niedziela, 15 grudnia 2013

Wojna. Część 1 "Przeszpiegi" [Salem]


kursywa - myśli pogrubienie - dialogi
    

  Był środek nocy. Cisza zupełna, poza małym zwierzątkiem pląsającym w runie leśnym i owadami, które nie zasnęły jeszcze na zimę, wciąż denerwowały swoją obecnością...ale poza tym panowała cisza. Przez nią Salem nie mógł spać. Kolejna noc nieprzespana, nudna, monotonna. W jego życiu od dawna nie działo się nic interesującego, poza raną tylnej łapy, którą już wyleczył, poza wydarzeniami stadnymi, które go omijały. Tłumaczył się brakiem czasu, ale co naprawdę robił? Leżał i myślał tak jak w tym momencie. Wstał gwałtownie jakby coś go przestraszyło, lecz to determinacja poruszyła jego ciałem i pchnęła w stronę lasu. Przed nim była jeszcze polana, na której zwykle siedzieli członkowie SPS, gawędząc o różnych rzeczach: ciekawych lub mniej. Tym razem również widział kilka postaci w tym Shadow, Ravel, Leiko i paru innych, którzy siedzieli schowani dalej. Chwilę zastanawiał się czy tym razem do nich nie dołączyć, lecz uznał, że tylko popsułby im dobre nastroje i lepszym wyjściem będzie gdy zajmie się czymś pożytecznym. Ruszył więc przed siebie cicho omijając rozweseloną gromadkę siedzącą przy ognisku.
  Po przejściu kilku kilometrów uznał, że zapuścił się dość daleko by zacząć obserwować uważniej otoczenie, mijał właśnie granicę swojego stada. Mówiono wśród psów, że poza ich terenami można pożywić się dużo obficiej, a więc mieszaniec uznał, że z takiej okazji grzech nie skorzystać. Nie długo musiał szukać tropu gryzoni żerujących nocą pod pniakiem. Podążył za zapachem aż nie znalazł nory pełnej małych zwierzątek, czym zadowolił w pełni swój pusty dotąd żołądek. Zrobił nie małą masakrę wokół dziupli gryzoni więc oddalił się jak najszybciej z tamtego miejsca, nie bacząc już na kierunek ani odległość. Przez długi czas szedł żwawym krokiem jakby ostatnie wydarzenia mogły napawać go dumą. Wciąż oblizując pysk nie zwrócił uwagi na lekko zmieniający się krajobraz, myślał wciąż tylko o jakiś mało ważnych sprawach. W końcu doszedł do błyskotliwego wniosku, że nie wyróżnił się ostatnio niczym w stadzie. Był zwykłym psem. Młodym, zwinnym, szybkim, ale nie przydatnym. Co osiągnął dotychczas? Psy pewnie wiedziały o nim tylko tyle, że często go nie ma i jest jakimś pachołkiem w stadzie. Czuł się omegą, ale z własnej winy, nie miał przecież prawa nikogo obarczać. Już pewnie nawet zapomniał jaką pozycję chciał zajmować w hierarchii. Myśliwy? Niemożliwe, nie dałby sobie rady z większym jeleniem zapewne. Zwiadowca? Coś w tym stylu. To miał być szpieg, posłaniec. Miał ganiać z miejsca na miejsce przemycając informacje, które nie mogły trafić w żadne brudne łapska. Ale jak dotąd nie było okazji do podbudowania swojej reputacji. Na myśl więc przyszło mu: A czemu by tak nie zaimprowizować wydarzenia? Mogło to być jednak niebezpieczne kłamstwo, więc zaniechał. W tym momencie uświadomił sobie, że już od dawna przebywa na obcym terenie. Powinien zachować czujność, a nie myśleć o takich rzeczach. Stanął na moment, rozejrzał się. Ziemia była sucha, marna, bez życia, drzewa rosnące na niej ciemniejsze, mroczniejsze. Wszystko wokół bylo tajemniczo przytłaczające, jakby natura podpowiadała mu co ma robić: że powinien uważać. Salem jednak nie lubił zgadzać się z innymi, jego zdanie zawsze musiało być ostatnim, szedł więc dalej.
  Do jego nozdrzy dotarła woń, której dawno nie czuł. Od razu przed oczami pojawiło się wspomnienie, dawno zapomniane. Środek miasta, rzecz działa się również nocą, ludzie wokół biegali nie wiedzieć czemu, w panice. Nad ich głowami unosił się dym. Spadzisty dach domostwa otoczony był przez jęzory ognia otulające go z każdej strony... W tym momencie Salem instynktownie chciał spojrzeć w niebo lecz drzewa z resztkami listowia nie pozwoliły mu dostrzec dymu. Rozejrzał się więc szukając wokół pagórka lub skały z którego dałby radę coś dojrzeć. Tak się złożyło, że całkiem niedaleko zauważył obrośnięty mchem i błotem głaz, który uznał za przydatny punkt obserwacyjny. Podbiegł do niego czym prędzej, jednak nie łatwym zadaniem była wspinaczka na niego. Po nie dłuższym jednak czasie (a wciąż marnując czas) udało mu się dostać na szczyt podpierając się na nierównościach głazu. Rozejrzał się i na jego szczęście dym był widoczny a co najważniejsze jego objętość wzrastała. po zlokalizowaniu celu pies kilka sarnimi susami zeskoczył z głazu, ostatecznie ciężko spadł czterema łapami na ziemię i odbił się od niej od razu ruszając sprintem przed siebie. Teraz znając kierunek w głowie błądziło mu tylko: Nie zgub się teraz! Salem, skup się! To była jego szansa na poprawienie swoich stosunków ze stadem, na zdobycie szacunku, musiał się postarać, pozwolić wszystkim zmysłom działać. Skoncentrował się w tym momencie na błyskawicznym wyłapywaniu zapachów z otoczenia, lecz jedynym teraz był tylko odór palonego drewna. Po jakimś czasie jednak zaczął wyłaniać się jakiś inny swąd, który był mu dość bliski jednak tym razem wywołał niesmak i obrzydzenie. W miarę jego nasilania dostał mdłości i musiał zwolnić tępa, nie chciał poczuć się źle w najważniejszym momencie więc postanowił rozejrzeć się w międzyczasie. Zdążył wychwycić kilka zwierząt w popłochu oddalających się od miejsca pożaru, on szedł mu dzielnie naprzeciw. Zauważył pierwsze palące się konary, przyśpieszył kroku ignorując smród.
  *Proponuję zapuścić muzykę w tym momencie.*
  Miał właśnie zbliżyć się do centrum gdy usłyszał głośny odgłos za powalonym drzewem. Natychmiast stanął jak wryty, nie śmiał drgnąć. Na ugiętych łapach, z postawionymi na sztorc uszami zaczął kroczyć w kierunku szelestu. Usłyszał rozmowę: głosy oba zwracały się do siebie pytająco, brzmienie miały charczące, nieprzyjemne dla uszu. Salem wyczuł od razu, że nie ma do czynienia z żadnymi sojusznikami. Co mam zrobić? Zauważą mnie jak tylko spróbuję przemknąć obok nich. Chyba że... Rozejrzał się wokół siebie, po chwili szukania znalazł kamień, który dokładnie ujął w zęby i z mocnym zamachem wyrzucił w bok. Kamień może nie poleciał zbyt daleko ale skutecznie odwrócił uwagę dwóch czarnych postaci które wyłoniły się za pnia i zczęły przeczesywać teren warcząc coś niezrozumiałego. W tym czasie pies przemknął za nimi z drugiej strony ukrywając się za krzakami. Jako, że pora roku powodowała szron na powierzchni liści i traw nie był az tak bardzo wyróżniający się z otoczenia. Zmieniło sie to jednak gdy odgłosy ognia stały się głośniejsze i płomienie rozświetliły ciemną dotąd okolicę.
  Własnie zbliżał się wschód słońca, więc Salem dużo gorzej widziałby, gdyby nie otaczał go siejący zniszczenie pożar. Właściwie doszło już do fazy wypalania pierwotnego ognia przez wtórny, więc gorzej już pewnie być nie mogło, natomiast po krótkim czasie przypomniał o sobie zapach, który Salem rozpoznał jako swąd krwi. Śmierć można było wyczuć w całej okolicy. nie tylko wyczuć ale i zobaczył, widział kilka trupów pokaleczonych psowatych. Powstrzymał mdłości, wyzbył się wszelkiej empatii natychmiast i zabrał do pracy. Nie wiedział jeszcze co ma czynić, ale na pewno nie będzie czekał aż dwa koszmarne wilczyska wrócą tu by sprawdzić, czy wszystkich pozabijali. Podszedł do pierwszego trupa, od którego capiło paloną sierścią, z raną otwartą, grymasem cierpienia na pysku. Z pewnością był martwy, Sal nie musiał sprawdzać. Następny leżał niewiele dalej, wyglądał jakby wzywał wciąż pomocy, lecz jego wybałuszone ślepia beznamiętnie spoglądały w nicość, zaszły krwią i nie reagowały na żadne światło. Musiał podchodzić tak jeszcze wiele razy do truchła, nieraz poruszyć nim, stanąć na pogruchotanych kościach, czy odsłonić cielsko spod gałęzi, którymi było zakryte. Wiedział, że czas go nagli, lecz w tym momencie zatrzymał się dla niego. Usłyszał coś, czego prawdopodobnie oczekiwał już od dłuższej chwili. Czyżby życie jeszcze gdzieś krążyło wśród tej ruiny? Podążył za instynktem bacząc by nie wpaść w zasadzkę zostawioną po zbrodniarzach, jednak jedyne co zobaczył do kolejne zwłoki, leżące na polanie otoczonej wypalającym się ogniem, podparte o suchy konar umierającego drzewa. Nadzieja go opuściła. "Jak mogło dojść do takiej katastrofy? I jeszcze nikt nie mial o tym pojęcia....To musiało stać się niedawno, na pewno zaatakowali z zaskoczenia. Ci nieszczęśnicy nawet nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji więc zamiast uciekać - walczyli." Ogarnęła go niesamowita rozpacz. W tym momencie wolał również zginąć, podzielić ich los, zakończyć cierpienia. Naoglądał się zbyt wiele. Skulił się, warknął donośnie w głębi gardzieli nie przejmując się już, czy zwróci czyjąś uwagę....
  Wtem znów do jego uszu dobiegł odgłos cichego skowytu, jęku, który z pewnością wywołany był bólem i cierpieniem któregoś z ocalałych. Zrozumiał to od razu i powrócił wzrokiem do postaci pod drzewem, która uznał za martwą. Podszedł nieco bliżej, jak gdyby miał się czegoś obawiać. Ogarniał go wciąż dym, mógł być nierozpoznawalny i w razie czego uciec. Wtem postać poruszyła się. W sercu Sal'a obudziło się coś. Podbiegł bliżej ale wilk, czy cokolwiek to nie było znów wydał jęk i próbował chyba coś powiedzieć.
 - Kim..jesteś..?
Salem nie odpowiedział. Co miał niby zrobić po tym wszystkim co widział? Odjęło mu mowę. Zastanawiał się pierw czy nie ukrócić po prostu jej cierpienia, nie dając nadziei, pozwalając by zaznała spokoju. Powstrzymał się jednak przez chwilę.
 - Kim jesteś?! - Powtórzyła jeszcze raz jak gdyby sądząc, że nie dosłyszał najzwyczajniej, bądź trafił jej się głupiec.
Salem podjął decyzję. Nie będzie robił jej krzywdy, pomoże jej się stąd wydostać i doniesie stadu o wydarzeniach. Ta myśl, która zaświeciła jasnym blaskiem w jego głowie sprawiła że postawił jeszcze jeden krok w przód i pochylił się do niej, by lepiej słyszeć. Ona znów zawyła, lecz musiał zadać jej pytania.
 - Nie zrobię Ci krzywdy. Co tu się stało? - Spytał w końcu głosem niskim, ostrym, tak by dotarło do niej, że musi te odpowiedzi znać już teraz. Właściwie to sądził, że nie przeżyje zbyt długo a te informacje ewentualnie pozwolą mu awansować. Wilczyca nie odpowiedziała. Wciąż miała minę jakby coś rozdzierało ja od środka. Mieszaniec niewiele myśląc ruszył biegiem w las. Z jej krtani wypłynęło krótkie "Co ty...?"  lecz zamiast odpowiedzi musiała oglądać, jak zostawia ją samą na sam środku pola walki. Salem kiedyś przyglądał się pracy medyków, ostatnim razem jedna ze stadnych foczek leczyła jego nogę, więc wiedział czego mniej więcej szukać. Na szczęście obolałej wilczycy jej pomagier miał pamięć niezawodną, lecz przyniósł jej tylko zastępcze liście, które miały służyć za krótkotrwały opatrunek. Wilczyca patrzyła na niego wciąż trwożnie, nie wiedziała w końcu czy może mu ufać i czy wie co robi. On wiedział tylko częściowo, w każdym razie zatamował strumień krwi wylewającej się z otwartej rany, w której musiał nastawić kości, by mogła z nim wrócić w bezpieczne miejsce.
 - Jak masz na imię? - Spytał gdy tylko uznał, że jest teraz w stanie powiedzieć coś więcej.
 - Terra... - Wydusiła z siebie z głośnym westchnieniem, ni to ulgi, ni to znowuż bólu. - Nie musiałeś tego robić...lepiej zostaw mnie i sprawdź czy ktoś nie ocalał, może da się uratować... - urwała widocznie mając nadzieję, że komuś wyjątkowemu udało się przeżyć. Salem był jednak zmuszony ją rozczarować.
 - Przeszukiwałem ciała. Leży tu kilkanaście, lecz nie wiem ile wilków uciekło. Wiem też, że dwaj napastnicy wciąż patrolują teren, musimy ich ominąć. - Nie pozwalając jej pytać dalej pozwolił podeprzeć się na sobie, pomógł jej wstać a przynajmniej zachować jakikolwiek pion, dopóki nie powrócą jej wszystkie zmysły i nie przypomni sobie jak się chodzi. Musiało jej być naprawdę trudno, nie miało to jednak w tym momencie znaczenia. Najważniejszym było urwać się z tego piekła.
  Ich kroki byly wolne. Nie rozmawiali ze sobą do czasu aż nie przekroczyli granicy do której dochodził smród pozostawiony przez śmierć. Tym razem nie było problemów, gdyż wrogie wilki odeszły nie pozostwiając po sobie śladu obecności. Terra coraz głośniej szurała łapami po ziemi, szła coraz wolniej. Salem byl mniej więcej jej wzrostu, był samcem a mimo to wydawał się być niewiele bardziej masywny i silny. Mimo to zaproponował jej by ją poniósł.
 - Oszalałeś głupcze? Jeszcze czego? Co ty sobie wyobrażasz? - Wydawała się być oburzona, nie znał jednak przyczyny jej zachowania póki nie zdołał spojrzeć jej w ślepia. Zastanawiające było to, że biło od niej niepokojące ciepło. Gdy już wylądowała na jego grzbiecie był pewien, że ma gorączkę i zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy.
 - "Jak koonie w galopieee...uuuu~" - Śpiewała cichutko, głosem przerywanym, melodyjnym lecz jednocześnie przypominała osobę obłąkaną. Zamiast sprawdzić czy wszystko w porządku z jej mózgiem Sal myślał  A co będzie jak ją tu teraz zostawię? Może to jakaś wariatka...jeszcze mnie wyśmieją. A jak się zarażę i przeniosę to na przykład na Szadoła to mnie chyba zabiją. Nie zrobił jednak tego co pragnął z całego serca uczynić, lecz zamiast tego znowu wzmógł tępo i po jakimś czasie melodia Baśki ustała. Terra zasnęła, być może ze zmęczenia, też na pewno pomogło rytmiczne tempo marszu.

***
  Było już całkiem widno. Cheese hasał sobie wesoło po granicach po dopiero co spożytym posiłku, pierwszym tego pięknego poranka. Cóż mogło zakłócić spokój i harmonię w SPS? A no właśnie. Wyczuł znajomy zapach, kierowany ciekawością ruszył w kierunku, z którego dobiegał tupot łap. Więc był to Salem, lecz coś ciążyło na jego barkach, wyglądał na bardzo zmęczonego, oczy miał zagubione, poczerwieniałe, wybałuszone. Patrzył tylko przed siebie, ignorował wszystkie sygnały otoczenia, mówiące że jest już blisko.
 - Sal, co ty tu robisz tak...wcześnie... - Ostatnie słowo wypowiedział dobiegając do niego. Terra na grzbiecie mieszańca poruszyła się raz, a właściwie zadrżała nękana gorączką. Krew i pot z jej ciała lepiły się do sierści zmęczonego pod nią psa. Niewiele myśląc zdjął z siebie ciężkie cielsko i sam spoczął.
 - Stało się coś strasznego. Muszę o tym prędko powiedzieć Radzie. Musisz się nią zaopiekować! - Powiedział tak szybko i niezrozumiale że Cheese przez chwilę zastanawiał się co robić w następnej kolejności. pytać dalej, czy działać?
 - Ale kim ona jest? Co mam zrobić? - Pytał jak gdyby jeszcze nie odnalazł się w sytuacji, lecz groza już zaczynała powodować mi ciarki na całym ciele.
 - Zobacz co z nią jest. Ktoś zaatakował sojusznicze stado, ona jest jedyną ocalałą jaką znalazłem. Myślę, że poza tym co już zdążyła mi przekazać kryje jeszcze wiele niezbędnych informacji. Nie pozwól żeby umarła, a ja pobiegnę sprowadzić pomóc i powiadomić resztę. - Słowa wyleciały z niego w niewyobrażalnym tempie, po czym oblizał kilka razy pysk i ciężko przełknął ślinę na myśl o szaleńczym biegu jaki go teraz czeka. Nie pozwolił nawet by kolega przemyślał decyzję. po prostu wstał na chwiejących się nogach i ruszył. Tym razem znał kierunek oraz wiedział, że Serek da sobie rade z utrzymaniem jej przy życiu. Należało tylko dobiec do polany. Tam na pewno będzie ktoś, kto przejmie pałeczkę. Las stopniowo się przerzedzał, a pies rozpoznawał już okolicę doskonale. udał się wprost na miejsce spotkań członków stada, lecz ku jego zdziwieniu nikogo tam nie zastał. Chociaż zawsze ktoś spoczywał w cieniu lub wylegiwał się niedaleko wody nie miał czasu na poszukiwania. Musiał biec dalej, do stadnych jaskiń i nor. Łapy już odmawiały mu posłuszeństwa. Znajdując się już w miejscu, gdzie powinny odpoczywać psy zawył głośno resztkami sił i czekał na rychły odzew. Jak mógł się spodziewać pierwszy usłyszał do Shadow. Zawsze w gotowości do niesienia pomocy innym i teraz go nie zawiódł. Pytającym wzrokiem badał ciało Sal'a, brudne, śmierdzące, mokre od potu i lepiące się do wszystkiego. W milczeniu czekał na wyjaśnienia.
 - Byłem na przechadzce wokół terenów. Poczułem dziwny zapach... - Salem czuł, że musi opowiedzieć mu wszystko od początku do końca, bo inaczej padną zajmujące cenny czas pytania. - ...jest teraz w lesie z Serkiem - niedaleko granic na północ od polany. Musimy prędko wezwać jakiś medyków do pomocy, on może nie poradzić sobie z nią na dłuższą metę. 
Shad widocznie zrozumiał po zawrócił w stronę psich nor i naraz wybiegło z niej kilka osobników, które widziało już w którą stronę należy się udać by nieść pomoc.
 - Resztę opowiesz mi gdy odzyskasz siły. Rada także musi o tym wiedzieć. Wszyscy muszą. Jest to sprawa w która bez wątpienia musimy się wtrącić. Zwołamy zgromadzenie i wspólnie ustalimy co należy uczynić, gdy tylko Terra będzie gotowa zamienić z nami parę słów.
Słowa te uspokoiły Sal'a. Był pewien że wykonał swoje zadanie, i finalnie uśmiechnął się sam do siebie, czego nie robił z pewnością od dawna. Poczuł wielką ulgę, że w ciągu kolejnych kilku godzin nie będzie musiał nadwyrężać swojego zmęczonego ciała. Nie chciał teraz zawracać gitary o swoim ewentualnym udziale w sprawie i wynagrodzeniu, najwyżej może uda mu się wspomnieć o tym po fakcie... Tym razem sam siebie pokarał. Jak po tym co zobaczył mógł być zdolny do myślenia w tak prymitywny sposób?! Szaleństwo. Szaleństwo nie pozwoliło mi także podnieść się z ziemi. Postanowił odpocząć tu. W miejscu, gdzie czuje się bezpiecznie. Obiecał sobie nie opuszczać terenów w najbliższym czasie, chociaż czuł, że i tak ktoś go do tego zmusi.

Wyprawa na cmentarz. Część 2. [Tasha]

Odkąd wyruszyliśmy towarzyszyły mi takie uczucia jak zapał, ekscytacja, radość i pewność siebie. Poprzedniego wieczoru byłam tak podekscytowana że nie mogłam zasnąć, też obudziłam się  wcześniej i z braku lepszych pomysłów udałam się na miejsce zbiórki. Jednak teraz, gdy krople deszczu biły o mój grzbiet, który nawiasem mówiąc nie był hojnie obdarowany futrem, mój zapał znikł tak jak ciepłe letnie dni jakieś dwa miesiące temu. Im częściej przypominam sobie o tych beztroskich chwilach, tym częściej przeklinam w duchu nasz klimat. Jesień w całym swym pięknie posiada najgorszy pakiet jaki można sobie wyobrazić, a mianowicie deszcz, wiatr i niską temperaturę w jednym i z tym właśnie zestawem musieliśmy się pogodzić podczas naszej wędrówki. Całe szczęście las odegrał rolę naturalnego muru i dachu , co prawda z dziurami, ale jest to lepsze niż nic.
Szliśmy już około dwóch godzin, podczas których ciągle padało, oczywiście z różnym nasileniem, co dawało chwile wytchnienia. Podczas jednej z tych wolnych od „ulewy” chwil napotkaliśmy naszą pierwsza przeszkodę, a mianowicie powalony pień, zapewne spowodowała to burza która miała miejsce kilka dni temu. Ponieważ pień leżał na środku drogi, a po prawej i lewej stronie rozciągały się gęste, nieznane nam krzewy, lepiej było nie ryzykować poparzeń i przejść nad nim. Pierwszy tego wyzwania podjął się Shadow, który pomógł przejść Lenie. Ja byłam następna, początek był prosty wystarczyło oprzeć tylną łapę o jedną z gałęzi, następnie wdrapań się na górę i wydawałoby się najprostszym zejść, jednak tu znów pojawił się znienawidzony przeze mnie deszcz który sprawił, że kora drzewa nie należała do najpewniejszych podłoży i gdy stanie się na nim zbyt pewnie, co niestety zrobiłam, może spowodować upadek.
-Wszystko w porządku? –spytała Justa, która podejmowała wyzwanie tuż po mnie.
-Taa, w porządku to błoto złagodziło upadek…-odpowiedziałam z nutką irytacji, ale też rozbawienia. –Cóż kogoś musiało to spotkać –wstałam, otrząsnęłam się z liści i zrobiłam miejsce reszcie grupy, która nie miała już takich problemów jak ja i przeszła bezpiecznie na drugą stronę, niektórzy może stracili równowagę na moment raz, czy dwa. Gdy już cała nasza wesoła gromadka była po drugiej stronie ruszyliśmy w dalszą drogę.
-Hym…-zamruczała Vivian spoglądając do tyłu na pokonany przez nas pień.
-O co chodzi?-spytał Nack, który zwrócił uwagę na jej zamyślenie.
-O nic tylko…-zatrzymała się na chwile, jeszcze raz analizując upadłe drzewo, co zwróciło uwagę reszty.-Pamiętam że kilka dni temu miała miejsce burza, jednak nie sądzę żeby była na tyle silna by przewrócić to stare, dużo drzewo.
-Hym…-rozległ się pomruk zaintrygowania i każdy z nas wlepił wzrok w dopiero co przebytą drogę.
-Myślę, że nie powinniśmy się teraz nad tym zastanawiać-powiedziała Leiko po chwili ciszy jaka zapanowała.-Nic dobrego z tego nie wyjdzie, a i tak pewnie udzielił nam się nastrój . Drzewo było stare równie dobrze mogło przewrócić się samo z siebie.-wszyscy przytaknęli i kontynuowaliśmy nasz marsz. Rozmowy, jednak jakby przycichły i zapanowała dziwnie napięta atmosfera, która na szczęście trwała niedługo, ponieważ zniknięcie deszczowych chmur i pojawienie się słońca, które prześwitywało przez liście wysokich drzew poprawiło wszystkim humor i kolejna godzina drogi upłynęła na rozmowach, żartach a nawet piosenkach, choć krótkich i nie do końca poprawnie wykonanych to u przymilających podróż.
-Dobrze, dotarliśmy do postoju!-oznajmiło czoło naszego pochodu ku uciesze moim i jeszcze kilku osób, które tak jak ja oczekiwały go już od jakiegoś czasu. Zatrzymaliśmy się na niewielkiej, leśnej polanie. Polana może nie była duża, ale przytulna i idealnie spełniała nasze warunki. Na środku leżało kilka porośniętych mchem głazów ustawionych przez Matkę Naturę w kręgu, jakby były przygotowane specjalnie dla osobników chcących odpocząć lub porozmawiać o czymś ważnym. Na krańcu polany tuż przy linii drzew płyną wąski strumień, który wypływał ze strony przeciwnej do tej, którą weszliśmy. Trawa pod naszymi łapami nie była tak zielona, jak latem jednak dzielnie się trzymała w porównaniu do tej na naszej ojczystej polanie, która już traciła żywe barwy. Atmosferę tej leśnej polany można uznać za przyjemną, a nawet magiczną. Staliśmy w rzędzie przyglądając się temu miejscu lekko zdezorientowani.
-Brakuje tylko króliczków, motylków i sarenek do tego obrazka-powiedział ktoś po mojej prawicy, jednak byłam zbyt skupiona na staniu i wpatrywaniu się w to zadziwiające miejsce by odróżnić czyj to był głos, po tych słowach wszyscy się roześmieli i rozproszyli po polanie. Minęło około pół godziny nim wszyscy napili się do syta i znaleźli w miarę suche miejsce na odpoczynek. Dopiero, gdy siadłam poczułam ile przeszliśmy. Czułam ból w nogach, jednak nie był on silny, jedynie odczuwalny, wiedziałam że pod koniec dnia będzie gorzej i nie ma co teraz narzekać. Rozejrzałam się jeszcze raz po polanie, kątem oka spostrzegłam jakiś poruszający się , ciemny kształt w lesie. Szybko odwróciłam wzrok w tą stronę, jednak las wyglądał tak jak powinien. Spojrzałam po reszcie członków wyprawy, niektórzy mieli podniesione głowy i nastawione uszy inni wpatrywali się w to miejsce, jednakże nikt nic nie mówił, zapewne nie chcieli niepotrzebnie denerwować reszty lub myśleli że tylko im się wydawało lub była to sarna, co było najbardziej prawdopodobne, a co za tym idzie pewnie prawdziwe. Zastosowałam się do tego, nic nie powiedziałam i wróciłam do odpoczynku . Na polanie spędziliśmy mniej więcej półtorej godziny, dla niektórych było to za mało dla innych za dużo, a jeszcze niektórzy uważali ten czas za akurat. Chcąc, nie chcąc trzeba było wstać i ruszyć dalej w nurt przygody. CDN

Wyprawa na cmentarz. Część 1. [Nack]

       Husky przybył na polanę trochę wcześniej niż zamierzał a obserwując szare obłoki radykalnie przenikające siwy nieboskłon, sceptycznie podchodził do zapowiadającej się pogody mającej towarzyszyć im przez większość czasu podróży. Trzymając łeb nisko obrócił lekko pyskowie by upewnić się, że wybranka Jego serca smukłym krokiem idzie obok niego. Nie spieszyło im się, raczej wątpili, że spotkają któregoś ze stadnych towarzyszy w wyznaczonym miejscu spotkania przed wschodem, który był wyznacznikiem czasu ich zgromadzenia. Wyprawa tak oczekiwana przez psowate zgodnie z przewidywaniami miała zająć przy sprzyjających wiatrach kilka godzin marszu przeplatanych odpoczynkiem przeznaczonym na zregenerowanie sił.
     Po przekroczeniu granicy lasu ze zdumieniem omietli spojrzeniem polanę stwierdzając, że większość osobników już się zgromadziła z porannym znużeniem oczekując na przybycie reszty. Podeszli bliżej darując sobie efekt zaskoczenia i już z daleka oznajmiając swoją obecność krótkim serdecznym powitaniem przy akompaniamencie skinięcia łbem. Przysiedli w bliskim sąsiedztwie Shadowa i Leny przerywając krótką konwersacje dotycząca migrowania zwierzyny łownej na północne krańce, błękitnooki przyłączył się do rozmowy szybko wtrącając pytanie dotyczące faktycznej liczby uczestników na wyprawę. Rozmówcy nie zdążyli odpowiedzieć, bo chwilę później dołączyła do nich Tasha, której sylwetka już wcześniej jawiła się wzdłuż brzegu jeziora 
- Czekamy na Vivian i Juste - zakomenderowała podchodząc bliżej ich małego kręgu, najwidoczniej przybyła tu pierwsza i w celu rozgrzania łap udała się na krótki żwawy spacer. Przemyślenia uświadomiły huskyemu Jego obawy o jesiennej chlupie, która niebezpiecznie owinęła się wokół ich terenów. W duchu wierzył jednak, że południe przywita ich nieco cieplejszym ramieniem pozbawionym nagłymi porywami wiatru. Machinalnie przytulił Leiko, jak zwykle gdy stwierdzał, że jest wystawiona na niesprzyjające warunki. Uśmiechnął się kątem pyska i nim zdążył się zorientować dołączyła do nich reszta uczestników z wymalowanym pytaniem na pyskach 
- Jesteście w samą porę, my przybyliśmy za wcześnie - wyjaśnił odpowiadając na ich nieme zapytanie i zerknął na Lenę, która w tym momencie chrząknęła gotowa natchnąć  krótką przemową ich wygłodniałą wyobraźnie. Nie przeliczył się słuchając słów przywódczyni, jako że była znakomitym retorem, wkładając w swe oracje tyle energii, że po facjatach zebranych przebiegł mimowolny nieokiełznany uśmiech łapczywych przygód podróżników. Husky oderwał na chwilę spojrzenie, od labradorki by przenieś stoickie spojrzenie na słuchających, wyłapując owe prawie że szczeniackie gesty radości, tak nie często spotykane w szarości dnia codziennego. Nawet Jego rasowy pobratymiec zmienił wyraz pyska na szeroki uśmiech, podczas przemawiania kremowej towarzyszki.
       Po słowach, nadeszła pora na czyny, jako, że niektórzy niecierpliwie stąpali po ziemi, próbując rozgrzać zziębnięte poduszki czy rozmasować zbolałe mięśnie kręgosłupa. Shadow rozrysował na piaszczystym gruncie mapę, oznaczając najważniejsze i charakterystyczne punkty, które miały doprowadzić ferajnę do celu. Chwilę później ich rysunek obarczony był kolejnymi śladami łap, jako że każdy postanowił dołączyć się do przygotowania szlaku, wyznaczenia miejsc postoju czy wodopoju, kolejne minuty mijały i gdyby nie stanowczość Leiko, godzinami dybali by na temat atrakcji turystycznych podczas wyprawy. Husky słysząc hasło do rozpoczęcia wyprawy odwrócił łba by rzucić ukradkowe spojrzenie na wiarusa, spoglądającego właśnie w Jego stronę jakby przewidując kolejny krok. Kiwnął łbem, zgadzając się na niewypowiedziane myśli Shadowa i ustawił się na końcu, pamiętając, że pilnowanie gromadki leży w Jego naturze i obowiązku. Mimo, iż nikt nie wyznaczał niewidzialnych granic wszyscy ustawili się w pionowym rządku prowadzonym przez Shadowa w towarzystwie Leny, dalej szła Vivian, Tasha i Justa, których kolejność zmieniała się w zależności od prowadzonych przez nie rozmów, zamykający ten pstrokaty korowód Nack i Leiko, co jakiś czas zerkali do tyłu by się upewnić, że nikt nie kroczy w ślad za nimi.
        Minęli jezioro by za chwilę zniknąć w leśnej gęstwinie ich terenów, szli wzdłuż wyklepanej przez łapy ścieżki dyskutując na temat obranej drogi. Zdania były podzielone, jako że jedna cześć wolała drogę dłuższą i bezpieczniejszą prowadzącą wzdłuż linii drzew za to inna preferowała wniknięcie do wnętrza lasu w celu jak najkrótszego czasu dotarcia na cmentarz. Spór trwałby długo, gdyby natura nie postanowiła sama rozwiązać problemu. Nack poczuł jak zimna kropla musnęła Jego czarnej jak smoła trufli, nie chcąc dać wiary w ten kaprys pogody zerknął w bok chcąc znaleźć upewnienie w oczach ukochanej. Leiko również strzygnęła beżowym uchem potwierdzając Jego obawy o mżawce, która chwilę później zwiększyła objętość swych kropel przekształcając się w zwykły jesienny deszcz. Ulewa rozgorzała na dobre zmuszając psowate do wtargnięcia na teren lasu, mimo że z cukru nie byli a nawet niektórzy śmiało chcieli przeciwstawiać się pogodzie, po krótkich przekonaniach zgodnie uznali, że złapanie jakiegoś wirusa nie będzie dobrą pamiątką z wyprawy, która dopiero się zaczęła i już pokazywała mozół swej pracy. Zacięcie w sercach podróżników, jednak nie zmalało a wręcz zwiększyła się ich motywacja obleczona trudem złej pogody...
... ciąg dalszy nastąpi. Tasha oddaje pałeczkę .