piątek, 31 maja 2013

Kartka z Pamiętnika

      Nie będę wdawać się w żadne szczegóły związane z poranną pobudką. Po prostu : wstać, toaleta, ubrać się, uczesać, spakować i do szkoły.
      Poprzedniego dnia miałam dość długą wycieczkę rowerową w nie sprzyjającej pogodzie, tak, więc postanowiłam przejechać się z ciocią, co później miało swoje konsekwencje.
      Jak zwykle, próg szkoły przekroczyłam pięć minut przed dzwonkiem. Tradycyjny obchód w poszukiwaniu tych, którzy są w stanie tolerować moją osobę i przywitanie się z nimi, po czym powrót do żeńskiej części mojej klasy. Dzwonek, Pierwszy niemiecki. Cholera, zapomniałam wypracowania. Trudno, oddam później. Jedyna myśl : ,, Byle do dzwonka ''. Germanistka nie szczędziła uwag w moją stronę. Mam wylane. Słucham niby to z ogromną uwagą, a w rzeczywistości jestem, hen, w średniowieczu.
      W końcu słyszę słodki śpiew mojego wybawienia, choć w rzeczywistości jest to ryk dzwonka. Niemal wybiegam z sali. Rzucam torbę na podłogę, obok szafek i pędzę na boisko.
- Gosiu ! - Słyszę czyjś głos. Znam go, aż za dobrze. Jedna z tych, które zwykły zwać się mymi przyjaciółkami. Staję w pół kroku i z fałszywym szczęściem wymalowanym na twarzy, obracam się o sto osiemdziesiąt stopni. - Chodź, coś ci pokaże ! - Daje mi znak, abym poszła za nią. Kręcę głową, ale idę. Stajemy obok stosu, różnego koloru i marki, plecaków.
- Ania, streszczaj się ! - Krzyczę, starając się, aby mój głos przebił się przez ogólny zgiełk. Kasztanka szuka czegoś w torbie, by na koniec wyjąć cztery kartki, poleceń. - Sprawdzian z gegry ? Ale skąd ? - Przyglądam się każdemu zadaniu. Zerkam na Anie, czekając aż mi odpowie.
- No, szukałam trzy godziny i proszę ! - Stała przede mną, zadowolona z siebie i czekająca na moją reakcję.
- Aha, spoko. - Oddałam jej kartki i po prostu odeszłam. Niestety, przerwa minęła. - Polski - Mruknęłam. Sprawdzanie zadania i zrobienie kilku ćwiczeń. Polonistka uraczyła mnie przyjemnością wycinania literek. Nie było się czemu dziwić. Jestem jedną z nielicznych, którym wykonywanie bzdurnych poleceń z ćwiczeń zajmuje mniej niż 10 minut. Mniejsza.
      Mam tak zajebistą klasę, że zawsze muszą wywinąć jakiś numer. Zresztą mało kto uchodzi, w spotkaniu z nimi, bez uszczerbku na nerwach. Czyli schowali mi torbę. Tego było już za wiele. Nie jestem żadną skarżypytą, lecz tym razem przegięli. Doskonale wiedzieli, że gdy jestem w podłym nastroju, to lepiej ze mną nie zadzierać.
      Następna była matma. Upiekło mi się. Gdy matematyczka zapytała mnie z zadania, zamurowało mnie. Ogólnie to cały dzień chodziłam, jakbym myślała o niebieskich migdałach. Uratował mnie Szopik. Najporządniejszy chłopak z całej zgrai. Stan mojej klasy to : 9 chłopaków i 10 dziewczyn. Właściwie to wszystkie lekcje mijały mi szybko.
      Kolejny W-F. Zimno jak na północy, a nauczycielowi zachciało się iść na dwór i rzucać piłką. Na początek dwa kółeczka i rozgrzewka w miejscu. Wszyscy po kolei rzucali piłką od tenisa ziemnego, ponieważ wuefista nie mógł znaleźć normalnej piłki tj. piłki palantowej. Jobowa śpiewała Clovis Harris - I Need Your Love. Ma naprawdę ładny głos, a ta piosenka wychodzi jej prawie tak dobrze jak w oryginale. Moja kolej. Nie umiem rzucać z rozbiegu. 8 metrów. Wkurwa mam jak nic. Kolejna rundka. Rzucam z miejsca. 15 metrów. Za trzecim razem 18 metrów. Mam gdzieś wuefiste i te jego zaliczenia. Nie ma co ukrywać. Jestem kiepska z W-Fu.
      Zapomniałam dodać, że Ania dała mi na matmie jedną z kopi sprawdzianu. Władowałam ją do plecaka.
      15 minut przerwy zleciało szybciej niż zwykłe 5 minut. Włóczyłam się po tzw. rowerkowie. Plac dla czwartej klasy. Uczą się tam jeździć.
      Biologia. ,, Temat : Stres i co dalej ? ''. Pani od biologi zadała tradycyjne polecenia i potem róbta sobie co chceta. Zrobiłam trzy i za czwarte się brałam. Dzwonek. Obiad. Chyba jarzynowa.
      Po posiłku tradycyjne obleganie krzeseł w szatni z kurtkami. Ja, Natala, Anita i Klaudia oraz chłopaki z Ig. Jako jedyna ja z IIg. Wymienione dziewczyny w jakiś magiczny sposób są w stanie znosić moją osobę.
      No i w końcu geografia i sprawdzian. Napisałam go w mniej niż pół godziny. Temat : Sąsiedzi Polski. Po czym wdałam się w wciągającą dyskusję z Anią.
- Co napisałaś przy A ? - Zapytałam, pamiętając swoją odpowiedź.
- Białoruś - Mińsk. - Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Nie. Miałaś Kijów.
- Nie. Znaczy, no tak, ale skreśliłam. - Stwierdziła, ale ja byłam święcie przekonana, że miała Kijów.
- Nie. Owszem, skreśliłaś, ale potem znów to samo.
- Nie... - Niepewność - A może..? Może mi się pomyliło, ale chyba nie. - Wzruszyła obojętnie ramionami, poprawiając kasztanowe loki.
- Może. - Odparłam. Zrobiliśmy przypomnienie z drugiej klasy i dzwonek.
      Powinna być religia. Już na biologi się dzieliliśmy. Ja  i czterech chłopaków na lekcje do Ig, a reszta na gegre i matme. Mi to tam zwisało. Mam siostrę w Ig. Siedziałam z Anitą i opracowywałam jej polecenia. A czemu byliśmy podzieleni ? Pani od religii miała wyjazd. Tak samo dyra, z którą mieliśmy mieć zastępstwo.
      Tak, więc siedziałam z Anitą, śmiejąc się z błahych spraw. Popisałam Natale pisakiem różowym, a ona odpłaciła mi srebrnym klejem brokatowym.
      Po biologi u Ig miałam kółko w tym samym składzie. Nic ciekawego. Ogarniałam opka Lenki. (ciekawe xD )
      Poszłyśmy z Natalą na lody. Po lekcjach powinnam iść do domu, ale nie poszłam. Mieliśmy spotkanie w świetlicy. Myślałam, że wyrobię się do 16.00, ale przeciągnęło się do 18.00. Pomagałam Mice robić chruściki. Adrian pisał wywiad z Alą. Dopiero, gdy prawie na sam koniec Ali się znudziło, ja poszłam mu pomóc.
      Gdy wróciłam do domu natknęłam się na mamę. Nie jest wcale taka zła, pod warunkiem, że trzymasz się zasad. A z tym to u mnie problem.
- Miałaś być na 16.00! - Zaczęła nie szczędząc siły swego głosu.
- Mówiłam, że 16.00, ale nie wiem ! - Nigdy nie pozostawałam dłużna. Nauczyłam się, że jak chcesz coś powiedzieć rozwścieczonej matce to musisz być niemal taka jak ona.
- Mówiłaś 16.00.
- Mówiłam, że nie wiem !- Nie wytrzymałam. Cała się trzęsłam, a łzy same spływały mi po policzkach. Uciekłam na górę, zamykając się w pokoju i odcinając od jej wrzasków. Gdy wszystko przycichło, dopiero wtedy odważyłam się zejść.
      Jestem tchórzem ? Być może, ale za to jak odważnym. W mojej rodzinie mało kto kwestionuje  zdanie mojej mamy. Ja robię to niemal przy każdej okazji. Nie jestem złośliwa, tylko widzę nieprawidłowości w tym co robi lub mówi.

*   *   *
No to na tyle. Historia prawdziwa. Wydarzyła się 28 maja 2013 roku. Mówi o mnie i o moim życiu więcej niż bym chciała. Kilka wątku ominęłam. Teraz wiecie jaka jestem i jakie czynniki na to wpływają. 
To co ? Mały konkursik ? 
Kilka pytań związanych z treścią : 
1. Kto należy do SPS i kim jest ? 
2. Jak myślicie - czy pogodziłam się z mamą ? 
3. W której jestem klasie ? 
4. Moja najlepsza przyjaciółka ? 
To tyle ode mnie. Gratuluje tym co dobrnęli do końca. 
Kocham Was ! Viv xD

Lullaby cz. III

   Szara mgła, która unosiła się w lesie, nadajać mu jednocześnie nitkę z pewnością nieprzyjemnej tajemnicy opadała powoli, pozostawiajac ślady wilgoci na liściach.
   Ruiny domu zapadały sie powoli, gdy ruda dziewczyna całymi nocami przesiadywała na dachu, prosząc Boga o pomoc. Długo nie słyszała odzewu, przez co traciła wiarę we własne możliwości. Czuła się jak zapomniana uliczka w wielkim mieście, na którą nikt nie zaglądał.
   Zanosiło się na kilka cięższych dni. Przemarznięte ciało dziecka leżało gdzieś w krzakach, tam próbujac się ogrzać. Stare łachmany nie pomagały wcale, mimo, że nigdyś były to najwygodniejsze i najcieplejsze stroja, jakie posiadała.
   Świat nie oszczędzaj psychiki dziewczyny. Tej samej nocy do buszu wysłani zostali żołnierze, z rozkazem złapania i przetransportowania dziecka na królewski zamek.
   Możliwe, że umysł rudej wytworzył coś w rodzaju przyjaciela, z kim mogła porozmawiać. Codziennie wieczorem zielonooka zwijała się w kłębek i powtarzała coś do siebie, próbując zwierzyć się komuś ze swoich problemów. Tylko, że nikogo nie było...
   Czasem trudno było jej nawet złapać trochę powietrza w pierś, przez co słabłą jeszcze bardziej. Ostatnie dni zwyczajnie leżała w bezruchu, niczym stara lalka, którą jakieć bogate, kapryśne dziecko wyrzuciło do lasu.
   Zielone, mądre oczy poczęły się zamykać, gdy gdzieś w pobliżu rozległy się kroki jednego z żołnierzy. Zaraz potem krzyk informujący o położeniu dziecka, a reszty mała już nie usłyszała. Zwyczajnie zasnęła, boo tego jej brakowało od kilku dni.
   Ofiara losu - tak można byłoby nazwać tę dziewczynkę. Nikt nawet nie nauczył jej zdobywania pożywienia. Gdy głębokie, przepełnione goryczą i słabością oczy dziecka otworzyły się wszyscy zaczęli patrzeć się na nią, jak na jakiś cud Boży.
   -Witaj, jestem twoją myslą dającą Ci kogoś, z kim możesz porozmawiać... -Wydusiła mała, próbując w jakiś sposób podnieść się i rozejrzeć. Nie wiedziałą gdzie jest, a nawet nie miało to dla niej teraz większego znaczenia.


<Liczę na komentarze, czy krytykę, lub cos... No. Tak wiem, z każdą częścią jest coraz gorzej, moja wena spada, brakuje mi smutnych piosenek do słuchania o.o>

wtorek, 28 maja 2013

Lullaby cz. II

   Chwile mijały tak beznadziejnie szybko, gdy ruda niesiona smutnymi myślami starała się pokonywać czas. Okrucieństwo jej historii cały czas zajmowała jej czas i towarzyszyła przy każdym ruchu. W końcu po jej policzku spłynęła stosunkowo mała, ale jakże słona łza. Wyglądała jak manekim na wystawie, o którym zapomniano już dawno, a pięknej urody rzeczy, w jakie przywdziano ją nigdyś zostały skradzione i zastąpione podartymi kawałkami materiału.
   W głowie brzmiał jej głos matki, która uspokajała ją w trakcie burzy, oraz gdy wojska dobijały się do drzwi. Dzień powoli kończył swe ponaowanie, przekazując pałeczkę nocy.
   Każdy chyba wie, jak szybko smutek może przerodzić się w złość i zacząc pustoszyc wszystko wokół. Mimo wszelkich starań tym razem rówież sie tak stało. Po pustej przestrzeni i niezagłuszonej ciszy poniósł się przenikajacy krzyk bólu, zmieszany z rozpaczą za te wszystkie chwile okrucieństwa świata.
   W dużych, zielonych oczach dziewczyny, w których zawsze królowało opanowanie i spokuj, który pozwalał jej przezyć cały ten czas zaistniał niepokój, strach zmieszany ze złością. Dziewczyna opadła na kolana, unosząc bladą twarzyczkę ku niebu i patrząc się w nie bezcelowo.
   Gdy z jej małego gardła wydostał się kolejny krzyk chwyciła za cegłę, która leżała gdzieś obok i cisnąła nią o ziemię, a ta połamała się na kilka części. Po jej policzach zaczęły ściekać łzy, a wokół jakby zaczęło grzmieć tysiące głosów, powtarzajacych coś szeptem. Podniosła się i ruszyła do riun dawnej kuchni, aby tak odszukać coś, co w jakikolwiek sposób mogłoby przypomnieć jej rodziców. Po kilku krokach znów opadła na kolana, zakrywajac twarz dłońmi.  
    Wszystkie zwierzęta wokół na pewno wyniosły się, słysząc jej przenikliwe krzyki rozpaczy, która dopiero teraz w nią wstąpiła. Księżyc był w całej okazaości, oświetlając swoimi delikatnymi promieniami okolice.
    Przez dziurawy dach wkradły się wątłe promyki, którym udało się tchnąć w małą trochę życia i siły, aby podjąć kolejny krok. Stłuczone lustro, leżące gdzieś przed nią odbiło jeden z silnuejszych promieni, który zaraz potem znikł, zostawiając ją samą ze swoim mizernym odbiciem w szybie.
   Dziewczyna podeszła do szyby i dotknąła je swą chudą, kościstą rączką. Zaraz potem oparła się o nie, przytulajac do siebie jak żywą istotę. Zadziwiajace, jak samotność potrafi zniszczyć ludzką psychikę...
   Gdzieś wokół niej jakby poniósł się szept, który starał się informować ją o swoim istnieniu i towarzystwie.
   -Kłamiesz, cisza jest przede mną... -Wyszeptała tylko rudowłosa i zamknęła zielone oczy, pogrążajac się w śnie. Po raz pierwszy od kilku dni...

<Cieszcie morski, moi drodzy. Kolejna część mojego opowiadania, które na 100% nikogo nie porwie. Nie mam daru pisarskiego. Cóż, dalej nie wiem, ja się zakończy i czekam na wasze pomysły. Mam nadzieje, że chociaż jedna osoba jest zaineresowana moim opowiadaniem...>

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. IV

Zadzwonił budzik. Poniedziałek, godzina szósta rano. O nie! Trzeba wstawać do szkoły, a tak mi się nie chciało, że najchętniej zostałabym w domu. No nic musiałam wstać i od razu poszłam do toalety przebrać się i zrobić makijaż. Praktycznie całą niedzielę siedziałam w domu, więc nic ciekawego nie działo się. Po wyjściu z toalety zeszłam na dół by zjeść śniadanie. Fabian jak zwykle był pełen energii, wyspany i zadowolony, a ja? No właśnie, jak zwykle przygnębiona i zdołowana. Czasami zazdrościłam mojemu bratu, że nie przejmuje się tak bardzo jak ja pewnymi sprawami. Naprawdę zazdrościłam, ale ja to ja i nie potrafię inaczej.
Pół godziny później, gdzieś po siódmej poszłam na autobus na który jak zwykle spóźniłam się. Szlag. Czy ja zawsze muszę spóźniać się? Na szczęście pierwsza lekcja to religia, na którą nauczyciel zawsze przychodzi parę minut później.
Podchodząc pod salę, w której mieliśmy mieć lekcje pierwsze moje spojrzenie padło na Martin'a. Chłodne, obojętne, ale mimo wszystko. Rozmawiał z Alexandrą i Sylvią. Zanim podeszłam do nich wzięłam głęboki wdech. Musiałam jakoś opanować się i uspokoić by nie powiedzieć parę słów za dużo. Z resztą po co robić awantury o nic? Tak tylko dramatyzuję lub za dużo myślę, no ale cóż.
-Hej. -Zerknęłam w kierunku Sylvii i Alexandry.
-Cześć. -Sylvia odpowiedziała natychmiastowo.
-Elo. -Alexandra tuż po niej odezwała się.
-Cześć. -Martin odezwał się nieco cichszym głosem.
Można było powiedzieć, że przeszedł mnie dreszcz słysząc szeptanie Martin'a. Nie mogłam odpuścić, musiałam być twarda, Tak bardzo chciałam w tym momencie rozpłakać się w Sylvii ramię, ale nie mogłam, bo zaraz pytałaby co mi jest itd. Naprawdę nie miałam ochoty tłumaczyć się każdemu z osobna, wystarczy że Sara wie i nikt inny nie musi wiedzieć. Postanowiłam ignorować Martin'a i tak to też nastąpiło na kolejnych lekcjach.
Po dwóch jakże nudnych religiach mieliśmy dwa w-fy, na których przyjechali uczniowie z innej szkoły by zagrać z nami mecz piłki nożnej. Nasz nauczyciel poprosił nas byśmy pograli z nimi w piłkę i tak oto połowa mojej klasy poszło na wagary a zostało nas naprawdę niewiele, bo ja, Katia, Alexandra, Sylvia, Martin. Świetnie, myślałam że odpocznę a tu okazało się, że muszę grać. Nie to, że nie lubiłam piłki nożnej, ale po prostu nie miałam ochoty w tym momencie grać i to jeszcze być z Martine'm w drużynie. Myślałam, że załamię się. Lubiłam grać w piłkę nożną, ale z dziewczynami a nie chłopakami, bo wiadomo jak to może skończyć się?
Nie myliłam się, upadłam na boisku. Od razu wszyscy z mojej drużyny zbiegli się by pomóc mi wstać.
-Nic ci nie jest? -Usłyszałam męski, znajomy głos.
Spojrzałam w górę, by zerknąć kto to jest i moje oczy ujrzały Martin'a. Co go to interesuje czy mi coś jest, czy nie? Chciałam odpowiedzieć coś typu: "Nie Twój interes", ale powstrzymałam się.
-Wszystko w porządku. -Uśmiechnęłam się lekko, nieco ironicznie.
Wstałam natychmiast oznajmiając wszystkim, że nic mi nie jest i mogę dalej grać. W sumie muszę przyznać iż poczułam się nieco inaczej, tak lepiej od tych dwóch dni. Obserwowałam Martin'a w akcji, a jego strzelony gol był zdumiewający. On naprawdę dobrze gra w piłkę! Ciekawo czy chodzi na mecze.
Zadzwonił dzwonek na przerwę. Skończyły się dwa w-fy i nastąpiła długa przerwa. Tak jak zawsze siadamy na ławeczkach przed szkołą i o czymś rozmawiamy. Jak zwykle milczałam, myślami byłam gdzie indziej, nic nowego. Zdziwiło mnie to iż Martin też niezbyt brał udział w konwersacji z Sylvią. Przecież tak dobrze dogadują się, a tu co? Nic, zupełna cisza z jego strony. A może myśli o tej dziewczynie? Chociaż dzisiaj wydawał się przygnębiony, a teraz milczał. Co się stało? Chciałam go o to spytać, ale wiem że w sumie to nie moja sprawa. Wtem odezwała się Sylvia.
-Martin a ty co tak milczysz? -Zerknęła na Niego.
Ha! W końcu! Odwaliła całą robotę za mnie. Posłałam serdeczny uśmiech w stronę Sylvii. Martin dalej milczał.
-Pewnie myśli o Mery. -Odezwała się Alexandra.
Mery? Sylvia, ja i Katia natychmiast spojrzałyśmy na Alexandrę, Martin także na nią zerknął.
-A kto to? -Spytała Sylvia.
-Pewnie Jego dziewczyna. -Katia zaśmiała się.
Właśnie przypomniała mi się sytuacja z parku. Siedział wtedy z tą dziewczyną obejmując ją czule. Fajnie, to pewnie ta Mery i tak oto właśnie jej imię poznałam. Uśmiech z mojej twarzy mimowolnie znikł, że aż torba mi z ręki wypadła i walnęła wprost o chodnik robiąc hałas. Otrzepałam torbę i przewiesiłam przez ramię. Martin dalej milczał, ukradkiem zerkałam na Niego, ale On tylko spoglądał w komórkę. Pewnie czekał na sms'a od tej swojej Mery.
-Niech Martin Wam powie. -Odpowiedziała za Niego Alexandra.
Chciałam stąd jak najszybciej iść byleby nie słuchać tego dalej. Było jeszcze dziesięć minut do końca przerwy, więc szybko musiałam coś wymyśleć by pójść.
-Kate, pójdziesz ze mną do toalety? -Spytała Katia.
Tak! Katia spadłaś mi z nieba! Od razu wstałam i udałam się z nią w stronę wejścia szkoły. Nie musiałam długo czekać by coś wymyśleć, Katia zrobiła to za mnie za co jej byłam bardzo wdzięczna. Nie wiem czy rozmawiali dalej czy nie, ale jakoś mało mnie to interesuje. Czasem udawanie obojętnej jest fajne, może zacznę tak częściej robić w ramach małej zemsty? Zaśmiałam się cicho.
Późnym popołudniem wyszłam z Sarą na dwór i udałyśmy się na planty. Opowiedziałam jej o tym czego się dzisiaj dowiedziałam. Sara nie mogła uwierzyć w to, że to mogła być Jego dziewczyna, lecz ja dalej byłam tego zdania iż Martin oszukał mnie podczas tamtej imprezy. Sara była strasznie uparta i nie wiem już sama czy ja czy ona jest bardziej uparta. Zastanawiało mnie to, dlaczego Sara tak bardzo upiera się, że Mery to nie Jego dziewczyna? Czy coś wie? A może coś planuje? Po Sarze wszystkiego można było spodziewać się. Najbardziej obawiam się, że może wymyśleć coś naprawdę głupiego i to z moim udziałem.
Usiadłyśmy jak zwykle na tej ławce co wtedy i w pewnym momencie ujrzałam Jego. To był Martin! Przechodził perfidnie obok ławki na której siedziałam wraz z Sarą. Był z tą samą dziewczyną co wtedy. Tym razem ani jej nie obejmował, nic. Szli po prostu obok siebie.
-Cześć. -Spojrzał na mnie lekko uśmiechając się.
-Hej. -Zerknęłam tylko na Niego i odwróciłam wzrok.
Mijając naszą ławkę cały czas przyglądałam się mu i tej całej Mery. Mery była mniej więcej mojego wzrostu i miała kręcone blond włosy opadające na ramiona. Wyglądała jak pszczółka maja, takie moje pierwsze wrażenie, ale co ja tam mogę wiedzieć. Sara machnęła mi ręką przed oczyma.
-Kate przestaniesz się tak na Niego patrzeć? -Zbulwersowała się.
-No dobra dobra. -Spojrzałam ostatni raz w ich kierunku po czym wróciłam do rozmowy z Sarą.
Wieczorem wróciłam do domu i od razu poszłam do toalety, a potem do swojego pokoju. Fabian już sobie smacznie spał, a ja rozmyślałam o dzisiejszym dniu.


Ciąg dalszy nastąpi:
-Kim jest Mery?
-Co knuje Sara?
-Czy Kate i Martin zbliżą się do siebie?
[Nie będę rozpisywać się, wszystko jasne ;3 Proszę o komentrze i opinie na temat tej części. Podobało się Wam? Ciekawi co będzie dalej?]

Lullaby cz. I




   Wiatr poruszał młode gałęzie drzew, które pukały w okno pewnego domu. Buki dopiero co zrzucały swe stare listowie, zaraz wypuszczając póki co zielone pędy. Jeden taki zeschły, bordowy liść poniesiony wiosennym wiatrem Upadł na dachówkę starego domostwa, w którym dawno nie odezwał się głos ludzki. Był taki piękny, ciepły wieczór, tworzący tę niczym nie skażoną ciszę. No może poza jednym...
   Wątłe promienie księżyca oświetlały rozpadającą się, prymitywną budowlę starego gospodarstwa, aż w końcu padły na bladą twarz dziewczyny. Jej bladą cerę, podarte ubrania i bose stopy możnaby uznać za sztuczne, gdyby nie unosząca się nieznacznie klatka piersiowa nastolatki. Może była człowiekiem, może nie. Nie wiadomo, jak tutaj trafiła, ale wiadomo jedno - Na pewno nie była pełnoletnia, do tego została sierotą.
   -Here's a lullaby to close your eyes... -W końcu poniosło sie po przestrzeni, a źródło tych słów było niewiadome. Wiatr zawiał mocniej, szarpiąc rude włosy sieroty, przez co plącząc je mocniej.
   Wraz z wybiciem godziny czwartej nadranem nawet najhuczniejsze imprezy ustały, a ptaki rozpoczęły przyjemne przywitanie nowego, słonecznego dnia. Ruda nadal siedziała na dachu domostwa, patrząc na powoli znikajacy książyc.
   W końcu przyroda zaczęła tętnić życiem, tym samym zmuszając dziewczynę do schowania się w ruinach. Zeszła ze starego dachu, otwierając wypadajace z zawiasów drzwi. Poszarpana bluzka, odsłaniająca jej wklęsły brzuch i wystający kręgosłóp w promieniach słońca, wpadajacych przez dziury w ścianach przybrała kolor ciemno brązowy.
   Przysiadła na kawałku gruzu, ślepo wpatrując się w rozwalone do reszty drzwi do kuchni. Minął dokłądnie rok od czasu, kiedy to miejsca zaczęło tak wyglądać. Dokładnie rok od śmierci jej rodziców...

<No więc to moje kochane op, które napisałąm w nagłym przypływie weny... Wiem, że nie jest związane z fabułą, ale co tam >.<. Nie wiem, jak się skończy, aby co bedzie dalej. Liczę na wasze pomysły. Aha, Sath, chyba odejdę ze stadnego opowiadania, gdyż nie mam czasu na to... ledwo co zdążyłąm napisać to, oraz sprawdzić wszystkie blogi. Yh... Liczę na komentarze i krytyką, lub coś. Jeżeli się nie klei to ten... No nie umiem pisać opowiadań >.< Tak wiem, jest masakrycznie krótkie.>

piątek, 24 maja 2013

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. 3

Kolejny dzień. Wstałam z wielkim bólem głowy i nie, nie piłam nic gdyż nie jestem zwolenniczką alkoholu. Jestem takiego zdania, że jak pić to z umiarem i przy jakiejś ważniejszej okazji.
Sobota, dzień w którym mogę chociaż raz wyspać się i jakoś pozbierać po tym całym tygodniu. Naprawdę jak dla mnie to dużo się przez ten cały tydzień działo. Ciągle rozmyślałam o wczorajszej imprezie, nie mogłam pozbierać się. Przebrałam się w krótkie spodenki, umyłam zęby i poszłam biegać. Często biegam z rana ewentualnie wieczorem.
Założyłam słuchawki na uszy i włączyłam swoją ulubioną piosenkę biegnąc prosto przed siebie. Dzisiaj słońce tańczyło z chmurami chowając się za nimi. Wiatr lekko hulał rozwiewając moje długie, czekoladowo- kasztanowe włosy. Postanowiłam pobiec tą dróżką co zawsze biegam, a mianowicie przez park. Miałam cichą nadzieję, że spotkam Martina w parku, lecz nigdzie nie dostrzegłam Go. Zrezygnowana wróciłam do domu zachodząc jednocześnie do kuchni by coś zjeść. Nagle do kuchni weszła mama, która tak jak myślałam zaczęła wypytywać o wczorajszą imprezę.
-Jak tam było na imprezie? -Zapytała z zaciekawieniem.
-Dobrze. -Odpowiedziałam krótko.
Mama jeszcze przez chwilę przyglądała mi się, a potem sobie poszła. Można było powiedzieć, że moja mama zna mnie najlepiej jak potrafi i przed nią nie można nic ukryć. Nie chciałam nic mówić o Martini'e i o tym, że podoba mi się, bo zaraz byłyby pytania albo co gorsza teksty typu "Przyprowadź go do domu" czy coś. Wiem, że i tak prędzej czy później dowie się o Nim, bo jak wcześniej wspominałam nie da się przed nią czegokolwiek ukryć.
Moja okolica jest dosyć spokojna, a dom w którym mieszkam jest bardzo duży. Na górze znajduje się mój pokój i mojego młodszego brata Fabiana oraz łazienka, w której spędzam większość swojego czasu, szczególnie przed szkołą. Na dole zaś można zauważyć wielką kuchnię a obok niej dwie duże kanapy wraz z telewizorem przypominający salon. W pomieszczeniu obok widnieje sypialnia moich rodziców z wielkim wygodnym łóżkiem, na ktorym lubię leżeć gdy ich nie ma. Wchodząc do domu trzeba przejść przez długi korytarz. Na ścianach powieszone są obrazy, nasze zdjęcia rodziców i nie tylko. Na prawo od kuchni są drzwi, które prowadzą do wielkiego ogrodu. Uwielbiam przebywać w ogrodzie, gdyż śpiew ptaków, zapach drzew i kwiatów uspokaja mnie. Na drzewach wisi hamak, a obok jest wielki dmuchany basen, gdzie zawsze latem zapraszam koleżanki i urządzamy sobie imprezę w basenie. W tym momencie uśmiech na mojej twarzy znikł. Myśląc o tej imprezie, jaką chciałam zorganizować w moim ogrodzie, przeszła mi jedna, głupia myśl, dla której odechciało mi się tej niedoszłej imprezy. Mianowicie jeśli miałabym cokolwiek tam organizować to zaprosiłabym parę osób z klasy: Alexandrę, Sylvię, Katię. Skoro Alexandrę to i Martin'a. Nie pokażę się przecież w stroju kąpielowym dla Niego! Nie! Boże, jak ja panikowałam. Jeszcze daleko do lata i nigdy nic niewiadomo co się może wydarzyć.
Po obiedzie umówiłam się z Sarą, moją najlepszą przyjaciółką, z którą znamy się bodajże od siedmiu lat. Ma piętnaście lat, czyli jest o rok ode mnie młodsza, mieszka dwa domy dalej ode mnie, więc nie mamy do siebie zbyt daleko. Podoba się dla niej mój młodszy brat, który jest w jej wieku. Niestety Fabian nie zauważył tego iż Sara próbuje go poderwać, ale w sumie chłopak jak to chłopak. Poszłyśmy na planty, gdzie dostrzegłyśmy tam dużo ludzi, w końcu weekend, popołudnie i te sprawy. Kupiłyśmy sobie watę cukrową, bo zawsze ją kupujemy a dwa złote to jeszcze nie majątek. Uradowane usiadłyśmy na ławce by w spokoju zjeść. Przed nami były wielkie fontanny, które po chwili znikały pod wodą i tak w kółko. Sara rozglądała się za chłopakami, a ja myślałam o Martini'e.
-O czym tak myślisz, Kate? -Zapytała.
-Co? A tak, tak. -Mruknęłam coś pod nosem.
Sara zaśmiała się, zerknęłam na nią pytająco nie wiedząc o co chodzi. Wzięłam lusterko z torebki i zaczęłam przeglądać się w nim myśląc, że śmieje się ona z tego iż pobrudziłam się czy makijaż rozmazał się lub coś. Ku zdziwieniu nic takiego nie dostrzegłam.
-Czemu śmiejesz się? -Spytałam zdezorientowana.
-Już nic, heheh. -Uśmiechnęła się tylko lekko.
-Ej no powiedz! -Zaczęłam ją łaskotać.
Sara nigdy nie lubiła łaskotek, a zawsze jak coś ukrywała to wystarczyło ją połaskotać, a od razu powie o co chodzi. Nie myliłam się. Prosząc bym przestała uczyniłam to i oznajmiła iż jestem zamyślona, a jak zamyślona to zapewne zakochana. Może i miała rację, że jestem zakochana. Opowiedziałam jej o wczorajszej imprezie i o tym wszystkim. Sara zrozumiała mnie i również zaczęła zwierzać się ze swoich problemów. Co jak co, ale Sarze mogę powiedzieć wszystko, bo wiem że nie rozpowie tego i zawsze mnie wysłucha oraz pomoże.
-Widziałam ostatnio Fabiana w obecności dziewczyny, która była wyzywająco ubrana. Widać, że leciała tylko na jego skuter.
Fakt Fabian ma skuter, mimo to iż ma piętnaście lat, ale jeździ nim. Dostał na urodziny od rodziców.
-Co? Że Fabian i dziewczyna? Haha dobry żart! -Zaśmiałam się.
Fabian nigdy nie miał dziewczyny, a nie jednak miał tam jedną, ale nie wiem czemu rozstali się. Czy mój braciszek dorasta? Z resztą, co ja będę wtrącać się w jego życie. W sumie to mój brat to powinnam mieć oko na niego. Biedna Sara, zakochała się w nim a on ma inną.
Wracając zauważyłam znajomego chłopaka siedzącego na ławce z jakąś dziewczyną. To był Martin! Co?! Przecież on nie ma dziewczyny, a wyraźnie było widać jak obejmował ją. O nie! Okłamał wczoraj! Szybko zawróciłam się by pójść inną drogą, gdyż nie chciałam iść obok Niego. Czułam jak ktoś wbił mi nóż w serce, ale nie mogłam oderwać wzroku od Martin'a i tej dziewczyny. Sara wiedziała o co mi chodzi, szybko zabrała mnie stamtąd.
Wieczorem wróciłam do domu i od razu pobiegłam do swojego pokoju płakać. Nie chciałam by mama, tata, brat czy ktokolwiek zauważyli w jakim teraz jestem stanie. Zranił mnie, ale cóż mogłam poradzić. To gorzej boli, zakochałam się nieszczęśliwie, on ma kogoś, a ja? Siedziałam sobie na parapecie cała rozmazana i płakałam.


Ciąg dalszy nastąpi:
-Czy Kate zapomni o Martinie?
-Czego dowie się Kate?
-Martin przygnębiony, co się stanie?
[ Kolejna część jakże mojego nudngo, smętnego opowiadania. Jak widać w tej części opisałam bardziej życie rodzinne Kate, ale po prostu chciałam byście potrafili sobie wyobrazić miejsce gdzie mieszka Kate itd. Zauważyłam, że więcej chłopaków czyta moje opowiadania niż dziewczyny, ale bardzo mnie to cieszy, że ktokolwiek zechce je czytać. Jak wrażenia? Ciekawi co będzie dalej? ;3 ]

czwartek, 23 maja 2013

Stadne opowiadanie - część III

Termin `rutyna` powszechniał z dnia na dzień. Z całą pewnością nikomu nie był obcy, a co niektórym dawał się we znaki. Jedną z ofiar monotonnie upływającego czasu byłam ja - niejaka Lorelei.
      Kreski odpowiadające dniom kreśliłam na ścianie jaskini już mimochodem, przez co można było się tam poczuć zupełnie jak w celi więziennej. Nie oszukujmy się, bo właśnie tak się czułam. Byłam więźniem. Wszyscy byliśmy skazańcami, uzależnionymi od waluty czasu. Gdyby to tylko miało jakiś sens..
      Właśnie miałam zabrać się do spisywania mojej niezależnej kroniki z życia Stada, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam czego tam uwzględnić. Zamyśliłam się na moment. Fakt, nadszedł okres, kiedy wszystko jakby umilkło. Co więcej, prawie połowie populacji Sfory było to po prostu bez znaczenia. Jak na złość, chciałam coś naskrobać. Żeby było zabawniej, cały dokument opisywałam runami. Wstęp dzisiejszego wpisu obrałam w te słowa:
     "Piętnasty dzień maja, pół i ćwierć Księżyca do pełni. Słońce zbudziło się wcześnie."
Zawahałam się nad nakreśleniem kolejnego zdania. 
     "Atmosfera w Stadzie neutralna - jeżeli rozumieć przez to absolutną znieczulicę na jego dramatyczny stan. - jeśli to się nie zmieni..." I tutaj zaczęłam gdybać. Co mogłoby się stać? Sfora upadnie? Jak najszybciej wyrzuciłam tę desperacką myśl z łba. Stado Psich Serc liczy sobie wiele wzlotów, ale i upadków. Jego odejście w niepamięć było zgoła niemożliwe, ponieważ najbardziej lojalni Członkowie nigdy by na to nie pozwolili. Cóż, od czego ma się rozum, łapy i szczyptę zdrowego rozsądku? 
Wtedy odezwała się ta nikła, ale cholernie irytująca cząsteczka mego jestestwa. Za jej pośrednictwem uzmysłowiłam sobie, że powinnam pisać łagodniej. Bez namysłu wymięłam i z furią wyrzuciłam skraw pergaminu w płomienie, które łapczywie go pochłonęły, wzniecając w górę snop lśniących iskier. Wzrokiem śledziłam rytualne tańce pożogi ogniska, usytuowanego w centrum jamy. Ogień osmalał kolejne drwa, liżąc je chciwie jasnymi jęzorami. Potrzebowałam chwili, by otrząsnąć się z zadumy i chwycić świeży arkusz. Z zapałem zabrałam się do pisania, tym razem omijając kłopotliwe tematy, pozostawiając bez zmian jedynie pierwszą regułkę. Wykrzesałam z siebie dość krótką refleksję na temat eksterminacji królików  w północnym rewirze. Taaak, nader interesujące - zaśmiałam się cicho.
     Jutrzenka zastała mnie szybciej, niżeli bym chciała. Przeciągnęłam się z westchnieniem, otrząsając członki z objęć ospałości. Postanowiłam się przejść. Nie minął kwadrans, kiedy doczłapałam nad Jezioro. Z resztą, przychodziłam tu zawsze, skoro świta. W jego jasnej toni odbijało się wczesne niebo, a nawet wschodzące leniwie słońce. Odetchnęłam głębiej, zanurzając kufę w lodowatej wodzie, a następnie zaczęłam ją chłeptać. To wspaniałe uczucie, kiedy chłodna ciecz sączy się powolutku przez gardziel.. Rozejrzałam się; w półmroku wszystko wydawało się inne. Drzewa pociemniały, wydłużając swe cienie, co w rezultacie wyglądało tak, jakby wyciągały ku przechodzącemu obok zgrabiałe pazury. 
 Kiedy ugasiłam pragnienie, pokłusowałam w stronę Polany. 
     Rozruch, wrzawa i ogólny rwetes nie były tym, czego się spodziewałam. Mówiąc wprost, stałam na skraju polany, skryta w gęstej kniei, w osłupieniu przypatrując się całemu zbiorowisku. Pozbierawszy myśli wychyliłam się nieco, nadal trzymając się na uboczu. Uchyliłam łba, słysząc znajomy, dźwięczny ton. 
- Lee! Dobrze, że już jesteś.. - Naszło mnie z prawej. To Leiko, właśnie bieżyła w moją stronę. Obróciłam się gwałtownie, stawiając uszyska na sztorc.
- Co tu się dzieje? Masowa epidemia..?! - Zagaiłam na tyle głośno, by przebić panujący wokół gwar.
- Niee?. - Posłała mi dziwne spojrzenie. Dopiero po tym pokręciła łbem. - Sath miała coś wygłosić, aczkolwiek nie dane mi wiedzieć, o cóż jej może chodzić. - Wiedziałam, że mówiła szczerze. Po pierwsze, nie pamiętam kiedy Lejek ostatnio skłamała. Wywnioskowałam to także z Jej zmieszanej miny. No pięknie, obie nie miałyśmy bladego pojęcia, na co ten rozruch. - O, już jest. Zerknij no..!
     Posłuchałam tej rady, wędrując srebrnymi patrzałkami przez Polankę, aż po wielka skałę przemówień, gdzie stała teraz Kundlica. Klapnięte radary zdołały wyłapać kilka słówek, w tym `Ravel`, `zaginiony` i `wodospad`. W pierwszej chwili dygnęłam. Świetnie, samiec Gamma przepadł, a jego poszukiwania można porównać do odnalezienia igły w stogu siana. Domyśliłam się też, że może chodzić o rekrutację ekipy zwiadu w tymże miejscu.
- Cholera. - Wymsknęło mi się. Ci, którzy usłyszeli, zgromili mnie pytającymi spojrzeniami, lecz ja bez słowa odeszłam.
    Wlekąc się łapa za łapą, kuśtykałam w stronę miejsca, gdzie woda rozbija się o grunt. Świt zdziesiątkował zalegające w Puszy cienie, aczkolwiek nadal nie było tu zbyt przyjemnie. Wokół zalegała rzadka, cmentarna mgła, wiatr zamilkł. Tylko wysoko, gdzieś pośród koron ciągnął swą balladę jakiś zbłąkany słowik. Zgarbiłam się trochę, przyspieszając. Jeszcze ominą mnie wskazówki, co do wyprawki.
     Byłam święcie przekonana, że przybyłam nad Wodospad jako jedna z pierwszych - bo była nas zaledwie garstka - ale musiałam się rozczarować.. Przyszło dziewięć osób. Dziewięć osób! Ha, teraz widać, jak bardzo zależy wszystkim na prawidłowym funkcjonowaniu HW. Zgryzłam język, ażeby nie wyrzucić z siebie korowodu niecenzuralnych słów. Co jak co, ale gdy ktoś wyprowadzi mnie z równowagi, potrafię kląć jak szewc. Cofnęłam z irytacją uszy, siadając ni to blisko, ni daleko od mówczyni. 
     Bóg mi świadkiem, starałam się słuchać uważnie, lecz coś nadal sprawiało, że nie potrafiłam się skupić. Poszukiwania.. Grupy.. - To, co do mnie dotarło, nie było w pełni jasne. Później dowiedziałam się, że mam przewodniczyć jednej z grup. Prawie wybuchnęłam przy tym śmiechem. Ja w roli lidera? Niech mnie licho.. Reasumując; moja grupa liczyła trzy osoby. Luna, Luffiera i, rzecz jasna, ja. 
- A ty gdzie idziesz? - Luff krzyknęła za mną. Spróbowałam to zignorować, jednak wraz z Luną mnie dogoniły. - Co z wyprawą? Nie gadaj.. Poddajesz się? Tak bez walki?! - Niemal krzyczała, emitując histerią i zdegustowaniem zarazem. - A co będzie z Ravelem? Jego też olejesz? - Kontynuowała.
Nie, tego już za wiele. Potrafię znieść wiele obelg, ale to była przesada. Miałabym zostawić przyjaciela na pastwę losu i Bóg jeden wie, czego jeszcze? - Starczy. - Zatrzymałam się z nagła, o mało nie wytrącając stojącej nade mną Luffiery z pionu. - Nie, nie kapituluję. Nie możemy przecież wyruszyć w takim zdezorganizowaniu... Muszę to wszystko przemyśleć..
- Ale Lee! Tu nie ma nic do myślenia! 
- Ufasz mi? - Zbiłam ją z tropu, o to mi właśnie chodziło. Samica skinęła smętnie głową. - A więc zdaj się na mnie. - Uśmiechnęłam się zawadiacko. - Rano, na południowym skraju Polany. - Rzuciłam przez bark, zmieniając kurs. Wkrótce zostawiłam Je w tyle.
*
     
     Stało się tak, jak oczekiwałam; następnego ranka wytłumaczyłyśmy sobie wszytko. Postanowiłyśmy zacząć od Łąki. Co prawda, żadna z nas o tym nie wspominała, ale nie spodziewałyśmy się spotkać tam czegoś, co mogłoby pomóc sprawie. 
- ..Powiadają, że nadzieja matką głupich, ale czy to nie ona umiera ostatnia? - Wymruczałam. - Musimy być gotowe na wszystko, kropka. - Zadeklarowałam z góry. 
     Ruszyłam przodem, prowadząc nas przez niskie krzewia. Dotarłszy na otwarty teren, postanowiłyśmy się rozdzielić. Ja ruszyłam na zachód, wzdłuż pasma kosodrzewiny. Luna udała się w kierunku przeciwnym, zaś Luff na wprost, przeczesać rozległą, soczyście zieloną równinę. Tak też poczyniłyśmy, wyznaczając samo południe na godzinę zbiórki. Innymi słowy, miałyśmy jeszcze sporo czasu..
     Słońce niemiłosiernie opiekało mi grzbiet, a rozgrzane ciało dygotało. Pomyślałam, że niebawem będę zmuszona odszukać wodę. Tutaj, na stepie, raczej nie można było liczyć na takie luksusy. Ruszyłam dalej, bacznie się rozglądając. Nie byłam pewna, czy przewodzi mną determinacja, czy desperacja.. Grunt, że coś dodawało mi sił do dalszej wędrówki. Mijały godziny, wokół tylko zieleń, błękit i ostre światło słoneczne. Kasłałam, jak gdyby chcąc udrożnić suchy przełyk. Język obijał mi się o zęby jak drewniany kołek, natomiast łapy potykały o siebie, momentami nieomal wyprowadzając mię z równowagi. Okeeej, sprawa nie wygląda za ciekawie - myślałam. - Muszę znaleźć wodę. Teraz. Zmrużyłam ślepia. Muszą tu być jakieś potoki, czy chociaż strumyki. Wiem to! Upewniałam się, choć mimo żmudnych poszukiwań, nie znalazłam śladu wody. Słaniałam się na kończynach.. Potknęłam się o coś, przewróciłam, ale nie mogłam wstać. Usilnie napinając i rozluźniając mięśnie, próbowałam, z marnym skutkiem. Wypuściłam powietrze ze świstem. Tak, poddałam się. Opuściłam kufę, która wbrew pozorom natrafiła na coś przyjemnie chłodnego. Uchyliłam powieki. Woda? Ale.. Uniosłam głowę, wpatrując się tępo w płynący przede mną strumień. A jednak! Rzuciłam i zabrałam się do picia.
     Przeszłam spory kawał, nim postanowiłam zawrócić. Okazało się, że gdy dotarłam na miejsce zbiórki, zastało nas popołudnie. 
- Gdzieś ty była? - Luna zerknęła na mnie znacząco. - Martwiłyśmy się. 
- Trochę się zagalopowałam.. 
- Nie rób tego więcej, dobrze?
- Hymh.. - Rozejrzałam się nerwowo. - Chciałabym przyrzec, ale wyjdę na krzywoprzysięzcę. 
      Noc spędziłyśmy na stepie, z tym, że wstałyśmy wcześniej, zanim wstało słońce. W towarzystwie smugi Jutrzenki, wybrałyśmy się w stronę północy, wprost na Jezioro Dusz. Szłyśmy w szeregu, z czego ja prowadziłam. 
- Nie podoba mi się to.. - Zlustrowałam długowieczny dąb, na którego pniu kilkoma szarpnięciami wyryto pusty czworobok. Zmarszczyłam czoło, myśląc intensywnie.
- Jak myślicie - odezwała się Luna. - Czy to może coś oznaczać? Luff?
- Żeby cokolwiek podejrzewać, musimy się dowiedzieć, co to jest. - Luffiera także poświęciła się zadumie. Luna spoglądała to na mnie, to na Luff. W końcu potrząsnęłam łbem. - Hm?
- Jakbym to już gdzieś widziała.. - Powiedziałam, bardziej do siebie niźli Kompanek.
Luna podskoczyła, jak oparzona. - Przypomnij sobie!
    Przymknęłam oczyska, wertując limbo mojego umysłu. Czułam, że mam to na końcu języka.. - Wyrd. - Wymruczałam, dygnąwszy. - No oczywiście! - W olśnieniu okrążyłam drzewo. 
- Hę? - Samice mruknęły jednocześnie.
- To wyrd. - Powtórzyłam. - Pusta runa. Nieuniknioność. Z tego, co mi wiadomo, właśnie tak się ją zapisuje.. - Zawahałam się, przystając naprzeciw rośliny. - Jesteście pewne, że w pobliżu nie ma podobnych znaków? - Uraczyłam je śmiertelnie poważnym spojrzeniem. Czułam, że krew powoli odpływa mi z pyska.
- Nie. - Na te słowa odetchnęłam. - Sprawdzałyśmy wszystko dokładnie.
- Nadal nie wiemy, co ta runa może oznaczać.. - Wtrąciła się Luff.
- Mam pomysł. - Zadeklarowałam niepewnie. - ..Teraz musicie się mocno skupić. Zamknijcie oczy, odprężcie się i wysilcie umysł. Spróbujcie wyobrazić sobie to, co nieuniknione..
- Ja się na to nie piszę! - Luff machnęła chwostem, siadając z grymasem na pysku. - To dziecinada.
- Ja za to spróbuję. - Luna zastosowała się do moich instrukcji. Minuty mijały powoli w absolutnej ciszy, niekiedy przerwanej subtelnym podmuchem wiatru. Albo mi się wydawało, albo powiew powietrza przybierał na sile. 
- Luno? Co sobie wyobraziłaś? - Rzuciłam błędnym okiem po okolicy. Działo się tu coś niepokojącego, choć żadna z naszej trójki nie wiedziała jeszcze, co.
- Ja.. ten, no.. - Nie dokończyła. Jej uwagę absorbowała toń jeziora. Dotąd spokojna, gładka tafla przerodziła się w falującą nieubłaganie nawałnicę wody, która obmywała brzeg, sunąc głębiej w stronę lądu.
- Cholera.. - Warknęłam, osłupiała. Wtedy woda wypiętrzyła się ku zachmurzonym Niebiosom, tworząc wysoką falę, która ruszyła w naszym kierunku. - Luno, odpowiedz!
- Wyobraziłam sobie powódź! Przecież nawet magia Sathany jej nie zatrzyma i nie cofnie zniszczeń wyrządzonych przez wodę..! - Odparowała drżącym tonem.
- Niedobrze. - Luff cofnęła się.
- Bardzo niedobrze. Uciekajcie! - Rzuciłam i sama rzuciłam się jak oszalała w przeciwnym kierunku. Cóż, było już za późno.. Fala wysoka na koło sześćdziesiąt stóp rozbiła się o ląd, rozpraszając nas nurtem. Woda zabierała ze sobą konary drzew, nawet kamienie, które haratały ciała. Miotało mną nieustannie, często obijałam się o drzewa, kiedy powódź  zatapiała kolejne tereny. Zatrzymała się tuż przed polaną i chyba zaczęła się cofać. Nie mam pojęcia. Poczerniało mi przed oczami, ból powoli ustępował. W końcu zapanowała błoga ciemność.

*
     Uchyliłam powiek. Słońce raziło w ślepia, więc zmrużyłam je mocno. 
Leżałam, tego byłam pewna. Słyszałam jakieś dźwięki, chyba rozmowy, ale nie mogłam określić, na jaki temat. Byłam otępiała, bezsilna. W miarę upływu czasu odzyskiwałam czucie w mych łapach. Spróbowałam wstać, ale ogarnął mnie taki ból, jakiego chyba nigdy nie czułam. Warknęłam desperacko, na przemian skomląc. Ktoś starał się mnie uspokoić. Ktoś powiedział, że mam zasnąć. Zamknęłam oczy, rozluźniając się.
    Kiedy otworzyłam oczy, nie miałam problemu z poruszaniem się. Ból też nie doskwierał mi aż tak dotkliwie, więc mogłam chodzić, a raczej kuśtykać. Zlustrowałam swe ciało, podliczając rany. Widziałam wiele blizn, niektóre jeszcze się skrzepiały. Nie było więc źle, przynajmniej z optymistycznego punktu widzenia. Rozejrzałam się wkoło. Byłam w grocie medyków. Nikogo tu już nie było. Pomyślałam, że pora wybrać się na Polanę. 
Wszyscy obecni przyglądali mi się. Nie wiem, czy ich wzrok przyciągały odrażające rany, czy sam fakt, że przeżyłam. Dopiero później dowiedziałam się, że woda wyrzuciła mnie w okolicy Polany. Nadal nie wiadomo, co dzieje się z Luffierą i Luną. Cholera, przecież one dalej są gdzieś tam... Kto wie, jak daleko mogła zanieść je powódź? Kto wie, czy w ogóle przeżyły? I pomyśleć, że to wszystko moja wina..
Zaklęłam, zbyt wyczerpana i bezsilna, żeby cokolwiek zrobić.
____
Zdąrzyłam! Co prawda, to straszny shit, ale wybaczcie, tak jakoś wyszło. ;-;
Z góry przepraszam Was, jeśli autorom, których postacie tu uwzględniłam, nie podoba się ich zachowanie. Chciałam po prostu zrobić tak, żeby każda z nich zachowywała się na swój, specyficzny sposób. To dalej czarna magia, przynajmniej dla mnie. So, to tyle z mojej strony.
Zdziwię się, jeśli komus zechce się dobrnąć do końca. xD
Wasza cholernie irytująca
~Lee  

środa, 22 maja 2013

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. 2

Piątek, dzień imprezy. Wstałam o szóstej rano strasznie niewyspana. Miałam tylko godzinę żeby ogarnąć się, umyć zęby, ułożyć włosy i zrobić makijaż, a już nie wspomnę o zjedzeniu śniadania, spakowaniu się.
Dzisiaj byłam myślami gdzie indziej, jak zwykle. Nie dość, że nie zjadłam śniadania to spóźniłam się na autobus i musiałam jechać późniejszym, o mały włos a bym spóźniła się na lekcje, lecz miałam pięć minut do dzwonka. Idąc korytarzem myślałam o dzisiejszej imprezie u Sylvii. Nie wiedziałam jak się ubrać na nią, czy Martin przyjdzie i czy zapoznam się z Nim bardziej.
Pod salą spotkałam Alexandrę, Katię i Sylvię, lecz Martina nie było. Mój uśmiech z twarzy znikł. Przywitałam się z nimi i zadzwonił dzwonek na lekcje. Matematyka, lekcja na której muszę skupić się. Nie wiem czy zdołam skoncentrować się. Najgorsze jest to, że jak Martin jest to nie potrafię uważać na lekcjach i jak go nie ma to też nie potrafię, bo zawsze myślę tylko o Nim.
Cholera, nauczycielka robi kartkówkę z układów równań. Świetnie, po prostu świetnie, teraz już byłam pewna, że dostanę jedynkę. Kiedy pani rozdawała kartki z przykładami drzwi od sali otworzyły się.
-Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie.
-Dzień dobry, siadaj i wyjmij kartkę. -Odpowiedziała.
W tym momencie dostrzegłam ciemnowłosego chłopaka przypominającego Martina. Czy to był na pewno on? Tak to był on, poznałam po głosie, ale miał inną fryzurę. Jak to możliwe? Później się nad tym zastanowię. Teraz miałam tylko piętnaście minut by napisać kartkówkę. Nie dość, że zapomniałam jak to się obliczało to nie mogłam skupić się.
-Dobrze, koniec pisania, proszę oddajcie kartki do przodu. -Oznajmiła nauczycielka.
Fakt, przede mną w pierwszej ławce od okna siedział Martin. Odwrócił się w moją stronę, a ja czekałam na kartkę od Sylvii. Kiedy już mi dała musiałam podać je dla Niego. Spojrzałam na niego, On na mnie i nasze spojrzenia znów spotkały się. Podałam kartki, on położył je na biurko. Lekcja jakoś szybko zleciała, może dlatego że pisaliśmy kartkówkę.
W końcu przerwa, wyszliśmy na dwór przed szkołę by usiąść na ławkach. Promienie słońca oświetlały moje włosy. Uwielbiałam taką pogodę, nigdy nie lubiłam deszczu czy śniegu. Taka pogoda jak dziś była idealna. Sylvia, Katia i Alexandra usiadły obok mnie a Martin stał naprzeciwko Nas opowiadając o śmiesznych filmikach. Zauważyłam, że Sylvia bardzo dobrze dogaduje się z Nim. Myślałam, że coś mnie zaraz strzeli, zacisnęłam pięść i czekałam na dzwonek, żeby szybciej zadzwonił. Nie mogłam znieść tego, a przynajmniej nie mogłam słuchać ich rozmów. Może i byłam zazdrosna, ale co z tego? Przecież nie jestem z Nim i na razie nie zamierzam, bo przecież go dobrze nie znam. Nie mogłam zabronić mu rozmawiać z innymi, bez przesady. W końcu nastała oczekiwana chwila. Zadzwonił dzwonek Kolejna lekcja, angielski. Na tej lekcji musieliśmy podzielić się na grupy. Byłam w grupie z Katią, Alexandrą, Martinem i Sylvią. Mieliśmy zrobić plakat na temat ulubionego zespołu. Ciekawe, lecz tutaj problem z muzyką, bo każdy co innego słucha. Wybraliśmy Justin'a Timberlake'a, bo tylko na Niego każdy się zgodził. Martin chciał Top One, Sylvia Britney Spears, Alexandra Enej'a, Katia Bukę a ja Nightwish.Niezła mieszanka disco polo z pop'em, rape'm i metalem. Mieliśmy wycinki z różnych gazet, a Martin znalazł w internecie informacje dotyczące Timberlake'a. Podczas naklejania i pisania Martin znowu rozmawiał z Sylvią o filmach. Miałam ochotę stamtąd wyjść. Wyjęłam słuchawki i zaczęłam słuchać muzyki z Katią. Nawet ich nie słuchałam, lecz po chwili Sylvia szturchnęła mnie ręką.
-Przychodzisz dziś do mnie na imprezę o 18? -Spytała
-Co? Taa.. -Powiedziałam zniesmaczona.
Wiedziałam, że na imprezie nie zdołam zagadać do Niego. Nie po tym co dzisiaj się działo.
Wróciłam ledwo do domu. Strasznie serce mi kuło, wzięłam tabletkę i położyłam się. Myślałam o tym jak ubrać się na imprezę. Po chwili pomyślałam sobie, że co ja będę stroić się. Pójdę normalnie ubrana w zwykłe jeansy, bluzkę i tyle. Włosy lekko podkręcę lokówką i poprawię makijaż.
Po zrobieniu wszystkich tych czynności wyszłam z domu i zaszłam do sklepu by kupić ciastka. Wchodząc do Sylvii domu czekali już tam Alexandra z Martinem i Katią.
-Cześć. -Alexandra podeszła do mnie i zabrała ciastka.
-Hej. -Zdjęłam buty i weszłam po schodach by pójść do pokoju.
Sylvia zaparzała herbatę, Alexandra nakładała ciastka do miski, a Katia była w toalecie. Poszłam do salonu i ujrzałam tam Jego. Usiadłam na fotelu zerkając w Jego kierunku.
-Hej. -Powiedziałam nieśmiało.
-Cześć. Co tam? -Spojrzał na mnie.
Znów nasze spojrzenia spotkały się, lecz szybko odwróciłam, gdyż wiedziałam że zaraz zaczerwienię się. Jedną ręką zaczęłam odgarniać włosy, w drugiej zaś trzymałam komórkę, którą po chwili schowałam do torebki.
-Wszystko okay, a tam? -Uśmiechnęłam się do Niego.
-Też. -Odwzajemnił uśmiech.
Tą oto piękną chwilę przerwała Sylvia, która przyniosła herbatę. Włączyła muzykę i tak to się zaczęło. Na początku rzucaliśmy się balonami, potem Sylvia robiła jakieś wróżby, następnie zaczęła się gra w butelkę. Zrobiło się całkiem ciekawie. Wpierw zakręciła Katia i wypadło na Martina.
-Pytanie czy wyzwanie? -Zapytała
-Pytanie.
-No więc masz dziewczynę?
Patrzyłam uważnie na Martina, a kiedy zaprzeczył to odetchnęłam z ulgą. Martin zakręcił butelką i wypadło na mnie. Ups.
-Pytanie, wyzwanie?
-Hmm.. pytanie.
Wybrałam wtedy pytanie, bo bałam się wyzwania od niego, ale cóż. Pytanie nie było skomplikowane gdyż spytał mnie ilu miałam chłopaków. Odpowiedź prosta, że dwóch, ale co go to w sumie interesuje? Po co mu to wiedzieć? Po grze w butelkę wpadłam na pomysł by pobawić się w chowanego. Za oknami ściemniło się, co umożliwiało lepszą zabawę. Jako że Sylvia miała wielki dom, było dużo miejsc do chowania. Uznaliśmy, że ten kto będzie szukać nie ma prawa zapalić światła, dla utrudnienia. Stało się! Nastała moja kolej w szukaniu. Policzyłam do dwudziestu i poszłam szukać. Wpierw znalazłam Katię za telewizorem, potem poszłam do drugiego pokoju gdzie słyszałam czyjeś oddychanie dobiegające z dywanu. Schyliłam się by dotknąć osobę, którą znalazłam i okazało się, że to był Martin. Złapał mnie za rękę by wstać i tak wyszło, że przytuliliśmy się. To była najcudowniejsza chwila w całym tym dniu. Ledwo co znałam chłopaka, a u takie coś. Czułam na sobie jego wzrok i piękny zapach perfum. Zorientowałam się, że nie znalazłam jeszcze Sylvii i Alexandry. Nie chciałam wyrywać się z objęć Martina, ale musiałam. Puściłam go i zaczęłam szukać koleżanek. Późnym wieczorem wszyscy poszli do domu w tym i ja, gdzie przed snem myślałam o Nim i zasnęłam.


Ciąg dalszy nastąpi:
-Co się stanie Martinowi?
-Czy jedno objęcie zmieni coś między Kate i Martinem?
-Czy Kate wybaczy?

wtorek, 21 maja 2013

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. 1

Tak, nastąpiło to trzy lata temu, kiedy pierwszy raz ujrzałam Go w swojej klasie. Wtedy miałam bodajże szesnaście lat. W mojej klasie przeważały dziewczyny, ale chłopaków też nie brakowało, bo było ich tylko pięć, a może i aż pięć. Co z tego, skoro jestem nieśmiała. Nie miałam odwagi od tak sobie zagadać do jednego czy też drugiego, dlatego trzymałam się z dziewczynami.
Koleżanka, z którą rozmawiałam okazało się, że ma brata, który jest z Nami w klasie. Wtem ujrzałam ciemnowłosego o pięknych niebieskich oczach. Nieśmiało spoglądał na mnie, myślałam, że spalę się ze wstydu. Wypadałoby przedstawić się i tak to też właśnie uczyniłam. A niby jestem nieśmiała? A jednak.
-Kate jestem. -Podałam rękę w stronę chłopaka.
-Martin. -Uścisnął moją dłoń odwracając po chwili wzrok w drugą stronę.
Wróciłam do koleżanek nieco już zamyślona. Martin, bo tak miał na imię po chwili też podszedł do swojej siostry, która rozmawiała z Nami i włączył się w dyskusję. Uważnie słuchałam Jego jak i innych rozmówców. Zadzwonił dzwonek na lekcje. Historia, czyli coś czego nie lubię. Usiadłam z dwoma koleżankami w drugiej ławce pod oknem, a Martin wraz z Aleksandrą na pierwszej przed Nami. Zdziwiłam się, że usiadł przede mną, ale przynajmniej miałam ciekawe widoki.
Zaczęło się odpytywanie. Ups, nic nie umiałam! W ciszy modliłam się, żeby na mnie nie wypadło. I udało mi się! Nauczyciel nie zapytał mnie, ale za to Aleksandrę wziął do odpowiedzi. Przerażona podeszła obok niego i zaczęło się.
-Więc proszę mi powiedzieć kto był ostatnim królem Polski?
-Stanisław August Poniatowski. -Odpowiedziała po chwili.
Nauczyciel zrobił dziwną minę, lecz zanim zadał kolejne pytanie minęło z dobre trzy minuty, gdyż wertował książkę. Każdy patrzył się na Niego ze zdziwieniem i z niesmakiem. Jak dobrze, że to nie ja jestem, bo bym nie mogła skupić się z resztą ten facet był nieco dziwny, strach było podejść. Heh. Uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl o tym.
-Bitwa pod Grunwaldem kiedy nastąpiła? Podaj dokładną datę. -Spojrzał na nią wyczekując na odpowiedź.
-14 lipiec 1410 rok.
-Źle, chyba nie przygotowałaś się. -Mrugnął swoimi piwnymi oczami.
Wtem Martin odezwał się pomagając siostrze.
-15 lipiec 1410 rok. -Wstał i po chwili usiadł.
-Mam ocenę podzielić na pół? Prosiłem by nie podpowiadać, nie mogę uznać jej tej odpowiedzi.
Nauczyciel nieco zezłościł się. Boże, jaki on dokładny jest, człowiek o jeden dzień pomyli się a już z tego wielka afera. Nurt myśli miałam w głowie. Muszę przyznać, że Martin zaimponował mi tą wiedzą.
W końcu koniec lekcji. Przerwa, na którą wszyscy wyczekiwali. Po jakże nudnej lekcji trzeba było coś zjeść. Wyjęliśmy kanapki i zaczęliśmy spożywać je. Martin usiadł naprzeciwko mnie na podłodze. Strasznie nie lubiłam jak ktoś kto mi spodobał się, siada naprzeciwko mnie i patrzy się, a co dopiero jeść. Wszyscy o czymś rozmawiali, ja milczałam. Byłam myślami zupełnie gdzie indziej. Martin opowiadał o jakiejś grze zerkając na koleżanki i siostrę. Nie wiem czy na mnie patrzył się, gdyż miałam wlepiony wzrok w podłogę. Uważnie słuchałam jego, a gdy podniosłam głowę i spojrzałam na Niego nasze spojrzenia spotkały się. W tym momencie Martin zamilkł zawstydzając się. Jak on słodko wyglądał, pomyślałam. Nastała cisza, lecz Sylvia, jednak z naszych koleżanek odezwała się.
-W ten piątek robię mini imprezę wpadniecie? -Zaproponowała.
-Impreza? -Spytałam zerkając na rozmówczynię.
-Tak, przyjdźcie wszyscy, będzie fajnie tylko niech każdy przyniesie coś do jedzenia.
Świetnie. Będę miała okazję poznać bliżej poznać Jego, ale czy na pewno? Nie wiem czy zdołam przełamać się. Nie mogłam doczekać się piątkowej imprezy.


Ciąg dalszy nastąpi:
-Czy impreza u Sylvii wypali?
-Czy Kate i Martin poznają się bliżej?
-Co wydarzy się na imprezie?
To wszystko już niedługo.

niedziela, 19 maja 2013

Słowa wyryte na ławce


     Slonce leniwie zalewalo swoimi promieniami szkolne klasy, ktore juz od jakiegos czasu powinny byc opuszczone, zwazajac glownie na zakonczone zajecia. Kolorowe ptaki ciekawsko przygladaly sie przeroznym rzecza, podziwiajac Je z duma. Wakacje nadchodzily powoli, jednak uczniowie zdawali sie juz byc na zasluzonym urlopie od nauki.
      Siedzialam w mojej klasie lekcyjnej. Mialam dzisiaj zajecia dodatkowe z matematyki a jako ze autobus szkolny wlasnie wtedy nie kursowaly, musialam czekac jeszcze dobre pol godziny na mame. Do tego zapomnialam jeszcze biletu, wiec proba pojscia do miasta zdawala sie byc bezsensowna. No i na dodatek troche drogi do miasta mialam. Spojrzalam na moja zielona, podwojna lawke ktora dzielilam z przyjaciolka. Bylo tam duzo nabazgranych rysunkow przez olowek, troche ubytku tu i tam. Wiekszosc zrobily przychodzace tu dzieciaki kiedy my mamy zajecia w innych pokojach. Nie przeszkadza mi to, ladnie sie prezentowalo.
     Wzielam torbe na ramie. W szkole powinni byc teraz tylko panie w sekretariacie wiec moglam nieco pozwiedzac. Poprawilam wlosy i wyszlam z klasy rozgladajac sie, aby upewnic sie w swoich przekonaniach. Zaczelam isc wzdluz zielonego korytarza z odcieniami zoltego. Okna na podworko sa umieszczone za wysoko jak dla mojego wzrostu, wiec postanowilam zrezygnowac z tego pomyslu. Bylam przeciez najnizsza osoba w klasie, wiec czego oczekuje od siebie?
      Spojrzalam na wsciekle biale drzwi z numerkiem ''144''. Klasa geograficzna w ktorej umieszczone sa mapy, jak i jakis nieco stary laptop, ktorego moja byla nauczycielka nigdy nie potrafila obslugiwac. Fajnie sie siedzialo na Jej lekcjach, chociaz wiekszosc klasy nigdy nie palala do Niej sympatia. Ja wrecz przeciwnie. Mowila z sensem, wszystko dalo sie latwo zrozumiec i co najwazniejsze - nigdy nie zrobila nawet jednej, najmniejszej kartowki.
     Ide dalej, tym razem skrecajac w prawo. Chce zobaczyc czy sa jakies zmiany w lekcjach na jutro. Monitor pokazuje jedynie, ze nie bedzie kilku Nauczycieli ze starszych klas. Jak na razie nic nie dotyczy naszych zajec. Szkoda. Mialam nadzieje, ze Pani z chemii sie rozchoruje czy cos i przelozy nam ten sprawdzian.
     Wlasnie. Musze cos zobaczyc. Biegne znowu przez wczesniejszy korytarz i zatrzymuje sie przy pomieszczeniu z numerkiem ''142'', sasiadujacej obok mojej. Biore gleboki wdech jak i wydech, zeby nastepnie otworzyc drzwi. Pojedyncze lawki, duza, zielona tablica. Podchodze do tej jednej, wyjatkowej lawki umieszczonej zaraz pod drugim oknem. Przejezdzam dlonia po niej, wzrokiem szukajac pewnego wygrawerowanego kocowka cyrkla napisu. Upewniona wychodze. Nie wiem dlaczego czuje sie zle po przeczytaniu wyrytach slow.
     Widze dwie sekretarki z czego jedna trzyma w dloni biala roze. Zmieszana spogladam na Nie i mowie w ich strone ''dzien dobry'', ale te nie odpowiadaja. Jedynie przechdza obok mnie dyskutujac o czyms.
     - To straszne. Zginela rowny tydzien temu.
     Zaraz, co?
     - To prawda. Nie moge uwierzyc, ze to spotkalo wlasnie Ja. Jej Mama jest podobno w depresji. Oskarza sie, ze nie przyjechala wczesniej po Nia. Biedna. Gdyby nie tylko ten pijany kierowca moze by dalej zyla. - Odpowiada druga, nizsza.
     - Nie dziwie sie Jej. - Wzdycha pierwsza i wchodza do mojej klasy. Przez nieco uchylone drzwi widze jak klada kwiat na moim miejscu.
    Hah. Zapomnialam o wlasnej smierci... I o Jego wyznaniu. Teraz wszystko bylo jasne.

     Wszystko zaczelo sie tydzien temu, kiedy konczylam zajecia z dodatkowej matematki. Niklas czekal na mnie, zeby cos mi powiedziec. Jak w jakims filmie uslyszalam Jego uczucia i bardzo, bardzo sie ucieszylam. Powiedzialam jednak, ze dam mu swoja odpowiedz jutro, musialam to wszystko przemyslec i zastanowic sie, czy to na pewno rzeczywistosc. Mama powiedziala, ze cos Jej wypadlo wiec odbierze mnie pozniej i moge powoli isc w strone domu. Wlozylam w uszy sluchawki i jak na skrzydlach ruszylam przed siebie, zapominajac o wszystkim.
     Ktos krzyknal, za pozno sie odwrocilam i poczulam bol. Ludzie sie schodzili, ktos wzywal karetke. Wszystko nabralo ciemnych barw, balam sie, ale pozniej nastapil juz spokoj.

     - Podobno Niklas, ten wychowanek pani Schmidt jest rowniez zalamany. - Westchnela ruda, gdy tylko wyszly.
     - Tak za Nia byl. - Przyznaje blondynka. Obie odchodza zostawiajac mnie sama na korytarzu.
     Przypominam sobie co zostalo wyryte na tamtej lawce. Dwa slowa ktore uslszalam tamtego dnia ''kocham Cie''.
     Slowa, ktorych juz nie potrafie powiedziec czy chociazby wyrazic.

poniedziałek, 13 maja 2013

Stadne opowiadanie-część II.

Bo jestem tu coś winna.
Nawet, gdy nie żądają zapłaty,
Muszę spłacić dług.
Czuje się nadal jak powietrze,
Co nikomu do życia jest niepotrzebne.
Więc przynajmniej zrobię to, co do mnie należy.
Oddam to, co powinnam,
Spłacę to, co spłacić powinnam.
   Młoda przechadzała się po terenach Stada Psich Serc. Wszystko było w porządku, jak się wydawało. Szczenię, mając na pysku uśmiech postanowiło zrobić sobie spacer, jak robi to codziennie. Ale dzisiaj poczuła, jakby jej czegoś brakowało. Zastanawiała się często nad tym uczuciem.
   Pewnego razu, kiedy bawiła się z rówieśnikami poczuła dotkliwe kłucie w sercu. Przez chwilę nie mogła się ruszyć, a oddychanie sprawiało jej kłopoty. Na szczęście ten stan trwał przez chwilę, po czym wróciła do zabawy ze szczeniakami.
  Gdy nadszedł  czas obiadu, swoim zwyczajem usiadła koło szczeniaków. W tym miejscu wszystkich z watahy dobrze widziała. W sumie... Z każdego by widziałaby, gdyż wszyscy byli ustawieni w kole. Ale mniejsza o to. Tego dnia jedzenie było obfite i nikomu nie zabrakło jedzenia. Ba, nawet parę sztuk saren zostało. Jak zawsze po skończonej uczcie, inni członkowie stada zaczęli rozmawiać.  Rebekah, jednak nie należała do osób gadatliwych, więc w tym czasie obserwowała innych. Wpierw spojrzenie jej padło na Koronę stada, Lenę, potem zaś na siedzących koło niej wojowników, myśliwych, tropicielów, zwiadowców oraz innych. Swoim zwyczajem spojrzenie szczeniaka zaczęło szukać swych rodziców. Sathanę odnalazła bez trudu, jednak szukanie ojca, Ravela sprawiło jej, ku jej zdziwieniu najwięcej trudności. Zazwyczaj, czyli niemalże zawsze, odnajduję go bez trudu. Nawet pierwszy rzuca się w oczy. Z zastanowień Rebeki odepchnął ją Royal, powalając samiczkę z nóg, z zaskoczenia. Kiedy spojrzała na niego, wyraźnym gestem zapraszał Młodą do zabawy.  Wstała, a w jej oczach tańczyły ogniki.
-Łosz ty!-powiedziała cicho, uśmiechając się lekko.
-Trzeba być zawsze czujnym, nie?-odparł.
   [R:]  Wtedy rzuciłam się w wir zabawy. Po paru chwilach dołączyły także inne szczeniaki. Razem grałyśmy aż do wieczora. Dopiero  wówczas zorientowałam się, że nikogo nie ma, jedynie opiekunowie. Wszyscy, zmęczeni zabawą, bez protestów posłuchaliśmy poleceń naszych niań. Gdy dotarliśmy do jaskini w oka mgnieniu zasnęliśmy jak zabici.
   Nastał kolejny dzień. Po śniadaniu, wspólnych zabawach, nauki mieliśmy czas wolny dla siebie. Znów wpadłam w wir rozmyśleń. Gdzie jest mój tata, Ravel? Postanowiłam się zapytać innych. Po odpowiedziach w końcu uznałam, że nikt raczej nie wie, gdzie jest Samiec Gamma.
   Tak mijały kolejne dni. Żadnych informacji, żadnych śladów, żadnych wiadomości.
   Przyznam, zaczęło mnie to irytować, ale jeszcze bardziej bałam się o swojego ojca. Czego nikt nic nie wie? Czemu nikt do nie szuka? Dlaczego nikt nie zauważył dotąd próby poszukiwań? Owszem, słyszałam jakieś pogłoski. Ale to zbyt mało. Coraz częściej w więcej osobom zaprzątałam tym głowę. Ale nic...Czyżby cisza przed burzą?
   Na terenach, w których wcześniej żyłam, nie raz miałam okazję zetknąć się z burzą. Nawet zbyt wiele. Ale mniejsza o to. Po prostu martwiłam się, że  może być podobnie. Nic się nie dzieje. Nikt się niczego nie spodziewa. I nagle trach! Katastrofa...
  Minął kolejny dzień. Znów nic. Dopiero następnego ranka oficjalnie ogłoszono poszukiwanie Ravela, zorganizowane przez Sathanę. Byłam bardzo szczęśliwa. Bez namysłu wstąpiłam w progi poszukiwaczy. Po rekrutacji podzielono nas na 3 grupy, a każda z nich miała iść na wybrany teren. Byłam w trzeciej grupie, razem z Sashą i Leiką, a miałyśmy iść w Góry, przy okazji także dobrze przeszukać knieję. Jeszcze się odbyło jedno spotkanie wieczorem. Jutro wyruszamy na poważnie.
 Akcję czas zacząć.
  Wstałyśmy  wczesnym rankiem. Mimo tego, ze wszystkich z grupy spałam najdłużej. Przywitano mnie śniadaniem złożonego z królika. Zjadłam go beż najmniejszych zastrzeżeń.  Miałam leki żal, że obudziły mnie najpóźniej, jednak szybko mi przeszło. Z entuzjazmem zapytałam się od czego zaczniemy. Sash odpowiedziała  mi na to, że zaczniemy od wędrówki do kniei, bacznie wszystko przeczesując. Mogłam się spodziewać tej odpowiedzi, jedna słowa wypowiedziane z ust Sash, wywarły na mnie takie wrażenie, że jakbym słyszała to pierwszy raz. Zaskoczona i pełna entuzjazmu nie mogłam się doczekać, kiedy wyruszymy.
 Po około godziny wyruszyłyśmy. Przedtem ustaliłyśmy trasę. Po kniei miałyśmy się poruszać slalomem długim, ale ścisłym. Gdy podzieliłyśmy się, każda z nas wyruszyła w innym kierunku. Poszłam z Sashą. Leiko, jako zwiadowczyni, miała większe doświadczenie, jeżeli chodzi o zauważanie drobnych, ważnych szczegółów. Tak więc rozdzieliłyśmy się. Leiko w stronę zachodnią, ja z Sash z stronę wschodnią.
  Przez pierwsze dwie godziny nic kompletnie nie znalazłyśmy. Byłam  trochę zawiedziona. Jak każdy szczeniak myślałam, że pójdzie szybko, albo przynajmniej będzie się coś działo. Nie spodziewałam się, że to będzie aż tak strasznie długa i żmudna robota. Mijały następne godziny. I nic. W końcu prócz lekkiego odczuwalnego zmęczenia, się we znaki dawał także głód i pragnienie.
-Dobrze, zrobimy przerwę i zjemy coś.-odparła Sash.  -Jeszcze parę metrów i będziemy koło jeziora. To tam zostaniesz, a ja spróbuję coś upolować, zgoda?
-Zgoda.-powiedziałam.
   Kiedy dotarłyśmy do ów zbiornika wodnego, rozdzieliłyśmy się. Czekałam pół godziny na powrót Sashy. Jak się okazało upolowała 2 średnich rozmiarów króliki. Po uczcie znów wyruszyłyśmy na żmudne poszukiwania. Tak jak wcześniej nic nie udało się znaleźć. Było już późne popołudnie. Słońce zaczynało chować się zza horyzont. Niebo zmieniało swoją błękitną barwę na czerwono-pomarańczowo-różowy. Chmury przy słońcu nabierały nowego uroku. Nawet drzewa i inne rośliny zdawały się zmieniać, a ich cień stopniowo się wydłużał. Szłyśmy przez ten zmienny krajobraz.
    Dopiero teraz zauwarzyłam, jaki ten świat ciekawy i piękny. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Ciągła zabawa z rówieśnikami, a wcześniej myślenie tylko o przeżyciu sprawiały, ze nie doceniałam tego, co miałam wokół. Ach, wspólne zabawy! Pewnie znów całą gromadką bawilibyśmy się w ściganego, ciągnięcie patyków, bądź inne gry. Gdybym pewnie została, Royal, bądź Nack rzuciliby się w moim kierunku z zaskoczenia, a ja tracąc równowagę runęłabym jak kamień w wodę. W sumie to zazwyczaj... no dobra: prawie zawsze rozmyślam i rozmyślam. Pewnie stąd wzięło się powiedzenie, wymyślone przez szczeniaki: "Wracaj na ziemię, Rebekah!".
   Teraz to sama musiałam "wrócić na ziemię". Gdy rozglądałam się wokół, by odnaleźć spojrzeniem Sash, była już bardzo daleko. Tylko echem zaczęło bić ledwo co jej głos, wołający moje imię. Wstałam na równe łapy i zaczęłam biec najszybciej, jak potrafię. Kiedy dotarłam w końcu koło niej odbył się krótki dialog. Potem zaś znów wyruszyłyśmy na poszukiwania. Tak jak tamte wcześniejsze, nie przyniosły upragnionych rezultatów. Szłyśmy nadal, jakby bez żadnego celu. Znów pustka. Nadzieja w nas zaczynała powoli gasnąć. Eh... Może Leiko znajdzie coś ciekawego?-pomyślałyśmy. Jak się po paru chwilach okazało to samo.  Czyli nie jest tak źle.
   Znów krajobraz się zmienił. Nie było już widać złotej kuli słońca, jedynie niektóre promienie przebijały się przez warstwę chmur... Chmury. Spojrzałam na niebo. Zaczynały pokrywać całe sklepienie. Szybko do mnie dotarło, że jeżeli są tu jakieś ślady, to przez deszcz zmyją się...I możliwe, że nie będzie sensu dalej szukać, jeżeli owe ślady będą jedyną "pamiątką" pozostawioną przez obce psy... o ile to są psy.  Szukanie odcisków łap jest porównywane do szukanie igieł w stogu siana. Przecież mogą być wszędzie. Jednak nie mamy innego wyboru, tylko szukać dalej.
Sekundy ciągnęły się jak minuty. Minuty trwały jak godziny, a godzina wieczność. Nic. Żadnych wskazówek, żadnych śladów, coraz mniejsze nadzieje.
Wieczór. Już nie ma prawie promieni słonecznych. Chmury zakryły całe niebo. Na szczęście nie wszystkie były czarne. Jedyna pociecha...[?]  Zbliżał się czas, w którym miałyśmy się wymienić z Leiką informacjami. Szłyśmy wolno, w porównaniu do początku naszej wyprawy. Cóż, trudno się dziwić. W końcu idziemy z pustymi łapami... 
  Gdy powoli zbliżałyśmy się do punktu , od którego zaczęłyśmy poszukiwania,  wnet do moich uszu doszło dźwięczne ptasi śpiew. Znałam ten głos. Od razu ożywiłam się, a teraz poczułam się rada. Niemalże zaczęłam skakać z radości.
-Kosogłos!-mówiłam szczęśliwa. -Kosogłos, kosogłos!
-Co proszę?
-Kosogłos!-powtórzyłam. Potem wskazałam łapą na drobnego, brązowego ptaka.
-Aha, ten ptak. A dlaczego jest taki ważny?
 Zamiast odpowiedzi, zanuciłam krótki, cztero-dźwiękowy utworek. W tym momencie kosogłos zamilkł, a po chwili zaśpiewał moją melodię. W oczach dorosłej psiny zaczęły tańczyć złote ogniki. Już wiedziała, o co chodzi.
-Czyli, mam rozumieć, że dzięki temu ptakowi możemy się komunikować? To znaczy, że jak coś znajdziemy, to możemy poinformować innych, po prostu zanucając parę nut... Dobre, bardzo dobre!-pochwaliła mnie.
-Dziękuję.-odparłam, a na twarzy pojawił się lekki rumieniec. Już nie pamiętała, kiedy ktoś ją od czasu wędrówki tutaj (dołączenie do stada) pochwalił.
-Nie ma za co. Tylko trzeba powiedzieć innym i nauczyć melodii.
-To akurat nie będzie sprawiać kłopotów. A teraz chodźmy, bo pewnie Leiko na nas czeka.
    No i poszłyśmy. Akurat ta podróż zeszła bardzo szybko, zaledwie 15 minut. Wcześniej szłyśmy slalomem, ale teraz prosto jak strzała. W tym czasie widać było, że Sash jakby była zamyślona.
 -Coś się stało?-zapytałam.
-Tak jakoś dziwnie... Jakbym czuła obcą woń, ale bardzo słabo. Hm... ale przynajmniej ślady powinny być...- zaczęłam rozglądać się wokół, na ziemi. Racja, mi z trudem było cokolwiek poczuć, a jeżeli chodzi o ślady, to nie było szans. Przelecieli, czy co? Cóż, w końcu nie wiem, kto to jest. Może jakiś latający pies? Nie, przecież to legenda. Jednak nic innego nie przychodziło mi do głowy.
   Dotarłyśmy w końcu na miejsce. Tam czekała na nas Leiko. Od razu rzucało się w oczy, że trzymała w pysku "świecące coś". Gdy przybliżyłyśmy się okazało się, że był to jakiś naszyjnik przedstawający księżyc. Jednak nie ten, dobrze znany, co w nocy jest widoczny. Ten był czerwony.
-O, widzę,że coś znalazłaś.-odparła Sash.
-Tak, jedynie to się mi udało znaleźć. A wam?
-Niestety nic konkretnego, co pomogłoby w sprawie poszukiwań.
-Jednak coś znalazłyście, prawda?
-To znaczy Rebekah odnalazła ptaka zwanego kosogłosem. On mógłby pomóc w poszukiwaniach. Wystarczy, że zanucimy parę dźwięków, a on powtórzy i przekaże dalej. To może się przydać, kiedy coś znajdziemy, lub ktoś wpadnie w tarapaty.
-Ciekawe... -powiedziała. Potem skierowała się ku mnie.  -Rebekah, a tych kosogłosów to dużo, czy mało tu jest?
-Wiele! kiedy szłyśmy tutaj, to co chwila widziałam nowego.
-Hm, to dobrze. A czy coś jeszcze?
-Kiedy szłyśmy -tu Sasha mówiła - To czułam jakby obcą woń, jednak wokół nie było żadnych śladów. Właśnie tą drogą, którą zmierzałyśmy.
-Aha. To może okazać się istotne, jeżeli chodzi o poszukiwania.
   Suczki mówiły dalej, jednak ta rozmowa nie za bardzo mnie interesowała. W sumie mało z niej zrozumiałam. Ciągle wpatrzona byłam w owy naszyjnik. Bardzo chciałam go założyć.
-Leiko...-powiedziałam po jakimś czasie.
-Tak?
-Mogę naszyjnik?
-Tak jasne, weź.-powiedziawszy to wręczyła mi go, dając rzecz na szyję. Dotknęłam go,a on zaczął się obracać. Potem zaczął świecić jakimś światłem odbitym, co dodało mu uroku.  I tak rozhuśtałam "błyskotkę". Kiedy traciła na sile , już nie kołysałam, lecz czekałam, aż przestanie się ruszać.
  -Dobrze, to w takim razie powinniśmy iść na Polanę Główną, podsumując pierwszy dzień.-powiedziała Leiko. W tym samym momencie medalion przestał się ruszać i dotknął mojej klatki piersiowej.
   I tu się stała niezwykła rzecz. Wszędzie było szaro. Jedynie, gdy spojrzałam w dół widziałam odciski łap. Bardzo wyraźnie, gdyż wyróżniały się innym kolorem, a mianowicie czerwonym.
-Ślady!-krzyknęłam.
-Gdzie?-zapytały obydwie.
-Tam!-podniosłam łapę w stronę owych odcisków łap. Jednak Suczki nic nie widziały.
  Nagle stało się coś nieoczekiwanego. Czuć było w powietrzu zapach zapalonego futra. Wokół szyi zaczęło mnie bardzo boleć, a wysokiej temperatury nie dało się znieść. Z ledwością oddychałam.
-Zdejmijcie to ze mnie!-krzyczałam przerażona, zdławionym głosem. Zaczęłam podskakiwać i różne "cudawianki" robić, jednak po interwencji Leiko w końcu odzyskałam zdolność do oddychania. Padłam plackiem na ziemię, ciężko dysząc.  Powoli obraz zaczynał się ściemniać. Za chwilę znów zapadnie ciemność.
-Szybko, trzeba ją zanieść do naszych medyków.-powiedziała Sasha, po czym wzięła mnie na plecy.
-Racja.-odparła, po czym obydwoje pobiegły szybkim galopem.
  Nie! Chcę wam pomóc w poszukiwaniach. Chcę znaleźć tatę, pomóc mu. Nie chcę obudzić się i dowiedzieć się o najgorszym. Jestem temu stadu tyle winna. Przecież przygarnęliście mnie, daliście mi schronienie, jedzenie, nową rodzinę, szczęście. Przynajmniej tak chcę się odwdzięczyć i pokazać, że jestem coś warta. Proszę, nie zostawiajcie mnie. Chcę dalej szukać wskazówek.-to były moje ostatnie myśli, jednak zabrakło mi sił, by powiedzieć chociaż jedno słowo. Obraz napełnił się wokół czernią.
-Będzie wszystko dobrze.-powiedziała biała suczka w czarne plamki.  Teraz nie byłam w ogóle przytomna, z ledwością słyszałam jej słowa przed zemdleniem. W trakcie podróży, samiczkom towarzyszył śpiew ptaka. Tego samego, którego ujrzałam. Kosogłos. Do polany nie opuścił psin, śpiewając wciąż tę samą pieśń...
_________________
   Tak, należą się słowa wyjaśniena. Jeżeli chodzi o ten wiersz, który jest na początku, to nie chodzi o to, że Rebekah nażeka. Po prostu te miesiące wędrówki sprawiły, że czuje się jak powietrze, nikomu niepotrzebna, jak piąte koło do wozu. Jak widać, dobrze się tu czuje, nawet bawi się z innymi, ale wcześniejsze doświadczenia nie pozwalają jej na nowe, "normalne" życie. Zawsze, kiedy wspomnieniami wraca do tamtych  czasów "ma głowę w chmurach", a wtedy znów przypominają się lekcje, jakie jej świat zafundował. I stąd się wzięło :"Czuję się nadal jak powietrze", "Muszę spłacić dług".
   Może przypominacie sobie jeszcze ten znak : [R] ? Po prostu nie chciałam zmieniać początku, bo zaczęłam jako narrator 3-osobowy, a ten znak oznacza, że zmieniłam na narratora 1-osobowego [Rebehah, w skrócie].
  I ostatnią rzeczą, którą mogę się doczepić, to ten kosogłos. Pewnie ci, co czytali "Igrzyska Śmierci" wiedzą o co chodzi. I stąd właśnie wzięłam owego ptaka. Jednak ci, co nie czytali, to mam nadzieję, że rozumiem o co mniej więcej chodzi.
  Wybaczcie, że takie krótkie, i tak długo to pisałam, ale wenę miałam dziurawą. Pomimo tego, mam nadzieję, że się podoba.
 Wszystkim, co wytrzymali do końca, gratuluję!
PS Komentarze mile widziane! ;)