poniedziałek, 17 listopada 2014

Everyday is Halloween, isn't it? (2) [Luffiera]


Wyprawa w poszukiwaniu słodkości nabrała szybszego tempa, gdy Ash i Raven tylko wyszli ze swojej jaskini i ich łapy stanęły na pożółkłej winą jesieni trawie, pokrytej odpowiednią ilością rosy. Dzień dzisiejszy był idealny, by zostać mianowanym dniem święta Halloween. To tak, jakby cząstka świata zaplanowała dać akurat tak dobrą atmosferę w ten wyjąykowy dzień akurat w tym miejscu. Obaj przyjaciele cieszyli się, a radości ich nie dało się opisać słowami. Aby to rozumieć, należało spojrzeć na same pyski, przywdziane w szczere uśmiechy, bądź sposób w jaki się poruszali, entuzjastycznie i niedbale. Wokół nich kręciły się inne szczenięta, ubrane w przeróżne stroje, stworzone z jeszcze różniejszych przedmiotów. Im jednak obydwaj bardziej się oddalali, tym mniej widać było młodych psiaków wybierających się na poszukiwania. Podejrzenia Ash'a się sprawdziły. Oboje szli w ciszy, rozglądając się we wszystkie strony. Ich plusem była różnica wzrostu, bowiem dzięki niej mogli podzielić się poszukiwaniami - na górze i tuż nad ziemią. Wraz z przemieszczaniem się obu psów, zaczęło robić się coraz chłodniej. Z początku Raven przypuszczał, że mogła być to zwyczajna zmiana pogody, jednak chłód uderzył tak niespodziewanie, że wywował u niego spory niepokój. Nie odzywał się jednak, nie chcąc nastraszyć młodszego.
- Raven! - szczeniak krzyknął niespodziewanie przerażonym głosem, zatrzymując się momentalnie. Owczarek niemalże nie podskoczył z przestrachu.
- Co się dzieje, co, co? - pytał nerwowo, stając tuż obok niego i przyglądając mu się.
- Moje łapy! Zniknęły, nie ma ich! Wciąż je czuję, ale zniknęły!
O czym ten szarak mówił? Łapy przecież nie znikają same z siebie, ot tak. Poza tym, gdyby ich nie było, to nie czułby ich. Było to dziwne, przez co Raven jeszcze bardziej się przestraszył. Z początku myślał, że Ash chce go nastraszyć, jak zwykle miał w zwyczaju w dzień Halloween, jednak coś wydawało się brzmieć inaczej. Być inne.
- O czym ty mówisz, przecież są gdzie trzeba! - stwierdził panicznie czarny, podchodząc do młodziaka, który był równie ogarnięty uczuciem strachu. Aby mu udowodnić, że wszystkie kończyny ma na miejscu, złapał jedną z jego łap i uniósł do góry, ujawniając ją, normalnie wyglądającą. 
- To dziwne... kiedy stoję na ziemi, to ich nie ma. Zupełnie, jakby znikały!
Teraz Raven zrozumiał o co chodzi. Mgła. Całe to zajście było jej sprawką. Pies dziwił się jedynie, że Ash nie spotkał się jeszcze z tym zjawiskiem pogodowym. Zaśmiał się krótko, klepiąc przyjaciela po łebku z politowaniem.
- To, młody, nazywa się mgła. I gwarantuję ci, że nie pozbawi cię żadnej kończyny. A teraz chodźmy, mam ochotę na cukierki - powiedział Raven, od razu ruszając przed siebie. Szczeniak nie zrozumiał do końca, co miał na myśli poprzez to określenie jego przyjaciel, jednak ufał mu na tyle, by nie zadawać więcej pytań. Ruszył tuż za nim, dorównując mu kroku, by nie zgubić się w tyle. Od jeziora nie dzieliła ich już zbyt wielka odległość. W gruncie rzeczy nie było ono oddalone przesadnie od głównej polany. Dlatego też oboje dziwili się, dlaczego inne szczenięta nie mogły się nad nie wybierać bez opieki. Taka była jednak decyzja Alphy i nie mogli się jej sprzeciwiać. Po kilku, góra trzydziestu następnych sekundach, z oddali dało się słyszeć szum. Szum? Nigdy nie słyszęli żadnego szumu zbliżając się do tych terenów. To było coś, co niezwykle ich zdziwiło, jak i zmyliło. Może zabłądzili?
- Słyszysz to? Ten szum? - spytał Raven, unosąc łeb wyżej, by odnaleźć źródło tego dźwięku. Ash pokiwał potwierdzająco łebkiem, co nieco uspokoiło starszego psa. Wiedział chociaż, że nie zwariował. - Jest coraz głośniejszy, jakbyśmy-
Raven nie zdołał dokończyć zdania, które rozpoczął, gdy niespodziewanie poczuł, że grunt pod jego łapami gwałtownie spada w dół. Czym prędzej odsunął Ash'a łapą w przeciwną stronę, omal nie otwierając pyska ze zdziwienia i przerażenia. Oboje zaś znaleźli się na szczycie wielkiego, spadzistego klifu, który prowadził wprost do rwących wód morza. Nie przeraziłoby ich to gdyby nie fakt, że przechodzili tę drogę mnóstwo razy i nigdy wcześniej nie natrafili na klif, a tym bardziej na morze. 
- R-raven, gdzie my jesteśmy? Czy myśmy się przypadkiem nie zgubili? - spytał Ash, wpatrując się ze strachem w ogromną taflę wściekle bijącej falami o podnóże klifu wody.
- Obawiam się, że idziemy w dobrym kierunku.
Tuż po tych słowach, zza obydwu stojących nad klifem przyjaciół rozległ się przeraźliwy krzyk, podobny do tych, które wydaje z siebie ktoś, kto właśnie został zamordowany. Raven otrząsnął się i odgonił od siebie tę możliwość. Nie miał jednak pojęcia, co robić. Ash ukrył się między łapami owczarka, a okropna mgła niespodziewanie zgęstniała, niemalże zupełnie pozbawiając ich jakiejkolwiek widoczności. Raven czuł jak młody trzęsie się z przerażenia, lecz nie mógł nic na to poradzić. Stał wryty w ziemię, jakby nagle stracił jakiekolwiek możliwości do poruszania się. Tuż po chwili, rozległ się wokół nich niski, ochrypły śmiech. Brzmiał jeszcze przeraźliwiej od krzyku i był z pewnością głośniejszy, a na jego nadejście jakby ucichły wszystkie inne hałasy, ustępując mu. 
- Myślicie, że Halloween to tylko niewinna zabawa? Zbieranie jakichś marnych słodyczy, bo dowiedzieliście się gdzieś, że to na takich bzdurach polega?! Mylicie się. Miliony grobów zostało zapomnianych przez młodsze pokolenia swoich krewnych, tylko dlatego, że zaczęli uznawać to święto za okazję do zabaw! - powiedział okropny głos, dobiegający niemalże z każdej strony. Nie dało rady zobaczyć jednak, kto wypowiadał owe słowa. - To wina takich jak wy dwaj. Dziś za to zapłacicie. 
Ash poczuł, jakby ktoś ciągnął go w swoją stronę, za ogon. Chciał się temu sprzeciwić, jednak nawet złapanie łapy owczarka, pod którego cielskiem się skrywał, nie pomogło mu. Tuż po chwili został wyciągnięty spod Raven'a i wciąż ciągnięty w tył, mimo wbijanych w ziemię pazurów. Krzyczał, próbując się wydostać, a owczarek wciąż stał w tym samym miejscu, wryty w ziemię. Chciał się ruszyć, biec na pomoc, by uwolnić niewinnego szczeniaka. Wiedział dobrze, że to on wciągnął go w to całe szaleństwo święta zmarłych. Gdyby nie on, z pewnością nic złego nie działoby się teraz. Po chwili, Ash pojawił się znowu, tuż przed nim, trzymany w powietrzu, do góry nogami. Wyglądał, jakby jedną łapą był na tamtym świecie. 
- Skoro tak uwielbiasz święto zmarłych, chyba nie będziesz miał nic przeciwko, bym zrobił z twojego małego kolegi ducha, hm? - spytał głos, a szczeniak wydał z siebie zbolały pisk, jakby głos wyrządził mu jakiś okropny ból. Po chwili szczenię wzbiło się wyżej w powietrze, po czym rozpadło się na tysiące kawałków, przypominających kawałki zbitego szkła, które prędko zostały rozwiane przez wiatr.
- Ash! Ash! - krzyczał Raven, dopiero teraz mogąc się poruszyć. Było już jednak za późno. 
***
- Ash! - krzyknął owczarek, potrząsając ponownie przyjacielem, który dopiero teraz zaczął się rozbudzać. Byli w jaskini, swojej własnej, zdala od tajemniczego klifu, od morza, które pojawiło się równie szybko, jak i zniknęło. Młodziak, nieświadomy, nic z tego nie rozumiał. Jeszcze przed chwilą oboje znajdowali się zupełnie gdzie indziej. W ten sposób zroumiał, że odkrył istnienie snów, o których nie miał wcześniej pojęcia. Był jednak pewien, że przez kilka następnych lat nie wybierze się na Halloweenowe poszukiwania słodyczy. Rozmyślał nad słowami, które tajemniczy głos przekazał mu we śnie. Czy powinien powiedzieć o nich Raven'owi?
___________________________________
Co prawda po czasie, ale jest! Wybaczcie ewentualne błędy, pisane na telefonie, więc nie miałam zbytnio jak tego zanalizować. Nie jestem do końca zadowolona, bo i tematyka nie w moim stylu, no ale... ważne że coś jest! Opinie mile widziane, nie śmiejcie się za głośno pls.

Everyday is Halloween, isn't it? (1) [Luffiera]

Nie każdy widzi sens w Halloween. Wiadomo, że znajdą się tacy, którzy zupełnie odtrącą wszystkie związane z tym specyficznym świętem zajęcia. Jednak tam, gdzie znajdą się ci nie obchodzący święta zmarłych, będą i ci, którzy zwariowali zupełnie na jego punkcie.
W pewnym psim stadzie istniał wielki podział między jego członkami - na tych, którzy wierzyli w Halloweenowe zabobony oraz tych, którzy obok owego święta przechodzili z obojętnością. W owej psiej sforze znajdowało się dwóch zagorzałych wielbicieli Halloween, którzy czekali z niecierpliwością od całego poprzedniego miesiąca na jego nadejście.
Raven - dwuletni owczarek niemiecki o całkowicie czarnym umaszczeniu sierści. W jego futrze nie dało się doszukać chociażby jednego włoska o innej barwie (jest to pewny fakt, bowiem był on dokładnie sprawdzony!). Oczy jego zaś o bystrym spojrzeniu odcień miały jasnobrązowy, a owa para ślepek zawsze błyszczała młodocianą ekscytacją. Pies był pełen energii i ochoty na przygodę, wszędzie było go pełno, dla niektórych wręcz do znienawidzenia. Większość członków stada traktowała go jednak z sympatią, bowiem mimo swojego chaotycznego usposobienia, zawsze służył pomocą, a i cechował go niezwykły szacunek do każdego stworzenia.
Ash - młodziak, liczący sobie zaledwie 4 miesiące. Rasy jego nie dało się określić dokładnie, a winą było połączenie matki, rasowej przedstawicielki rodu malamutów, oraz ojca, który był zwyczajnym kundlem o mężnej budowie. Psiak był równie skory do psot co inne szczenięta w stadzie, lecz ciągnęło go ku nieznanemu nieco bardziej niż pozostałych rówieśników. Rodzice jego zawsze powstrzymywali go od dalekich wypraw, jednak od kiedy zaczął przyjaźnić się na zabój z Raven'em, spoglądali łagodniej na patrolowanie oddalonych znacznie od głównych terenów stada miejsc.
Ash tak na prawdę nie wiedział jak się to stało, że zaczął zadawać się ze starszym od siebie psem. Młodego zainteresowało to, że mimo przybywających lat, nie tracił werwy i szczenięcej natury. Oboje wkrótce stwierdzili, że są dla siebie kompanami stworzonymi na miarę.
- Jesteś gotowy na najstraszniejszy wieczór w życiu? - Raven wlazł przez niewielką szparę między głazami, która prowadziła do ukrytej jaskini, o której wiedzieli tylko oni dwaj. To tam spędzali ze sobą sporo czasu wolnego, rozmyślali, wpadali na wszystkie dziwaczne pomysły, a i również mieli wewnątrz niemałą kolekcję przedmiotów różnego pokroju. Można się było doszukać tam wielu rzeczy, których nikt inny w stadzie nie posiadał. Raven podkreślił 'straszność' owego mającego niedługo nastać wieczoru, ukazując szeregi białych kłów w zawadiackim uśmieszku. Zastał swojego przyjaciela buszującego w jednej ze stert przedmiotów, w której miał nadzieję znaleźć coś, co nada się na Halloweenowe przebranie. Odwróciwszy się, omal nie podskoczył ze zdziwienia. Owczarek bowiem na sierści wyrysowany miał bialutki szkielet, dokładnie i starannie, co do jednej kości. Młody nie spodziewał się, że zastanie go w takiej odsłonie.
http://33.media.tumblr.com/4a2ed1321aee69f6beac0df97f2b5812/tumblr_ndd46vU8C91rsl5kqo1_1280.jpg
- No pewnie! - zawołał równie entuzjastycznie, merdając puszystym ogonem, by odwrócić uwagę starszego od swojego chwilowego zadziwienia. - A kogóż to poprosiłeś o zrobienie Ci takiego świetnego makijażu? - zapytał po chwili, rozszerzając powieki, jakby z niedowierzaniem.
Raven uraził się nieco, słysząc owe określenie. Dla niego bowiem była to wspaniała, jak najbardziej samcza charakteryzacja. Wybaczył jednak swojemu przyjacielowi to nieadekwatne użycie słów, po czym potrząsnął łbem, stając jak najrówniej przed nim.
- Jedna z naszych stadnych artystek. Zrobiła kawał dobrej roboty, nie sądzisz? Nie wiedziałem nawet, że mam takie kości w takich miejscach! - owczarek powiedział, dziwiąc się owemu faktowi. Ash zaśmiał się, zarzucając na plecy czerwony kawałek materiału, próbując zwinnie go ułożyć.
- Oczywiście. Pomożesz mi zawiązać moją pelerynę, Panie Szkielecie? - spytał żartobliwie, podchodząc do Raven'a niespiesznie, by nie zgubić po drodze części swojego przebrania.
Czarny skinął łbem potwierdzająco, po czym zabrał się za wiązanie krwistoczerwonej peleryny na karku przyjaciela. Gdy wszystko było już gotowe, młody usiadł dumnie tuż przed nim, wypinając pierś w przód, by pokazać swą odwagę i wspaniałość z najlepszej strony. Raven pokiwał łbem kilkakrotnie, jakby akceptując ubiór szczeniaka.
- Nie powinniśmy już iść? Za chwilę będzie się ściemniać. Słyszałem, że nasza Alpha z kilkoma innymi psami poukrywała trochę słodyczy na naszych terenach, żeby szczeniaki mogły się zabawić w poszukiwania. To miłe z jej strony. Ale żeby zdobyć jak najwięcej słodkości, trzeba się wybrać na łowy jak najszybciej - oznajmił Raven. Na wieść o owych słodyczach, ślepka Ash'a zabłyszczały niemalże. Widząc podekscytowanie szarego, zaśmiał się pod nosem, po czy machnął łapą na znak, by wyszli już z jaskini.
Gdy tylko znaleźli się na zewnątrz, rozpoczęli wielką burzę mózgów. Trzeba było bowiem opracować plan poszukiwania cukierków. Było kilka miejsc, które musiały zostać obowiązkowo przeszukane. Dlatego też musieli wziąć pod uwagę je wszystkie.
- Myślę, że powinniśmy zacząć od jeziora - zaproponował w końcu Ash.
- Tego tuż w pobliżu gór?
- A od jakiego by innego? Na pewno nie będzie tam wielu szczeniaków. Sam wiesz, że nie wszystkie mogą się tam same wybierać - dodał.
Raven przemyślał ową propozycję. Jego przyjaciel logicznie myślał i za to między innymi tak go uwielbiał. Czasami wręcz przerastał go inteligencją, lecz ta historia nie mówi o tym. Tuż po ustaleniu pierwszego celu wyprawy, oboje ruszyli w drogę, nie marnując czasu. Oboje mieli nadzieję, że na swej drodze napotkają chociaż jednego strasznego stwora, by móc opowiedzieć o tym reszcie stada. Kto wie, może wreszcie uwierzą w wiarygodność Halloween?

C.D.N
______________________________________
Witam, witam. Widzę, że ostatecznie nikt nie zajął się konkursem na opowiadanie Halloweenowe, więc stwierdziłam, że chociaż ja coś napiszę, tak od siebie. Na razie jest to początek, a kolejna część powinna się pojawić najpóźniej w sobotę. Chwilowo nic ciekawego się nie zadziało, ale to się jeszcze może zmienić 8)

Trudne sprawy - Odcinek któryś tam. [Cheese]



Występują:

Chaps- Ojciec
Luffiera- Matka
Lena- Córka
Bella- Córka
Jack- Tajemniczy sąsiad
Lorens- Policjant
Ravel- Bezdomny

W niewielkim miasteczku obok Radomia mieszka rodzina Sandomierskich. Chaps jest głową rodziny, wiecznie zapracowany, zaś Luffiera jest gospodynią. Małżonkowie mają dwie córki, Lenę i Bellę. Lena ma szesnaście lat, a Bella czternaście. Obie dziewczynki chodzą do szkół, mają dużo znajomych, często nie słuchają się rodziców i robią co chcą. Pewnego dnia, Luffiera wracając z zakupów spotyka przystojnego, młodego mężczyznę, którego jeszcze tutaj nigdy nie spotkała. Sandomierscy i reszta mieszkańców zna się chociażby z widzenia, jednak tego mężczyznę Luffiera nie mogła za nic na świecie skojarzyć. W pewnym momencie Luffierze wypadły jabłka z reklamówki, które zaczęły zabawnie turlać się po chodniku. Tajemniczy mężczyzna widząc to od razu zabrał się za zbieranie jabłek, po czym podszedł do Luffiery i wręczył jej wrzucając owoce do reklamówki.
-Dziękuję. -Powiedziała lekko zmieszana kobieta.
-Nie ma za co. Takiej ślicznej Pani to mógłbym zawsze pomagać. -Mężczyzna puścił do niej oczko nie odwracając od niej wzroku.
Luffiera nic nie odpowiedziała tylko zawstydziła się. Przecież miała męża i dzieci, więc nie mogła sobie pozwolić na podryw. Skinęła tylko głową w geście podziękowania, po czym poszła przed siebie zupełnie ignorując mężczyznę.
Luffiera wypowiadająca się do kamery: "Co on sobie myśli, że znalazł sobie panienkę na podryw? Przecież mam kochanego męża i dwie wspaniałe córeczki. Ja się pytam, co to miało być i kim do cholery jest ten facet?!"
Mężczyzna postanowił nie poddawać się, chciał za wszelką cenę wiedzieć, gdzie mieszka kobieta. Szedł w dalekiej odległości za Luffierą, nie spuszczając z niej wzroku. Widząc, że ta wchodzi do domu, wyjął szybko komórkę i zaczął robić zdjęcia z ukrycia.
Jack wypowiadający się do kamery: "Taka piękna kobietka musi być moja! W końcu uda mi się ją zdobyć! Ja jeszcze tu wrócę!"
Jeszcze tego samego dnia, wieczorem tajemniczy mężczyzna postanowił odwiedzić Luffierę. Na tą okazję kupił czerwone wino, które było zapakowane w ładną, ozdobną torebkę. Miał nadzieję, że Luffiera w końcu przekona się do Niego, jednak było zupełnie inaczej...
Puk puk *pukanie do drzwi*
-Idę otworzyć. -Powiedział Chaps wstając z kanapy.
Chaps wypowiadający się do kamery: "Kto to może być o tej porze? Przecież nikogo nie spodziewamy się."
-Tak? -Chaps otworzył drzwi zerkając na mężczyznę nieco zdziwiony.
Jack wypowiadający się do kamery: "No nie.. Ona ma męża? Przecież widzę, że ten facet ma obrączkę! A myślałem, że spędzę z nią miły wieczór.. Chociaż... mam pewien pomysł."
-Dobry wieczór, jestem nowym sąsiadem tu w okolicy, dopiero przeprowadziłem się, więc pomyślałem, że przyjdę w odwiedziny by poznać nowych sąsiadów. -Uśmiechnął się szarmancko podając dłoń w kierunku Chapsa.
-Witamy, proszę wejść. -Chaps odwzajemnił uścisk mężczyzny zapraszając tym samym do środka.
Jack rozgościł się rozglądając się uważnie po domu. Podał wino Chaps'owi, aż nagle zauważył Luffierę, Ta widząc go, osłupiała. Nie miała ochoty rozmawiać z nim, więc poszła na górę do sypialni.
Luffiera wypowiadająca się do kamery: "Co on tutaj robi? Jak ma czelność tutaj przychodzić i pić z moim mężem wino. To jest nienormalne! Poza tym.. skąd on wie, gdzie ja mieszkam?!"
-Ahh wie Pan, moja żona nie ma dziś nastroju na rozmowy, przepraszam za nią. -Chaps wziął kieliszek biorąc kolejny łyk wina.
-Nic się nie stało. Nie przedstawiłem się, jestem Jack. -Mężczyzna uśmiechnął się nalewając wino do szklanki.
-Jack! Mogę Ci mówić po imieniu, co? Znamy się nie od dziś brachu!
Po mężczyznach najwyraźniej było widać, że są już podpici, ponieważ zaczęli śpiewać piosenki. Zainteresowane - Lena i Bella wyszły ze swoich pokoi by zobaczyć co tam w salonie się dzieje.
-Tato? -Zapytała Lena widząc ojca podpitego.
-O córeczki! Chodźcie poznajcie mojego przyjaciela Jack'a! -Machnął ręką w kierunku córek.
Lena tylko pokręciła głową idąc wracając do pokoju, zaś Bella podeszła i przedstawiła się.
-Hej, jestem Bella. -Uśmiechnęła się słodko.
-Jaka piękna jesteś! -Jack zaczął zachwycać się Bellą.
Lena wypowiadająca się do kamery: "Co za dziwolągów ojciec tutaj sprowadza! Nie dziwię się, że mama nie chciała z nim rozmawiać, a Bella? Aż brak mi słów."
-Mają urodę po mnie. -Chaps wskazał ręką na siebie będąc dumny z córki.
 Mężczyźni balowali do późna w nocy. Chaps, pomimo to, że krótko zna Jack'a od razu go polubił i znalazł w nim dobrego kompana do rozmowy i do .. picia.
Dzień później Lena wraca ze szkoły spotykając po drodze Jack'a. Po jej twarzy można było poznać, że jest wkurzona, jednak widok samego mężczyzny jeszcze bardziej ją zdenerwował.
-Witaj Lenko piękna. -Jack objął swoją prawą ręką ramię Leny.
-Odczep się zboczeńcu! Najpierw moją mamę podrywasz, potem siostrę a teraz mnie?! -Powiedziała lekko oburzona strącając z siebie rękę mężczyzny.
-I tak wiem, że podobam Ci się. -Jack puścił oczko przesyłając w stronę Leny słodkiego całuska.
Lena bez wahania zaczęła biec w stronę domu.
Jack wypowiadający się do kamery: "Przecież wiem jak działam na kobiety, ehh żadna mi się nie oprze. Ja jeszcze je wszystkie będę miał!"
Lena wróciwszy do domu opowiedziała o wszystkim matce rzucając torebką w kąt ze zdenerwowania. Emocje poniosły, jednak nie tylko samą Lenę, ale i Luffierę.
-Nie odpuszczę mu! Idę powiedzieć temu typkowi by odczepił się od mojej rodziny. -Zbulwersowana Luffiera założyła buty, po czym wyszła z domu i zaczęła iść przed siebie mając nadzieję, że spotka Jack'a. I nie myliła się. Ujrzała Jack'a zagadującego do innej, młodej kobiety. Luffiera bez żadnych skrupułów dała plaskacza Jack'owi.
-Przepraszam panią. -Powiedział do kobiety obok, po czym odszedł na bok by porozmawiać z Luffierą.
-Kochanie, ja wiem, że podobam Ci się, ale nie rób mi takich scenek gdy rozmawiam z koleżanką. -Jack próbował pocałować Luffierę.
Jack wypowiadający się do kamery: "Ona mnie kocha! Kochana Luffiera jest o mnie zazdrosna!"
-Odczep się od mojej rodziny raz na zawsze, rozumiesz? Jeżeli jeszcze raz zbliżysz się do mnie, moich córek czy męża to zadzwonię na policję! -Powiedziała ze złością w oczach odpychając Jack'a, tak by uniemożliwić pocałunek.
Nagle coś poruszyło się w krzakach obok robiąc przy tym głośny huk. Luffiera i Jack od razu podeszli do krzaków, by sprawdzić co tam się dzieje.
Bum bum.
-Ło jezu moja głowa. -Staruszek próbował wstać, lecz nie mógł.
-Nic panu nie jest? -Zapytała Luffiera.
Oboje pomogli dla starca wstać tym samym próbując dowiedzieć się czegoś więcej o nim. Mężczyzna, który przewrócił się był w podartych ciuchach , brudny jak i czuć było od niego specyficzny gnilny zapach.
-Dziękuję dzieci wy moje dobre. Jestem Ravel i nie mam domu. Spałem sobie tutaj w krzakach i szukam jedzenia. -Starzec podrapał się po brodzie siadając na pieńku.
-Nie ma sprawy, zawsze do usług. -Jack podał rękę w kierunku Ravel'a.
-Jak wy pięknie razem wyglądacie kochani, życzę Wam długiego, radosnego życia! Dbajcie o siebie i kochajcie się. -Ravel uśmiechnął się do Jack'a i Luffiery zupełnie nie wiedząc o tym, że owe osoby nie są małżeństwem czy też parą.
Ravel wypowiadający się do kamery: "Jaka ta młodzież teraz jest mądra i nawet pomoże! Nie wiem co bym bez nich zrobił."
Jack zaproponował Ravel'owi nocleg u siebie do czasu, aż ten nie znajdzie sobie mieszkania. Luffiera wróciła do domu... Tyle czasu zleciało, a nie przygotowała nawet obiadu. Chaps nie był zadowolony z tego powodu, zaczął robić awanturę Luffierze.
-Gdzie obiad? Zawsze był, a teraz co? I gdzie Ty w ogóle byłaś?! -Zapytał zdenerwowany Chaps.
-Chaps, miałam parę spraw do załatwienia. -Kobieta nadal ukrywała, że Jack to zwykły zboczeniec i podrywacz.
-Taa... sprawy, dobra idę do baru coś zjeść, po drodze wezmę mego najlepszego przyjaciela -Jacka!
Chaps wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Załamana Luffiera usiadła na kanapie i zaczęła płakać. Lena i Bella słysząc całą kłótnię rodziców, postanowiły pocieszyć matkę.
Chaps wypowiadający się do kamery: "Co to ma być? Zawsze był przygotowany obiad, a dzisiaj co ja dowiaduję się? Że nie ma! Luffiera od paru dni jest jakaś inna, ale to, że ma okres czy coś to nie znaczy, że ma mieć nas gdzieś!"
Małżonkowie nie odzywali się do siebie przez kilka dni, aż nagle któregoś dnia pod nieobecność Chaps'a i dzieci ktoś zapukał do drzwi. Luffiera poszła sprawdzić kto to był, lecz kiedy otworzyła drzwi zauważyła wielki bukiet czerwonych róż, a z nimi stał... Jack.
-Dzień dobry. Wpuścisz mnie do środka? -Zapytał podając bukiet róż dla Luffiery.
-Wyjdź stąd, mówiłam coś byś Nas zostawił w spokoju! -Wzięła kwiaty rzucając pod nogi mężczyzny.
-Proszę porozmawiajmy, to nie zajmie nam długo. -Spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
Luffiera wypowiadająca się do kamery: "Nie wiem po co ten głupek tutaj przyszedł. Powiedziałam mu coś by odczepił się, jednak skoro to nie poskutkowało to wpadłam na pewien pomysł."
-Dobra, ale nie na długo. -Luffiera przesunęła się na bok tak by wpuścić Jack'a do domu.
Oboje rozmawiali o wszystkim i o niczym, aż nagle Jack zaczął całować Luffierę. Ta zaczęła przekręcać głowę na boki mówiąc.
-Poczekaj, pójdę do toalety przebrać się w inne ciuchy. -Uśmiechnęła się chytrze idąc do toalety.
-Dla mnie możesz i być bez ciuchów! -Zaśmiał się głośno Jack kładąc na kanapie.
Jack wypowiadający się do kamery: "W końcu Luffiera jest moja! Tak długo na to czekałem, ale wiedziałem, że na mnie leci!"
Luffiera wchodząc do toalety wyjęła komórkę z kieszeni, po czym wykręciła numer "997"
-Halo? Policja? Proszę przyjechać na... (Piiip) mężczyzna chce mnie zgwałcić, szybko! -Powiedziała rozłączając się.
Kobieta posiedziała jeszcze przez parę minut w toalecie, aż nagle Jack zaczął niecierpliwić się wołając.
-Kochanie! Długo jeszcze?! -Zapytał.
-Za chwilkę wyjdę, poczekaj. -Odpowiedziała mu.
Puk puk.
Nagle do drzwi zaczął ktoś pukać, Jack wstał i otworzył drzwi. To co zauważył za drzwiami, był lekko zdziwiony.
-Witam. Z tej strony sierżant Lorens. Dostałem zgłoszenie pod ten adres, że ktoś chce zgwałcić w tym domu kobietę.
-To musi być pomyłka! Na pewno Pan policjant pomylił adresy. -Przewrócił oczyma Jack.
Nagle do domu wróciły dziewczynki. Lena widząc policjanta i Jack'a postanowiła powiedzieć o ostatniej zaistniałej sytuacji.
-Panie policjancie.. Ten pan ostatnio nachodzi moją mamę i mnie. Zróbcie coś z nim.
Jack wypowiadający się do kamery: "Co tu się dzieje? Co robi ten policjant tutaj? Czy to jakaś podpucha?!"
-To prawda. -W tym momencie ze schodów zeszła Luffiera. Widząc policjanta od razu zaczęła z nim rozmawiać przedstawiając mu zaistniałe sytuacje jakie miały miejsce z przed kilku dni.
-Jest Pan zatrzymany, proszę wziąć swoje rzeczy i idziemy do samochodu. -Oznajmił policjant wyczekując na mężczyznę.
-Dziękuję bardzo za szybką interwencję. -Powiedziała Luffiera odprowadzając wzrokiem Jack'a.
Luffiera wypowiadająca się do kamery: "W końcu ten koszmar się skończy! Jack odczepi się od Naszej rodziny raz na zawsze!"
Jack został ukarany za nachodzenie, od dziś nie ma prawa zbliżać się do rodziny Sandomierskich. Gdy Chaps dowiedział się o tym, natychmiast zerwał wszelkie kontakty z Jack'iem. W końcu rodzina Sandomierskich może czuć się bezpieczna.

Koniec.

***********
I jak Wam podobało się? Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem tymi tekstami, a miało to na celu rozśmieszenia Was. Czekam na komentarze i opinie na temat tych "Trudnych Spraw". To właśnie miało być to, co już wcześniej obiecywałem, czyli coś specjalnego. Jeżeli chcecie więcej takich opowiadań to piszcie <D
Osobiście to śmiać mi się chce jak to czytam, haha xD
Pozdrawiam Was, Seru ;3

PS: Jak będzie 10 komentarzy , to piszę kolejny odcinek. ;3 - tak na zachętę

Wojna cz. VIII. [Allex]

Treść zadania:

Gdy Ragnar przynosi do Ciebie Shada, starasz się mu pomóc, jak tylko możesz. Zadane rany były jednak zbyt dużei jedyne, co mogłaś zrobić to albo skrócić mu cierpienia albo jak najdłużej utrzymać przy życiu. Czego nie wybrałaś, ostatecznie Shad umiera. Tymczasem przybywa do Ciebie Cheese z informacjami, które niezwłocznie pędzisz przekazać Lorens’owi. Udaje Ci się umknąć paru psom z wrogiego stada, na których się natknęłaś i odnaleźć. Powiadamiasz go o zaistniałej sytuacji.

There, on a hill among the rocks ,
Old cross once stood ,
Symbol of shame , suffering and torment.
But I love the cross,
Where is my Saviour and Master ,
His captors gave to your hands

Ziewnęła zakładając łapę na łapę i patrząc przed siebie w dal. Wojna już dość długo trwała, a do niej ciągle było coraz więcej rannych. Jaskinia medyka w, której się znajdowała była ciepłym pomieszczeniem obitym skórą. Na ścianach były zawieszone zioła i trawska. Trochę głębiej była ściółka leśna wyłożona tak by rannym było wygodnie. Obok posłań był „stół operacyjny” na, którym trafiał każdy ranny pies. Od ciężarnych suczek rodzących po starych dziadków umierających. Niby spokojny dzień z tej strony terenów ale tam w lesie i na polanie był rozlew krwi.. Pokręciła łbem wstając i przyglądając się rannym . Podpatrzyła jednemu pod opatrunek sprawdzając jak się rany goją i mówiąc podnoszące na duchu słowa. Innego się wypytywała jak się czuje. Robiła następna porcje leków by podać pacjentom. Po chwili usłyszała przywitanie. Podała pacjentowi lek i odwróciła się. Był to Ragnar. Uśmiechnęła się delikatnie widząc Brata 
- Witaj Rag –Oblizała kły– Połóż go tutaj – Wskazała na prymitywny stół operacyjny. 
- Mogła byś się nim zaopiekować? Zaatakowało go kilka psów.. Ledwo co dał rady. Ja nie wiedziałem bo musiałem Nurki odnieść do Cheesa – powiedział powierzchniowo. Słuchała go i opatrywała rany. 
- No powiem Ci, nie za dobrze te rany wyglądają- Mruknęła – Dobrze zaopiekuje się nim. Tylko powiedz jak się nazywa – Uśmiechnęła się podchodząc do koszyczka z naczyniami. Wsypała tam kilka ziół i wlała wodę. Wymieszała dokładnie dając obu do wypicia – Na wzmocnienie – oblizała truflę nakładając maź na rany. 
- Shad – Oblizał się po czym odstawił naczynie. – Przepraszam Cię Allex ale musze już iść na pole bitwy innym dopomóc – Uśmiechną się przepraszająco po czym wyszedł. 
- Uważaj na siebie ! – Krzyknęła nakładając gips na złamaną łapę Shada. 

On the eternal sleep leaving already ,
In the depths of the underworld swim before the Supreme Throne .
He called you there earthly destination voice.
And our hearts are crying , sorrow and despair ,
Because you're going to the land where you do not return anymore.

Godzinę opatrywała samca. Mimo to wszystko szło na marne. Pies coraz ciężej oddychał. Rany zamiast się zamykać wciąż krwawiły. Samiec czul tylko ból. Tracił przytomność. Zbyt dużo już krwi stracił. Albinoska westchnęła. Pogładziła psa po głowie i dopowiedziała kilka potrzepujących słów. Wymruczał prośbę o zabicie. Przestraszyła się trochę ale wiedziała że on ma racje. Zachowała zimną krew i wbiła mu zęby w szyje. 
To była tylko chwila. Białe kły gładko wsunęły się z mięśnie samca przyprawiając co o lekkie ukłucie. Krew trysnęła. Przebiła tętnice. Pies wyszeptał ciche Dziękuje i oddał swój ostatni oddech. Oderwała się od samca Uśmiechając się lekko. 
- Niech Cię dobre duchy pilnują w tej wiecznej podróży – Wymruczała. Samka Bowiem nie wierzyła w jednego stwórcę. Jej wiara oparta była na Dobrych duchach które pomagają innym oraz na Złych Duchach – Wysłannikami Bezimiennego.  Poprosiła jednego rannego który był w stanie pomóc samce wziąć ciało i pochować na cmentarzu. Na pożegnanie sprzymierzeńca zawyła po czym wróciła do Jaskini. 

Once you die .
My eyes shut .
And then - his
Sad , surprised ,
Very open .

W Jaskini z niecierpliwością czekał już Cheese. Nie miał z byt szczęśliwego wyrazu pyska. Zaniepokoiła się. 
- Cześć Cheese. Coś się stało? – Zapytała zaniepokojona.
-Słuchaj Allex, jak wracałem z lasu to spotkałem dwa psy. Jeden był bodajże rasy Border Collie, a drugi jakiś nieco większy, ale nie wiem jaka to rasa. Wyglądali mi na szpiegów ze Stada Nocy. Trzeba powiadomić myśliwych jak i stróży by zaczęli patrolować tereny. Sam Choco nie wystarczy, bo mogą podejść nas od każdej strony. Powiadomisz Lorensa? – Zapytał niecierpliwie machając ogonem.
- Jasne – Uśmiechnęła się delikatnie. Wciąż mając traumę po zabiciu Shada. 
- Dzięki Ci bardzo ! Ja już idę bo Nurki ranna na mnie czeka – Powiedział szybko biorąc zioła w pysk i odchodząc. Zachichotała po czym pokręciła głową. Sprawdziła wszystkim opatrunek dała ponownie dawkę lecznicą jednemu psu po czym wyszła z jaskini. Ruszyła w las.

Położyła uszy po sobie słysząc wkoło siebie powarkiwania, szczekania i piski bijących się psów. Wreszcie wybiegła na skraj polanki w lesie. Okrążyła ją wiedząc że przechodząc przez środek mogła by zostać zaatakowana. Znów ruszyła biegiem przez las przybierając długimi łapami. Przemknęła pod kłodą i zamarła. Usłyszała szepty i chichoty psów. Wonie jakie wyczuła nie były jej znane. Był to wróg. Widocznie jakiś patrol który nie uważał ponieważ przechodził ścieżką obok. Ostrożnie i cicho stawiała kroki by Ci tylko jej nie usłyszeli. Gdy oddaliła się na wystarczająco daleko znów ruszyła pędem. Kilka razy została zauważona przez wrogów lecz Ci zostali zaatakowani przez naszych wojowników co dało jej możliwość do umknięcia walki. 

Albinoska nie mogła znaleźć Myśliwego. Obiegła wszystkie miejsca poza Główną polaną. Na śmierć o tym zapomniała ! Szybko ruszyła w tamą strone. Biegła ile sił jej jeszcze zostało. Widząc wyjście z lasu na polane zwolniła troche by zwęszyć Lorensa. Wreszcie go zauważyła i podeszła do niego. 
- Pssst! Lorens ! Chodź tu – Powiedziała cicho za krzaków – Mam do Ciebie bardzo ważną wiadomość. Cheese idąc po zioła napotkał się na 2 psy z tego wrogiego stada. Wyglądały na szpiegów. Jeden to Broder Collie a drugiego nie mógł rozpoznać. Choco nie wystarczy bo mogą podejść z każdej strony. Mógłbyś ich wytropić ? – Przez cały czas nie wzięła ani oddechu. Wreszcie łypiąc powietrze oczekiwała na odpowiedz Myśliwego. Ten się zgodził. Uśmiechnęła się i podziękowała. Zawróciła kierując się do swej Jaskini. 

~*~
Pałka dla Lora

Wstawiam opowiadanie na wojnę Allex, która zechciała napisać mimo to iż odeszła. Dzięki Allex,

The horse whisperer, cz. 1 [Jack]

Pamiętam to miejsce. Pamiętam jego spokój i połacia zielonej trawy. Pamiętam rozległą przestrzeń i zachodzące słońce. Pamiętam jej śmiech wirujący w samochodzie wspólnie z nutą muzyki i porywistym wiatrem. Pamiętam jej błyszczące oczy. Wszystko pamiętam. Tylko tam chciała ze mną jeździć i tylko tam mogłem ją zabrać, by nie narażać się na zdegustowane spojrzenia jej rodziców. Zabawne, prawda?

 Wypadła z auta nim jeszcze zdążyłem na dobre postawić Mercedesa pod stajnią. Nie potrafiła usiedzieć w fotelu dłużej niż to potrzebne. Zapewne wyskoczyłaby już przed bramą wjazdową, gdybym nie jechał zbyt szybko. Czasem nabierałem chęci, by zamknąć auto od wewnątrz i wypuścić ją wtedy, kiedy ja będę miał na to ochotę. Choleryczny despota lubujący w sadyzmie i szkockiej whisky... 

Nic dziwnego, że jej matka patrzyła na mnie jak na pogromcę dziewic, a ojciec zapewne tylko czekał na pretekst, by wbić mi w gardło swoją zabytkową brzytwę do golenia. Mimo wszystko ONA mnie kochała, więc czymże miałyby być dla mnie te wszystkie niewerbalne groźby? Czym miałyby być dla zakochanego na zabój Nathaniela Crowa gniewne spojrzenia opiekunów rzucane za plecami jedynej córki? Były dla mnie niczym. Dlatego za każdym razem śmiało przekraczałem próg ich domu ze świadomością, że nie jestem tam mile widzianym gościem, dlatego zuchwale patrzyłem w oczy gospodarzowi, dlatego bezczelnie chwytałem dłoń Tatiany zawsze, gdy widziałem, że mają mnie na oku. Na domiar złego zbyt szarmancko obchodziłem się z żoną pana McGrove, za co raz udało mi się wylecieć przez okno. Nie, to nie żart, ten gość wyrzucił mnie do ogrodu kiedy zbyt natrętnie kręciłem się obok jego uroczej małżonki. Wszystko, żeby tylko podnieść mu ciśnienie. To był mój chleb powszedni.

Wracając do tematu, w samochodzie zostawałem sam i zazwyczaj ucinałem sobie wtedy drzemkę, bądź paliłem szlugi, czekając aż moja dziewczyna skończy jazdę. Zazwyczaj Tatiana wracała do mnie po godzinie, góra dwóch, lecz tym razem doczekałem się jej już po dziesięciu minutach... Była cała we łzach. Nie powiem, żeby poruszyło mnie to do głębi, bo niby co mogło się stać? Padł jej ulubiony koń? Pies połamał łapę? Omijało mnie to, to był jej świat, nie mój. Ja bezwłasnowolnie stałem się jego częścią, kiedy wybrałem ją sobie na obiekt westchnień. Zgniotłem kiepa w popielnicy, spojrzałem na siedzącą na masce brunetkę i wysiadłem z wozu, zamykając drzwi. Kaszlnąłem, zbliżając się do przykurczonej sylwetki dygocącej w spazmach płaczu. Spróbowałem dotknąć jej ramienia, jednak odtrąciła mnie szybciej niż zdążyłem na dobre wpić palce w materiał jej kamizelki. Była ognista i wściekła. Chyba tę porywczość lubiłem w niej najbardziej. Ceniłem też jej niezależność. Nigdy mi nie ulegała moim urokom, może dlatego tak traciłem dla niej głowę? Trudno powiedzieć. Odchrząknąłem chrypę zalegającą na krtani, po czym usiadłem obok i tym razem bezapelacyjnie objąłem ją ramieniem, przyciągając ku sobie. Wiedziałem, że nie będzie już odstawiać scen, była na to zbyt dumna. Oparła policzek o mój tors. Pogładziłem więc jej cudowne włosy, po czym zanurzyłem w nich palce, aż w końcu nawinąłem sobie miękki, pachnący kosmyk na kciuk. Spojrzałem na nią z góry.
- No więc? - zawsze zaczynałem i kończyłem w ten sam oklepany sposób - Co się stało? Wiesz dobrze, że się nie domyślę, dopóki mi nie powiesz.
- Ty to w ogóle mało jesteś domyślny, Nathaniel. - a ona zawsze odbijała piłeczkę. Odbiła ją nawet teraz, ścierając piąstkami łzawe ślady spod oczu. Bawił mnie ten widok. Była tak krucha, a chciałaby sama zwojować świat...  

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nie skraca imienia. Kiedyś ją o to zapytałem. Odpowiedziała, że wypowiada imię w całości, ponieważ należy do mnie i jest dzięki temu najwspanialszym imieniem na świecie... Jej dziecięca naiwność potrafiła skutecznie rozbroić nawet mnie i moje zziębnięte serce.

Odczekała chwilę, nim zaczęła mówić. Zawsze potrzebowała czasu by ochłonąć i uporządkować pędzące myśli. Nie wiedziałem jak można się tak przejmować. W ciągu tych osiemnastu lat uroniła już chyba tyle łez, że po filtracji wystarczyłoby tego aby napoić połowę afrykańskiej osady.
- Zarządca chce oddać rzeźnikowi ogiera, na którym jeżdżę.
- I to dlatego moczysz mi koszulę? - mruknąłem zaskoczony. Przecież w tej cholernej stajni stało jeszcze z dwadzieścia innych koni! Dopiero po chwili dostrzegłem jak Tatiana mi się przygląda. Gdyby spojrzenia mogły zabijać leżałbym już martwy pod ogrodzeniem parę metrów dalej. Na szczęście nie zabijały, a ja wciąż cieszyłem się życiem. Puściłem ją wreszcie, czując że nie wygram tej bitwy. Wiedziałem czego ode mnie wymaga i zamierzałem wziąć sprawę w swoje ręce. Bo kto mógłby być bardziej przekonujący ode mnie i od moich pięści? Wreszcie odrobina rozrywki!
- Porozmawiam z nim. - uśmiechnąłem się parszywie do swoich myśli, wstając. Czarnowłosa zganiła mnie spojrzeniem, jednak nie dostrzegłem tego. Mimo wszystko wiedziałem, co chce mi powiedzieć: "Tylko nie przesadź z perswazją, Nathaniel." Ruszyłem więc w stronę budynku, odpinając mankiety. 
 Widok, który zastałem u wyjścia ze stajni niemniej mnie zaskoczył. Przede mną rozpościerał się padok, na którym mężczyzna walczył z rozwścieczonym ogierem w tumanach kurzu. Człowiek nie miał żadnej kontroli nad tym potężnym zwierzęciem. Dawał złudne wrażenie panowania nad sytuacją. Trzymał rozpędzone 700 kilogramów na paru metrach dziwnego paska. Po chwili leżał już z gębą w piachu i to już zaskakujące nie było. Koń na uwięzi zachowywał się jak zdziczały. Rżąc i podbijając zadem odgalopował kawałek od stajennego. Poparskiwał nerwowo pod chrapą, nie spuszczając z niego szeroko otwartych ślep. Dopiero teraz poczułem swego rodzaju respekt dla tych istot. Równie piękne, co niebezpieczne i silne, mogłyby uchodzić za ideał stworzenia.
Ocknąłem się po dłuższej chwili obserwacji żałosnych prób pochwycenia gniadosza. Doszedł mnie bowiem głos zarządcy, z którym to miałem porozmawiać. Okręciłem więc łeb w jego stronę, podszedłem i uścisnęliśmy sobie ręce.
- Nazywam się Nathaniel Crow, proszę pana. Ponoć chce się pan pozbyć tego konia.
Widziałem ten błysk w jego oczach, chyba był gotów oddać mi go od razu.
- A jest pan nim zainteresowany, panie Crow? - potarł energicznie swój okazały wąs.
- Nie zależy mi na kupnie, natomiast Tatiana bardzo chciałaby dalej na nim jeździć.
Tym razem na jego owalnej mordzie wymalował się wyraz zdumienia. Chwycił mnie za ramię i obrócił w stronę oszalałego ogiera. Natychmiast zdałem sobie sprawę z tego, jak absurdalnie zabrzmiały moje słowa. On był niebezpieczny, w życiu nie wsadziłbym na niego tak drogiej mi osoby. Ściągnąłem brwi, postanawiając brnąć w to dalej.
- Mimo wszystko, uczyła się na nim wcześniej. Co się z nim stało?
Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę, jakby badawczo. Zupełnie jakby miał zamiar odgadnąć, co chodzi mi po głowie, skoro nie chcę kupić od niego tego końskiego szaleńca.
- Hiram - tak miał chyba na imię ów szaleniec - był swego czasu na prawdę łagodny. Buzuje agresją odkąd uległ wypadkowi podczas transportu koniowozem.
Skinąłem jedynie głową, mrużąc oczy. A więc mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem traumy, pomyślałem. Rozmówca kontynuował.  
- Nie nadaje się do jazdy, obżera mnie darmo. Nie mogę sobie dłużej na to pozwalać. Chyba pan rozumie, panie Crow?
- Nie, nie rozumiem. Zwierzęta to nie szmaty, które z chwilą wyjścia z użycia po prostu się wyrzuca. 
- Proszę? - znów spotkałem się ze zdumieniem.
- Koń cierpi i okazuje to agresją. Usiłuje zwrócić na siebie uwagę. Próbował mu pan pomóc? - rany boskie, ja chyba kompletnie oszalałem. Do czego dążyłem? Do terapii psychologicznej?! Zarządca osłupiał i wcale mu się nie dziwiłem. Wiedziałem jednak, że skoro powiedziałem "A", muszę też powiedzieć "B". Z resztą, robiłem to dla Tatiany. Ona kochała tego konia. W życiu nie wybaczyłaby mi, gdybym pozwolił mu skończyć pod rzeźnickim nożem. Chyba byłem zdesperowany... Opasły facet przez chwilę stał przede mną zawieszony, z lekko uchylonymi ustami. 
- Co pan sugeruje, panie Crow? - odezwał się po dłuższej chwili psychiatry. W jego oczach zapłonął ogień, który śmiało mogłem interpretować jako niedowierzanie i pogardę dla mojej postawy. - Sądzi pan, że powinienem wysłać go do psychologa? To absurd! - był bliski pęknięcia ze śmiechu.
Usiłowałem trzymać się ram spokoju, mimo że właśnie deptano mi po godności. W co ja się wpakowałem? Trzeba było olać sprawę, Tatiana co najwyżej by mnie zwyzywała, popłakała i w końcu pogodziłaby się z rzeczywistością. Ale nie, ja wiedziałem swoje.
- Myślę, że psycholog nie będzie tu potrzebny. - zacząłem, biorąc wdech - Ten koń potrzebuje zaklinacza. Mogę się nim zająć. Zrobię to za darmo, a jeśli uda mi się go poskładać w całość będzie pan mógł dalej na nim zarabiać. Od rzeźnika natomiast nie dostanie pan za niego nawet złamanego grosza.
Chyba spodobał mu się ten tok myślenia, bo spojrzał na mnie jakby inaczej. Wziął tę koncepcję pod młotek i przez chwilę zastanawiał się nad moimi słowami. Skrzyżował ramiona na piersi.
- A co, jeśli nie uda ci się poskładać go w całość, panie Crow?
- Wtedy odpracuję u pana koszty jego utrzymania.
- Masz tydzień, Crow. Jeśli po tygodniu nie zobaczę poprawy koń pójdzie pod nóż, a Ty zaprzyjaźnisz się z widłami. Stoi? - wyciągnął ku mnie dłoń.
- Stoi. -
rzuciłem bez namysłu i uścisnąłem jego rękę w ramach niepisanej umowy. Natychmiast pożałowałem tego w duchu. Nie miałem bladego pojęcia o koniach. Spojrzałem w stronę ogiera, którego stajenni prowadzili we trójkę do stajni. On również na mnie spojrzał, a w jego ślepiach zobaczyłem tylko gniew. Wygląda na to, że właśnie załatwiłem sobie robotę przy gnoju na najbliższych parę miesięcy...
ŚWIETNIE.
____________________________________________________________
Mam nadzieję, że nie jest za długie. Jeśli zobaczę pod notką parę komentarzy powinienem spiąć się z drugą częścią. Nie lubię pisać dla siebie. 


Życie zdarza się raz. [Chaps

Na początku chcę przeprosić, iż nie udzielałem się. Po prostu czasu nie miałem, bo rok szkolny się zaczął ;-; Przepraszam jeszcze raz i obiecuje się poprawić.

-----------------

Pomyślicie sobie że życie w najlepszej hodowli golden retriever'ów jest takie piękne? Że masz wszystko co chcesz, najlepsze jedzenie, super wygodne legowiska?  Może i tak, masz to wszystko, ale tam nie jest za ciekawie. Ludzie uczą ciebie ciągle jakiś sztuczek, nie pozwalają się brudzić, mało zabawek.  No to co ja tam mam robić? Mam na imię Cake i jestem 5 miesięcznym szczeniakiem rasy golden retriever.W tej mojej hodowli nudziłem się ciągle, a później jeszcze bardziej bo moje rodzeństwo zostało sprzedane. Matki całe dnie nie było, chodziła na wystawy i konkursy. Przychodziła z medalami, pucharami, wstążkami późno w nocy. A ojciec? On tam się mną nie interesował. Nie wiem czemu. Pewnego z dni, gdy się nudziłem leżąc w swoim legowisku, usłyszałem pukanie do drzwi. Zaciekawiony uniosłem puchaty łeb, wlepiając wzrok w drewniane drzwi. Po chwili nastroszyłem uczy, słysząc moją panią schodzącą szybko po schodach. Już po paru sekundach klęczała przy mnie jakaś kobieta. Uśmiechała się do mnie ciągle, podała mi rękę. Pogładziła po głowie, zamachałem wesoło ogonem. Uniosłem się, przyglądając się dwunożnej z zaciekawieniem, swoimi czekoladowo-czarnymi oczami. Podrapała mnie za uchem, a po chwili znalazłem się w jej ramionach. Nie podobało mi się to na początku, wierciłem się i wyrywałem. Ale i tak po chwili zrobiło mi się dobrze. Może to dlatego że przytuliła mnie do siebie i podrapała po grzbiecie? Powiedziała ona coś do mojej właścicielki. Zaczęły rozmawiać. A ja? Leżałem tylko w ramionach tej pani, przyglądając się wszystkiemu dookoła. Byłem tak wysoko! Nagle, ta pani która mnie trzymała zaczęła iść do drzwi. Szybko założyła buty i wyszła. Nic w tym dziwnego nie było, gdyby nie to że ona mnie wzięła ze sobą! Bałem się potwornie, nie wiedziałem co robić, gdzie ona mnie niesie. Otworzyła bagażnik w swoim samochodzie, po czym włożyła mnie tam. A dokładniej do niebieskiego transportera. Zamknęła od niego drzwiczki, po czym bagażnik. Ruszyliśmy. Przez całą drogę leżałem skulony w kącie i piszczałem cicho ze strachu. Nigdy się tak nie bałem....
Po godzinie jazdy, auto zatrzymało się.  Ta Pani która mnie " porwała ", wyjęła mnie z samochodu. Weszliśmy do domu. Położyła mnie na ziemi. Niepewnie zacząłem się rozglądać. To jednak nie było porwanie....Ona mnie zaadoptowała. Podskoczyłem z radości. Przytuliłem się do nóg mojej nowej pani. 
Teraz wszystko się zmieniło. Robiłem co chcę, pozwalała mi się pobrudzić, kochała mnie i ciągle robiliśmy coś razem. Było, jest i będzie wspaniale. Wiem to. Skąd? Bo moja Pani to moja Najlepsza Przyjaciółka. Zawsze i na zawsze. 

------------

Takie tam krótkie opko wyskrobałem xd Nie patrzcie na tytuł, nie miałem pomysłu xD 
Ps. Poproszę nb do końca września. 

,,It's not a true love. It's a true love-hate'' cz.2 [Gaja]

Uniosłam z zaciekawieniem łeb. Ostatni z klanu węgorza? Niemożliwe. Tego klanu nie było już od wielu wieków wstecz. Nie rozumiałam, o co chodzi tajemniczemu przybyszowi.
- Ach tak. Myślę jednak, że ściemniasz, żeby mnie wykorzystać. Co nie? - powiedziałam i przybliżyłam się do ciemnego, chcąc wzbudzić w Rocie grozę. Ten jednak miał twarz z kamieniem i tylko lekko machnął ogonem ze zniecierpliwienia.
- Jestem ostatnim, powtarzam o s t a t n i m  z klanu węgorza. Moi krewni klanowi i wszelka moja rodzina już dawno zginęła. - powiedział, zaciskając zęby. Wiedziałam, że coś ukrywa, ale nie byłam jeszcze pewna, co takiego. Zamknęłam oczy i głęboko westchnęłam. Postanowiłam mimowolnie uwierzyć w wersję Rota.
- No dobrze, ale jak tobie udało się przeżyć? - zapytałam z pełną lekkością i bezbronnością w głosie. Chciałam w ten sposób wyrazić, iż się poddaję. Samiec najwidoczniej zrozumiał mój gest i chrząknął, nabierając pewności siebie.
- Cóż, od początku byłem jedynakiem. Moi bracia zginęli przy porodzie, tak samo matka. Ojciec nie miał co do mnie planów na przyszłość, byłem tylko marnym dodatkiem do jego życia. Pewnego dnia ojciec znalazł sobie nową partnerkę i postanowił rozpocząć życie na nowo. Był jedynym, który nie brał udział w tej...masowej kopulacji. Ale mnie zostawił. Nawet nie ruszył palcem, by coś ze mną zrobić. Jednego dnia był a drugiego...już go nie było. Poszedłem więc w świat, kompletnie bezbronny i zdezorientowany. Na szczęście, znalazła mnie pewna lisica i postanowiła się mną zaopiekować. Gdy jednak dorosłem, lisica zdechła i musiałem radzić sobie sam. Cóż, trochę pochodziłem tu i tam aż w końcu znalazłem pewne wskazówki, które kompletnie mnie zdziwiły. Okazało się, że mój tata i mama byli tak naprawdę ostatnimi z klanu węgorza. No i oczywiście, ja. Potem niestety znalazłem zwłoki mojego taty. Jednak nawet go nie pochowałem, nie był tego wart. - syknął. Widać było, że był całkowicie pochłonięty opowieścią o swoim życiu. Historia była całkiem wiarygodna, ale postanowiłam zachować neutralność w tej sprawie, więc tylko burknęłam coś pod nosem i przygryzłam dolną wargę.
- Pomóc ci w czymś? Czy nadal chcesz się tak włóczyć? - zapytałam, siadając na nieco ośnieżonym korzeniu dęba. Rott uśmiechnął się.
- Nie rozumiem, w czym masz mi pomóc. Klan jelenia? Wydaję mi się, że nie macie zbyt bogatego zasobu naturalnego, mam rację? A zresztą, co ja w ogóle gadam! Jak baba ma mi pomóc? - warknął sarkastycznie, siadając koło mnie. Jednym ruchem łapy nakazałam mu zostać w jednym miejscu.
- Nie ma za co. No dobrze, więc wracam do mego klanu. - powiedziałam, ruszając w stronę domu. Jednak kiedy już byłam w połowie drogi, zza rogu wyskoczył Rott i roześmiał się.
- Przestraszyłaś się? - zapytał z niewinnym uśmieszkiem na twarzy. Przewróciłam oczami. Pomyślałam, że ten młodzik zwyczajnie chce się nieco zabawić, więc popchnęłam go na śnieg i przygwoździłam do ziemi moimi silnymi łapami. Wilk zaczął się szamotać, aż w końcu to on mnie przewalił. Później ja, a później on. I byłoby tak dalej, gdyby naszej beztroskiej zabawy nie przerwało krakanie kruków. Wiedziałam, co to oznacza. Kruki odzywają się na tych terenach tylko wtedy, gdy zbliżają się niedźwiedzie. Co prawda niedźwiedzie nie żyją przeważnie w stadach, ale ten gatunek niedźwiedzia był wyjątkowy i rzadko spotykany, jak również śmiertelnie niebezpieczny. Żył też w stadach, a, jak wiadomo, w grupie cała siła. Poderwałam się więc szybko na nogi.
- Niedźwiedzie! - ryknęłam i rzuciłam się do ucieczki. Obejrzałam się przez chwilę na Rotta, ale on nawet nie drgnął. Zauważyłam, że jego oko było niemal szklane. Wilk patrzył się w miejsce, skąd przybywały niedźwiedzie. Był bardzo skupiony. Mimo niebezpieczeństwa, byłam niesamowicie ciekawa, czemu tak się zachowuje. Najbardziej więc, jak to było możliwe, dyskretnie weszłam do starej, opuszczonej nory lisa. Ledwo się zmieściłam, ale i tak moja głowa została na powierzchni ziemi, więc mogłam patrzeć na wilka. Przez chwilę nic się nie działo i ciemny jak siadł, tak siedział, ale potem przyszły niedźwiedzie. Odruchowo sierść najeżyła mi się na grzbiecie i cichutko warknęłam. Rott roześmiał się, widząc potężne stworzenia. Podszedł do nich i uśmiechnął się.
- Znalazłem. Jest z klanu jelenia. W dodatku jest taka piękna, że nikt jej się nie oprze. Mamy przynętę jak nic, chłopaki. Ale no bez obijania, łączcie mnie! - warknął, po czym zbliżył się do największego z niedźwiedzi i brutalnym sposobem wszedł do wnętrza niedźwiedzia. Skrzywiłam się z odrazą, ponieważ przy wykonywaniu tej czynności na śnieg wypłynęła ciemna krew i niektóre wnętrzności. Jednak to, co się następnie wydarzyło, przewyższało moje przypuszczenia. Niedźwiedź z Rottem unieśli się wysoko do góry i powstał oślepiający promień. Cofnęłam głowę ze strachu przed powalającym światłem. Następnie jednak z powrotem otworzyłam oczy i ujrzałam...Rotta, tyle że tak jakby w ciele niedźwiedzia. Taki wilk w niedźwiedziu. I o wiele większy. Prawie krzyknęłam, ale zdążyłam zasłonić pysk łapą. Jednak potem wydarzyło się coś gorszego. Rott zaczął iść w moim kierunku. Widział mnie, wiedziałam to. Zaczęłam kulić się, ale wiedziałam, że to i tak nic nie pomoże. Zacisnęłam zęby i wtedy Rott złapał mnie w swoje szpony po czym ugodził pazurem. Przeszył mnie ogromny ból, a potem wszystko zrobiło się ciemne. Ostatnie, co usłyszałam były jedynie słowa Rotta.
- Nie jestem z klanu węgorza, maleńka. Jestem z klanu szatana.
............................................................................................................................................
No i kolejna część opowiadania. Nie ma obrazków, bo wolałam opisy. Za krótkie, bo miało takie być. Z drobnymi błędami, bo wiadomo, nie można mieć wszystkiego.
A tak właściwie, to mój zamiar dotyczący napisania tego opowiadania sięgał dalszych terminów, ale zauważyłam, że znowu blog ustał na pewien czas, więc postanowiłam coś dodać.
W gazetce pojawił się mój konkurs, może ktoś weźmie udział? :D
A w radiu pojawiła się nowa top lista. Zapraszam do dodawania nowych propozycji piosenek!
No i psycholog... śmiało, piszcie swoje problemy, na pewno pomożemy ;)
I to by było na tyle z informacji. Miłego dzionka, kochani!
Bye ;*

//Gaja

Scio me nihil sciere. [Sasha]

Zadziwiający jest nasz organizm. Tak wiele wiemy o świecie w którym żyjemy, a tak mało o nas samych. Jak to właściwie jest, że odczuwamy emocje? Smutek, żal, miłość, ból, zakochanie, poczucie winy... Jak to właściwie jest, że istoty takie jak my potrafią myśleć? To w jakiś sposób jest uciążliwe. Lepiej byłoby być istotą bezrozumną, nie mielibyśmy wtedy takich problemów jak rozważanie nad sensem istnienia. Nie musielibyśmy się martwić o to, czy zranimy kogoś, czy nie. Kierowalibyśmy się wtedy instynktem i dążylibyśmy jedynie do przetrwania oraz przedłużenia istnienia na świecie naszego gatunku. Nie odczuwalibyśmy straty, kiedy ktoś zniknąłby z naszego życia. Nie musielibyśmy okłamywać samych siebie, że wszystko będzie dobrze, że zawsze prędzej, czy później uda nam się wyjść na prostą. Nie musielibyśmy udawać przed innymi i przed samym sobą, że niczym się nie przejmujemy, że jesteśmy twardzi i nic nas nie rusza. Nie udawalibyśmy, że nie odczuwamy emocji, ponieważ wcale by one dla nas nie istniały. Nie byłoby takich sytuacji, że ktoś w kimś się nieszczęśliwie zakochuje, bez wzajemności. Ważna byłaby tylko kopulacja między sobą, utrzymanie gatunku. Przetrwanie byłoby najważniejszym aspektem w naszym życiu. Życiu, które byłoby jednym wielkim survivalem. I tak właściwie rodzimy się po to, żeby w końcu prędzej czy później umrzeć. Nieuchronność naszego losu jest zawsze taka sama. Nie da się być nieśmiertelnym. Danse Macabre. Śmierć wciąga do swojego tańca każdego, bez względu na wiek, rasę, wiarę, czy inną kategorię życiową. Chociaż każda istota na ziemi jest inna, kończy tak samo, w piachu, martwa. Takie już jest życie, kruche. Przemijanie jest nieuniknione, nie da się zatrzymać czasu, czas jest okrutny dla wszystkich. Vanitas vanitatum et omnia vanitas, marność nad marnościami i wszystko marność.
Więc czemu właściwie nie można by zakończyć naszego żywota wcześniej..? „Być albo nie być? Oto jest pytanie.” Zabić się, czy nie zabić? Od wieków ta sentencja błądzi po świecie i róże pokolenia próbują znaleźć na to odpowiedź. Zabić się jest łatwo, jednak czy pozbawienie się życia odetnie nas od cierpienia? W końcu nie wiemy co dzieje się z nami po śmierci. Jeśli już raz umrzemy nie uda nam się wrócić do żywych, nigdy więcej, nie ważne jak bardzo byśmy tego pragnęli i jak bardzo żałowalibyśmy swoich czynów. Zawsze ucieczka przed czymś czego się boimy jest najprostsza, jednak nie oznacza też, że jest ona lepszym rozwiązaniem naszych problemów. Przychodząc na świat nikt nie gwarantował nam tego, że nasze życie będzie idealne, jak z bajki. To prawda, że życie w jakimś stopniu nie ma sensu. Rodzimy się po to żeby kiedyś, prędzej czy później, umrzeć. Rodzimy się napiętnowani śmiercią. Kostucha tylko czeka żeby móc zabrać nas ze sobą na drugą stronę. Stare Moiry bez namysłu, bez wahania przetną naszą złotą nić życia, a my nie będziemy mogli nic z tym zrobić. Wielce zadowolona bogini Fortuna bawi się świetnie pogrywając z nami i majstrując przy naszym losie, by w najmniej spodziewanych momentach rzucać nam kłody pod nogi. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy. Życie jest jak płomyk, kiedy odetnie mu się dopływ tlenu, zgaśnie.
-Mamo..? - nagle z rozmyślań wyrwał dalmatynkę zaspany głosik. Odwróciła się od razu i zlustrowała powoli spojrzeniem córkę, która musiała właśnie się przebudzić.- Co tu robisz? - zapytała mrugając przy tym ślepiami, żeby przyzwyczaić swój wzrok do panującej wkoło ciemności. Było już późno, praktycznie wszyscy już spali smacznie w swoich jamach, tymczasem jeszcze przed sekundą plamkowana siedziała przed swoją jaskinią wpatrując się nieobecnym wzrokiem gdzieś w przestrzeń, co mogło wyglądać z perspektywy młodej dość dziwnie. Brązowa wstała z ziemi i przeciągnęła się powoli żeby rozprostować zastałe kończyny.
-Potrzebowałam nocnego spaceru. - mruknęła cicho podchodząc bliżej do córki.- Czemu nie śpisz Hazel? - zapytała chcąc zmienić temat i trąciła młodą zimnym nosem.
-Obudziłam się i zobaczyłam, że cię nie ma... Więc chciałam sprawdzić... - przyznała Husky, po czym zmarszczyła lekko pysk, gdy matka jej dotknęła, uważała że jest już za duża na takie czułości.
-Chodź, wracamy spać, jest późno. - popchnęła lekko łapą córkę w głąb jaskini, gdzie spała reszta jej dzieci. Młoda grzecznie ruszyła w tamtą stronę i ułożyła się wygodnie na posłaniu pomiędzy siostrami. Dalmatynka położyła się obok nich i oparła łeb o miękki bok Sherre, która nawet tego nie zauważyła pogrążona w głębokim śnie. Aaron natomiast poruszył się i odruchowo przysunął bliżej matki wtulając się w jej bok. Skye co jakiś czas machała łapkami jakby biegła, musiało jej się śnić, że coś lub kogoś goni.
-Dobranoc. - Hazel zerknęła jeszcze raz na mamę, po czym zwinęła się w kłębek. Nie długo trzeba było czekać, aż wpadnie w objęcia Morfeusza, już po kilku minutach zapadła w sen.
-Dobranoc kochanie. - wyszeptała dalmatynka obserwując swoje śpiące dzieci. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który zagościł po chwili na jej pysku. Co prawda jakieś małe ziarenko szaleństwa związanego z jej wcześniejszymi rozmyśleniami zdążyło się zakraść i dość głęboko zakorzenić w jej sercu, jednak aktualnie nie miała zamiaru wracać do tego myślami. Nie w tej chwili. Nie teraz. Teraz miała zamiar cieszyć się chwilą. Cieszyć się czasem spędzonym z dziećmi. Carpe diem. Chwytaj dzień. Miała zamiar dobrze wykorzystać resztę swojego życia. Jeśli nie dla siebie, to chociaż dla tych wszystkich psiaków śpiących obok. W końcu sunia również zamknęła swoje dwukolorowe ślepia i wtuliła pysk w ciepłe futro córki. Zasnęła.



 -------------------------------------------------------------------
Godzina za godziną niepojęcie chodzi:
Był przodek, byłeś ty sam, potomek się rodzi.
Krótka rozprawa: jutro - coś dziś jest, nie będziesz,
A żeś był, nieboszczyka imienia nabędziesz;
Dźwięk, cień, dym, wiatr, błysk, głos, punkt - żywot ludzki słynie.
Słońce więcej nie wschodzi to, które raz minie,
Kołem niehamowanym lotny czas uchodzi,
Z którego spadł niejeden, co na starość godzi.
Wtenczas, kiedy ty myślisz, jużeś był, nieboże;
Między śmiercią, rodzeniem byt nasz, ledwie może
Nazwan być czwartą częścią mgnienia; wielom była
Kolebka grobem, wielom matka ich mogiła. 
~Daniel Naborowski "Krótkość Żywota"~
  -------------------------------------------------------------------

 No cóż... *po 3 latach Sasha pisze swoje pierwsze opowiadanie na tym blogu* nie oczekuję, że komuś się spodoba, niechętnie je pisze, krótkie bo krótkie, długich pisać nie umiem, jednak coś zrobić musiałam do tego LO. Drugie zadanie za Nilaya zrobię później.
| Sash. |

Never lose hope...Cz.2 [Lucky]



Rozpoczęło się słoneczne lato. Pierwsze promienie słońca dotarły do naszej lisicy z trójką młodych. Przedarły się przez otwór w norze i zaświeciły w oczy lisiej rodzinie, budząc przy tym rudą, a po chwili jej dzieci. Przyzwyczaiła się ona do braku partnera obok, można i powiedzieć że o nim zapomniała, tak samo jak z inną trójką jej potomków. Lisia mama uniosła swój łeb rozglądając się zaspanymi oczyma po norze, sprawdzając czy wszystkie liski są z nią. Były. Ziewnęła, pokazując swoje małe, lecz ostre kły i długi jęzor. Wyciągnęła mocno przednie łapy do przodu, aby je trochę rozciągnąć, zaś tylne-to tyłu, wyglądało to dość komicznie. Szczenięta, choć co dopiero się obudziły zaczęły swe beztroskie zabawy. Ich mama uniosła swoją przednią część ciała, przechodząc do siadu. Spoglądała na swoje pociechy z czułym uśmiechem. Były one bardzo urocze...i te ich zabawy! Pacały się swoimi małymi łapkami i nieraz naskakując na siebie. Raz nawet, siostra i brat naskoczyli na siebie w tym samym momencie i przytulili się, po chwili odbijając się od siebie i lądując na swych grzbietach. Nie marnując okazji, drugi brat skoczył na siostrę i pociągnął ją za łapkę, a potem za ucho. Mała chciała zepchnąć z siebie starszego od niej liska, lecz na marne. Wtedy ich matka parsknęła śmiechem i pokręciła łbem. Wstała i pomagając jedynej córce, wzięła w psyk syna. Odłożyła go jednak po chwili, gdyż zaczął się szarpać w jej pysku, próbując uciec. Gdy w końcu był wolny, naskoczył tym razem na samca. Przewalił go na plecy, zaczął gryźć i rzuć jego uszko. Młodszemu, jednak się to nie spodobało. Próbował wstać, czy też zepchnąć. I ponownie pomóc musiała mamuśka. Zepchnęła łapą rudego i polizała po czole swe najmłodsze dziecko.

 -No dzieciaki, może już koniec tych figlów?-Zapytała, śmiejąc się.-Nie jesteście głodni?
Gromadka lisków stanęła nieruchomo, gdy usłyszeli głos lisicy. Spojrzały się na nią, przekrzywiając lekko łeb, wszystkie w te samą stronę. Ruda ponownie się zaśmiała i polizała każdego swojego potomka.
-Ja jestem trochę głodna...-Odezwała się spokojnie samiczka, podchodząc do dorosłego lisa.
Otarła się łebkiem o jej łapę, podobnie jak robią to koty. Usiadła obok niej, przyglądając się bracią i czekając, aż oni odpowiedzą.
-Ja jestem strasznie głodny!-Zawołał najstarszy, rzucając się z otwartym pyskiem na siostrę.
Młoda, przewidziała jednak ruch samczyka. Odskoczyła do tyłu i przekręciła oczyma. Lisek leżał plackiem na ziemi, warcząc pod nosem i przyglądając się zezłoszczonym wzrokiem siostrze.
-Jesteś taki przewidywalny...-Mała westchnęła, kręcąc łebkiem nad bratem.
Tego było już za wiele. Jej brat, naskoczył na nią i jednym sprawnym ruchem przygniótł ją swoimi małymi, lecz silnymi łapskami warcząc. Pociągnął ją mocno za ucho, wyrywając troszkę sierści. Lisiczka pisnęła z bólu i zaczęła się szarpać, aby tylko go zepchnąć z siebie.
-Zejdź ze mnie! Przygniatasz mnie! Wypad!-Krzyczała, bardzo wściekła na brata.
Nie raz chciała go ugryźć w ucho, czy nos, lecz ten zawsze jakoś tego unikał nadal siedząc na siostrze.
-Brutus! Zejdź z Abby!-Ich matka w końcu się odezwała z podniesionym tonem-Tak nie wolno robić.-Zepchnęła go swoim nosem na ziemię.
Na pysku szczeniaka pojawił się grymas i lekko zły patrzył na swoją mamę. Wstał, otrzepał się z piachu i z arogancko uniesionym łbem zasiadł na ziemi.
-Ja jestem też głodny.-Powiedział najmłodszy ze wszystkich, Maks.
-No to chodźmy na śniadanie..Tylko poczekajcie w norze. Ja zobaczę, czy jest bezpiecznie.-Posłała każdemu liskowi uśmiech, po czym wyszła.
Wystawiła lekko łeb, rozglądając się dookoła. Serce jej trochę szybko biło, to jest pierwszy raz, gdy jej szczenięta wyjdą na zewnątrz. Na pierwszy rzut oka wszytko było pięknie, ładnie. Lecz ona musi dokładniej sprawdzić teren. Wystawiła dalej łeb i wlepiła wzrok w krzaki, jakby miał wyskoczyć z nich ryś. Jednak nic.



Wyszła z niej całkowicie, bardziej wyluzowana. Zasiadła przed norą, uśmiechając się lekko. Pogoda była piękna, aby pokazać dzieciom pierwszy raz świat na zewnątrz. Na błękitnym niebie, znajdowało się tylko grzejące, letnie słońce oraz małe, białe obłoki. Głuchą ciszę w lesie przerywał śpiew ptaków oraz lekki szum drzew, które kołysały się spokojnie raz w lewo, a raz w prawo. Lis siedział tam odprężony, rozkoszując się tą ciszą i świeżym powietrzem. Spojrzała na wejście do nory, zaparła dech w piersiach. Musiało to się w końcu stać, nie mogła ich wiecznie ukrywać w norze. Drżącym głosem zawołała swe młode, wszystkie po imieniu. Rodzeństwo, szybko rzuciło się do wyjścia z nory, bardzo podekscytowane. Zaczęli się pchać, przeciskać, byleby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Nagle, wszyscy zahamowali przy końcu długiego i wąskiego korytarza. Serce im mocno waliło, a na pyskach gościł wielki uśmiech. Maks wystawił łeb z nory. Zobaczył zieloną trawę, białe kwiaty, krzewy i drzewa. Spojrzał nieco wyżej, zobaczył błękitne niebo z białymi chmurami i żółtym słońcem, które raziło go po oczach. Dzielnie postawił łapę do przodu, potem drugą, trzecią i czwartą...Znalazł się w końcu na zewnątrz. Poczuł liście pod swymi małymi łapkami i letni wiaterek, który przedarł się przez jego futro. Zamachał wesoły ogonem, rozglądając się zaciekawiony dookoła. Abby z Brutusem, po chwili również wybiegli z nory, uśmiechając się szeroko i podziwiając świat poza norą.
-Mamo, tu jest cudnie!-Zawołała siostra Maks'a, skacząc na rudą i obdarowując ją przytuleniem.- O wiele, wiele lepiej niż w norze.
Lisica uśmiechnęła się promiennie do samiczki, lecz po chwili uniosła swój łeb rozglądając się po swoich dzieciach.
Maks węszył obok nory, Abby tuliła jej łapę, a Brutus polował na motyla, który przysiadł na białym kwiatku i spokojnie popijał z niego nektar. Najstarszy brat, szedł bezszelestnie do owada, ukazując lśniące w słońcu, małe kiełki. Przyległ do ziemi, parę centymetrów przy roślinie, a z jego gardziel wydobył się cichy warkot. Napiął mięśnie, a jego bursztynowe oczy nie spuszczały wzroku z motyla. W końcu skoczył. Biały owad w porę wzniósł się w powietrze, spokojnie i powoli zaczął lecieć w stronę innego kwiatka. Samczyk upadł na roślinę, przygniatając ją do ziemi swoim cielskiem. Zaskomlał cicho, a po chwili głośno warknął na motyla. Potrząsnął łepetyną i obejrzał się za siebie. Zobaczył śmiejące z niego rodzeństwo wraz z mamą. Wstał, głośno fuknął i rzucił się na Maksa z warkotem i otworzoną mordą. Jednak, ich mama szybko chwyciła w pysk atakującego syna, odkładając obok siebie. Potrząsnęła łbem, a po chwili skarciła go. Po paru minutach ponownie zaczęły się beztroskie zabawy w berka i walki. Ich matka siedziała i z ciepłym uśmiechem obserwowała dzieci, całkowicie odprężona.
-No dobrze, dzieciaki.-Uniosła zad i rozejrzała się dookoła.-Idziemy na polanę. Tam będzie wiele ciekawszych zajęć.-Ruszyła do przodu, a za nią podekscytowane dzieciaki.

--------------------

Przepraszam, że część taka krótka ;-;








Wojna cz. VII. [Cheese]

Treść zadania:

Ragnar przynosi do Ciebie ranną Nukri, z początku nie wiesz co masz robić, jednak przypominasz sobie o ziołach leczniczych i od razu idziesz po nie do lasu. Nukri zostaje pod opieką (Tutaj możesz wstawić czyjeś imię), lecz niestety szukanie ziół przedłuża Ci się. W lesie spotykasz kilka psów ze Stada Nocy, którzy planują zaatakować stado z różnych możliwych stron. W końcu znajdujesz zioła i od razu biegniesz do Nukri powiadamiając tym samym Allex, która właśnie operuje rannego. Prosisz by przekazała te informacje dla Lorens’a.

- Aleś mi stracha napędziła.. - Powiedział cicho do siostry. - Nigdy więcej nie dopuszczę, żeby coś Ci groziło, Nukri.. Nigdy więcej.. Ale wiesz, co..? Tak odważnej suczki jak Ty dawno nie widziałem.. - Mruknął jej jeszcze na pożegnanie, zostawiając ją pod 'skrzydłami' Cheese'a. Skinął mu pyskiem na powitanie i truchtem powrócił na pole walk.
Rosły Samiec widząc Nukri przeraził się nieco, ponieważ miała wiele zadrapań, a krew spływała niczym wodospad. Była ranna, otóż to.
-Aloha Nukri. - Machnął łapą na przywitanie spoglądając na białą sierść samki. - Tak w ogóle to co się stało? -Zdezorientowany Samiec nie wiedział co miał robić, więc usiadł gdzieś z boku jaskini zerkając pytająco w stronę Samicy Gamma.
-Jak widzisz Stado Nocy nie jest łatwym stadem do pokonania i ktoś musi cierpieć.. -Powiedziała ochrypłym głosem zlizując z siebie krew.
-Taa... i może akurat to Ty musisz być tą, która ma cierpieć? -Powiedział nieco bardziej oburzony wstając.
Nukri nic nie odpowiedziała tylko skomlała z bólu. Nawet nie dała rady przewrócić się na drugi bok. Wprawdzie Cheese nie był medykiem, tylko zielarzem, ale nie mógł od tak zostawić Nukri i patrzeć jak cierpi. Chodził po jaskini w kółko myśląc, co ma robić. W końcu wpadł na pomysł, by pójść po zioła do lasu, jednak był jeszcze jeden problem. Owczarek nie mógł zostawić samą Nukri, musiał znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się nią, pod jego nieobecność. Skierował się do wyjścia jaskini mówiąc.
-Nukri, zaraz wrócę, poczekaj chwilkę. -Szybko odbiegł rozglądając się po polanie.
Liczba psów na polanie nie była zadowalająca. Bardzo możliwe, że było to spowodowane wojną, która właśnie toczyła się na terenach Stada Psich Serc. W sumie to musiał być ktoś, przecież stado nie jest aż takie małe, prawda? W oddali widział Ragnar'a, który niósł rannego psa, gdzieś indziej był Choco, który patrolował tereny, aż w końcu ujrzał husky, która właśnie wyszła z jaskini.
-Luffiera! -Szczeknął dość głośno ciesząc się, że w końcu kogoś zauważył. Owa suczka przecież jest medykiem i zawsze można liczyć na jej pomoc, także Samiec nie miał największych oporów by spytać ją o pomoc. Podbiegł do Niej pytając.
-Luffiero, mam do Ciebie prośbę. Nie przedłużając.. Czy mogłabyś zaopiekować się ranną Nukri, która jest w jaskini? Ja muszę iść po zioła lecznicze i nie mogę jej od tak samej zostawić.. -Mrugnął oczyma wyczekując na odpowiedź.
Na pyszczku Luffiery pojawił się przez chwilę uśmiech, lecz widać było, że przeraziła się stanem Nukri bardziej niż ktokolwiek.
-Dzień dobry Cheese. Oczywiście, że zajmę się Nukri, ale... co się stało? -Skrzywiła nieco wyraz pyska.
-Nie mam teraz zbytnio czasu na opowiadanie, ale powiem jedno: Wojna. Chyba wiesz o co chodzi, a jak nie wiesz to Nukri Ci opowie, a teraz chodźmy, bo naprawdę Nukri nie jest w najlepszym stanie.
Owczarek ruszył w kierunku jaskini wraz z Luffierą wchodząc do niej. W kącie leżała Biała, więc Luffiera szybko podbiegła do suczki przytulając ją tym samym.
-W takim razie idę do lasu po zioła. Luff, zajmiesz się nią, dobrze? Miło by było jakbyś opatrzyła rany i sprawdziła w jakim stanie jest. Dzięki.
Samiec Gamma wybiegł z jaskini obmyślając plan działania. Musiał znaleźć dość rzadko spotykane zioła, więc obawiał się, że szukanie ich może trochę mu zająć, a przecież nie ma na to czasu. W sumie to teraz zaczął żałować, że wcześniej tych ziół nie zbierał i nie przechowywał ich w swojej jaskini, bo przecież nie musiałby iść teraz do lasu, tylko próbował pomóc Nukri, ale co poradzić. W końcu minął pierwsze krzaczki rozpoczynające las.
-No to pięknie... -Warknął cicho oburzając się tym samym.
Samiec nie wiedział zbytnio gdzie ma iść, bo przecież las jest dość duży i można by było godzinami szukać tych ziół. Mijając różne drzewa przypomniało się mu coś. Miał ochotę kopać dołki w ziemi, gdyż był tak przybity tym wspomnieniem, które właśnie sobie przypomniał. Nie miał teraz nawet głowy do szukania, więc usiadł na pierwszym lepszym pieńku i zaczął rozmyślać plan działania. Niestety owe myśli były zupełnie o czymś innym, a o czym?

"-No dobrze, w takim razie chodźmy do lasu kochani! -Dalmatynka z szerokim uśmiechem na pyszczku szła obok owczarka.
-Mamo, tato tutaj jest wiewiórka! -Młoda Sherre zauważyła wiewiórkę, za którą zaczęła biec.
Wszyscy stracili z oczu Sherre, więc zaczęli jej szukać. Las nie był przecież taki mały, a szczeniak mógł równie dobrze wpaść w sidła wielkiego niedźwiedzia czy też innego groźnego zwierzęcia.
-Kochanie, ja wezmę Hazzel, a Ty weź Jakoba i spotkamy się przy tym wielkim dębie. -Owczarek zakomunikował udając się prawą stroną lasu. Hazel biegła na swoich małych łapkach za ojcem, a Jakob za Sashą.
-Tatusiu, a co jak nie znajdziemy Sherre? -Młoda, przestraszona suczka zapytała Cheese'a.
-Znajdziemy, spokojnie. -Wziął w pysk Hazel, po czym usadowił ją na swoim grzbiecie biegnąc.
Ani Sasha, ani Cheese nie znaleźli młodej przedstawicielki rasy Dalmatyńczyk, więc obydwoje spotkali się przy dużym dębie.
-I co teraz? -zapytała Sasha rozglądając się po lesie.
Sherre stąpała swoimi łapami po wilgotnej powierzchni omijając tym samym szyszki. Niestety straciła z oczu wiewiórkę, ale nie poddawała się, chciała ją za wszelką cenę znaleźć. Nie zastanawiała się, gdzie są jej rodzice, tylko gdzie jest wiewiórka. Słysząc huczenie sowy zapatrzyła się na wielkiego ptaka, jednak kiedy poszła dalej, wpadła do wielkiej dziury robiąc tym samym huk.
-Mamo!, Tato! -Przestraszona sunia zaczęła wołać rodziców.
Sasha i Cheese oraz szczeniaki poszli nieco dalej, jednak gdy usłyszeli szczekanie, od razu wiedzieli, że to Sherre. Jakob zaśmiał się wesoło, a Hazel wyprzedziła rodziców wołając swoją siostrę. W końcu znaleźli się przy wielkiej dziurze, w której była Sherre. Sasha wpadła na pomysł, by pójść po córkę, jednak był pewien problem. Jak obydwie miałyby wyjść? Cheese wpadł na pomysł, by znaleźć jakiś gruby, duży kijek, który pomógłby wyjść obu suczkom. Owczarek z Jakobem poszli szukać kijka, zaś Hazel położyła się obok dziury piszcząc. Po chwili Cheese i szczeniak wrócili z kijkiem który delikatnie włożyli do jamy w której znajdowały się Sasha i Sherre.
-Chodź Skarbie, trzymaj się mnie. -Dalmatynka poczęła wspinać się po kijku, zaś Cheese, Hazel i Jakob trzymali kijek z obydwu stron tak by Sasha i Sherre nie spadły. W końcu obydwie wyszły z dziury.
-Przepraszam tatusiu, przepraszam mamusiu, przepraszam Jakob, przepraszam Hazel.. -Młoda suczka zaczęła przepraszać rodzinę.
-Oj już nic się nie stało, a teraz wracajmy, za dużo wrażeń jak na dziś. -Powiedziała Sasha.
Wszyscy udali się w stronę jaskini myśląc o dzisiejszym zdarzeniu."

W końcu Cheese ocknął się wstając z pieńka. Trochę czasu na przemyślenia mu zajęło, więc bez żadnego wahania ruszył wgłąb lasu szukając potrzebnych ziół. Nagle usłyszał czyjeś kroki, jednak nie przejmował się tym zbytnio, tylko dalej szedł.
-Jeśli masz zamiar podchodzić to lepiej tego nie rób bo nie mam czasu! -Powiedział nieco głośniej Owczarek, tak by zwierze które właśnie zbliżało się w kierunku Samca Gammy usłyszało.
Jednak i mimo to nie poskutkowało. Z wysokich brzóz wyłoniły się dwie postury psów, które jak widać nie miały najlepszych zamiarów. Jeden był większy od Cheese'a, a drugi nieco mniejszy. W sumie Owczarek i tak nie miał najmniejszych szans na to by ich pokonać, więc przysiadł tylko na tylnych łapach wpatrując się swoimi błękitnymi oczyma w psy.
-No witam, witam, kogo my tu mamy? -Wtem odezwał się jeden pies szturchając łapą swojego sprzymierzeńca. Cheese ziewnął nieco głośno nie okazując tym samym zainteresowania. Miał lepsze rzeczy do roboty niż pogaduszki z nieznajomymi.
-Czego? - Owczarek zapytał dość obojętnie nie pokazując, że boi się ich. Zgrywał pewnego siebie i można było powiedzieć, że udało się to mu.
-Może trochę grzeczniej, co? -Warknął czarny samiec. -Ty ze Stada Psich Serc kundlu? -Zapytał.
Cheese przewrócił oczyma wiedząc iż to są szpiedzy ze Stada Nocy, którzy próbowali podejść Stado Psich Serc od innej strony, jednak jak widać nie udał się im ten plan, ponieważ spotkali Cheese'a.
-Wypraszam sobie! Jestem rasowym psem! -Owczarek splunął na bok oblizując się.
-Widać, że jakiś przygłup, chodźmy stąd Victor- Pies spojrzał na Border Collie zawracając się.
Psy z wrogiego stada pobiegły zostawiając Cheese'a. Owczarek zaśmiał się ruszając dalej.
-Haha chyba wy jesteście przygłupami. -Powiedział sam do siebie wyłaniając się z ostatnich drzew, które prowadziły na niewielką łączkę.
Na łące było dużo roślin, w tym i zioła lecznicze jak i kwiaty. Owczarek od razu zaczął zrywać potrzebne zioła. Gdy już zerwał począł wracać tą samą drogą, którą szedł w kierunku polany. Miał już wszystko, także był dumny z siebie. Minął ostatnie krzaczki wchodząc dumnie na polanę. W pysku miał pęczek przeróżnych ziół, które były potrzebne by złagodzić ból Nukri. Widząc w oddali Allex i nieznajomego psa, postanowił do nich podejść, by opowiedzieć o tym co go spotkało w lesie. Usiadł zaś niedaleko Allex, odstawiając zioła na bok. Wpatrywał się w poczynania Amstaffki, która operowała rannego.
-Słuchaj Allex, jak wracałem z lasu to spotkałem dwa psy. Jeden był bodajże rasy Border Collie, a drugi jakiś nieco większy, ale nie wiem jaka to rasa. Wyglądali mi na szpiegów ze Stada Nocy. Trzeba powiadomić myśliwych jak i stróży by zaczęli patrolować tereny. Sam Choco nie wystarczy, bo mogą podejść nas od każdej strony. Powiadomisz Lorensa? -Wziął z powrotem zioła w pysk i bez żadnego wahania udał się do jaskini w której była Nukri i Luffiera.
Owczarek zaczął opatrywać rany Nukri robiąc tym samym leczniczą maść, która miała złagodzić ból.

~~~~~

WYROBIŁEM SIĘ Z CZASEM!

1. Mam nadzieję, że nie jesteście źli, że wstawiłem wspomnienie Cheese'a.
2. Pałeczkę przekazuję dla Allex.
3. Wybaczcie, że w ostatnim dniu napisałem opko.
4. Nie spać.
5. Szykuje Wam coś specjalnego <D

,,It's not a true love. It's a true love-hate'' cz.1 [Gaja]

Chłodna, grudniowa noc. Wszyscy z watahy są wtedy nieco agresywni. Rozumiem ich, ja też taka jestem. Dlaczego? Głównie dlatego, iż zwierzynę kradną nam niemalże z pod nosa klan orłów. Nienawidzimy ich, chociaż nie jesteśmy prawnymi wrogami. My jesteśmy klanem jelenia. Dlatego nie polujemy na te zwierzęta, są opiekunami naszego klanu. Polujemy za to na sarny, daniele oraz młode. Dzielimy się tu na tych silniejszych i słabszych. W grudniu ci słabsi wystawiani są na próbę. Jeżeli podczas jednego dnia upoluje zapas zwierząt na cały miesiąc, zostaje w stadzie. Jeżeli jednak nie, zostawiamy go na pastwę losu przy przypadkowym, błotnistym jeziorze po czym składamy krótką modlitwę do opiekuna klanu i odchodzimy. To był właśnie drugi powód agresji stada. Tyczy się to również i mnie, ponieważ mój ojciec, Khan, był jednym ze słabszych. Starałam się jak mogłam, by dołączyć do silniejszych, w których byłam ja. Niestety, ojciec był taki, jaki był i nie zwracał na mnie uwagi. Miałam nadzieję, że kiedy odbędą się rozgrywki o zostanie w stadzie, ojciec wygra.
~*~
- Ojcze! Postaraj się! - szczeknęłam do szarego na odchodne i pisnęłam. Ten spojrzał na mnie na chwilę, po czym z zamyśleniem pokiwał głową i odszedł. Zasiadłam wśród moich towarzyszy. Sparkle, Tommy i Hela - na nich zawsze mogłam liczyć. Gdy wilki wystartowały, przysunęłam się nieco do Sparkle. Wilczyca miała już podobną sytuację, lecz niestety jej ojciec został porzucony. Bardzo jej z tego powodu współczułam, ale ona przynajmniej miała swoją własną rodzinę. Jej partnerem był Tommy, a miała już 2 mioty w ciągu swojego życia. Dlatego zawsze mogłam się jej poradzić. 
- Nie przejmuj się, Alice. Twój ojciec to silny wilk, tak naprawdę nie wstąpił do silnych tylko z powodu nastawienia do Tommy'ego, przecież wiesz, że go nie lubi. Spokojnie, wygra. Nie masz się czym martwić! - powiedziała i od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. Spojrzałam na Helę. Jej syn był w słabszych. Biedaczka, stresowała się koszmarnie. Co prawda nie mogłam jej powiedzieć, że Halley wygra. Był najsłabszym ze słabych. Miał po prostu ciężką, nieuleczalną chorobę, na którą nawet nasz medyk nie znał lekarstwa. Westchnęłam. Czasami żałowałam, że zostawiałam moich poprzednich partnerów. Po prostu okazywali się zdrajcami. Mogłam, co prawda, chcieć mieć tylko szczenięta, tak jak normalne watahy. Jednak nasza wataha została przy wybieraniu partnerów, a nie masowej kopulacji i zalotach. Tak naprawdę nie wiedziałam, czy kiedykolwiek znajdę tego jedynego. Właściwie to byłam typem samotnika, chociaż nie chciałam odłączać się od stada. Od zawsze pociągało mnie życie bez żadnych zobowiązań, bez nikogo, ale jednocześnie życie bez bezpieczeństwa, wymagające siły i umiejętności honorowego mordu. To prawda, lubiłam moich przyjaciół, ale jeszcze bardziej lubiłam wolność. Gdy przyszedł wieczór, zastrzygłam uszami. 
- Wracają! - szczeknęłam na całe gardło. Wszystkie wilki podniosły ciężkie, masywne głowy do góry i również szczeknęły. Zawyłam radośnie, będąc pewna, że ojciec upolował mnóstwo zwierzyny. Gdy jednak ogłoszono zwycięzców i przegranych, nie wyczytano mojego ojca. Uśmiech spadł mi z pyska. Zapytałam pierwszego lepszego słabszego, co się z nim stało. To, co usłyszałam, przekraczało moje oczekiwania.
- Przykro mi. Twój ojciec, Halley, Bradley oraz Taste zginęli. Staranowały ich sarny. Nie wiem, jak to się stało, nie mam pojęcia. Naprawdę mi przykro, Alice. - rzekł. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć w jego słowa. Gdy jednak dotarło do mnie, że to co mówi, jest prawdą, zawyłam rozpaczliwie. Sparkle, Hela i Tommy natychmiast do mnie podbiegli. Hela też już wiedziała o Halleyu. Stała z twarzą niczym wykutą w skale, a na jej policzkach widać było tylko zamrożone łzy. Jednak wiedziałam, że niczym nie zmienię tego wypadku. Stało się, a ja muszę przygotowywać się do międzyklanowej bitwy. Wszyscy silni brali w niej udział, ćwiczyli codziennie, z wyjątkiem dni świętych, w których oddawano cześć opiekunowi klanu. Westchnęłam głęboko. Podążyłam za resztą stada wprost na plac treningowy, powstały w naturalnie wyrobionym okręgu pośród drzew. Zostawaliśmy tutaj właśnie do międzyklanowej bitwy. Następnie przechodziliśmy w inne miejsce, a potem inne i w inne, aż w końcu znowu będziemy musieli zostać w jakimś miejscu na dłużej, do następnej międzyklanowej bitwy. Postanowiłam, że po treningu wybiorę się do lasu, w którym zginął mój ojciec. 
~*~
Idąc przez las okryty kocem gwiazd, zaczęłam doceniać jego piękno. Wcześniej wydawało mi się, że to tylko las, który generalnie przeznaczony jest jedynie dawnym rykowiskiem, na którym teraz wyrosły potężne drzewa i zamieszkały przeróżne zwierzęta leśne. Parsknęłam. Był taki piękny. Nagle wyczułam zapach krwi. Natychmiast za nim podążyłam, aż wkrótce ujrzałam to, co chciałam zobaczyć. Zwłoki mojego ojca powoli wchłaniały się do ziemi owiniętej grubą warstwą śniegu. Trąciłam nosem pysk ojca, chociaż wiedziałam, że i tak nie żyje. Położyłam łapę na jego tułowiu i odmówiłam długą i zawiłą modlitwę do opiekuna klanu. Chcąc zachować tradycję, sięgnęłam po kropelkę krwi, która sączyła się z pyska wilka. Nasmarowałam nią miejsce, w którym znajdowało się serce ojca i uroniłam łzę, którą wtarłam w oczy psa. Wtedy nagle coś wyłoniło się zza krzaków był to ciemny jak noc wilk o miodowych oczach. Najeżyłam sierść i skoczyłam na wilka. Ten zaczął mnie odpychać, aż w końcu zaczęła się prawdziwa walka. Krew trysnęła i powstały głębokie rany. Zręcznym ruchem wbiłam zęby w ramię wilka i odpuściłam. Czarny warknął ostrzegawczo. 
- Jestem z klanu węgorza. A ty? - zapytał całkiem spokojnie, po czym usiadł. Zlustrowałam go wzrokiem i podeszłam do niego.
- Z klanu jelenia. - syknęłam - Ale klanu węgorza nie ma tu od wieków, z tego co wiem. Gadaj, kim tak naprawdę jesteś! 
Czarny spuścił łeb i oblizał się z krwi pozostałej na kącikach jego ust.
- Jestem Rott i jestem ostatnim z klanu węgorza.
________________________________________________________
I oto moje pierwsze opowiadanie w tym stadzie. Nic wielkiego, słabe opowiadanie z (raczej tak, chociaż nie jestem pewna, bo nie sprawdzałam) sporą ilością błędów. Jednak mam nadzieję, że podobały wam się moje wypociny ;)

"Stary, to jest tylko smycz." [Luffiera]


"- Zdejmij to, zdejmij!
- Stary, to jest tylko smycz."

Ludzie zakładają psom smycze, żeby podczas spaceru nigdzie nie uciekły. Przynajmniej tak słyszałem, powtarzają to miliony razy, jakby myśleli, że jako psy jesteśmy tak głupie, by tego nie zrozumieć za pierwszym podejściem. Na początku trudno było się przyzwyczaić do tej dziwnej rzeczy, która ogranicza wszystkie ruchy. A ludzie zwyczajnie nie nadążają za  nami, nie widzą, że gdzieś nieopodal może leżeć jakiś interesująco wyglądający patyk, albo gdzieś ciut za daleko akurat przechadza się jakiś robak, którego nie wypada nie powąchać. Przecież tak trzeba, prawda? Mimo wszystko, po jakimś czasie da się do tego przyzwyczaić. Zawsze jednak warto spróbować pociągnąć jeszcze kilka razy przy nadchodzącym spacerze. Kto wie, może mój człowiek w końcu pozwoli mi zajść trochę dalej? No, ale wiadomo, że zawsze zdarzy się taki pies, który nie potrafi przyzwyczaić się do smyczy. Nie zakładają jej na bardzo długo, a mimo to on i tak ciągnie, szarpie, nawet gryzie, żeby ją przerwać i się uwolnić. I tutaj pojawia się Antek, który jest idealnym przykładem takiego opornego psa.
- Zdejmij to, zdejmij!
- Stary, to jest tylko smycz.
Młody zawsze wariuje, kiedy zakłada mu się obrożę, a potem smycz. Niby się cieszy, że wychodzimy na dwór, albo gdzieś jedziemy, zad wręcz lata mu we wszsystkie strony razem z ogonem. Nie raz już nabawił się przez ten swój ogon problemów, ale to zupełnie inna historia. Najpierw jest radocha, biega, rzuca się jak szalony, podczas kiedy ja muszę to znosić. Zawsze próbuje mnie wciągnąć w to szaleństwo, biega wkoło mnie i chce się ze mną bawić, ale ja nie zawsze mam na to ochotę. Wolę raczej to znieść bez niepotrzebnego ruchu, zwyczajnie nie lubię zużywać swojej energii przedwcześnie. W końcu i tak będzie znów potrzebna w czasie spaceru, racja? Ale on jest inny. Mimo, że dzieli nas tylko rok, jesteśmy zupełnie inni. Ale da się go znieść. Może i czasami bywa irytujący, ale bez niego nie byłoby tak samo.
- Co Ty opowiadasz, to tortura, a co jeśli gdzieś nas znowu przywiążą? Bradley, Ty nic nie rozumiesz, trzeba to zdjąć, chodź tu! - już widzę, jak biegnie do  mnie na tych swoich długich łapskach i rzuca się z zębami do paska smyczy. Trochę opornie mu to idzie, wysunięta szczęka trochę to utrudnia. Dobrze, że ja nie mam takiego problemu. Gryzie i gryzie, żuje tę smycz jakby próbował z niej zrobić psią karmę.
- Wiesz, że się zdenerwują, jak to przegryziesz. To będzie już drugi taki wyczyn - odpowiadam, mlaskając obojętnie i rozglądając się, czy nie zbliżają się nasi ludzie. Jeszcze młody znów zrzuci winę na mnie, a przecież ja nic nie robię.
- A wolisz chodzić na smyczy, czy bez niej? - pyta, unosząc pysk wyżej, ale wciąż nie luzując uścisku szczęk, przez co trochę trudno go zrozumieć.
- W sumie to-
- Nie odpowiadaj! - mówi gwałtownie, wypluwając przeżutą smycz na trawę. Na szczęście jeszcze niewiele się z nią stało. I wtedy idzie do nas najmłodsza ze stada. Czasami pozwala mi spać na swoim łóżku. Lubię ją. Wyjmuje z kieszeni to przedziwne, prostokątne, czarne coś, co nazywają telefonami i robi zdjęcie. Nawet nie zauważyłem, kiedy Antek znów zaczął tarmosić moją smycz.
Wiem tylko jedno - on nigdy nie nauczy się, że smycz to nic złego.

____________________________________
Oi! Wpadam ponownie do Was z opowiadaniem. Tym razem nie takie długie, jak i również bez żadnych filozoficznych rozmyślań o życiu (chociaż.. kto wie...), ale miałam taki pomysł i postanowiłam, że w końcu go wykorzystam. Tym samym chciałabym, aby to opowiadanie było zakwalifikowane do zadań, które trzeba wykonać, o ile się nadaje.
Na zdjęciu oczywiście moje psy, mam nadzieję, że opowiastka się podoba. Komentarze mile widziane ^^