niedziela, 13 października 2013

Zawiłości miłości. Part I.

Spazmatyczny oddech nawiedził postać o słomianych puklach. Metraże torów, jakie kazano pokonać im sprintem były wręcz kolosalne, bynajmniej jak dla kogoś kto na co dzień borykał się z problemami sercowymi. Bardzo poważnymi problemami sercowymi, o których nie wspominał nikomu, gwoli ścisłości. Głupie, nieodpowiedzialne… Takie typowe w swej infantylności… I takie jednocześnie takie niesprawiające trudu. Balansowała po najmniejszej linii oporu, przekładając chore ambicje ponad własne zdrowie. Norma w jej antagonistycznym uniwersum.
- Cama, poczekaj. - sapnęła, machnąwszy na koleżankę zbierającą się do następnego biegu – Muszę złapać oddech… 
               Szatynka obróciła głowę, bezkrytycznym spojrzeniem taksując sylwetkę słaniającej się Bonnie. Chyba zaczęła oswajać się z jej widokiem, w czasie jak ta walczyła o resztki tlenu, tak bardzo potrzebnego każdej istocie żywej. Z resztą, to wszystko zaczynało komplikować się z dnia na dzień coraz bardziej. Nie rozumiała jej oślego uporu. Obie uczęszczały do najlepszej szkoły wojskowej w kraju, zgoda, ale takie nadwyrężanie organizmu ponad miarę mogło kiedyś odbić się czymś gorszym, aniżeli chwilowa duszność. Westchnęła więc pobłażliwie, puszczając ręce wzdłuż ciała.
 - Po prostu biust opada. Parskasz jak dławiony kundel.
               Prawda w oczy kole. Coraz trudniej było chwytać powietrze. Doszło do tego, że Cama była zmuszona odprowadzić przyjaciółkę do trenera. Ten przyjrzał się uważnie pobladłej blondynce i uśmiechnął wąsko z typowym dla siebie powątpiewaniem. Był jednak wyjątkowo ugodowym człowiekiem i tak jak się spodziewano nie robił zbyt dużych problemów. To jest, bardziej nie komplikował im życia.
- To wasza ostatnia lekcja? – zapytał treściwie, krzyżując ręce na torsie obitym w ciężki mundur. Było przecież tak gorąco… Współczucie samo chwyta za serce na taki widok.
- Tak jest, sierżancie. – padła chóralna odpowiedź.
- Więc idźcie do domów. Na jutro chcę usprawiedliwienie. – mruknął, przez moment taksując wzrokiem dziewczęta. – Od każdej z was. – dodał, ruchem podbródka wskazując Camę. – A wy ją odprowadzicie, rekrucie.
- Tak jest! – obustronny salut przypieczętował niepisaną umowę. Nie ukrywajmy, jasnowłosa czuła się jakby ją walec przejechał, potem cofnął poprawić niedoskonałość i jeszcze raz przejechał. Ciśnienie poderwało krew pod same skronie, atakując zdezelowaną postać cholerną migreną.
               Z osłupienia wyrwał ją dopiero pisk opon i nagły ból ramienia. Wraz z warknięciem wściekłego kierowcy. 
- Jak łazisz!? – ale jaki to był przejmujący dźwięk… Zimny dreszcz przemaszerował po jej kręgosłupie w brutalnym kontraście do obecnego ukropu. Żaden inny mężczyzna na Ziemi nie mógłby poszczycić się bardziej pociągającym, wpadającym w wibracyjną nutę, głęboko zachrypniętym barytonem. To prawie jak dostać piłką w łeb od samego Davida Beckhama! Zdolne zamroczyć przeciętnego człowieka na ulotną chwilę. Woń palonej gumy uniosła się w powietrze, mącąc wszechobecny odór spalonego słońcem asfaltu.
- Ja… Ja… - próbowała zacząć, jednak jej wysiłki spełzły na niczym. Westchnęła więc ciężko i zacisnęła mocno pobladłe wargi w czasie, jak jej przyjaciółka zadecydowała zawlec ją z powrotem na bruk. Cała żałość jasnowłosej postaci uleciała w pobłyskujących kącikach oczu, gdzie ledwo zauważalnie tliły się łzy bezsilności. Sapnęła ze złością, odtrąciwszy od siebie ramię Camy. Ta wzniosła tylko ręce w defensywie, nie chcąc już niczego więcej. – Przepraszamy. – rzuciła w imieniu ich obu. Grunt to to, że były już bezpieczne na chodniku, z dala od warczącego silnika. Bonnie zdążyła jedynie zwrócić uwagę na twarz mężczyzny, który wpierw zmierzył je całe górnolotnym spojrzeniem ciemnych oczu, a potem zakląwszy siarczyście na własną nieuwagę wcisnął pedał z taką siłą, że opony zawirowały bezsilnie, nim pchnęły wóz w dalszą drogę. Czarna bestia wkrótce zniknęła im z oczu. Blondynka jeszcze długo nie mogła oderwać wzroku od punktu, gdzie po raz ostatni widziała auto. I przerażająco przystojnego mężczyznę, który je prowadził. Pokręciła nosem do własnych myśli, rzucając przyjaciółce niepoukładane pod każdym względem wejrzenie. Pragnęła już tylko, aby ten dzień dobiegł końca.
``~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~’’ Pierwsza część z głowy, przepraszam za dość mizerną długość. Mam zamiar pisać dalej, ale najpierw wolałabym wiedzieć, czy ktokolwiek to przeczyta. Wytrwałym gorąco dziękuję.

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Część VII

Obudził mnie krzyk dobiegający z kuchni. Od razu wstałam i pobiegłam by zobaczyć co się tam dzieje. Gdy weszłam tam zauważyłam, że mama krzyczała na Fabiana, a gdy chciałam ich uspokoić usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami. Mama usiadła na krześle załamana, a Fabian sobie wyszedł. Super, jeszcze tego tu brakowało. Nie dość, że Fabian narobił mi niezłych kłopotów w szkole, to jeszcze z mamą pokłócił się, a ja? Ledwo już wytrzymywałam humorki swojego brata.
-Mamo co się stało? Dlaczego tak krzyczałaś? -Spytałam przerażona.
Mama naprawdę nie wyglądała za dobrze, miała łzy w oczach. Musiałam dowiedzieć się co jest grane.
-Spytałam się go jak tam w szkole, a on jak gdyby nigdy nic zaczął stukać ręką o blat i bulwersować się. Nie wiem co w niego wstąpiło. Może Ty wiesz? -Zerknęła na mnie.
Może i wiedziałam, ale nie mogłam przecież wydać swojego brata. Z drugiej strony nie pozwolę też, aby Fabian traktował tak mamę i innych, bo jakaś dziewczyna go zdradziła. Wymyśliłam coś szybko.
-Mamo, Fabian dorasta i wiesz, że ma te swoje humorki. Pamiętasz jak też tak miałam, gdy byłam w jego wieku? Po prostu dostał złą ocenę w szkole i poklócił się z kimś, a z kim to nie wiem.
Mama przyglądała mi się jeszcze przez dłuższy czas, ale zanim zdążyła coś powiedzieć to znikłam już z jej oczu, gdyż poszłam do toalety przyszykować się do wyjścia. Miałam dzisiaj spotkać się Sarą, ale gdy przeczytałam jej sms'a to aż zamurowało mnie. Sara naprawdę zmieniła się odkąd jest z Andre. Ciągle nie miała zbytnio czasu dla mnie, swojej najlepszej przyjaciółki, gdzie zawsze spotykałyśmy się w sobotę i rozmawiałyśmy dosłownie o wszystkim. Martwię się, że wpadnie w złe towarzystwo, nawet w dzisiejszym sms'ie napisała, że idzie na dyskotekę ze swoim chłopakiem. Skoro ta nie ma dla mnie czasu, postanowiłam umówić się z Sylvią. Jednak wiedziałam, że nie mogę jej o wszystkim powiedzieć.
Poszłam tam gdzie zwykle spotykamy się, konkretniej w stronę niewielkiego mostu.
-Hej! -Sylvia zauważając mnie podeszła nieco szybszym krokiem.
-Cześć. -Odpowiedziałam cicho.
Poszłyśmy przejść się po parku. Sylvia ciągle coś opowiadała, a ja głównie milczałam, nawet nie wiem o czym zbytnio mówiła. Ciężko mi było skupić się. Nic dziwnego, skoro nic mi się nie układa. Fabian wyżywa się na wszystkich w domu, Sara wpadła w złe towarzystwo, a Martin... pewnie jest gdzieś teraz z Mery świetnie bawiąc się. Najgorsze było to, że nie mogłam o tym wszystkim powiedzieć Sylvii. Tylko Sarze zwierzam się dosłownie z wszystkiego, ale podejrzewam, że skończy się to. Odpłynęłam myślami gdzie indziej zupełnie zapominając, że jestem z Sylvią na spacerze. Usiadłyśmy na ławce i nagle dostrzegłam znajomą posturę chłopaka. To był Andre, ale nie z Sarą.
-O mój Boże. -O mało co nie krzyknęłam, musiałam powstrzymać się.
-Co? -Sylvia spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
Cały czas lustrowałam wzrokiem Andre i dziewczynę, która zupełnie nie przypominała Sary. Nie, no. On ją zdradza. Właśnie objął ją i czule pocałował. Myślałam, że podejdę tam i strzelę mu w twarz. Musiałam pożegnać się z Sylvią i pójść do Sary powiedzieć jej wszytko. Kilka minut później byłam już pod domem Sary. Czekałam aż ona wyjdzie myśląc ciągle o tej sytuacji.
-Siemka! -Uradowana Sara podeszła do mnie.
-Cześć. Słuchaj widziałam Andre i...
-I co z tego? -Przerwała mi Sara w połowie zdania.
-Nie chcę się wtrącać, ale Andre był z jakąś dziewczyną z którą obściskiwał się.
Wzięłam głęboki oddech patrząc na przyjaciółkę. Wiedziałam, że zaraz rozpłacze się, gdyż jest tak samo wrażliwa jak ja, byłam przygotowana nawet by ją pocieszyć, lecz tym razem tego nie zrobiła.
-Mogla to być jego siostra albo kuzynka, on mnie nigdy nie zdradzi! Obiecywał mi to nawet. Nie zniszczysz mi związku, Kate. -Spojrzała na mnie dosyć surowym spojrzeniem.
-Nie wierzysz mi? -Spytałam.
-Wybacz, ale nie, muszę iść, gdyż za godzinę jestem umówiona z Andre.
Zawróciła się do domu, a ja aż zbladłam. Musiałam aż usiąść na ławkę by to wszystko przemyśleć. Przecież nie chciałam jej zniszczyć związku, tylko powiedziałam jej to co widziałam. Przyjaciółki mówią sobie wszystko. Pomyliłam się co do niej i jednak miałam rację, że zmieniła się. Szkoda, że mi nie wierzy, ale mam nadzieję, że w końcu ocknie się  i przejrzy na oczy. Czuję, że straciłam przyjaciółkę. W tym momencie zrobiło mi się smutno, że aż sięgnęłam po chusteczkę wycierając łzy. Nie chciałam wracać do domu. Wstałam i poszłam przed siebie. Samotny spacer może dobrze zrobi. Naprawdę nie miałam ochoty rozmawiać z kimś, chciałam być sama.
Idąc ulicami miasta rozglądałam się tylko na boki. Akurat przechodziłam obok fryzjera, gdzie zauważyłam Mery, a obok niej siedział Martin. Nie no, jeszcze tego widoku mi brakowało. Chwilę przyjrzałam się Martinowi no i wpadłam. Zauważył mnie, podszedł do Mery szepnął coś i skierował się w stronę wyjścia. Szybko odwróciłam się tyłem zerkając w komórkę. Może mnie nie pozna, zaczęłam powoli iść, gdy nagle usłyszałam znajomy głos.
-Kate! -Krzyknął Martin biegąc w moją stronę.
Jego głos zawsze rozpoznam. Głupio byłoby iść dalej udając, że nie słyszę, a jeszcze gorzej uciekać. Skoro wpadłam, to musiałam teraz z nim rozmawiać, a naprawdę nie miałam na to ochoty. Jeszcze jak widziałam tą całą Mery. Normalnie we mnie gotowało się coś w środku, czułam, jak serce mi łomocze, nie wiedziałam co mam zrobić.
-Cześć. -Powiedziałam patrząc na niego.
-Hej, wszystko w porządku? Co tam? -Spytał.
Cały czas patrzył się na mnie, a ja myślałam, że spalę się ze wstydu. W dalszym ciągu wstydziłam się tej ostatniej sytuacji jaką narobił mój brat. Od tamtej pory nie widziałam Martin'a, więc byłam mile zaskoczona, że pobiegł za mną.
-Wszystko okej. Wybacz za tą sytuację z bratem, przegiął, wiem. -Speszona odwróciłam wzrok.
Martin cały czas patrzył się na mnie. Bałam się Jego spojrzenia, bałam się tego że coś źle powiem i bałam się w ogóle wszystkiego.
-Nic nie szkodzi. Co robisz w środku miasta zupełnie sama? To do Ciebie niepodobne.
W sumie racja, co ja mogłam robić sama w wielkim mieście? Powiem, że przeszłam się bo nie chciałam rozmawiać z Sylvią, po tym co zobaczyłam w parku, a Sara się na mnie chyba obraziła? Bez przesady, musiałam coś wymyśleć na poczekaniu.
-Wracam od koleżanki, a Ty? -Uśmiechnęłam się lekko patrząc w Jego niebieskie oczy.
Nie wiem czemu, ale Martin poprawił mi humor i przez chwilę naprawdę zapomniałam o problemach i o Mery. Może Martin tak na mnie działał? Nie wiem.
-Jak widzisz byłem z Mery u fryzjera, prosiła bym potowarzyszył jej. -Odpowiedział.
Uśmiech z mojej twarzy znikł. Ciągle tylko Mery i Mery, nie chciałam o niej słyszeć a co dopiero na nią patrzeć. Może serio jest z nią? Może powinnam Go o to spytać? Miałam mnóstwo pytań w myślach, lecz żadnego z nich mu nie zadałam. Pomyślałam sobie, że sam powie, nie będę w końcu nahalna.
-To fajnie. Wybacz, ale muszę już iść. -Widziałam jak Mery płaci i wiedziałam, że zaraz wyjdzie, musiałam szybko iść stamtąd. Powoli zaczęłam iść.
-Kate?
-Tak? -Usłyszałam swoje imię i natychmiast odwróciłam się by spojrzeć pytająco na Martina.
-Trzymaj się. -Powiedział odprowadzając mnie wzrokiem.
-Dzięki, Ty również.
Poszłam dalej czując na sobie wzrok Martina, słyszałam z oddali głos Mery i udałam się w stronę domu. Naprawdę chciałąm przytulić się do Niego i może nawet bym to zrobiła, ale odrzucało mnie to, że był z Mery u fryzjera i w ogóle ta cała sprawa jest niewyjaśniona. W dalszym ciągu nie wiem kim jest dla Martina. Wróciłam do domu wieczorem lekko zmęczona. Poszłam do kuchni coś zjeść, gdy nagle usłyszałam głos Fabian'a.
-Możemy porozmawiać? -Usiadł na krześle wyczekując na odpowiedź.
Ciąg dlaszy nastąpi:
-Co Fabian ma do powiedzenia Kate?
-Co stanie się z Sarą?
-Co się wydarzy?
W skrócie dla tych co nie wiedzą o co chodzi w opowiadaniach:
Kate mieszka w miasteczku w jednorodzinnym domu z mamą, tatą i bratem Fabianem. Chodzi do 1kl liceum, gdzie poznaje swoich znajomych z klasy: Katię, Sylvię, Martin'a i Allexandrę. Od razu wpada jej w oko Martin, ciemnobrązowy chłopak o niebieskich oczach. Będąc na imprezie u Sylvii Kate przytuliła Martina, lecz kilka dni później widzi go z niejaką Mery, której nie trawi. Kate mówi swojej młodszej o rok przyjaciółce Sarze o zauroczeniu do Martina i o Mery, którą poznała w sklepie gdy była z Sylvią i Katią. Sara poznaje Andre, który od jakiegoś czasu jest jej chłopakiem. Tego samego dnia kiedy Kate poznaje chłopaka przyjaciółki z którą miała iść na szkolną imprezę spotyka tam Martina, zupełnie samego. Dochodzi do rozmowy, lecz niestety przerywają tą rozmowę krzyki dobiegające z korytarza. Kate zauważa tam swojego młodszego brata Fabiana, który zaczął bić się z chłopakiem, uczący się w liceum. Szybko odciąga brata i wyprowadza go ze szkoły, towarzyszyjej przy tym Martin. Martin proponuje swoją pomoc, lecz Kate odrzuca ją i natychmiast idzie do domu z nieznośnym bratem. Nazajutrz Fabian staje się coraz bardziej agresywniejszy, nawet w stronę mamy, która próbowała z nim porozmawiać, gdyż o niczym nie wiedziała, jednak Kate uspokaja ją mówiąc, że ten dostał złą ocenę w szkole. Kate idzie przejść się do parku z Sylvią, gdy nagle zauważa Andre- chłopaka Sary z inną dziewczyną. Od razu idzie powiedzieć o tym przyjaciółce, lecz ta nie wierzy w podejrzenia Kate. Zmartwiona Kate wybiera się więc na samotny spacer aż dochodzi do miasta, gdzie zauważa Mery siedzącą u fryzjera, Martin jej towarzyszy. Zauważając Kate chłopak szybko wybiega i rozmawia z przygnębioną Kate.
[Witam wszystkich po wakacjach :3 Z góry przepraszam za wszelką nieobecność, gdyż szkoła, praktyki i ostatni rok, który kończy się maturą. Ale nie martwcie się, jestem na bieżąco ze sprawami stada i mam zamiar napisać notkę organizacyjną by wyjaśnić parę spraw. Najpierw więc chciałabym porozmawiać z osobami z Rady Starszych. Co do opowiadania, to mam zamiar je kontynuować tak jak to robiłam dotychczas i mam nadzieję, że Wam podoba się w dalszym ciągu i jesteście ciekawi co będzie dalej. Dziękuję za dotrwanie do końca i czekam na Wasze opinie. :3 Dobranoc. ]

Zawiłości miłości. Part II.

        Muzyka dudniła w skroniach rozsadzając świadomość. Świat wokół wściekle wirował. Rozpływał się w jej destrukcyjnym tańcu. Oddychała wyraźnie, mierząc kolejne ciosy. Zacisnęła szczęk, bo potężny wór nie był jej pokorny. Nie chciał ustąpić pod naporem małych pięści niezależnie od tego, ile serca włożyła w uderzenie. Drżał jedynie jakby w spazmach śmiechu, uwieszony stabilnie u sufitu. Warknęła gniewnie, przerzucając zręcznie środek ciężkości z jednej nogi na drugą, gdy wprawiała ciało w ruch śrubowy. Pięta zaświeciła przy okrutnej maszynie, aby zdusić ją w potężnym kopniaku z półobrotu. Siłę czerpała z ciężaru całego ciała. Dopiero wtem przeciwnik wygiął się na hakach, aby ze zgrzytem przesunąć parę metrów w bok. Złapała równowagę za uszy, stając znów twardo na nogach. Uniosła jedną z dłoni, aby otulić ją palcami drugiej. Ogień trawił obie ręce, jednak był zdecydowanie lepszy od nic nierobienia. Krew przeżarła świeży opatrunek. Zrobiła miazgę z knykci przy okazji ćwiczeń. Kark wyjątkowo odsłonięty błyskał w sztucznym świetle. Oblana potem chwyciła po butelkę mineralnej, chcąc zaczerpnąć ukojenia. Ciecz sperliła się w kąciku ust, aby spłynąć po brodzie i szyi w głąb dekoltu. Zadygotała nieprzyjemnie. Schłodzona woda w tak ciepłym miejscu to zdecydowanie zły dotyk. 
        Brwi zawadziły o czoło, gdy odsuwała gwint od uchylonych warg. Na dole rozległ się łomot. Zwróciła wzrok w stronę okna, a źrenice sięgnęły nieba w zażenowaniu. Matka znów wywaliła coś z kuchennej szafki. Ostatnio wszystko leciało jej z rąk... No to pierwszy raz w życiu miały ze sobą cokolwiek wspólnego. Zdecydowała, że pokaże się w kuchni. 
- Pokaleczysz się... - mruknęła, spoglądając z ukosa na kobietę zbierającą z kafelek odłamki stłuczonej porcelany. Cennej niegdyś. Teraz nie miała najmniejszego znaczenia rozbita na dziesiątki mikroskopijnych kawałków. Ciężki wzrok spadł na jej jasną twarz. Wyrażał tak wiele emocji naraz, że wzbudził obrzydzenie w nastoletnim sercu. Jasnowłosa obróciła się na pięcie, jak maszyna kierując z powrotem do swojego pokoju. Nie, nie miała zamiaru pomóc rodzicielce w sprzątaniu. Nie czuła takiej potrzeby.
         Zadzwonił telefon, wywnioskowała to po wibracji rozbijającej się o parapet. Nie miała ochoty odbierać, nawet jeśli miałoby to kolosalne znaczenie dla wybuchu Apokalipsy. A jednak coś ją tknęło. Komórka zbyt irytująco miotała się po hartowanym drewnie. Wyciągnęła ramię jakby aparat miał ją pożreć. Jeszcze mniej chętnie zbliżyła go do ucha, zbyt ciężko było włączyć głośnomówiący.
- Słucham. - rozległ się jednostajny głos. Do pełni zmechanizowania brakło jej jedynie pozgrzytujących natrętnie trybików.
- Craig robi imprezę w Starbucks! Musisz koniecznie przyjść.
Pożałowała, że uciszyła telefon. Po stokroć wolała już jego brzęczenie od głośnej potańcówki.
Nic nie muszę, Cama. Wiesz o tym.
- Zrzędzisz, kochana! Zaraz po ciebie wpadnę.
- nie pytała o zgodę.
- Ani mi się waż... 
Bonnie zaczęła z pasją godną niejednego muzyka, lecz stłumił ją sygnał urwanego połączenia. Ze złością cisnęła komórkę na łóżko. Odbiła się od materaca, z łoskotem spadając na podłogę.
- Szlag by cię trafił! - jak domniemana przyjaciółka mogła postawić osobę tak niecierpiącą ludzi w podobnej sytuacji. Nie pozostało więc nic, jak wziąć prysznic i zatracić się w kojącym szumie wody. Spłukać z siebie wszelaką złość, by powitać świat z kolejną porcją fałszywego śmiechu, dobrej miny naszpikowanej sztucznością po krańce ust. Ci co za dnia się cieszą często w nocy płaczą, to odwieczna prawda. Samotność towarzyszką życia. Nie była wyrzutkiem, miała przyjaciół. Lubiła z nimi wyjść, pośmiać się, zapomnieć o szarej rzeczywistości. Jednak kiedy wracała w mury domu, z szeroko otwartymi ramionami witała ją właśnie ta dusząca pustka, którą zaleczała wysiłkiem. Namiętnie romansowała z workiem treningowym, tuląc sztangę do piersi. A w nocy kotłowała się w pościeli, z psim zacięciem odtrącając od siebie ramię samotności. Jednak to nie było takie proste. Odtrącona kobieta, nawet ta będąca tylko wytworem twojej wyobraźni, staje się nagle nieznośna i natrętna. Obracając doń plecami czujesz, jak pazurami orze ci łopatki, nie dając spać. Złościsz się i zwalasz wszystko na bezsenność. Ale wiesz, że mimo wszystko jest inaczej.
        Blondynka wyszła z kabiny, otulając się czarnym, puchatym ręcznikiem. Uwielbiała go i jego ogólną miękkość. Obejmował skórę jak najdelikatniejszy kaszmir, a kaszmirem przecież nie był. Zgrabna imitacja. Agresja ulotniła się z niej w spokoju czterech ścian, pozostawiając uśmiech przyczajonego tygrysa. Wtedy przyszła Cama, aby przygotować przyjaciółkę do wyjścia. Nie ma to jak piątek wieczór. I było cicho. Mimo wzajemnej obecności żadna nie ważyła się wypowiedzieć słowa. Cudownie milczały w swoim własnym towarzystwie.
                                                                          

                                                           
                                                         ... a gdy było już po wszystkim.


- Zwalisz wszystkich z nóg, kochana! - tylko Cama potrafiła tak świergolić. Jej głos z pewnością oscylował na częstotliwości dostatecznie wysokiej, aby bezproblemowo przewiercić się przez mózg i skronie słuchacza. W tym przypadku ofiarą była Bonnie.
- Jakbym niedostatecznie potrafiła przywalić... - ton jeszcze przez chwilę stłumiony był i gardłowy niczym warkot wilka. Jednak postać z prostownicą w dłoni nijak się tym nie przejęła. Wpatrywała się w swoje dzieło, okrywając zachwytem.
- Jesteś śliczna! - piszczała w miernej kontynuacji hymnu.
- Z tą tapetą na twarzy? Z pewnością.
- Przestań, na twarz nałożyłam ci tylko krem. Masz suchą skórę.
- A co mam na oczach?
- Eyeliner, cień, trochę tuszu...
- To już brzmi jak dobry skład bomby chemicznej. -
musiała podnieść się za stołka, aby stanąć przy lustrze. Rzadko podchodziła do siebie od strony czysto estetycznej, choć musiała przyznać, że było na co popatrzeć. Choć nie należała do tych przesadnie wysmuklonych i długonogich, z pewnością miała czym oddychać i na czym usiąść w miarę możliwości. W końcu gdy uprawia się sport obfity biust staje się utrapieniem. Bonnie cieszyła się ze swoich proporcji, co w wieku nastoletnim zdarza się bardzo rzadko. Ładne wcięcie w talii wyeksponowane czernią dopasowanej sukienki. Szerokie biodra nadające nieco kokieteryjnej pikanterii. Materiał opijał się kusząco na jasnych udach, a obcas modelował łydki. Było idealnie... Póki nie zacznie chodzić i nie połamie nóg. Dwunastki na początek to nie najlepszy start, jednak zawsze chwaliła się swoim wyczuciem równowagi. Dziś podda ją oficjalnej próbie.
        Zagryzła wargę, układając palcy na słodko zaokrąglonych biodrach. Materiał sukni opierał się na piersi. Dobrze jej było w czerni. Na prawdę fajnie kontrastowała z alabastrową skórą. Mocny makijaż też odrywał się od jasnych włosów, teraz przerażająco prostych, sięgających za łopatkę.
- Podoba mi się. - stwierdziła z westchnieniem ulgi, oglądając własne odbicie z ciekawością zwierzęcia. Pierwszy raz w życiu mogła spokojnie sobie powiedzieć "jestem ładna" i nie wybuchnąć śmiechem goryczy.
- Idziemy na pieszo?
- Zgłupiałaś? Chłopaki od godziny czekają na dole.
Strach zaświecił w oczach Bonnie. Jak to, chłopaki? I zobaczą ją taką odstawioną? Śmiech na sali gwarantowany.
- Wiesz, ja bym się chyba wolała przejść...
- W tych butach? -
zadrwiła Cama i bez pardonu pociągnęła przyjaciółkę za sobą na dół. Nikt nie pytał, dokąd idą i kiedy wrócą. Nikogo to nie obchodziło, w końcu mieli własne sprawy.

        Cholerne szpilki. Cholerna sukienka. Bała się w niej wsiąść do auta. I dlaczego miała takie perfidne wrażenie, że siedzący w fotelu obok Darren miast uważać na drogę, usilnie próbował wcisnąć się oczyma między jej nogi. Zacisnęła kolana w niemej panice. Całe to bycie "ładną" było stanowczo przereklamowane. Splotła ramiona na piersi, jedną z dłoni przykrywając bolący kark. Była zbyt spięta.
       
        Obudziła się w obcym pokoju, lecz nie czuła strachu. Nie bała się podświadomie, zupełnie jakby była w miejscu zupełnie bezpiecznym. Ponadto była ubrana, co świadczyło o tym, że nie zrobiła nic lekkomyślnego. Nieprzytomnie wierciła dziurę w suficie. Zamglone oczy widziały tylko czarne smugi.  Nie pamiętała, jak było na zabawie. Może zbytnio się upiła, albo za mocno przyłożyła głową w ścianę. Tak strasznie rozsadzało jej łeb... Niemożliwe żeby była skacowana, dałaby sobie ręce uciąć że nie wypiła nic poza mineralną, którą ciągle nosiła przy sobie. Zmrużyła powiek, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, ale każde kolejne podejście odbijało się niesamowitym cierpieniem mentalnym. A ponoć myślenie nie boli. Oddychała powoli, a pierś unosiła się i opadała miękko na miarę tchu. Niewyraźny obraz zaświecił przed oczyma.
        Wracały z Camą do domu. Właściwie tylko Bonnie wracała, bo Camę trzeba było wlec po bruku. Wtedy ktoś je zaczepił. Chyba od strony rewersu, bo nie pamiętała twarzy. Sapnęła cicho, usiłując odświeżyć umysł, ale to w niczym nie pomagało. Spojrzała na siną kostkę i obdarte udo. No tak, przewróciła się, gdy złamała obcas! A złamała obcas, bo napastnik próbował przyprzeć ją do ściany. Czasami mało trwała chińszczyzna potrafi zrujnować człowiekowi życie. Poczuła ścisk w żołądku, jednak brnęła dalej we wspomnienie nocy wczorajszej. Chyba próbowała walczyć, bo nagle nieokreślony ogień objął jej ramiona. Obejrzała je. Były sine tak jak skręcona noga. Chyba była skręcona. Oby była skręcona, mówiła sobie po cichu. Cama krzyczała, ale krzyczała daleko. Czyżby uciekała? Nie, nie, Cama wołała o pomoc ale ulica śmiała się jej w twarz okropną głuchotą.
Bonnie wymierzyła cios i trafiła mężczyznę w krtań. Właściwie to nie dało się zablokować dłoni, ciskała więc pięściami na prawo i lewo w niekontrolowanej furii, a gniew dał jej siłę. Siłę tak wielką, że przeciwnik sturlał się z niej rzucając mięsem. Zaraz... Wcale się nie stoczył, został odciągnięty.
        Drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów, a ślepia poczerniały ze strachu. Wrzasnęła, nim ujrzała twarz. Miała dziką chęć wydrapać drogę ucieczki w betonowej posadzce, na której tłukło się szkło.
Najwidoczniej nie tylko ona była w szoku. Wreszcie źrenice wielkie jak na haju napotkały oczy porażająco przystojnego kierowcy z wczoraj, uśmiechnął się blado. Niósł jej śniadanie. Obiad. Kolację? Oddychała szybko, a mózg pracował na najwyższych obrotach.  Miała wrażenie, że za moment odleci. I wtedy o jej uszy otarł się ten wibracyjny głos.
- Szybko się ocknęłaś...