piątek, 31 stycznia 2014

Poświąteczny czar. [Shadow]

Był dość ciepły dzień, o dziwo... W końcu kalendarzowa zima już się zaczęła, a mimo wszystko temperatura zdawała się być powyżej zera. Brak śniegu na ziemi również potwierdzał fakt, że ta zima była dziwna. Mimo wszystko na drzewach i krzewach nie było już liści, a wszystko w koło zdawało się być szarobure, mimo, że było około południa, a słońce powinno znajdować się wysoko na niebie. Ono jednak niknęło gdzieś za szarością nieba. Jedynie chłodny i dość silny wiatr wkradał się pod sierść idącego spokojnie przed siebie huskiego. Już dawno planował tę podróż, jednak nie przewidział wszelkich przeciwności losu. Mijały właśnie święta, a on był daleko, daleko od swojej rodziny. Nie spodziewał się, że podróż tak się przedłuży, żałował, że nie może świętować razem z innymi. Obecnie daleko zaszedł, więc nie było już mowy o powrocie. Będzie musiał przeżyć te święta sam, gdzieś daleko, w lesie, z nadzieją, że innym powodzi się lepiej i w rodzinnym gronie spędzają te wyjątkowe święta. Za cel podróży przyjął trudną misję zdobycia pewnej rzeczy. Chciał, by to mu się udało, chciał tym zaskoczyć, uszczęśliwić, wzruszyć... Nie wiedział jednak do końca, jak to wszystko się potoczy. Czy uda mu się dotrzeć w odpowiednie miejsce? Czy uda mu się zdobyć tę rzecz? Czy uda mu się wrócić i wypełnić swój plan?
Robiło się coraz ciemniej, kolejny dzień w podróży, bez przerwy na odpoczynek. Wzrok i słuch płatały figle. Był już zmęczony i głodny. Postanowił odpocząć. W środku lasu, w ciemnościach, otulony chłodem wiatru, błąkającego się pośród kniei. Gruba sierść, dostosowana do niskich temperatur, chroniła samca przed wyziębieniem. Nie przejmując się dłużej niebezpieczeństwem, odpłynął, pogrążony we śnie.
Pobudkę zafundował mu mały szary królik, niuchający sierść psa. Jedno, leniwe kłapnięcie pyskiem odstraszyło gryzonia. Husky podniósł się, ziewając, po czym rozejrzał się. Był półmrok, dalsze elementy lasu były jeszcze niewidoczne dla zaspanego samca. Wiał lekki wietrzyk, szybujący między drzewami i szumiał delikatnie, usypiając psa.
Musiał jednak wziąć się w garść, trzepnął głową i ruszył w swoim kierunku. Po kilku kilometrach poczuł, jak teren łagodnie zaczyna się piętrzyć, a to oznaczało, że przed nim znajduje się dość spora góra. Był to cel podróży - wulkan Tiniang. Już dawno słyszał, że na tym wulkanie rośnie wyjątkowa roślina. Nie wiedział, ani jak wygląda, ani jaka ona jest, miał tylko nadzieję, że będzie to odpowiedni kwiat.
Wspinaczka po wulkanie i szukanie odpowiedniej rośliny wymagało wiele wysiłku, jednak szybko oczom psa ukazały się złote punkty, kołyszące się na wietrze. Piękne, niewielkie złote kwiaty, pnące się ku słońcu, zdobiły tę stronę wulkanu. Nie tracąc cennego czasu, zerwał delikatnie jeden kwiat i pomknął w powrotną drogę.
Droga powrotna zdawała się mijać dużo, dużo szybciej, jednak cała podróż zajęła o wiele więcej dni, niż to wcześniej planował. Zbliżała się noc, która miała być przełomem starego i nowego roku. Nie sądził, że zdąży na sylwestrową imprezę w swoim Stadzie, jednak nie planował robić więcej przerw i cały czas biegł przed siebie.
Biegł już bardzo długo, był zmęczony i pokaleczony, jednak postawił przed sobą ważne zadanie. Było już ciemno, a niebo co jakiś czas rozświetlały światła fajerwerek. Tak, zbliżała się północ - musiał zdążyć.
Teren Stada Psich Serc znaczył wyjątkowy zapach mieszających się woni wielu psów. Shadow był wyraźnie zadowolony, gdy wreszcie czuł ten przyjemny zapach. Dzięki temu nabrał więcej siły i szybko skierował się w stronę polany. Po drodze, w lesie mijał wiele znajomych pysków, z którymi witał się krótkim kiwnięciem łba. Im był bliżej polany, tym szybciej biło jego serce. Wiedział, że znajdzie tam wielu osobników, świętujących nadchodzący nowy rok - w końcu to już tylko chwila.
Na polanę wparował na krótko przed północą. Ujrzał kilka psów, które odpalały już kilka fajerwerek, reszta oddała się odliczaniu - aż dech zapiera w piersi. Wtem nadeszła północ. Fajerwerki, jedna za drugą, szybowały ku niebu. Jednak Shadow nie tracił czasu na oglądanie sztucznych ogni. Rozejrzał się po zebranych. Wtem jego wzrok spoczął na jasnej labradorce, siedzącej ze szczeniakami, jak na dobrą opiekunkę szczeniąt przystało. Wyjątkowa, piękna, sprawiedliwa, urocza, wierna, zgrabna, inteligenta... Można by tak w nieskończoność wymieniać. Podszedł powoli z kwiatem w pysku. Gdy samica spojrzała na niego, zatrzymał się - był już wtedy na kilka kroków od niej. Westchnął i wciąż delikatnie trzymając kwiat w zębach, zaczął mówić:
- Droga Leno, od pewnego czasu darzę Cię wyjątkowym uczuciem, znaczysz dla mnie ogromnie dużo i czuję, że mógłbym dla Ciebie zrobić dosłownie wszystko. Ten kwiat, który dla Ciebie przyniosłem, nie jest odpowiednim prezentem dla Ciebie. Nic materialnego nie mogłoby wyrazić uczuć, jakimi Ciebie darzę. Jedyne, co mogę Ci odpowiedniego dać, to obietnicę, że na mnie zawsze możesz polegać, że zawsze będę Cię bronił, choćbyś miała mnie znienawidzić, choćbyś nie chciała mnie widzieć na oczy - ja zawsze będę podporą dla Ciebie i nigdy nie pozwolę Cię skrzywdzić.
Leno, bardzo Cię kocham i jesteś dla mnie wszystkim.

Wojna cz. II [Cheese]


Chłodne popołudnie, owczarek australijski wracał sobie z zimowej kąpieli w jeziorze, które znajdowało się za rzeką. Zmęczony pływaniem ledwo doczłapał się na polanę. Przechodząc przez most nad rzeką wszedł na polanę i od razu padł trupem. Leżał przez parę chwil na zimowym puchu z wywalonym jęzorem na wierzch. Nie miał siły na nic, jeszcze nigdy nie zmęczył się tak jak dziś podczas pływania. Przymknął oczy by rozkoszować się wypoczynkiem. Cieszył się, że nikt mu nie przeszkadza i że nikogo nie widać na polanie. Owczarek potrzebował spokoju by nabrać sił.
Otworzył lekko oczy widząc rozmazaną postać Salem'a. Zdawało się, że wracał z polowania, jednak owczarkowi coś tu nie pasowało. Do jego nozdrzy dotarł dziwny zapach, jakby ktoś nie stąd. Otworzył szerzej oczy by przyjrzeć się zaistniałej sytuacji. Owczarek podniósł swój zad, lecz głowa dalej leżała na śniegu. Przybrał teraz pozycję małego szczeniaka, który miał zamiar bawić się, jednak brakowało tylko podniesionego ogona do góry, który za chwilę miał kołysać się na prawo i lewo. Pies szczeknął.
-Ej! -Cheese powiedział dosyć głośno dalej leżąc.
Salem spojrzał na niego dosyć dziwnie kręcąc głową.
-Ty byś mógł pomóc, a nie sobie leżysz i krzyczysz. -Zdenerwował się
-Poderwałeś wilka, a ja mam ci pomagać? Ten, tyle że ja już mam rodzinę. -Cheese nie grzeszył dziś swoim dobrym humorem.
-Grr... jeszcze słowo. Pomożesz w końcu? -Wściekły Salem stał na drugim końcu polany z towarzyszką.
-No już idę do was gołąbeczki.
Cheese podskakiwał z jednej łapy na drugą podśpiewując sobie coś. Znalazł się zaraz obok nich pytając.
-A co tam w lesie robiło się, że wilczyca taka zakrwawiona? -Spytał zaciekawiony Owczarek.
-Ale ty tępak jesteś. Mógłbyś zaprowadzić ją gdzieś w bezpieczne miejsce i ją opatrzeć? Ja nie mam czasu, a muszę załatwić jeszcze parę spraw. -Salem po chwili pobiegł w stronę lasu.
Cheese odprowadził go tylko wzrokiem i za chwilę zajął się wilczycą, której imienia nie zdążył jeszcze poznać. Gdy pytał ją o cokolwiek, ta nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa, tylko wskazywała nosem na zakrwawione ciało. Owczarek widząc kilka łez spływających z oczu wilczycy wytarł je łapą i zaprowadził ranną do pierwszej jaskini. Usadowił ją powoli mówiąc.
-Posłuchaj, jako, że nie jestem medykiem a zielarzem pobiegnę do lasu po potrzebne zioła lecznicze by zmniejszyć twój ból. Nie ruszaj się stąd, zaraz będę.
Kilkukolorowy pies wybiegł z jaskini i pobiegł w stronę lasu, gdzie natknął się na idącą Sashę z patykiem w pysku.
-Hej, a gdzie ty tak biegniesz? -Sasha upuściła patyk patrząc na Cheese.
-Idź szybko do trzeciej jaskini od prawej, tam jest chora wilczyca, która potrzebuje naszej pomocy, ja zaraz przyjdę, idę tylko po potrzebne zioła i rośliny. -Wytłumaczył jej dalej biegnąc.
Sasha od razu poszła we wskazanym kierunku. Owczarek w głowie wyliczał sobie nazwy ziół jakie będą mu potrzebne, nie chciał zapomnieć, a musiał znaleźć je jak najszybciej.
-Babka, lancyt, paproć..
Kiedy to zerwał wszystkiego po trochu, powoli wracał w stronę polany. W lesie znajdował również potrzebne rzeczy takie jak ostry nożyk, kawałek papieru, skałkę do przygotowywania mikstur i wiele innych. Wyłaniając się z lasu Samiec napotkał parę znajomych pysków, które dziwnie patrzyły się na niego, lecz ten nie miał czasu na tłumaczenia. Wbiegł do jaskini z potrzebnymi rzeczami i od razu wziął zielska by zaraz przygotować miksturę. Wpierw wytarł zaschniętą krew z futra wilczycy i opatrzył rany, by wiedzieć gdzie ma założyć opatrunki i posmarować specjalną maścią, którą właśnie wykonywał.
-I co dowiedziałaś się chociaż skąd pochodzi ta wilczyca, czy dalej nic? -Cheese zerknął na dalmatynkę.
-Nie, nic. Nie odzywała się nawet. -Odpowiedziała.
-Podłóż proszę ten mech dla niej, jeśli możesz. -Pies podał mech dla suczki.
Sasha ułożyła mech pod głową wilczycy trzymając ją za łapę. Cheese zrobiwszy miksturę zaczął przykładać do ran wilczycy.
-Spokojnie, może trochę piec, ale to tak musi być, za chwilkę przestanie. -Zawijał każdą ranę na łapach papierem który znalazł w lesie.
Wilczyca otworzyła oczy i przekręciła łbem otwierając powoli pysk. Sasha odsunęła się na bok.
-Nazywam się Cheese i jestem dzisiaj Twoim prywatnym lekarzem. -Pomachał łapą.
Wilczyca cicho burknęła i w końcu wydusiła z siebie parę słów.
-Dziękuję wam za wszystko. Jestem Terra. -Wilczyca dalej leżała.
Cheese wymienił się spojrzeniami z Sashą kończąc przecierać rany. Wtem odezwała się Sasha.
-Terra? Czekaj Serku, ja ją kojarzę z watahy Stipant Veritatis. -Dalmatynka spojrzała na wilczycę.
-To nasi sojusze, prawda? -Zdziwiony owczarek spytał.
-Dokładnie, jestem z tej watahy i zdążyłyśmy się już poznać z Sashą. W naszej wataszy rozpętała się wojna.-Terra zaczęła powoli wszystko tłumaczyć.
-Chwilka, jaka wojna? Z jakim stadem? -Spytał z niedowierzaniem pies.
-Stipant Sverae. Alphą ich jest Sunev. -Powiedziała dalej tłumacząc.
-To Venus i Sunev znają się, o co poszło? -Wtem odezwała się Sasha
-Venus i Sunev to siostry. -Wilczyca przekręciła się na drugi bok.
-Dobra, chyba zrozumiałem, ale... SV jest przecież magicznym stadem, a wrogowie? -Cheese wtrącił się.
-To też magiczne stado. -Odpowiedziała Terra.
-A jak liczna jest i jakie żywioły w niej występują?
W tym momencie Terra zaśmiała się, Cheese nie wiedział o co chodzi.
-Oj, jest ich bardzo dużo, może i nawet więcej jak 50. Nie wiemy dokładnie jakie żywioły tam występują, ale wiem, że trwa wojna i nie wiem czy poradzimy sobie. -Powiedziała smętnie wilczyca.
-Zawsze możecie na nas liczyć. W każdym bądź razie Terro, obawiam się, że przez kilka dni nie będziesz mogła wychodzić z tej jaskini, bowiem stan twojego zdrowia może pogorszyć się. -Sasha pokręciła głową na znak, że zgadza się ze słowami Owczarka.
-Sasha teraz tutaj z Tobą zostanie, a ja pójdę poszukać Nack'a-medyka, który przebada Cię dokładniej. W każdym bądź razie mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze. Miło było poznać.
Cheese wybiegł z jaskini szukając Husky'ego.