Był dość ciepły dzień, o dziwo... W
końcu kalendarzowa zima już się zaczęła, a mimo wszystko temperatura
zdawała się być powyżej zera. Brak śniegu na ziemi również potwierdzał
fakt, że ta zima była dziwna. Mimo wszystko na drzewach i krzewach nie
było już liści, a wszystko w koło zdawało się być szarobure, mimo, że
było około południa, a słońce powinno znajdować się wysoko na niebie.
Ono jednak niknęło gdzieś za szarością nieba. Jedynie chłodny i dość
silny wiatr wkradał się pod sierść idącego spokojnie przed siebie
huskiego. Już dawno planował tę podróż, jednak nie przewidział wszelkich
przeciwności losu. Mijały właśnie święta, a on był daleko, daleko od
swojej rodziny. Nie spodziewał się, że podróż tak się przedłuży,
żałował, że nie może świętować razem z innymi. Obecnie daleko zaszedł,
więc nie było już mowy o powrocie. Będzie musiał przeżyć te święta sam,
gdzieś daleko, w lesie, z nadzieją, że innym powodzi się lepiej i w
rodzinnym gronie spędzają te wyjątkowe święta. Za cel podróży przyjął
trudną misję zdobycia pewnej rzeczy. Chciał, by to mu się udało, chciał
tym zaskoczyć, uszczęśliwić, wzruszyć... Nie wiedział jednak do końca,
jak to wszystko się potoczy. Czy uda mu się dotrzeć w odpowiednie
miejsce? Czy uda mu się zdobyć tę rzecz? Czy uda mu się wrócić i
wypełnić swój plan?
Robiło
się coraz ciemniej, kolejny dzień w podróży, bez przerwy na odpoczynek.
Wzrok i słuch płatały figle. Był już zmęczony i głodny. Postanowił
odpocząć. W środku lasu, w ciemnościach, otulony chłodem wiatru,
błąkającego się pośród kniei. Gruba sierść, dostosowana do niskich
temperatur, chroniła samca przed wyziębieniem. Nie przejmując się dłużej
niebezpieczeństwem, odpłynął, pogrążony we śnie.
Pobudkę
zafundował mu mały szary królik, niuchający sierść psa. Jedno, leniwe
kłapnięcie pyskiem odstraszyło gryzonia. Husky podniósł się, ziewając,
po czym rozejrzał się. Był półmrok, dalsze elementy lasu były jeszcze
niewidoczne dla zaspanego samca. Wiał lekki wietrzyk, szybujący między
drzewami i szumiał delikatnie, usypiając psa.
Musiał
jednak wziąć się w garść, trzepnął głową i ruszył w swoim kierunku. Po
kilku kilometrach poczuł, jak teren łagodnie zaczyna się piętrzyć, a to
oznaczało, że przed nim znajduje się dość spora góra. Był to cel podróży
- wulkan Tiniang. Już dawno słyszał, że na tym wulkanie rośnie
wyjątkowa roślina. Nie wiedział, ani jak wygląda, ani jaka ona jest,
miał tylko nadzieję, że będzie to odpowiedni kwiat.
Wspinaczka
po wulkanie i szukanie odpowiedniej rośliny wymagało wiele wysiłku,
jednak szybko oczom psa ukazały się złote punkty, kołyszące się na
wietrze. Piękne, niewielkie złote kwiaty, pnące się ku słońcu, zdobiły
tę stronę wulkanu. Nie tracąc cennego czasu, zerwał delikatnie jeden
kwiat i pomknął w powrotną drogę.
Droga
powrotna zdawała się mijać dużo, dużo szybciej, jednak cała podróż
zajęła o wiele więcej dni, niż to wcześniej planował. Zbliżała się noc,
która miała być przełomem starego i nowego roku. Nie sądził, że zdąży na
sylwestrową imprezę w swoim Stadzie, jednak nie planował robić więcej
przerw i cały czas biegł przed siebie.
Biegł
już bardzo długo, był zmęczony i pokaleczony, jednak postawił przed
sobą ważne zadanie. Było już ciemno, a niebo co jakiś czas rozświetlały
światła fajerwerek. Tak, zbliżała się północ - musiał zdążyć.
Teren
Stada Psich Serc znaczył wyjątkowy zapach mieszających się woni wielu
psów. Shadow był wyraźnie zadowolony, gdy wreszcie czuł ten przyjemny
zapach. Dzięki temu nabrał więcej siły i szybko skierował się w stronę
polany. Po drodze, w lesie mijał wiele znajomych pysków, z którymi witał
się krótkim kiwnięciem łba. Im był bliżej polany, tym szybciej biło
jego serce. Wiedział, że znajdzie tam wielu osobników, świętujących
nadchodzący nowy rok - w końcu to już tylko chwila.
Na
polanę wparował na krótko przed północą. Ujrzał kilka psów, które
odpalały już kilka fajerwerek, reszta oddała się odliczaniu - aż dech
zapiera w piersi. Wtem nadeszła północ. Fajerwerki, jedna za drugą,
szybowały ku niebu. Jednak Shadow nie tracił czasu na oglądanie
sztucznych ogni. Rozejrzał się po zebranych. Wtem jego wzrok spoczął na
jasnej labradorce, siedzącej ze szczeniakami, jak na dobrą opiekunkę
szczeniąt przystało. Wyjątkowa, piękna, sprawiedliwa, urocza, wierna,
zgrabna, inteligenta... Można by tak w nieskończoność wymieniać.
Podszedł powoli z kwiatem w pysku. Gdy samica spojrzała na niego,
zatrzymał się - był już wtedy na kilka kroków od niej. Westchnął i wciąż
delikatnie trzymając kwiat w zębach, zaczął mówić:
-
Droga Leno, od pewnego czasu darzę Cię wyjątkowym uczuciem, znaczysz
dla mnie ogromnie dużo i czuję, że mógłbym dla Ciebie zrobić dosłownie
wszystko. Ten kwiat, który dla Ciebie przyniosłem, nie jest odpowiednim
prezentem dla Ciebie. Nic materialnego nie mogłoby wyrazić uczuć, jakimi
Ciebie darzę. Jedyne, co mogę Ci odpowiedniego dać, to obietnicę, że na
mnie zawsze możesz polegać, że zawsze będę Cię bronił, choćbyś miała
mnie znienawidzić, choćbyś nie chciała mnie widzieć na oczy - ja zawsze
będę podporą dla Ciebie i nigdy nie pozwolę Cię skrzywdzić.
Leno, bardzo Cię kocham i jesteś dla mnie wszystkim.

