nie warto. – Uśmiechnął się delikatnie i wszyscy wrócili do domu, po jakimś czasie atmosfera zaczęła być radosna. Ale od następnego dnia miało się wszystko zmienić…


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak mnie wzięło na opowiadanie.
W opowiadaniu nie chce nikogo obrażać, ani przedstawiać w złym świetle.
Jeśli ktoś został źle tutaj przedstawiony proszę pisać i się nie obrażać.
Oczywiście mam zgodę na umieszczenie tutaj Elektiki, Justy, Skyres i Rise'a. Wszyscy się zgodzili.
Więc prosze się nie gniewać :3. Takie opowiadanio-historia.
Jeśli chcecie bym napisała o czymś innym to piszcie pod notką!
Aa i mam taki dziwny pomysł * Tak bardzo to znane u niej, ale Cii..* Żeby jeśli się zgodzicie oczywiście, to żeby napisać czasem jeśli ktoś chce i wyrazi zgodę. To żeby napisac o nim opowiadanie! W formie komedii, horroru czego checie *mogłaby się tak nie plątać ani nie powatarzac...*
I tak o to część pierwsza opowiadania! Mam nadzieje, że się podoba :3

Hehe miłego czytania <D

"Wszelkie życie pewnego dnia zginie." - Hierarchia Indywidualna "Skrytobójca" [Kanadę]

Treść Zadania:
Twoje zadanie dotyczy naszego sojusznika. Wilcza wataha, która leży wiele kilometrów na północ od naszych terenów. Musisz się tam wybrać. Dotarły do nas wieści od ich Alphy, iż posiadają w swoich szeregach szpiega z wrogiego stada, przez którego nie mogą swoich planów ukryć w tajemnicy przed nieprzyjacielem. Nie spodobało mi się to. O szpiegu jednakże wie sama ich przywódczyni – nie może nikomu powiedzieć o sowich podejrzeniach, bowiem nie jest pewna, kto jest ów pijawą. Zmuszona była więc poprosić o pomoc z zewnątrz. Twoim zadaniem więc będzie dotarcie na ich terytorium, niby jedynie w odwiedziny. Z Alphą zawsze możesz tam dogadać się na temat szpiega i z pewnością da ci wolną łapę, by go zabić. Jednakże obie wątpimy, by innym członkom spodobało się podobne wyjście. Dlatego muszą zostać upewnieni w fakcie, iż ów osobnik zaginął. Masz się do nich wybrać, a następnie odnaleźć i zlikwidować szpiega. Pamiętaj jednak, że nikt, oprócz tych, co już plan ów znają, nie może się dowiedzieć, co się naprawdę stało z tą osobą. A więc, życzę ci powodzenia.

Wszelkie życie pewnego dnia zginie.
Czy jesteśmy na to przygotowani, czy nie,
Ten dzień nadejdzie na pewno.

~Cyua - Vogel im Kafig 

Kolejne dni mijają. Szczęśliwe, czy nie szczęśliwe, dla kogo to ma znaczenie? Nie znam tu nikogo, nie wiem czego mam oczekiwać. Zignorowania mojej osoby? Odrzucenia? Czy może w końcu odnalezienia przyjaciela? Cud by się stał, gdyby była to miłość życia, ale nie żalmy się już nad sobą i nie marzmy.
Biała potrząsnęła gwałtownie głową odganiając dziwne myśli ze swojego umysłu. Jej futerko pokrywały teraz krople padającego deszczu. Siedziała samotnie w odnalezionym przez siebie miejscu gdzieś w środku lasu na terenie jej nowego stada. Był to ogromny głaz, spłaszczony mocno u góry, wręczy wpychany do środka, by można było się na nim spokojnie położyć i odpocząć. Ale po co? Najlepiej go podrapać, niszcząc biedny kamień, może pomnik przyrody. Tylko ona tak potrafiła, znęcać się nie na żywych istotach (no dobra, też), tylko martwych rzeczach, gdy tylko wpadała w dołek. Z jej gardzieli wydobył się jakby zduszony jęk, gdy z liści wysoko nad nią spadła nagle duża ilość wody. Podniosła swoje cielsko do góry i otrzepała się rozbryzgując wokół tysiące kropel. 
- Nienawidzę deszczu, a tym bardziej wody. - burknęła do siebie i zeskoczyła na ziemie zgrabnie.
Najpierw powoli, potem biegiem ruszyła z powrotem na polanę stadną. 
Nie spodziewała się, że po drodze spotka nie kogo innego, tylko alphe Lenę.
- O, Kanade. Dobrze, że jesteś! Szukałam Cie. - powiedziała trochę zdyszana.
Wolamute zastrzygła uszami zdziwiona słowami samicy.
- A czemuż to mnie szukałaś? Zazwyczaj kręcę się po okolicy. - mruknęła i znowu się otrząsnęła z wody.
- Mam dla Ciebie zadanie. Bardzo ważne. - jej głos brzmiał stanowczo i poważnie co przekonało mnie, że to nie jest żadne polowanie, czy inna "dziecięca" zabawa.
Skinęłam łbem. Lena zaczęła opowiadać o całym zajściu i całym planie. Z sekundy na sekundę, z zdania na zdanie jej oczy otwierały się szerzej.
- Chwila, chwila! - powiedziała w końcu przerywając. - Jeśli dobrze zrozumiałam: Mam wyruszyć w arcy długą podróż i to jeszcze przez góry, żeby dotrzeć do sojuszniczej watahy, której tereny leżą za nimi, ponieważ ich alpha uważa, że ma w swoich szeregach szpiega z wrogiego stada i to akurat JA mam go zabić?! - mój głos był pełny niedowierzania.
Lena uśmiechnęła się niewinnie.
- Tak.
Szczęka opadła jej do ziemi. Potrzebowała chwili, żeby się z tym zaznajomić i wszystko przemyśleć. Zamknęła oczy zastanawiając się dogłębnie. Szczerze, pomyślała sobie, przebyłam tutaj drogę dłuższą niż jakikolwiek pies przeszedł przez całe swoje życie, więc taka wyprawa nie powinna być dla mnie problemem. Westchnęła i rozchyliła powieki ukazując jedyne w swoim rodzaju fioletowe ślepia i przeniosła wzrok na samice.
- Dobrze, zgadzam się. - mruknęła z lekkim strachem w głosie.
Uśmiech alphy zrobił się szerszy, ale widziała także, że jest zadowolona z mojej decyzji.
- Świetnie! - powiedziała szczęśliwie. - Kiedy masz zamiar wyruszyć? - spytała.
- Jutro z samego rana, a teraz wybacz, pójdę zregenerować siły. Do zobaczenia, Leno.
- Pa! Przyjdź jutro na polanę, żeby się pożegnać!
Skinęła łbem ruszając szybkim krokiem ku swojemu "domkowi", tak to zwała. Było to dla niej magiczne miejsce w którym zwykła sypiać i zajmować się swoimi sprawami. Znajdował się on jeszcze głębiej w lesie, pośród gąszczy i krzaków. Mała jaskinia początkowo była zaniedbana i nawet w środku znajdowało się parę trucheł mały zwierząt. Szybko jednak się tym zajęła. Oczywiście jej mania "ozdabiania" wszystkiego musiała się ukazać akurat wtedy, kiedy się "wprowadzała". Na końcu groty, tuż na przeciwko wejścia znajdowało się posłanie wykonane z kilku patyków i nałożonego na to miękkiego mchu. Poza tym nie było tam nic wielkiego, ale ściany i malunki na nich były naprawdę staranne i dla niej piękne. Przedstawiały one krajobraz lasu tak jakby nie było tu jaskini, tylko dalej drzewa i trawa. A nad sufitem napracowała się najwięcej. Nocne niebo, do tego poznajdywała kilka kryształów podczas swojej wędrówki, które powkładała jako gwiazdy, największy z nich służył jako księżyc. Sklepienie było ułożone dość nisko, dzięki temu wejście mogła bez problemu zasłonić krzakami.
To tutaj udała się po posiłku składającym się z dwóch zająców i oddała się snu.

***

Pożegnanie nie było jakoś szczególnie długie. A poza tym była tam tylko Lena, nikt inny nie mógł póki co o tym wiedzieć. Dostała trochę ziół leczniczych w razie czego, które zawiesiła w woreczku na szyi, a potem wyruszyła, początkowo poruszając się bardzo szybko. Chciała przed zmierzchem dotrzeć w góry. 
Jej łapy prawie nie dotykały podłoża tak "zasuwała". Nie męczyła się wcale, to przez jej odporność. Nigdy w życiu nie była, nie jest, ani nie będzie wdzięczna swojej przeszłości za to co z nią zrobiła, choć uczyniło ją to silniejszą, dziką.
Mijały godziny w których pełna zapału i dobrych myśli gnała przez nowe, nieznane sobie tereny w stronę ogromnych, ośnieżonych szczytów. Zbliżał się oczekiwany zmierzch i tak jak sobie założyła dotarła na górską ścieżkę.
Szła przez strome zbocza ostrożnie i powoli, jej wzrok przyzwyczajał się do ciemności, ale chłód uderzał po ciele, nawet jej grube futro miało problemy z zatrzymaniem w sobie ciepła. Przy każdym oddechu z jej pyska wydobywała się para. Strasznie zimno. I ja tak muszę jeszcze długo, długo iść. 
Znalazła jakąś jaskinię i tam skryła się w czasie nocy. Następnego dnia natomiast znowu szła, nie spodziewając się, że może ją spotkać niespodzianka. Zła niespodzianka.
Nic nie spodziewając się, maszerowała wolno uważając na każdy swój krok. Pod nią znajdowała się ogromna przepaść. Przełknęła głośno ślinę. Wtem usłyszała trzask i świst. Spojrzała od razu w górę. LAWINA! Nie było teraz czasu na uważanie. Poderwała się do biegu i gnała jak najszybciej mogła. Jej serce zaczęło łomotać, a adrenalina uderzyła. Z jej gardła wydobył się krzyk i wycie. A śnieg był coraz bliżej. Nagle poczuła, że podłoże osuwa jej się spod łap. Kolejny wrzask.
Spadła.

***

Ciemność. Wszędzie mrok. Czy umarła? Czy to już koniec? Tak szybko? Nie zginęła ani razu podczas walk w klatce, a teraz miała skonać przez upadek?!
Poczuła nagle ciepło. Uderzyło w nią tak nagle i niespodziewanie, że z jej gardła wydobył się jęk. Uchyliła powoli powieki. Pierwsze co rzuciło się jej w oczy to... psyk? Zaraz, zaraz, o co tu chodzi? Otworzyła szerzej oczy. To był samiec, definitywnie, ale to na pewno nie był pies.
To były wilk.Miał on szafirowe oczyska wpatrujące się w niż z dziwnym błyskiem. Jego sierść koloru była nocnego nieba.
- Co się dzieje?! - spytała zdezorientowana.
- Nareszcie się obudziłaś. - czarny odetchnął z ulgą i uśmiechnął się do niej. - Myslałem, że jesteś martwa.
Skrzywił na samą myśl o tym jak ją znalazł. Leżała przykryta grubą warstwą śniegu, skostniała, niczym trup.
- Nie wspominajmy tego jednak, proszę. - mruknął odwracając wzrok. - Nienawidzę widoku martwych wilków.
- Wilków? - zdziwiła się i powoli usiadła, ale od razu tego pożałowała.
Z jej gardła wydobył się kolejny jęk. Całe ciało ją bolało. Podkuliła ogon i skuliła się.
- A nie jesteś wilkiem? - zdziwił się.
- Nie. - wyszeptała. - Wolamute. - mruknęła.
- A, to wszystko wyjaśnia
Wtedy drgnęła. Gdzie ja jestem? Co to za stado?
- Przepraszam, ale co to za stado? - znowu starała się usiąść, tym razem skutecznie.
- Wataha nocy letniej, a co?
- O to świetnie się składa! - uśmiechnęła się delikatnie i odparła. - Znam waszą alphę, zaprosiła mnie tu w odwiedziny, a że złapała mnie lawina, to przybyłam tu w takim stanie. Czy mogłabym się z nią zobaczyć?
Co za ulga. Dotarłam.

***

Biała wyszła trochę chwiejnym krokiem z jaskini dla medyków i ruszyła pod "eskortą" samca o imieniu Nathaniel do groty alphy. Mówiąc szczerze, w jego towarzystwie czuła się bardzo dobrze. Może to przez geny dominujące wilcze? Przymknęła oczy. Wokół polanę otaczały ośnieżone drzewa. Ta wataha miała tereny bardzo blisko gór, to było logiczne. Przymknęła oczy. Śnieg to woda. Nienawidzę tej mokrej paćki. 
Niektórzy rzucali ku niej zdziwione i niepewne spojrzenia, choć wyglądała posturą jak wilk. Spuściła łeb i tak szła, aż do jaskini.
Gdy tylko uniosła jednak wzrok ku niej, ujrzała biało czarną wilczycę stojącą przed nią. Złociste oczy przeszywały mnie na wylot, ale miała miły wyraz pyska.
- No nareszcie! - odezwała się wesoło. - Czekałam na Ciebie, Kanade.
No tak, pomyślała, mamy teraz grać jak w teatrze dwie dawne koleżanki. Uśmiechnęła się delikatnie do alphy.
- Trudna droga mnie czekała, wybacz, że tak długo. Poza tym miałam nie miłe spotkanie z lawiną. - skrzywiła się.
Hekate, bo tak się ona zwała, zabrała mnie do środka groty jak gdyby nigdy nic. Dopiero wtedy, gdy zostały same, pysk samicy wykrzywił grymas smutku i powagi. Usiadła naprzeciw białej.
- Zapewne Lena mówiła Ci, dlaczego Cię przyzwałam. - na to Wolamute skinęła łbem. Alpha mówiła szeptem. - Nie mogłam poprosić nikogo ze swojej watahy, dlatego przywódczyni Stada Psich Serc zaproponowała mi pomoc i wybrała Ciebie.
Zastrzygła uszami i spojrzała ku wejściu do groty, by tylko nikt ich nie usłyszał. Westchnęła.
- Mamy wojnę z stadem Śnieżnej Gwiazdy. Wiem jednak, że ktoś z mojej watahy zdradził nas, jest szpiegiem. Domyślam się kto to jest i dlaczego to robi, nawet jestem pewna prawie w stu procentach.
- Można wiedzieć kto to? - zapytała biała i poruszyła niespokojnie ogonem.
- Jego imię to Draco. Był niegdyś moim partnerem, jednak jego sadystyczne podejście do innych, chęci mordu niewinnych doprowadziły do rozpadu naszego związku. - wyglądała na smutną. - Wiem, że mści się na mnie za to, a ja nie chce, by plany dotyczące wojny wyciekały poza stado. Do tego wszystkiego jest on w Radzie co skutecznie to przypieczętowuję.
Wolamute zaczęła się zastanawiać nad sensem tych słów. Czyli muszę zabić tego samca. 
- Jednakże. - jej głos przerwał rozmyślania białej. - Stado nie zaakceptuje jego śmierci, dlatego muszą zostać upewnieni w fakcie, że nie umarł, lecz zaginął. Miałabyś jakiś pomysł co do tego?
Umysł fioletowo okiej zalała fala zbyt brutalnych myśli. Przymknęła ślepia i przez jakiś czas pozostawała w takim bezruchu. Drgnęła w końcu i uniosła łeb.
Chyba mam.
Uniosła się i podeszła powoli do Hekate. Zaczęła szeptać jej do ucha cały plan.
Alpha się zgodziła.

***

Biało czarna wilczyca alpha stała na skalę przemówień przed całym stadem, a suczka wolamute obok niej. Hekate rozdzielała zadania co do polowań, to była zmyłka, by niektórzy nie plątali się w to, co miało się wydarzyć. I wtedy zaczęła.
- Draco, mam dla Ciebie ważną misję. 
Szary basior, którego ciało pokrywały liczne blizny i oszpecenia podniósł łeb w górę i wstał skłaniając się, choć widać było w tych ruchach spięcie i hardość. 
- O co chodzi? - spytał zimnym głosem.
- Musisz wybrać się w podróż w góry, by odnaleźć pewien kwiat. Jest on potrzebny w leczeniu, ale dotarcie do niego jest niebezpieczne. Podołasz temu zadaniu?
Prychnął z ironią i uśmiechnął się kpiąco.
- Ja miałbym nie podołać? Moja droga, myślałem, że lepiej mnie znasz.
Wkurzający typek, pomyślała Kanade.
- Zanim jednak pójdziesz na misję musisz zebrać kwiaty jaśminu, które rosną na łące niedaleko i wziąć je ze sobą. Jeśli je zjesz, będziesz mógł zebrać roślinę, inaczej to nie zadziała. - Tani blef, ale jaki skuteczny.
Pokiwał głową. 
Następnego dnia o świcie fioletowo oka wybrała się na miejsce przyszłego morderstwa. Sprawdziła najpierw kierunek wiatru, by znajdować się w takim miejscu, żeby nie pod wiatr - jej zapach mógł zostać szybko wyczuty. Ukryła się więc w krzakach praktycznie leżąc na ziemi i czekała. Hekate wyjaśniła Dracowi co ma robić i nie minęła chwila, a pojawił się na łące. Był nieuważny, to akurat pewne.
Czekała cierpliwie. Z sekundy na sekundę jej serce łomotało bardziej, a do głowy uderzała adrenalina, gdy zbliżał się zbierając jaśmin. To musiało być szybkie. Bardzo szybkie i ciche. Nikt nie mógł nic usłyszeć, ani zauważyć. 
Był coraz bliżej, po jej pysku spłynęła kropelka potu i zniknęła w gęstym futrze. Przełknęła cicho ślinę. Musiała wybrać odpowiedni moment.
Coraz bliżej, bliżej, aż w końcu na tyle blisko by...
Skok. 
Do lotu zerwał się tuzin ptaków z drzew otaczających łąki.
Ani jednego dźwięku.
Z jej ubrudzonego pyska spływała czerwona posoka. To było szybsze, niż się spodziewała. Trzeba znać punkt śmierci - którego naruszenie prowadzi do zgonu. To właśnie zrobiła, znalazła go instynktem. 
Draco leżał pod nią z przegryzionym gardłem. Z jego pyska wydobywały się ostatnie oddechy, a dreszcze agonii targały cielskiem. W końcu zobaczyła jego zgasłe oczy i znieruchomiał.
- Requescat in Pace*. - wyszeptała zamykając mu oczy.

***

Minął ponad tydzień. Ani śladu po Draco. Hekate weszła znowu na skałę przemówień, a biała  zadowolona oczywiście wewnątrz siebie stała tuż obok.
- Draco zaginął. - powiedziała z bólem w głosie. - Już dawno powinien był wrócić. Miejmy nadzieje, że nic mu nie jest i że jeszcze kiedyś wróci.
Nie wywołało to zamieszania w stadzie. Wszyscy zrozumieli, że samiec mógł po prostu zginąć i wrócili do swoich zajęć.
- Dziękuje Ci za pomoc, Kanade. - wyszeptała Hekate. - Możesz już wracać do domu.
- Miałam taki zamiar, tęsknie za wkurzaniem innych swoją osobą. - zaśmiała się cicho i pożegnała z wszystkimi, by po chwili oddalić się do gór i za górami do domu.

Ze smutkiem i postanowieniem w naszych sercach
Pokażemy siłę, by iść naprzód.
Nikt zawzięty nie może zostać pozbawiony życia!
~Cyua - Vogel im Kafig

***
Mam nadzieje, że podołałam zadaniu. Wypełniłam każdy punkt w treści zadania.
A więc czekam na werdykt z niecierpliwością c: 
Użyłam do tego watahy z naszego sojuszu, ale Draco jest postacią wymyśloną. 
*Requescat in Pace - Spoczywaj w pokoju. 
Edit: Przypominam, że zgłosiłam się do gazetki na stanowisko grafika ( bardziej podchodzącego pod nagłówków/szablonów) oraz wróżbity.

niedziela, 23 marca 2014

♠ Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Zadanie na Indywidualnego Maga. [Sathana]

~*~

Treść zadania.
Jak zapewne wiesz, nie każdy miał kiedykolwiek styczność z magią. Jest w stadzie wielu członków, którzy nigdy nie widzieli żadnych magicznych pokazów. Znajdą się też tacy, którzy wolą rozwiązywać problemy tradycyjnymi metodami i są całkowicie przeciwni magii, bądź zwyczajnie jej nie pojmują. Warto przekonać ich do magii, pokazać, że może być jednak bardzo przydatną i ułatwiającą życie rzeczą. Niektórzy z pewnością będą trzymali się swojego zdania na jej temat, więc użyj dobrych argumentów, by przedstawić ją w dobrym świetle. Pamiętaj, że najbardziej nie liczy się jednak samo słowne przekonywanie, lecz prezentacja wizualna. Pokaż coś, dzięki czemu nawet najbardziej staroświeccy i tradycyjni członkowie naszego stada, spojrzą na magię w pozytywniejszy sposób i z chęcią skorzystają z Twojej pomocy w sytuacjach, gdzie regularne metody nie wystarczają. Daj z siebie jak najwięcej i wykorzystaj swoje umiejętności.

~*~

                Wprawdzie nie wiedziała jak zabrać się za swoje zadanie - nigdy nie natknęła się jeszcze na negatywnie nastawione osoby w stosunku do jej mocy magicznych. Jednak, gdyby głębiej się zastanowić - skąd pewność, że wszyscy wiedzieli o ów umiejętnościach kundelki? Nie każdy ją tu przecie dobrze znał. Nawet jeśli nigdy nie słyszała słowa skargi na swoje moce magiczne, nigdy nie natknęła się na takiego niedowiarka, osoby, które nie ufają jej w tymże zakresie, wcale nie oznaczało, iż takich osób tu brakło. Ów fakt został jej brutalnie uświadomiony - po wysłuchaniu swego zadania, kolejne kilka godzin spędziła w swojej grocie pod Jeziorem Dusz. Robienie głupich sztuczek na polanie raczej nikogo by nie przekonało, prawda? Zresztą, po pierwsze to nawet nie wie, kto mógłby potencjalnie nie wierzyć. Westchnęła ciężko, pod wieczór decydując się wreszcie wyjść z zamknięcia - na polanę przybyła w kilka minut później. Jak na tak późną porę zastała całkiem spore zgromadzenie - na jej pyskowie wstąpił szeroki uśmiech, chwost poszedł w ruch na widok pyszczków przyjaciół. Nawet jeśli jej spojrzenie, wyrażające niepewność i zdenerwowanie, zdradzało niezbyt dobry humor kundelki, zdawałoby się, iż nikt tego nie dostrzegł. Ledwie ulokowała swój zad przy ulubionym pieńku, usłyszał szczeknięcie w pobliżu - skierowane do niej. Jej spojrzenie padło na nadawcę dźwięku, a była nim.. Lena? Zaaferowana kundelka z powrotem zaraz stanęła o równych łapach i zbliżyła się do niej. Labradorka nie wyglądała, jakoby chciała sobie luźno z samicą pogadać. Była poważna - coś musiało się wydarzyć?
- Ya-ho, Lenu. - mimo wszystko, przywitała ją z szerokim uśmiechem, machając radośnie chwostem na boki. - Co tam?
- Cześć, Sathu... nie jest za dobrze. - westchnęła, patrząc na kundelkę, która usilnie ukrywała swoje zmartwienia. Sprawy Stada oraz jej przyjaciół zawsze stały na pierwszym miejscu. Uśmiech stopniowo zanikł z kufy Sathany, która już poważniejszym wzrokiem obserwowała Alphę. Ta skinęła na nią. - Chodź za mną.
- Okej, okej. - gdy labradorka ruszyła w kierunku swojej jaskini, kundelka zrazu zrównała z nią kroku, rozejrzawszy się po reszcie Stada - kilka osób przywitało suczki uśmiechem, czym i one obie odpowiadały za każdym razem. Jeśli sprawa nie jest obgadywana w obecności całego Stada, to znaczy, że większość nic nie wie. Kundelka rozejrzała się po wnętrzu jaskini, gdy tylko wkroczył do środka - obecni tam byli członkowie Rady Starszych, całej Hierarchii Wyższej, a także posiadacze Stanowisk Głównych czy Indywidualnych - uniosła brwi. Czyżby to było coś naprawdę poważnego? I pytanie - po co Lena ją wezwała?
- Rozumiem, że coś się stało... ale do czego jestem tu ja? - kundelka powiodła wzrokiem po wszystkich pyszczkach i przystanęła na Lenie. Wszystkie spojrzenia aktualnie uczepione były ów dwójki - ignorowała nieprzyjemne uczucie, które było tego skutkiem. Nie lubiła podobnej atmosfery. Wyczuwała wśród zebranych psów i suczek napięcie, podenerwowanie, co poniektórzy śmierdzieli także zwątpieniem i poirytowaniem. Napór negatywnych emocji, które wyczuła przy wkroczeniu do jaskini, nie był przyjemnym doświadczeniem. Zmrużywszy ślep, usiłowała to zdzierżyć.
- Potrzebujemy twojej pomocy, Sath. Mamy problemy z sąsiadami, które zaraz wyjaśnię - potrzebujemy twojej mocy mag...
- Ja nadal uważam, że nie powinniśmy polegać na podobnych umiejętnościach. - zaoponowała, przerywając wypowiedź Leny, suczka stojąca pod ścianą w towarzystwie swego partnera - była to Para Betha. Kundelka spojrzała zaskoczona na Leiko, która była nadawcą głosu. - Potrafimy sobie poradzić i bez tego...
- Już to omawialiśmy. Jestem zdecydowanie przeciwna. - labradorka spojrzała także na samicę. - Nie poradzimy sobie zwykłymi metodami ze Stadem, którego podstawową bronią jest magia. My też jej potrzebujemy. - rozbrzmiał stanowczy głos Alphy, jednakże szmery wśród części zgromadzonych były wyraźnie wątpliwe, co do ów decyzji. Dało się usłyszeć prychnięcie.
- Vivian i Feronia już wróciły w krytycznym stanie. Uważacie, że jeśli tym razem weźmiemy do tej roboty Sathanę, to coś zmieni? Co, że niby jej moce są jakieś większe, silniejsze? - rozległ się głos Salema.
- Vivian działała na własną łapę, bez żadnego wsparcia. Feronia także, tym samym pozostaje nam tylko Sath... - mruknęła Lena, uparcie stawiając na swoim.
- O ile opracujemy właściwą strategię, zbierzemy najlepszych wojowników, którzy mogliby wspomagać Sathanę - możemy jakoś wyjść z opresji. Jeśli nie zareagujemy od razu, będziemy skończeni. Na szali stoi istnienie Stada. – Luna poparła stanowczo labradorkę.
- Ja nadal nie ufam, że to coś da. Wolałabym postawić na walkę bez magii.. - Leiko nie odpuszczała.
- Rozgniotą nas.
- Poradzimy sobie. - rozległo się warknięcie kolejnego psa, którym, zdawałoby się, był Cheese. - Nie jesteśmy aż tak bezsilni.
Rozległ się szmer i kolejne głosy, popierające albo jedną, albo drugą stronę. Zdezorientowana kundelka tylko wędrowała spojrzeniem to z jednego psa, na drugiego, usiłując pojąć ów sytuację - nie było łatwo. Pokręciła w końcu łepetyną i, nieco poirytowana, szczeknęła, by uciszyć gwar i zwrócić na siebie uwagę.
- Do jasnej cholery, czy ktoś mi w końcu wytłumaczy, o co tutaj w ogóle chodzi? - warknęła, mrużąc ślep. Opadła zadem na glebę, wodząc spojrzeniem po wszystkich, ostatecznie zaś zatrzymawszy je na Samicy Alpha, stojącej obok.
- Dobra, wyjaśnię w końcu. Z pewnością już słyszałaś o watasze zamieszkującej najbliższą okolicę - jest to stado, które posługuje się magią. Pojawili się niedawno, a więc chcieliśmy sojuszu, by nie mieć problemów z sąsiadami - wysłaliśmy do nich więc Leiko, która zgłosiła się, by negocjować pokój. Wróciła z niby to pozytywną wieścią, aczkolwiek, mimo ustalonych zasad, oni, jak na złość, zaczęli robić wszystko wbrew naszej woli. Wkraczali na nasze tereny, by tu polować, a więc z wolna kończy nam się zwierzyna. Ilekroć natkną się na członka SPS, atakują go, bez wahania. Jak już usłyszałaś, Vivian i Feronia wróciły w dosyć ciężkim stanie, jednakże i wiele innych naszych pobratymców. Dziś o świcie doszły nas wieści, iż nasi sąsiedzi nie są tak pokojowo nastawieni, jak pierwotnie myśleliśmy - planują nas zaatakować i zająć nasze terytorium. Jako, iż posługują się magią, uważamy, a przynajmniej część z nas, że my także potrzebujemy przynajmniej jednego maga. Wypadło na ciebie, jako iż Vivian i Feronia potrzebują jeszcze nieco czasu, by się wykurować. Choć, jak słyszysz, nie każdy jest za tym pomysłem...
Kundelka wsłuchiwała się uważnie w każde słowo labradorki, analizując je w głowie. A więc, szykowała się wojna? Z magicznym stadem, w dodatku?
- Rozumiem. - odparła w końcu, zrywając się na równe łapy. - I chcę pomóc! Nie będę na pewno siedziała bezczynnie, gdy dzieje się coś podobnego! - podniosła nieco głos, rozejrzawszy się wokół. Jak przeczuwała - zaraz rozległo się sporo negatywnych głosów. Prychnęła cicho.
- A jaka jest w ogóle gwarancja, że nam nie nawalisz? Że na coś się w ogóle zdasz? - po raz kolejny głos zabrała Leiko, a więc i na nią kundelka spojrzała.
- Bo znam swoje możliwości. Nie jestem może jakaś szczególnie utalentowana, ale dla dobra Stada, moich przyjaciół i rodziny, zrobię wszystko, choćbym miała w trakcie tego wszystkiego zginąć. - warknęła. Usłyszawszy po krótkiej chwili milczenia kolejne kilka głosów, zmarszczyła nos. - Nie wierzycie mi? A więc pozwólcie mi przynajmniej dowieść moich możliwości. W waszych łapach pozostawię strategię - osobiście nie jestem w tych sprawach zbyt dobra - a więc niedowiarki mają wolną łapę na opracowanie dla mnie planu. Zbieram się. Jeśli będę jeszcze potrzebna, znajdziecie mnie nad jeziorem albo na polanie. - po tych słowach odwróciła się, by wybiec z jaskini. Szczerze powiedziawszy, pierwszy raz coś tak bardzo wytrąciło ją z równowagi. Tam w powietrzu wyczuwała ciężką atmosferę, wszelkie spojrzenia wywoływały u niej presję, przez co wezbrały u kundelki negatywne emocje i stres. Oddaliwszy się nieco, odetchnęła głęboko z ulgą. Pierwotnie wkroczyła na polanę, jednakże nie była zbyt skora na chwilę obecną do rozmów. Skierowała się więc nad Jezioro Dusz, by tam dać ukojenie umysłowi.
                Następnego dnia już na spokojnie przemyślała zaistniałą w Stadzie sytuację, przy czym także jej zadanie na Indywidualnego Maga zupełnie wyleciało samicy z pamięci. A jakby się głębiej zastanowić, w tej chwili miała szansę je wykonać - o ile zdołają pokonać wroga. Nie wpadła jednakże na podobny pomysł. W każdym razie - tego dnia spotkała się jeszcze z Leną oraz paroma innymi osobami, które miały jej coś do przekazania. Dowiedziała się więc już o wszystkim, co było już wiadome Stadu - jak liczny był wróg, najważniejsze rzeczy o ich przywódcy cz też obszar, który do nich należał. Przez kilka kolejnych dni sama analizowała sytuację - póki mogła, chciała dowiedzieć się jak najwięcej, a więc wypytywała zwiadowców, którzy byli na terenie nieprzyjaciela, kilkakrotnie osobiście się tam zakradła - nie przyniosło to oczekiwanych skutków, bowiem nic nowego się nie dowiedziała. W końcu, przy kolejnym spotkaniu Rady Starszych, omówiona została ostatecznie strategia. Było już wiadomo, iż sąsiedzi lada dzień zaatakują - w planie było wyprzedzenie ich.
- ...nie znamy ich dokładnych planów, jednakże zdołaliśmy wyłapać, iż oni chcą uderzyć na nas z zaskoczenia, którejś nocy. Jest świt, skoro teraz tego nie zrobili - mamy cały dzień na atak. Musimy to jednak dobrze rozegrać. - Lena spojrzeniem lustrowała każdego obecnego kolejno. Kundelka wsłuchiwała się uważnie w każde słowo, wyłapując najważniejsze informacje.
- Podzielimy się na cztery grupy plus solo Sathana, która odegra tu najważniejszą rolę. - usłyszała głos Ravela. Spojrzał czujnie na samicę. - Pokładamy w tobie wszelkie nadzieje. Jeżeli zawalisz, możemy mieć marne szanse na zwycięstwo, dlatego masz nas nie zawieść. W każdym razie. Zadaniem ów czterech grup będzie podzielenie się na dwie mniejsze - osoby słabiej wyszkolone mają zwrócić na siebie uwagę i odciągnąć wojowników wroga od ich stada. Z kolei reszta, która powinna należeć do wojowników i morderców na bardziej zaawansowanym poziomie, wliczam tu także Hierarchię Indywidualną, ma za zadanie się ich pozbyć. Każda grupa zaatakuje z innej strony - na krzyż według róży wiatrów. Grupy już uformowałem i podzieliłem. Zostało jedynie objaśnić Sathanie jej zadanie i możemy się rozejść, przygotowywać się do przydzielonych zadań.
- Sath, więc, twoim celem będzie Alpha ich stada, który, z tego co wiemy, obejmuje także stanowisko dowódcy całej hierarchii związanej z walką. - głos tym razem zabrał Nack. Powtórnie ulokowała w nim spojrzenie. - Zna się na magii, jednakże w minimalnym stopniu. Skupia się jednak na defensywie. Jest zaś naprawdę świetnie wyszkolony w walkach fizycznych, zwinny i silny. Grupy wspomagające odciągną jak najwięcej członków stada wroga i zlikwiduje ich, by nie zawadzały ci w twoim zadaniu - jest jednak pewne, iż nie wszystkich się pozbędą, a więc, musisz być także gotowa na to, że będziesz musiała stawić czoła i wielu innym przeciwnikom. Boku ich Alphy nie opuszcza jego Prawa Łapa - jest to szkolona magini, więc musisz mieć się na baczności. Pamiętaj też, że zostaniesz z tym sama. Jednak już wcześniej cię o tym uprzedzaliśmy, a więc, mam nadzieję, że jesteś gotowa na wszystko?
- Nie doceniacie mnie chyba. Oczywiście, że tak! Jak zawsze. – szczeknęła, ruchami chwostu ukazując swoje podekscytowanie całą sytuacją.
[…]
Stado zostało już dawno zapoznane ze zbliżającym się zagrożeniem oraz bitwą. Sathana właściwie cały czas przebywała w swojej podwodnej grocie, gdzie przygotowywała się do podróży i walki. Gdy zorientowała się, jak późna jest już pora, naprędce skończyła, co miała zrobić, po czym pojawiła się na polanie. Jak się spodziewała, już wszyscy czekali. Jednakże pojawiła się wprawdzie na czas, punktualnie. Nie robiono jej w takim razie wyrzutów. Był świt. Nie jej wina, że reszta to takie ranne ptaszki…
Wybrani do walki zostali podzieleni na cztery grupy, tak, jak miało to się odbyć. Nie minęło dużo czasu i wyruszyli. Każda grupa podążył w swoim kierunku, zaś Sathana została pozostawiona samej sobie. Odetchnęła głęboko, przymknąwszy ślep. Czuła na sobie spojrzenia ciekawskich szczeniąt i dorosłych psów, które zbudziły się już, albo i dłuższy czas nie spały, by przyglądać się zbiorowisku. Nie zwróciła na nich uwagi. Musiała dać z siebie wszystko. Po krótkiej chwili na jej grzbiecie z powietrza uformowała się para przezroczystych skrzydeł, na którym w mgnieniu oka wzbiła się w górę. W ten sposób szybciej dotrze, poza tym, z góry miała lepszy wgląd na sytuację. W zadumie leciała przez kolejną godzinę - zbyt blisko, mimo wszystko, nie miała. Z wysoka wyczuła rozproszone w czterech kierunkach umysły ugrupowań jej pobratymców ze Stada. Uśmiechnęła się ponuro. Poświęcają się dla sukcesu kundelki, wierzą w nią. Musi jej się udać. Zawisła w powietrzu, gdy zorientowała się, iż znalazła się już nad celem. Skryta za obłokami, nie była widoczna, obawiała się jedynie wykrycia przez wyszkolonych magów. Skupiła się na chwilowo na pierwszym etapie swojego zadania. Gdy wyczuje, iż jej przyjaciele zaczynają walczyć, miała ruszyć, zrobić swoje. Wierzyła w nich, jak i w samą siebie. Była pewna zwycięstwa.
...dlaczego więc zawiodła?
                Półprzytomna ocknęła się w ciemności. Nie mogła się poruszyć. Nie miała czucia w kończynach, z gardzieli wydobyć nie mogła najcichszego dźwięku. Słyszała wokół głosy. Obce, przesycone złością.
I wtem uderzyła ją fala bólu. Nagła, ostra, nieprzewidziana. To było okropne. Zawyła w agonii, otwierając szeroko ślep. Ból jednakże minął tak szybko, jak się pojawił, a wadera stojąca tuż obok uniosła się gromkim śmiechem, wyraźnie ucieszona cierpieniem kundelki. Spojrzenie czekoladowych ślep powędrowało w jej kierunku. Warknęła, usiłując podnieść się na równe łapy. Nie było łatwo. Cała drżała, ból czuła w każdej kości, w każdym mięśniu. Po krótkiej chwili przypomniała sobie, co się właściwie wcześniej działo - leciała. Miała bowiem do wykonania zadanie, zabić przywódcę wroga, zlikwidować zagrożenie. Było wtedy jeszcze południe. Teraz była… noc? W tamtej chwili nagle jej skrzydła zniknęły, zaś w trakcie spadania, utraciła przytomność. Miała nadzieję, że reszta Stada wróciła w całym kawałku na tereny SPS. Łypnęła kątem zmrużonych patrzałek na waderę. Kundelka ukrywała fakt, iż bynajmniej nie przejmuje się sytuacją.
…ona wcale nie zawiodła.
- Coś nas nie doceniliście. Przewidzieliśmy wasze plany. Byliśmy gotowi na wszystko. Zwierzęta lotne przekazują nam informacje, co się dzieje na górze, zapieczętowanie twoich mocy nie było takie trudne… - uśmiechnęła się kpiąco, po czym podniosła zad z gleby, wymijając ledwie siedzącą suczkę. – Biedactwo. Taka z siebie słabiutka psinka… nie martw się. Najpierw wykończymy twoich ukochanych przyjaciół na twoich oczach, potem przyjdzie czas i na ciebie.
Po tych słowach odeszła, pozostawiając Sathanę samą w jaskini. Przed grotą stały trzy basiory, najwidoczniej stróżujące. Opadła ciężko na glebę, usiłując jakkolwiek zebrać siły. Była wyczerpana, poza tym nie mogła użyć magii. Teoretycznie nie mogła. Ale wcale się nie poddała. To były jedynie pozory.
Wyprawa wyruszyła, pozostawiając Sathanę oraz niewielu strażników na miejscu. Odzyskała sprawność fizyczną, jednak jej magia nadal była zapieczętowała. Prychnęła pod nosem, siedząc w głębi jaskini, skryta w cieniu przed wzrokiem innych. Skąd miała nadal tyle pewności siebie mimo, iż Stado Psich Serc zaraz zostanie oblężone i zlikwidowane? Ona wcale nie działała, ni nie działa zgodnie z oficjalnym planem Stada. A o tym informowała jednakże jedynie Lenę, by nie przejmowała się sytuacją. Kundelka była przygotowana na to wszystko. Jej magii nie da się tak po prostu zablokować –szczególnie tak nieobeznana samica, jak tamta, nie potrafiła tego poprawnie wykonać. Nie chcąc się zbytnio teraz przemęczać zaklęciami, jedynie zmaterializowała woreczek w pysku, który zawierał piasek usypiający. Sypnęła nim na swoich strażników, którzy wnet osunęli się na glebę. Skradając się bezszelestnie, wyminęła i resztę obecnych na polanie członków stada nieprzyjaciela, im także pozwalając odejść w Objęcia Morfeusza. Następnie popędziła w głąb kniei, ile sił w łapach, w niedługim czasie dościgając wroga. W trakcie biegu użyła zaklęcia niewidzialności – wiedziała, że mogą ją wyczuć, ale nawet najbardziej wykształcony mag nie potrafiłby trafić zaklęciem w coś lub kogoś, czego po prostu nie widzi. Z satysfakcją oglądała zaniepokojone miny basiorów i wader, którzy to wyczuwali nadchodzące zagrożenie, choć ujrzeć go nie mogli. Pierwsze co, to uśpiła środkowe szeregi pochodu, aby spowolnić i tych, którzy dążyli w tylnim szyku. Cała wataha wstrzymała kroku, nie wiedząc co się dzieje. Około 1/3 ich grupy właśnie niż stąd, ni zowąd zasnęła. Część tych, którzy nadal mieli zimną krew, rozpierzchła się, poszukując sprawcy. Parę innych wilków obwąchało swoich uśpionych towarzyszy, wdychając piasek do nozdrzy. Uśmiechnęła się pod nosem. Też zasnęli. Skupiła się chwilowo na mentalnej sprawności całego stada – nie licząc przywódcy i jego kilku pomniejszych towarzyszy, nikt nie był jakoś specjalnie chroniony. Tymi, którzy nie byli ochronieni, zajęła się zrazu, zabijając na miejscu, albo pozostawiając w stanie krytycznym. Do załatwienia pozostał jej przywódca, jego Prawa Łapa i dwójka słabeuszy. Zmarszczyła czoło. Bariera ich otaczająca była silna – zbyt silna, by mogła tak po prostu sobie ją obejść. Zaklęcie niewidzialności z kolei zaczynało odbierać jej coraz więcej sił. Zmuszona była się zmaterializować. Prychnęła głucho.
- My was nie doceniliśmy? Chyba na odwrót. – uśmiechnęła się przymilnie, obserwując ów czwórkę. Samica, która uprzednio ją torturowała, był Prawą Łapą Alphy wroga. To do niej skierowała swoje słowa.
- Ty suko… - wadera ukazała kły w grymasie pełnym gniewu.
- A teraz chowacie się, jak spłoszone sarenki, za magiczną tarczą. Nie potrafisz nawet mnie zaatakować zza tej bariery? – zaśmiała się, wprawiając chwost w ruch, niby to w radosnym geście. Gniew na pyskach wilków był w pełni satysfakcjonujący. Usiłowała ich zmusić do ataku, a przynajmniej ją. To przywódca utrzymywał wokół nich defensywę. I on się teraz odezwał.
- Za dużo pyskujesz, kundlu… - warknął, szczerząc kły.
- Pokażcie mi, na co was stać. To może zacznę was doceniać. – odparła spokojnie. – Obelgami nic nie zdziałacie.
Była na to przygotowano. Wadera, wraz z dwójką słabszych magów, automatycznie ruszyła na kundelkę, która zrazu poderwała się i jednym susem wskoczył na plecy jednego z tych dwóch ostatnich, przewalając go na glebę i miażdżąc silnym uderzeniem czaszkę. Drugim zajęła się w tym samym czasie, zabijając go krótkim zaklęciem werbalnym, którym spowodowała wewnętrzny wylew krwi. Wtem poczuła mentalne uderzenie. Wykrzywiła się w grymasie bólu, sparaliżowana chwilowo przez zaklęcie wadery. Ta skorzystała z tego, iż Sathana zaaferowana była słabszymi jednostkami. Poczuła wbijające się w jej kark kły, tym samym jednakże została uwolniona spod działania czaru. Wytworzyła wokół siebie pole, które odepchnęło atakującą, wyrzucając ją w powietrze, by następnie wylądowała twardo na glebie, kilkanaście metrów dalej. Bezceremonialnie pogalopowała nań, ponownie używszy tego samego werbalnego zaklęcia, co uprzednio. Szybko, przy okazji, ukręciła jej kark, by być pewną, iż nie żyje. Następnie odwróciła się do przywódcy z szerokim uśmiechem. Wyczuwała palący ból w karku, skąd także spływały ciepłe krople szkarłatnego posocza.
- Uciekasz? Czy też chcesz skończyć jak oni? – spytała, przekrzywiając łepetyny. Zaczęła się do niego zbliżać, już bez swojego uśmieszku. – Nie rozumiem, czym wam zawiniliśmy, co złego wam zrobiliśmy, że chcieliście wyzbyć się Stada, do którego należę. Ale chyba trochę nas nie doceniliście. Jesteśmy o wiele silniejsi, niż wam się wydaje. A, że mnie wkurzyliście.. teraz to wy jesteście na przegranej pozycji. Za nic w świecie nie pozwoliłabym byle komu z byle zachciankami wybić moją rodzinę, którą jest Stado Psich Serc. Zapamiętaj to sobie. – prychnęła.
- Upiekło wam się tylko dlatego, że nie zabiliśmy cię od razu na miejscu. – odwarknął.
Żadne z nich właściwie nie dostrzegło od dłuższego czasu skrytych w zaroślach psów i suczek. Nikt nie był świadom, jak blisko polany SPS się znajdowali i jak bardzo cały gwar był słyszany. Nikt jednakże nie kwapił się pokazać. Dopiero teraz Sathana sięgnęła umysłem nieco dalej i wyłapała kilka znajomych osób. Przerażona wizją, iż mogliby zostać pierwszym celem basiora, postawiła wokół siebie i jego barierę, odgradzającą ich od tamtych. Widownią się nie przejmowała. Właściwie przypomniało jej się zadanie, które otrzymała od Luffiery – teraz mogła je wykonać.
- Opuść barierę i walcz ze mną. – mruknęła.
- Co? Jednak nie pozwolisz mi odejść? Szybko zmieniasz zdanie. – prychnął.
- Nie dam żyć takiej poczwarze jak ty. Mogę czekać w nieskończoność. Stań do walki, tchórzu. – odparła, zaś z jej gardzieli wydobył się głuchy pomruk.
Kłapnął zębiskami, skoczywszy w jej stronę. W ostatniej chwili odskoczyła, zaklęciem przeniósłszy skałę, która leżała kilka metrów dalej na miejsce, gdzie chwilę wcześniej stała. Zaśmiała się, rozbawiona, gdy samiec zarył łbem o kamień. Nie pokazywała po sobie faktu, jak bardzo słabo już się czuła. Rany fizyczne, jak i ciągle umykająca jej energia przez używanie zaklęć, osłabiały ją. Nim basior ocknął się po chwilowym oszołomieniu, rzuciła się w jego stronę, jednakże jego silna łapa odrzuciła kundelkę dalej. Zamortyzowała upadek, wyczarowując na sowich plecach ptasie skrzydła, na których wylądowała. Syknęła, bowiem wygięte pod dziwnym kątem, były już zrazu niezdatne. Nim jednakże się ich pozbyła, zakręciła się, by przywalić nimi basiorowi. Rozpłynęły się w powietrzu, po czym suczka, już ostatkiem sił, rzuciła się na niego, wpijając kły w gardziel. Nie obeszło się bez ran dla niej – nim zdążyła użyć zaklęcia, poczuła wbijające się w jej bok pazury. Zacisnęła powiek i w chwilę później basiorowi odleciał łeb. Po prostu. Jakby coś go odcięło. Samica opadłszy z sił, wylądowała nieprzytomna na glebie. Śpiochami, których obsypała uprzednio piaskiem Sathana, zajęła się reszta Stada, gdy w chwili, jak zemdlała, jej bariera ochronna opadła.

~*~

Prosiłabym, aby ktoś ocenił zadanie i zdecydował, czy jest zaliczone, czy nie. Pisałam je przez cztery różne dni - mogą wkradać się błędy świadczące o różnych zmianach, które wprowadzałam, a chciałam, aby to jak najbardziej było na bieżąco z sytuacją w Stadzie. Nie miałam właściwie lepszego pomysłu, niż po prostu wymyślenie sobie jakiejś wojny itede. Mam nadzieję, że jest to w miarę wykonane, bowiem nie umiem zbytnio opisywać takich akcji, jak różnorodne walki, ale, jak pisałam, nie miałam lepszej koncepcji.
A teraz proszę o czyjeś zdanie i werdykt. Wyciskałam z siebie siódme poty, aby tylko się wyrobić i nie napisać byle czego.
Btw. chcę przy okazji napomknąć, iż Jer przekroczył już termin. Przydałoby się, abyś mi odpisał na moje pytanie na gg - potrzebujesz jeszcze przedłużenia?
Przypominam także reszcie o oddaniu zadań. c;
♠ Sath

Siły zdobywa się w walce... Czyli zadanie na stanowisko skrytobójcy i bonus. [Nukri]

Tajemnica sukcesu to nie unikanie porażki,
ale rozwój dzięki porażkom.

Nastawał wieczór, deszcz skrupulatnie moczył białe futerko lecz jego właścicielka była zbyt pochłonięta rozmyślaniem i zdawała się tego nie zauważać. Jej myśli całkiem zajęte były sposobami wykonania przypisanego jej zadania. Czy się bała? Kto by się nie bał gdy w grę wchodzi przyszłość stada i życie tylu niewinnych istnień. Bezmyślnie obserwowała krople deszczu spływające po nagich gałęziach. Na brzegu lasu panowała głęboka cisza. Za Nukri wszystko wydawało się zapadać w sen, jedynie jedna duszyczka zdawała się odrobinę ożywiać krajobraz. Nie kto inny tylko Choco, który zwabiony tajemniczą atmosferą postanowił pójść śladami swojej wybranki.Samka poruszyła się niespokojnie lecz widząc znajomą sylwetkę cicho westchnęła. Pies podszedł do niej, bez słowa usiadł i owiną wokół niej swój puszysty ogon. Wtuliła mokry łepek w jego ciepłą sierść napawając się bliskością swojej drugiej połówki.
- Nie chcesz się wysuszyć zanim ruszysz w drogę? - powiedział cicho jakby bojąc się zmącić spokój i harmonię całej sceny.
- Nie, już i tak za długo zwlekam. - Popatrzyła mu w oczy a on w odpowiedzi polizał ją pieszczotliwie po zmarzniętym nosie. - Chyba czas się pożegnać.
Wtuliła się w jego gęstą biało- czarną sierść lecz tylko na moment, nie chciała znów dać ponieść się emocjom. Podniosła się, otrzepując kropelki wody z sierści. Jej towarzysz tylko ją obserwował. Powierzchownie wyglądał na spokojnego lecz jego oczy zdradzały trwogę przepełniającą jego serce. Suczka nie musiała nawet na niego patrzeć, żeby wiedzieć co jest nie tak. Czuła dokładnie to samo. Nie chciała zostawiać tego co dopiero zyskała. Podjęła się jednak zadania. Duma nie pozwalała się jej teraz wycofać. Przysunęła się do niego jeszcze na moment.
- Niedługo wrócę. - Szepnęła ledwo dosłyszalnie, ich oddechy się mieszały a serca drżały przed rozłąką.
- Uważaj na siebie. - Choco próbował się uśmiechnąć lecz na jego pysku pojawił się jedynie przelotny grymas. Odwróciła się i ruszyła na przeciw przygodzie. Wiedziała, że i on nie zostanie sam ze swoimi myślami. Jeszcze zanim wypowiedział pierwsze słowa usłyszała któregoś z ich przyjaciół przechadzającego się kawałek od nich. Z pewnością znajdzie biedaka i da mu jakieś pożyteczne zajęcie. Biała za to mknęła między drzewami skupiając się na wyznaczonym sobie celu. Nie mogła zawracać sobie głowy tęsknotą cicho żyjącą w jej sercu. Było już ciemno gdy opuszczała bezpieczne tereny stada, automatycznie wrzuciła "tryb kota" i teraz poruszała się bezszelestnie. Wyobrażała sobie, że jest tylko cieniem, to w pewnym sensie dodawało jej odwagi choć panująca wokoło cicza budziła w niej lekkie przerażenie i panikę. Powietrze zaczął ścinać lekki mróz, tak jak przypuszczała. Miała doskonały instynkt, dlatego bez trudu odnalazła główne szlaki zwierzyny łownej. Zapewne takimi szlakami podążała grupa owych psów. Szła im na przeciw, lecz nie wyznaczoną trasą a na tyle daleko od niej by nie było znaku jej obecności. Była cała z błota więc nie musiała martwić się, że kogoś wścibskie ślepia dojrzą jej śnieżne futerko. Choć była już zmęczona oczy jej błyszczały z podniecenia, czuła w sobie tajemniczą siłę, która rozpierała ją od środka. Wytropienie bandy niezorganizowanych kundli okazało się łatwiejsze niż przypuszczała. Zapach mokrej, brudnej sierści był bardzo łatwo wyczuwalny dla wrażliwego psiego nosa. W dodatku zostawiali po sobie sporo bałaganu.
Gdy dotarła do ich obozu do świtu zostało jeszcze trochę czasu. Mgła, która pokryła bagnistą polanę , na której spali stanowiła idealną osłonę dla jej brudnego futra. Ukryła się na skraju łąki i obserwowała. Trzy psy spały pod suchą wierzbą, jeden niechlujnie wylegiwał się w połowie leżąc w lekko ściętej mrozem kałuży. Dwa następne smacznie spały w prowizorycznej, wygrzebanej w błocie norze. "Skąd u diabła ja mam wiedzieć, który jest ich przywódcą?" przemknęło jej przez myśl. Pozostała jej jedynie obserwacja. Jeden z nich powoli przebudzał się, ziewnął głośno, wysuwając z pyska długi różowy jęzor. Zerwał za to kuksańca od sąsiada więc odwrócił się i kontynuował drzemkę. Czas w takich sytuacjach żyje swoim życiem, więc nie wiadomo ile go minęło zanim słońce zaczęło wzbijać się na nieboskłon i pierwsze jego promienie rzuciły ponurą aurę na cały las. Nawet zmęczona po nocnej wędrówce samica pozwoliła sobie na krótką drzemkę. W pewnym momencie ziemia zaczęła lekko drżeć a za plecami lekko oszołomionej suczki słychać było narastający hałas. Coś biegło prosto na nią. Wstrzymując powietrze przypadła do ziemi dokładnie w chwili gdy nad jej głową przeskoczyła piękna, dorodna łania. Zamknęła oczy i wycofała się pod krzak słysząc nadbiegające kolejne stworzenie, zapewne ścigające biedną sarnę. Otworzyła pysk z przerażenia, widząc biegnącego za ofiarą potężnego psa. Wielki czarny potwór, o żółtych przekrwionych ślepiach zdawał się nie przypominać psa a hybrydę. Był dwa razy większy od normalnego dużego psa, sylwetką i postawą przypominał raczej wilka.
Przez plecy przebiegł jej zimny dreszcz. W trakcie gdy zaczynała wątpić w powodzenie swojej misji, na polanie zawrzało. Panował tam całkowity chaos i nieład. Psy poderwały się ze swoich miejsc i rzuciły bezlitośnie na sarnę. Słychać było jedynie plusk wody i warczenia kundli brutalnie rozrywających ciało łani wierzgającej kopytami w agonii. Psy mimo dostatku pożywienia walczyły o każdy najdrobniejszy kęs. Taki widok wprawił ukrytą w krzakach Nukri w osłupienie. Nigdy nie była na dużym polowaniu więc przeżyła lekki szok. Jedynie ogromny pies stał z boku z pyskiem ociekającym krwią, napawając się grozą całej sceny. Ten potwór to ich alpha? Wytrzeszczyła oczy i z chęcią uderzyłaby łapą w czoło gdyby odważyła się ruszyć. Ale nie drgnęła. Całe popołudnie obserwowała psy, nie mogła wyjść z ukrycia nawet na moment. Ustaliła przy tym całą hierarchię. Jednak nie liczyła na powodzenie wyprawy. Nawet siebie spisała na straty. Gdy stado ruszyło w dalszą drogę, suka wyszła wyprostować łapy. Bała się tego co miało nastąpić. Próbowała wymyślić cokolwiek ale w starciu jeden na jednego z takim monstrum nie miała najmniejszych szans mimo swoich nieprzeciętnych umiejętności. Jego szczęki były dwa razy większe od jej głowy, bez wysiłku więc mogły jednym chłapnięciem złamać jej kark. Musiała wymyślić więc inny sposób. Westchnęła i ruszyła w głąb lasu, była bowiem głodna i chciała upolować sobie jakiś obiad. O zwierzynę nie było trudno. Szybko zaspokoiła swoją potrzebę. Zatrzymała się przy strumieniu, żeby wyczyścić odrobinę futro i zregenerować skołatane nerwy. W takich miejscach najlepiej jej się myślało. Nachyliła się nad strumieniem i piła chłodną, orzeźwiającą wodę. Nagle w tafli ujrzała postać białego wilka. Przestraszona odskoczyła od wodopoju lecz w zasięgu wzroku nikogo nie dostrzegła. Podeszła do skraju i jeszcze raz zerknęła w wodę, teraz już dokładnie widziała ową postać. Patrzył na nią z zainteresowaniem.
- Czyżby zadanie Cię przerosło? - podniosła głowę a na skale nad rzeczką leżał stary samiec. Z jego oczu biła niezwykła mądrość.
W powietrzu czuć było dziwne wibracje. Zmieszana psina udawała że nie wie o czym on mówi:
- O co panu chodzi? 
- Dobrze wiesz o co. Myślisz, „to nie dla mnie, nie dam rady, nie wiem jak to zrobić. Inni są silniejsi ode mnie.” Nic bardziej mylnego. Bliżej sukcesu jest ten, kto na ten sukces pracuje.
Spuściła łeb zrezygnowana. Dobrze wiedziała, że mędrzec miał racje. Nic nie mogła zrobić walcząc, do tego potrzebny był podstęp. Ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Pozwól że się przedstawię. Nazywam się Viisaus. Sądzę, że mógłbym Ci pomóc.
Zaciekawiona słowami samca podniosła łepek i spojrzała w jego błękitne źrenice. W głowie usłyszała cichy szept "Mogę być Twoim duchowym przewodnikiem". Zerwała się na równe nogi.
-Jak to zrobiłeś? - zaczęła lekko panikować nie rozumiejąc co się stało.
- Mogę zrobić dużo więcej. Również Ty możesz. Musisz tylko uwierzyć. Długo szukałem takiej istoty jak Ty. Jestes niezwykła, w Tobie jest moc. Nie spotkałem wcześniej psa z tak wyraźną aurą. Wiem, że to Ciebie szukałem dlatego teraz mogę przekazać Ci całą moją wiedzę. 
Po raz kolejny suczce opadła szczęka. Jak? Ona? Ona musi ratować przyjaciół! 
- Wie Pan... To nie najlepszy moment. Muszę stawić czoła złu. Czy coś w tym stylu. -próbowała wybełkotać jakies wytłumaczenie, co średnio jej wychodziło. Zerwał się lekki wiatr. Drzewa rytmicznie się bujały a na strumieniu powstawały podłużne zmarszczki. Głębokim wdechem zaczerpnęła powietrza. W jej nozdrza wbił się okropny smród, zapach śmierci. Bez wątpienia, tak pachnieć może tylko śmierć. W jednym momencie woda w rzeczce zgęstniała i przybrała barwę ciemnej czerwieni. Samkę ścisnęło w gardle a przed oczami staną jej potworny obraz zgliszczy jakie zostaną po Głównej Polanie jeśli nikt nie powstrzyma tej bandy. Zaszkliły jej się oczy, nie mogła złapać oddechu. Dopiero chłodna woda, którą została oblana przez białego wilka pozwoliła wyrwać jej się z przerażającego stanu.
-Co mi zrobiłeś? - pisnęła przerażona, próbując się podnieść. Zakręciło jej się jednak w głowie więc postanowiła zostać w poprzedniej pozycji. 
- Sama to sobie zrobiłaś a jeśli nie podejmiesz jakichś działań Twoja wizja się ziści. - powiedział spokojnie - Wiem, że teraz jest za mało czasu, żeby obarczac Cię wiedzą, którą zgłębiałem przez dobre pare wieków, dlatego trzymaj to. - wręczył jej błękitny kamień na rzemieniu. 
- Co to takiego?
- Za dużo zadajesz pytań. Sama szukaj odpowiedzi. Kamień pomoże Ci znaleźć właściwą drogę gdy zbłądzisz. A teraz patrz uważnie. 
Wilk wskazał pyskiem na wodę, w której niespodziewanie pojawiały się obrazy. Z początku niewyraźne, następnie wszystkie sceny ułożyły się w bardzo przejrzysty film.
- Jak wypełnisz zadanie wróć tutaj a nauczę Cię rzeczy niesamowitych. 
Słowa Viisaus'a dźwięczały jej jeszcze długo w głowie, gdy puściła się pędem przez las. Ufała, wierzyła, że to co widziała w wodzie się uda. Mimo, że spędziła z wilkiem cały dzień była pełna siły i energii. Wpadła na ślady sfory i ruszyła za nią. Ledwo dotykała łapami ziemi, żadnych szmerów, szelestów. Tak, teraz była cieniem. Tuż przed miejscem ich postoju ostro skręciła w prawo. Czuła, że hybrydy nie ma w ich legowisku. Nie zniżył by się do obcowania z głupimi, nieułożonymi psami. On tylko nimi manipuluje i ukierunkowuje ich agresje. A że akurat padło na Stado Psich Serc... Nukri biegła przed siebie jakby ciągnięta przez niewidzialną nić. Las wyglądał złowrogo, ale nie miała czasu się rozglądać. Słyszała w głowie głos wilka, zastanawiała się co znaczyły jego słowa, a resztę powierzała swoim dzikim instynktom i zmysłom. Nagle poczuła ból w prawej części ciała. Wszystko prysło. Cała tajemniczość nocy i magiczne światełka latające wokół jej. Pojawił się strach, ból przeszywający jej lewą łopatkę i zimny konar, o który uderzyła prawym bokiem. Gdy mgła przerażenia opadła oto ujrzała przed sobą ogromne żółte zęby i złowrogie oczy. Znowu to czuła. Czuła odór śmierci. Wielkie cielsko przysunęło się w jej kierunku. 
-Czego szukasz na moich terenach? - przybliżył smoczy pysk do jej głowy.
-Pha! Zwariowałeś? Twoje tereny? - Poczuła nagle, przepełniający ją gniew. Nie pozwoli na to żeby jakiś mutant przywłaszczał sobie tereny, jakiekolwiek. Poczuła krew, kątem oka zobaczyła ślad trzech pazurów na jej białym futerku i stróżkę krwi wypływającą z ran. Tak, to wyglądało poważnie. Nie ma co tracić czasu. Potworowi za to mina zrzedła, jak taki kurdupel śmiał mu się przeciwstawić? Było widać, że wszystko zaczyna w nim wrzeć. Mógł zaatakować w każdej chwili. Suczkę przeszedł zimny dreszcz, w momencie gdy chciano ją zabić wyskoczyła i zaczęła biec. Wiedziała gdzie biegnie i po co, nie wiedziała tylko jak daleko uda jej się dotrzeć zanim on ją dopadnie. Pędziła ile miała sił w swoich puchatych łapkach, omijając kamienie, konary, błoto, zwinnie skręcając. Starała się nie zwracać uwagi na to, że jej kark zaczynał drętwieć a w mózgu jej piszczało od bólu. Na oczy powoli zaczynała jej opadać czerwona kurtyna... To koniec? Za sobą słyszała dudnienie wielkich łap i cichy oddech. Wtedy ujrzała przed sobą wielką grotę. Wpadła do niej i ostatkiem sił dociągnęła się do jej końca. Oparła się o kamień i spojrzała śmierci w oczy. Hybryda zawarczała, groźnie ukazując rząd ostrych jak brzytwa zębów. Tak to koniec. Na tym kończy się jej rola. Czarne ciało przysłoniło jej cały świat i zawyło triumfalnie. Otworzyła szeroko oczy jakby zauważając za potworem jakiś ruch. Na ścianie widać było cień podnoszącego się z ziemi niedźwiedzia. Miś staną na dwie łapy i zaryczał przeraźliwie ruszając w ich stronę. Zasłoniła się, nie chciała na to patrzeć. Nagle jej futerko oblał ciepły deszcz, nie słyszała odgłosów walki, która toczyła się tuż koło niej. Poczuła błogą wolność od bólu, od ciała. 
-Hej, otwórz oczy. - Usłyszała znajomy głos. Powoli podniosła głowę. - Nie! Nie ruszaj się! 
Jej bok przeszył piorunujący ból. Koło niej siedział biały wilk a za jego plecami leżał śpiący niedźwiedź. Otworzyła pysk, żeby krzyknąć ale mędrzec szybko ją uciszył.
-To przyjaciel. Zawiadomił mnie o Twoim stanie, dlatego tu jestem. Widzisz, gdyby nie Twój kamień skończyłabyś jak on - pokazał głową na leżące przed jaskinią poszarpane zwłoki hybrydy. - Teraz Twoje stado jest bezpieczne. Prześpij się, jak wstaniesz zjedz to i ruszaj na swoje tereny. 
Biały podał jej zawiniątko, które miała zjeść i dodał: 
- Wróć do mnie jak przekażesz dobrą nowinę. - Odszedł. W jaskini było ciepło i sucho, na zewnątrz wiał lekki wiosenny wiaterek. Samica jeszcze raz obrzuciła badawczym spojrzeniem śpiącego przyjaciela i sama zapadła w głęboki sen. Obudziła ją dziwna bryza muskająca jej futro. Nie chciała jeszcze wstawać, mimo że bok mniej bolał a w głowie się rozjaśniło. Pisnęła gdy po jej ranie przejechał chłodny język niedźwiedzia. Nie chciała wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, chociaż zachowanie zwierzaka nie wskazywało na złe intencje. Podniosła się więc powoli i stanęła oko w oko ze swoim wybawcą. 
- Dziękuje. - Powiedziała przechylając głowę i przyglądając się brunatnemu stworzeniu. 
- Każdy by tak uczynił na moim miejscu - usłyszała w odpowiedzi. Podskoczyła wystraszona.
- Niedźwiedzie nie mówią! - potrząsnęła głową jakby sądząc, że dalej śni. Odpowiedział jej przenikliwy ból. To nie sen.
- Mówią, po prostu nie każdy nas rozumie. - Miś przysiadł i spojrzał na wyjście. - Lepiej się pospiesz zanim zajdzie słońce. Psy, których alphę zabiliśmy rozpierzchły się we wszystkie strony, raczej żaden nie szuka zaczepki. Ewentualnie nowego domu. Ale może ich zwabić zapach hybrydy na Twojej sierści, spójrz. 
Suczka opuściła wzrok i ujrzała całą sierść w plamach krwi, nie cała czerwona maź była jej. Część krwi była jej wroga. Nukri podniosła się powoli, złapała woreczek w pysk, pożegnała się skinieniem głowy i opuściła barłóg. Z pewnością jeszcze nieraz tu wróci. Po przemierzeniu kawałka drogi, zatrzymała się by zjeść to co zostawił jej Viisaus. Było tam parę ziół i kwiatów. "Ochyda"  pomyślała ale zjadła  je zgodnie z zaleceniami. Popiła zimną wodą z kałuży. O dziwo poczuła się trochę lepiej więc wydłużając kroki dotarła na tereny stada. Tu już nie musiała się spieszyć. Wybrała się jednak najpierw nad jezioro, żeby zmyć z siebie krew. Taki widok z pewnością zszokował by szczeniaki. Woda pomogła jej nie tylko w oczyszczeniu sierści, ale też jej myśli. Czuła się żywiej i spokojniej. Znalazła Alphę i opowiedział jej historię całej wyprawy. A później udała się na zasłużony wypoczynek.
Zwyciężają Ci którzy wierzą, że mogą zwyciężyć. 
Generalnie nigdy nie radzą się swoich lęków.
.
______________________________________
Mam nadzieję, że nie jest takie straszne jak mi się wydaje. I skoro już spotkałam prawdziwego Alchemika, który obiecał zgłębić mnie w tajniki tej niesamowitej dziedziny. Prosiłabym o rozpatrzenie mojej prośby o zajęcie przeze mnie miejsca Alchemika w hierarchii. ;)

Dear Agony.. I miss you so much! Part One [Kanadę]

Chcę być dalej niż życie, pragnę śmierci.
Istnieje nieskończony cud, miniaturowy ogród na końcu.
Wierzyłam w ten niebywały cud.
~Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi.

To była piękna, gwieździsta noc, a na samym szczycie nieba górował ogromny, świecący swym białym blaskiem księżyc w pełni. Wokół głucha cisza, którą przerywał tylko szelest poruszanych przez wiatr liści oraz plusk wody spływającej z wielkiego nie szerokością, lecz wysokością wodospadu do małej rzeki. Trawa błyszczała od światła wielkiej kuli wysoko w górze.
W pewnym momencie całość przerwał cichy pomruk i dźwięk łamanej gałązki, a ptaki siedzące na jednym z drzewem po prawej stronie poderwały się przestraszone do lotu w górę, jednak zwierz, który wyszedł spoza gąszczu nie zwrócił na to żadnej uwagi. Był to ogromnych rozmiarów, czarny wilk, z jarzącymi się w mroku jasno złotymi ślepiami. Pierwsze co na pewno rzuciło się w oczy to krew spływająca z jego pyska i trzymana w zębiskach zdobycz w postaci dość sporego zająca. Basior zmierzał powolnym krokiem ku małej grocie, a raczej norze schowanej pod wielkim dębem na skraju lasu, przy rzece. Z tamtego także miejsca po krótkiej chwili zaczęły się wydobywać cichutkie popiskiwania. Samiec stanął tuż przed wejściem i zajrzał do środka mrużąc oczyska.
Na samym dnie tego schronienia leżała bialutka, niczym śnieg samiczka rasy Alaskan Malamute. Miała ona łeb położony na łapach i zamknięte oczy. Wyglądała na zmęczoną. Tuż przy jej brzuszku leżało pięć maleńkich, skulonych kuleczek, które wydobywały z siebie piszczące dźwięki. Malutkie szczeniaczki ugniatały łapkami matczyny brzuszek pijąc łapczywie mleko, tak bardzo były głodne. Czwórka z młodych była czarna lub szara, odziedziczając sierść po ojcu, tylko jedna, najmniejsza z nich była koloru swojej matki. Właśnie ona.
Samiec nie wyglądał jednak na zadowolonego. Super, kolejne gęby do wykarmienia. Już miał problem z tym, żeby spełnić głodowe chęci swojej partnerki, ale żeby dawać żreć piątce kolejnych podobnych stworzeń?! Z jego gardzieli wydobył się wark na którego natychmiast zareagowała samica. Podniosła łeb i spojrzała na swojego ukochanego szczęśliwa. Ona była dumna ze swoich dzieci. Ten jednak rzucił jej do środka zająca i warknął na nią zdenerwowany. Skuliła uszy i zaskomliła zdziwiona. Basior położył się tyłem do niej przy wyjściu i natychmiast zasnął kompletnie ignorując jej błagalne odgłosy.
Biała zjadła czym prędzej zdobycz, by tylko napełnić swój brzuch i dostarczyć młodym potrzebnego pokarmu. Liznęła długim jęzorem również śnieżną sierść jej jedynej córki, która spała jako jedyna z rodzeństwa.
Tak miał zacząć się początek końca.
***
Mijały dni odkąd samica zrodziła potomstwo. Z każdą sekundą, minutą, godziną było coraz gorzej, a to dopiero rozpoczęcie piekła jakie miało nastąpić. Czarny basior zamiast pomagać swojej wybrance, znęcał się nad nią warcząc, sycząc, a nawet niekiedy używając kłów. Dlaczego to robił? Już drugiego dnia chciał pożreć młode, by tylko nie przeszkadzały mu w byciu, ale Alaskan Malamute się nie zgodziła i nawet mocno zraniła wilka, który ze skomlnięciem i warkiem odbiegł od groty i przez trzy dni się nie pokazywał. Przez ten czas matka zajmowała się samotnie dziećmi. Młode były bardzo żwawe jak na kilka dni. Samica uśmiechała się widząc jak przewracają się o siebie w zabawie. Pewnego słonecznego dnia postanowiła wyprowadzić małe na zewnątrz, by mogły rozprostować łapki. Wyniosła je powoli z jamy i postawiła przed wejściem. Te od razu rozpoczęły szczenięcą zabawę. Kotłowały się ze sobą, ganiały przewracając i popiskiwały wesoło.Wadera cieszyła się razem z nimi, ale w jej sercu tkwił strach, że wilk przyjdzie i zrobi im krzywdę, dlatego cały czas niespokojnie rozglądała się wokół. I nie myliła się.
Wrócił.
Ponownie jak w dniu porodu miał umazany pysk w posoce i trzymał w nim zająca. Zatrzymał się jednak przy lesie i patrzył z niedowierzaniem na biegające kulki. Na jego pysku początkowo widniało zdumienie, a po chwili złość. Podszedł powoli do samicy i rzucił przed nią zdobycz. Wadera była spięta i nastroszyła sierść z ostrzegawczym warknięciem. Ten prychnął na to. Wtem jedno ze szczeniąt wpadło prosto na jego łapę. Matka kłapnęła zębiskami ze strachu. Ojciec jednak schylił łeb i jak gdyby nigdy nic powąchał dziecko. To zbiło z tropu samice. Przesunął językiem po szczenięciu, a z jego gardzieli wydobył się jakby zadowolony pomruk. Wyglądał teraz bardzo przekonująco, niczym prawdziwy tata swojego potomstwa. Młode spojrzało na niego i zamerdało ogonkiem szczęśliwe domagając się więcej. Ale nie doczekało się tego, czego chciało i miało się już nigdy nie stać.
Świeża krew spłynęła z pyska i zębisk samca. Stało się to, czego Alaskan się obawiała. Z jej gardła wydobyło się skomlnięcie rozpaczy. Trzymał on małe pomiędzy zębami, prawie martwe. Piszczało błagając o pomoc, lecz wtedy zacisnął on szczęki pozbawiając go życia. Samica była przerażona, a ojciec rozerwał je na pół i pożarł jak gdyby nic się nie stało, jakby to była tylko kolejna zdobycz. Spojrzał na nią i wydął wargi w kpiącym uśmiechu. Ta nie wytrzymała. Zraniona skoczyła na niego z obnażonymi kłami nie bojąc się tego, że może ją zabić. Atakowała go seriami, czyli atak i odskok, co było początkowo skuteczne, basior nie mógł jej dosięgnąć. Jednak to nie trwało długo i cała ta walka także. Skoczył on na nią powalając i wgryzł się mocno w jej szyję dusząc ją i zabijając. Ta rzucała się skomląc i błagając o litość. Ale tej tutaj nie było. Szczeniaki patrzyły na to z przerażeniem. Wiedziały co muszą robić. Wszystkie rozbiegły się w różnych kierunkach. Samiec dostrzegł to jednak szybko. Młode miały zbyt nieporadne łapki, żeby udało im się uciec. Puścił prawie nie żywą samicę i skoczył na kolejnego maluszka zatapiając w nim zębiska i zwieńczając jego krótki żywot.
Tylko jednemu z nich udało się uciec bez szwanku. Młodej, białej samiczce. Skomląc i piszcząc biegła przez las omijając dla niej wielkie gałęzie i inne przeszkody.
To było zbyt pewne. Jej rodzeństwo i matka skończyli swoje życie z łapy jej ojca. Nie mogła tu więcej wrócić. Musiała uciekać.
Ale co może poradzić mały szczeniak, bez matki?

Bóg snów
Elegancko się uśmiechnął,
Gdy sprowadzał śmierć
na niewinne istnienia.
~
Yousei Teikoku - Kuusou Mesorogiwi. 

***
Tak, to pierwsza część historii Kanadę.
Edit: Zgłosiłam się na mediach jako wróżbita oraz grafik do szablonów/nagłówków.

Złoty Tygrys - Opowieść Silije cz. I [Volturi]

   Zbliżało się południe, gdy Mastema zasiadła na huśtawce na werandzie. Lekko się bujała, trzymając
w smukłych palcach kubek gorącej herbaty. Cierpliwie czekała na babcię oraz przyjaciela imieniem Lazarus. Lubiła ich niedzielne spotkania, a w szczególności bajania babci pełne miłości, nienawiści, dobra i zła. Na chwilę odpłynęła myślami w świat baśni Silije. Nie miała pojęcia skąd babcia brała takie opowieści. Od kiedy tylko pamiętała, pieściła jej uszy opowieściami o księżniczkach, smokach i dzielnych rycerzach. Jednak z czasem, kiedy dorastała, opowieści stały się mroczne, zawiłe i tajemnicze. 
   Z zamyślenia wyrwało ją dzwonienie do drzwi. Odstawiła kubek na wiklinowy stół i boso podeszła do ogromnych dwuskrzydłowych drzwi. Uśmiech zagościł na jej twarzy widząc w progu babcię. 
- Dzień dobry babuniu. - Wzięła od niej torby z zakupami. - Oj babciu, nie musiałaś nic przynosić. Mam jeszcze ostatnie zapasy, którymi uraczyłaś mnie w poprzednią niedzielę. 
- Dzień dobry dziecko. Nie marudź, tylko to rozpakuj. Do póki nie będziesz jadła jak należy to będę Ci to wszystko przywozić. - Silije minęła wnuczkę i skierowała swe kroki do kuchni. Mastema jedynie przewróciła z rozbawieniem oczyma i powędrowała posłusznie za babcią. 
- Rozpieszczasz mnie. - Postawiła torby na blacie i nim je rozpakowała, nastawiła wody na herbatę. - Jeszcze tylko przyjdzie Lazarus i będziemy mogli zaczynać. Właściwie Ty będziesz mogła zacząć babciu. - Uśmiechnęła się pogodnie ku starszej pani i wyciągnęła kubki wraz z aromatyczną herbatą. Nim jednak dziewczyna się spostrzegła, na płycie piecyka stały już dwa garnki, z gotującą się wodą.
- Co Ty robisz? - Ze zdumieniem spojrzała na babcię.
- Spaghetti. - Babcia odpowiedziała tak naturalnie i spokojnie, jak by przygotowanie obiadu dla trojga było czymś oczywistym.
- Ale... - Zaczęła dziewczyna.
- Nie aluj mi tutaj dziecko. Nim zacznę opowiadać, musimy coś zjeść. - Nie dała dokończyć zdania wnuczce.
- Dobrze, poddaję się. - Uniosła dłonie w obronnym geście i z uśmiechem na twarzy, zdjęła czajnik
 z wrzątkiem z gazu. - Więc herbatę zrobię później. Do makaronu napijemy się czegoś mocniejszego. - Podeszła do babci i pocałowała ją w czoło.
- Na reszcie dobrze zaczynasz prawić moje dziecko. - Babcia zaśmiała się radośnie, gdy od strony holu dało się słyszeć wołanie.
- Puk, puk! Jest tam kto? - Głęboki męski głos, wypełnił całe domostwo.
- Jesteśmy w kuchni! - Odpowiedziała Mastema.
- Czuję, że babcia już jest! - Odkrzyknął mężczyzna, po czym pojawił się w kuchni, wdychając aromatyczny zapach sosu pomidorowego z bazylią. - A cóż to za zapachy? - Podszedł do Silije i mocno ją uściskał. - Rozpieszczasz nas, wiesz? Dzień dobry babciu. - Uśmiechnął się nad wyraz czarująco i podszedł do dziewczyny, by złożyć delikatny pocałunek na jej policzku. 
- Dzień dobry moje dziecko. Z niego bierz przykład wnusiu. - Zgromiła wzrokiem dziewczynę, która
z lekkim rumieńcem na twarzy, podeszła do szafki i wyciągnęła nakrycie na trzy osoby i zniknęła na werandzie. - Taki silny, a nie zagładzony jak Ty! - Krzyknęła za wnuczką.
- Oj babciu. - Z jękiem politowania, pojawiła się w kuchni by zniknąć w spiżarce. - Lazarus wyciągnij kieliszki do wina i zanieś je na werandę, dobrze? - Głowa Mastemy na chwile pojawiła się w drzwiach spiżarni. 
- Już się robi. - Zasalutował i wziąwszy kieliszki, ruszył na werandę.
- Podoba Ci się co? - Babcia zerknęła na wnuczkę, gdy ta pojawiła się przy niej z dwiema butelkami czerwonego wina. 
- Oj babciu. - Czerwony rumieniec spowił jej policzki. Odstawiła butelki na blat i odcedziła makaron.
- Je też mam zanieść? - Chłopak wziął butelki z trunkiem i uniósł ku górze.
- Tak. - Dziewczyna zerknęła przez ramię i wzięła dużą miskę. - Babciu, nagotowałaś tego jak dla wojska. - Zaśmiała się, rozluźniając się przy tym troszeczkę.
- Zjecie. Jak nie Ty to na pewno on. - Spojrzała za rosłym chłopakiem. - Wydoroślał nam poczciwy chłopina. Zawsze był taki chuderlawy, a teraz proszę. Kawał przystojnego chłopaka. - Babcia odpłynęła
w zawiły świat swoich fantazji. - Oj gdybym była 60 lat młodsza. - Wyrwało się jej w zamyśleniu.
- Babciu! No wiesz? - Dziewczyna parsknęła śmiechem i wzięła miskę z makaronem. 
- No co? - Zrobiła niewinną minę i również zawtórowała jej serdecznym śmiechem. Wzięła sos i poszły razem na werandę. 
- Czy coś mnie ominęło? - Lazarus spojrzał na kobiety i lekko się uśmiechnął.
- Nie nic. - Dziewczyna spojrzała na przyjaciela i postawiła misę po środku stołu. - Pięknie nakryłeś do stołu. - Podeszła do chłopaka, a odurzona jego słodkim zapachem, wsparła się na jego silnym ramieniu. Wyszczerzył się i otworzył wino. Po zjedzeniu obiadu, wstawił naczynia do zmywarki. Gdy chłopak buszował po kuchni, dziewczyna okryła nogi starowinki kocem. Sama zaś zasiadła wygodnie na huśtawce. 
- No i gotowe. Wina? - Wszedł na werandę i ująwszy butelkę, dolał kobietom i sobie wina. Usiadł koło Mastemy i okrył ich kocem. 
- Zaczynaj babciu. - Niecierpliwiła się dziewczyna. - Tak zaczynaj. - Zawtórował jej chłopak.
Babcia upiła łyk wina i zamyśliła się chwilę. Ciszę przerwał kojący, lekko zachrypnięty głos Silije.

   Rzecz działa się w Chinach, wiele stuleci temu. Trzy wrogie sobie grupy, chciały za wszelką cenę odebrać złoto, które wysłał cesarz, do swej ukochanej. Jednak przejęcie złota nie należało do najłatwiejszych zadań, ponieważ pilnowali je Bliźnięta. Wyśmienici wojownicy, którzy nie znali litości. Srebrny Lis, Czerwony Lew
i Niepokonany Smok, rywalizowali ze sobą na każdym kroku. A odebranie złota cesarzowi, stało się ich priorytetem. Wrogie sobie grupy zbroiły się i zbierały armie. Jedynie Czerwony Lew, posłał po najsilniejszego człowieka. Złotego Tygrysa. Gdy czterech konnych popędziło ku zachodowi, przywódca Lwów obmyślał plan działania. Po trzech dniach jazdy, jeźdźcy podzielili się na dwie grupki. Dwójka z nich jechała dalej, a dwoje z nich skierowało swe rumaki ku północy. Meli odszukać najlepszego kowala
w północnych Chinach. 
   Złoty Tygrys medytował, gdy do jego uszu dobiegł tętent końskich kopyt. Nawet się nie obrócił, gdy zdyszani jeźdźcy zeskoczyli z koni i klęki przed jego majestatem. Ogrom jego postaci, przytłoczył ich na tyle, że nie śmiali nawet podnieść wzroku, gdy ów człowiek, stanął nad nimi, bacznie im się przyglądając. Przekrzywił głowę, wydając z siebie cichy pomruk.
- Miłościwy Panie, nasz Pan, Czerwony Lew prosi o pomoc w przejęciu złota cesarza. Transport owego kruszcu odbędzie się za dwa tygodnie. Jednak nie tylko On chce je zagarnąć. - Jeden ze sługusów Czerwonego Lwa, nawet nie spojrzał na Złotego Tygrysa. 
- Kto jeszcze? - Głęboki baryton wydobył się z ust mężczyzny.
- Srebrny Lis i Niepokonany Smok. - Odparł pośpiesznie drugi.
Głusze mruknięcie wypełniło powietrze. 
- Chodźcie. - Odwrócił się i skinieniem głowy przywołał koniuszego, który należycie miał zadbać
o strudzone konie. - A Wy za mną. - Powiedział to tonem, nieznoszący sprzeciwu. Wkroczywszy w swe domostwo, skinął na służącą, która po chwili przyniosła jadło. - Najedźcie się i wyśpijcie. Rano ruszamy. 
Sługusy Czerwonego Lwa spojrzeli po sobie i zasiedli do stołu, a Złoty Tygrys poszedł do swej komnaty by poćwiczyć sztuki walki, które i tak miał opanowane do perfekcji.
   
   Babcia spojrzała na słuchaczy i uśmiechnęła się pod nosem. Upiła łyk wina, który rozlał się ciepłem po jej ciele. 
- I co dalej? - Mastema i Lazarus jednocześnie wypowiedzieli owe słowa, po czym parsknęli śmiechem.
- Zamilczcie i dajcie mi opowiadać dalej. - Zgromiła ich staruszka, jednak po chwili uśmiechnęła się do nich.

   Drewniane drzwi otworzyły się na oścież, a do kuźni weszło dwoje ludzi. Rozejrzeli się po ciemnym pomieszczeniu i skierowali się w stronę największego hałasu. 
- Dzień dobry! - Krzyknęli, by przebić się przez hałas. 
- Czego chcecie? - Kowal, na chwilę przestał wykuwać miecz.
- Czy Ty jesteś najlepszym kowalem w północnych Chinach? 
- Zależy kto pyta. - Odwrócił się do nich plecami, dzierżąc w dłoni nie dokończony miecz.
- Czerwony Lew.
Kowal zamarł słysząc ów imię. Po chwili odzyskał panowanie nad sobą i włożył stal ponownie do ognia, by je rozgrzać do odpowiedniej temperatury. 
- Pojedziesz zatem z nami. - Mężczyźni podeszli do kowala. - Zabierz tylko co jest Ci nie zbędne
w podróży. Resztę otrzymasz na miejscu.
- A jak nie pojadę z Wami? - Obrócił się do niech krzyżując ręce na piersi.
- To Cię zmusimy. - Wyciągnęli miecze i podeszli do niego bliżej, przytykając końce ostrego metalu do jego szyi. 

~~~~~~

CDN.


Mam nadzieję, że miło się czytało i że chcecie dalszej części :)

niedziela, 16 marca 2014

Stare porachunki [Zadanie] [Volturi]

  Świt. Nos ustępuje dniu, który otula świat mgłą. W oddali słychać ciche śpiewy budzących się ze snu ptaków. Na terenach stada, dało się słyszeć lekkie pomrukiwanie śpiących psów, gdy suka Owczarka Niemieckiego wytoczyła cielsko ze swego legowiska. Niegdyś niemal umierająca, dzisiaj w pełni sił. Wyciągnęła grzbiet i potężnie ziewnęła ukazując kły. Rozejrzała się dookoła i ruszyła ku rzeczce, by napić się do syta. Zaspokoiwszy pragnienie, upolowała małą sarnę, którą zjadła ze smakiem i ruszyła w podróż, która mogła być jej ostatnią. Rozejrzała się jeszcze raz po znanych jej ternach i ruszyła na wschód. Myślała
o zadaniu i jak sobie z nim poradzi.
   Dobijało południe, gdy dotarła na miejsce. Rozejrzała się i wciągnęła w nozdrza powietrze. Skrzywiła się, gdy poczuła wilczy zapach. Silny i mdlący. Spojrzała pod łapy, a jej oddech na chwilę zamarł. Tuż obok jej łapy, widniał ślad. Ślad, który dobrze znała, gdyż brakowało jednej opuszki. Włos na grzbiecie się jej zjeżył
i ruszyła przed siebie. Szła wolno, a każdy krok był dobrze przemyślany, gdy do jej uszu dobiegły rozmowy. Obniżyła cielsko i jęła się czołgać. Gdy głosy stawały się coraz głośniejsze, przywarła do gęstych krzaków, by podsłuchać rozmowę wilków.
- A zatem, za trzy dni wyruszamy. Tohr i Judyt na prawym skrzydle.  Loki i Laura na lewym. Wy będziecie pilnować by nikt nie uciekł. Ja i reszta watahy idziemy środkiem. Nie bierzemy jeńców. Czy to jasne?! - Warknął największy z basiorów.
- Tak! - Odkrzyknęli.
- Wypocznijcie. Potrzebujecie dużo siły by pokonać Stado Psów. Jest ich wielu. Pamiętajcie również, że jest tam wiele szczeniąt, których będą bronić za wszelką cenę. Uważajcie i nie dajcie się zabić. - Warknął ostrzegawczo i odszedł.
Sunia odeszła równie cicho jak przybyła. Myślała intensywnie jak zapobiec atakowi na stado. Nic nie przychodziło jej do głowy. Wyszła na otwartą przestrzeń. Musiała zaczerpnąć świeżego powietrza. Rozejrzała się bezwiednie, gdy za sobą usłyszała warknięcie. Obróciła się powoli i stanęła oko w oko
z waderą. Zniżyła łeb i stanęła w rozkroku, gotowa do walki.
- Kogo ja tu widzę. Jedna z piesków stada. - Na pysku wilczycy się drwiący uśmieszek. - Zbłądziłaś psino? - Warknęła ukazując kły.
- Jak dla Ciebie to Pani. - Warknęła gardłowo. - I nie zabłądziłam. Jestem tutaj celowo. - Ogon suni zatańczył nerwowo.
- Szukasz śmierci? Dobrze trafiłaś.- Uśmiechnęła się po czym doskoczyła do psa. Szybki unik samki uchronił ją od otrzymania ciosu. Warknęła gardłowo i ruszyła na waderę, zaciskając zęby na jej krtani. Wilczyca żałośnie zaskomlała błagając o wolność. Volturi mocno potrząsnęła łbem, a martwe ciało wilczycy upadło z łoskotem na ziemię. Wypluwszy sierść i mięso wilczycy, podeszła do truchła i odgryzła jej łapę, którą zabrała ze sobą. Ruszyła odważnie, choć wiedziała, że nie ma żadnych szans, ze sforą wilków, która straciła wiodącą samicę.
  Szerokim łukiem ominęła odpoczywające wilki na polanie, i podążyła ku Alfie. Pewnie wyłoniła się
z zarośli i rzuciła łapę wadery pod łapy basiora.
- Słaba ta Twoja ukochana Ruki. - Uśmiechnęła się zdawkowo i przysiadła na zadzie. - Myślałam, że lepiej ją wyszkoliłeś.
- Czy to..to.. Zabiję Cię! - Warknął wilk ukazując kły.
Samka przewróciła oczami. - Jak bym widziała Fangi. - Uśmiechnęła się lekko. - Nie spinaj się tak, bo skończysz tak samo jak ona.
- Jak mogłaś ją zabić ty suko! - Najeżył się i szykował się do ataku.
- A Ty jak mogłeś mi to zrobić? - Wtem wstała i obróciła łeb tak by samiec zobaczył jej bliznę. - Dzięki Tobie nikt już na mnie nie spojrzy. Będę tak samo sama jak i Ty. Teraz jesteśmy kwita. - Warknęła.
- Pożałujesz swego kroku, równie tak samo co Twoi pobratymcy. Za trzy dni zostaną zmieceni
z powierzchni ziemi. - Basior zaczął podchodzić do Owczarka ukazując raz po raz kły.
- Obawiam się, że pokrzyżuję Wam plany. - Przygotowała się do ataku obniżając łeb ku ziemi.
- Jesteś tak odważna czy głupia? - Przekrzywił łeb uśmiechając się nonszalancko.
- Sam się przekonaj. - Wychrypiała gardłowo.
Po tych słowach basior rzucił się sunię z głośnym warknięciem i wpił się zębami w grzbiet samki, która głośno zaskomlała. Obróciła się gwałtownie, by zrzucić napastnika z grzbietu. Złapała go za tylną łapę
i mocno pociągnęła. Wilk odskoczył na chwilę, by ponownie zaatakować. Machnął łapą i uderzył ją mocno w pysk. Samka się zatoczyła i machnęła łbem. Nie ustała długo na łapach. Basior ponowne ją zaatakował; na tyle mocno, że ostatnią rzeczą jaką usłyszała było wycie kilku wilków.
  Samica ocknęła się w jakiejś jaskini. Dźwignęła z trudem ciało i skrzywiła się z bólu. Z trudem stawała na przedniej prawej łapie. Bolało ją niemiłosiernie, ale musiała powybijać resztę watahy. W jaskini zapadał mrok. Gdy wyłoniła się zza zakrętu szybko się schowała. Przy wejściu czuwały dwa wilki. Zerknęła na nie
i wróciła na miejsce, gdzie leżała. Położyła się i przymknęła oczy. Głośno jęknęła, a po chwili zjawił się jeden ze strażników. Podszedł na tyle blisko do samki, by ta chwyciła go za gardło i po minucie udusiła. Wstała ponownie i kulejąc podeszła do wyjścia.
- I co z nią? - Wilk się obrócił i zdębiał. - Przecież Ty ledwo żyłaś, gdy Cie tutaj przynieśliśmy. -Wybełkotał zaskoczony.
- Trzeba było mnie zabić. - Warknęła z trudem i powoli podeszła do wilka, który się cofnął jakby zobaczył ducha. Ukazała kły i doskoczyła do basiora orając jego pysk pazurami. Gardłowe warknięcie samki odbiło się echem od ścian jaskini, a wystraszony basior zaczął wyć.- Zamknij się! -Warknęła i wgryzła się w krtań strażnika. Gdy i z nim skończyła ruszyła przed siebie. Musiała odnaleźć resztę i ich Alfę. Poruszała się z trudem, jednak przyświecał jej jeden cel. Obrona stada, za wszelką cenę.
   Wspięła się na klif i wypatrywała w zbliżającym się nieuchronnie mroku okolicę. Oddychała ciężko. Każdy kawałek ciała palił ją żywym ogniem, jednak musiała ignorować ból. Wtem pod klifem, na którym siedziała pojawiła się grupka sześciu wilków. Wąchali wszystko i obserwowali okolicę, ewidentnie jej szukając. Rozejrzała się. Tuż obok niej tkwił samotny głaz. Dość spory. Chciała go czymś podważyć, ale nic nie znalazłszy, naparła na niego ciałem. Przyjemny chłód koił jej zbolałe cielsko. Napierała na niego tak długo, aż poruszył się i z łoskotem spadł na dół, przygniatając wilki. Spojrzała w dół i uśmiechnęła się lekko. - I paru mniej. - Mruknęła do siebie i poszukała miejsca, gdzie mogła się przespać.
   Obudziło ją wesołe ćwierkanie ptaków, które bacznie ją obserwowały. Zamrugała kilkakrotnie i wstała. Spojrzała po sobie. Na grzbiecie widniała zaschnięta krew, a łapa napuchła. Mruknęła gardłowo i ruszyła na poszukiwania reszty watahy. Nie uszła daleko, gdy do jej uszu dobiegły rozmowy. Uśmiechnęła się. Gdy znalazła się przy ścianie drzew, wkroczyła na wąską ścieżynkę, wiodącą między rosłymi sosnami, ku polanie. Przystanęła za krzakami i obserwowała cztery młode wilczki, które płaszczyły się przed Alfą.
- Ona zniknęła. - Zaskamlał jeden z nich.
- Zabiła sześcioro naszych. - Skulił uszy drugi.
- Dość! - Warknął wściekły Ruki. -  Była ledwo żywa, a Wy daliście jej uciec. Banda nieudaczników. Powinienem ją zabić od razu. Zachciało mi się pozostawiać ją na sam koniec. No nic. Trzeba ją znaleźć, bo pokrzyżuje nasze plany. - Podszedł do młodzików i warknął na nich.
Nie mogąc już patrzeć na tą żałosną scenkę, wyszła ze swego ukrycia.
- Witam ponownie. - Uśmiechnęła się unosząc dumnie łeb. - Już chyba wam pokrzyżowałam plany, mój drogi. Zostało was tylko pięcioro. - Zniżyła łeb i stanęła w lekkim rozkroku, uważając by jak najmniej obciążać łapę.
- Proszę, proszę. Kogo ja widzę. Widzę, że nie jesteś w najlepszej formie. - Basior ominął wilczki, które struchlały na widok samki. - Brać ją durnie! - Warknął na młodych pobratymców.
Wilki spojrzały po sobie, i wyszczerzywszy kły podchodząc do Volturi. Młode rzuciły się zażarcie kłapiąc zębami. Jeden ugryzł samkę w już bolącą łapę, a drugi pociągnął ją za ucho. Gardłowy charkot wydobył się z gardzieli psa. Machnęła łbem uwalniając się od napastnika. Gdy sięgnęła zębiskami ku drugiemu napastnikowi, poczuła na grzbiecie rozdzierający ból. Zawyła i przeturlała się, zostawiając na ziemi wilka. Zaczęła się cofać, jednak napotkała przeszkodę. Łypnęła szybko na przeszkodę i spojrzała na wilki.
- No dalej młokosy. - Wychrypiała, a jeden z nich skoczył ku niej. Odsunęła się gwałtownie, a basior uderzył w drzewo, łamiąc kark. Spojrzała na nieruchome ciało i uśmiechnęła się. Jej wzrok padł na pozostałą trójkę. - Bu! - Warknęła i z uśmiechem patrzyła jak uciekają. - Ale masz wojsko. Pogratulować. - Wyprostowała się krzywiąc pysk z bólu.
- Cholerni głupcy. - Spojrzał za oddalającymi się w popłochu wilkami. - Ale ja nie ulegnę tak łatwo.
- Ani ja. - Uśmiechnęła się szyderczo i ruszyła do ataku. Gdy tylko ich zęby zatopiły się w ciałach, zwalili się na ziemię. Szamotali się długo, kąsając na wzajem. Raz górą był basior, a raz samka. Jednak ostatecznie wygrała Volturi. Samiec Alfa upadłego stada, stracił żywot, gdy zatopiła zęby w jego boku, wyrywając kawał mięsa wraz z sierścią. Jego powolne konanie było ucztą dla oczu suki Owczarka Niemieckiego.
   Odzyskawszy oddech i wewnętrzny spokój, ruszyła ku domowi. Każdy krok był dla niej męczarnią. Wszystkie mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa, jednak musiała zanieść dobrą nowinę. Ostatni raz była w takim stanie, gdy... . Nie, nie chciała o ty myśleć. Marsz zajął jej większą część dnia. Powoli dzień ustępował nocy, gdy sunia dotarła na tereny stada. Po drodze zatrzymała się nad rzeką i długo piła. Gdy nabrała trochę sił, ruszyła ku Alfie swego stada.
   Srebrny glob był już na niebie, gdy samka dotarła przed oblicze Alfy. Skłoniła się jej z szacunkiem, a ból wykrzywił jej pysk.
- Naszemu stadu nic już nie zagraża. Bynajmniej jak na razie. - Uniosła łeb. - A teraz proszę mi wybaczyć. Muszę odpocząć i się połatać. - Uśmiechnęła się z lekka i kulejąc odeszła do swojej jaskini, by dojść do siebie.

====
Wiem, że beznadziejne, ale zadanie wykonane. Przepraszam za wszelakie błędy i za to, że zanudziłam na amen. Mam nadzieje, że mi wybaczycie.