Termin `rutyna` powszechniał z dnia na dzień. Z całą pewnością nikomu
nie był obcy, a co niektórym dawał się we znaki. Jedną z ofiar
monotonnie upływającego czasu byłam ja - niejaka Lorelei.
Kreski odpowiadające dniom kreśliłam na ścianie jaskini już
mimochodem, przez co można było się tam poczuć zupełnie jak w celi
więziennej. Nie oszukujmy się, bo właśnie tak się czułam. Byłam
więźniem. Wszyscy byliśmy skazańcami, uzależnionymi od waluty czasu.
Gdyby to tylko miało jakiś sens..
Właśnie miałam zabrać się do spisywania mojej niezależnej kroniki z
życia Stada, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam czego tam
uwzględnić. Zamyśliłam się na moment. Fakt, nadszedł okres, kiedy
wszystko jakby umilkło. Co więcej, prawie połowie populacji Sfory było
to po prostu bez znaczenia. Jak na złość, chciałam coś naskrobać. Żeby
było zabawniej, cały dokument opisywałam runami. Wstęp dzisiejszego
wpisu obrałam w te słowa:
"Piętnasty dzień maja, pół i ćwierć Księżyca do pełni. Słońce zbudziło się wcześnie."
Zawahałam się nad nakreśleniem kolejnego zdania.
"Atmosfera w Stadzie neutralna - jeżeli rozumieć przez to absolutną znieczulicę na jego dramatyczny stan. - jeśli to się nie zmieni..."
I tutaj zaczęłam gdybać. Co mogłoby się stać? Sfora upadnie? Jak
najszybciej wyrzuciłam tę desperacką myśl z łba. Stado Psich Serc liczy
sobie wiele wzlotów, ale i upadków. Jego odejście w niepamięć było zgoła
niemożliwe, ponieważ najbardziej lojalni Członkowie nigdy by na to nie
pozwolili. Cóż, od czego ma się rozum, łapy i szczyptę zdrowego
rozsądku?
Wtedy odezwała się ta nikła, ale cholernie irytująca cząsteczka mego
jestestwa. Za jej pośrednictwem uzmysłowiłam sobie, że powinnam pisać
łagodniej. Bez namysłu wymięłam i z furią wyrzuciłam skraw pergaminu w
płomienie, które łapczywie go pochłonęły, wzniecając w górę snop
lśniących iskier. Wzrokiem śledziłam rytualne tańce pożogi ogniska,
usytuowanego w centrum jamy. Ogień osmalał kolejne drwa, liżąc je
chciwie jasnymi jęzorami. Potrzebowałam chwili, by otrząsnąć się z
zadumy i chwycić świeży arkusz. Z zapałem zabrałam się do pisania, tym
razem omijając kłopotliwe tematy, pozostawiając bez zmian jedynie
pierwszą regułkę. Wykrzesałam z siebie dość krótką refleksję na temat
eksterminacji królików w północnym rewirze. Taaak, nader interesujące -
zaśmiałam się cicho.
Jutrzenka zastała mnie szybciej, niżeli bym chciała. Przeciągnęłam
się z westchnieniem, otrząsając członki z objęć ospałości. Postanowiłam
się przejść. Nie minął kwadrans, kiedy doczłapałam nad Jezioro. Z
resztą, przychodziłam tu zawsze, skoro świta. W jego jasnej toni
odbijało się wczesne niebo, a nawet wschodzące leniwie słońce.
Odetchnęłam głębiej, zanurzając kufę w lodowatej wodzie, a następnie
zaczęłam ją chłeptać. To wspaniałe uczucie, kiedy chłodna ciecz sączy
się powolutku przez gardziel.. Rozejrzałam się; w półmroku wszystko
wydawało się inne. Drzewa pociemniały, wydłużając swe cienie, co w
rezultacie wyglądało tak, jakby wyciągały ku przechodzącemu obok
zgrabiałe pazury.
Kiedy ugasiłam pragnienie, pokłusowałam w stronę Polany.
Rozruch, wrzawa i ogólny rwetes nie były tym, czego się
spodziewałam. Mówiąc wprost, stałam na skraju polany, skryta w gęstej
kniei, w osłupieniu przypatrując się całemu zbiorowisku. Pozbierawszy
myśli wychyliłam się nieco, nadal trzymając się na uboczu. Uchyliłam
łba, słysząc znajomy, dźwięczny ton.
- Lee! Dobrze, że już jesteś.. - Naszło mnie z prawej. To Leiko, właśnie
bieżyła w moją stronę. Obróciłam się gwałtownie, stawiając uszyska na
sztorc.
- Co tu się dzieje? Masowa epidemia..?! - Zagaiłam na tyle głośno, by przebić panujący wokół gwar.
- Niee?. - Posłała mi dziwne spojrzenie. Dopiero po tym pokręciła łbem. -
Sath miała coś wygłosić, aczkolwiek nie dane mi wiedzieć, o cóż jej
może chodzić. - Wiedziałam, że mówiła szczerze. Po pierwsze, nie
pamiętam kiedy Lejek ostatnio skłamała. Wywnioskowałam to także z Jej
zmieszanej miny. No pięknie, obie nie miałyśmy bladego pojęcia, na co
ten rozruch. - O, już jest. Zerknij no..!
Posłuchałam tej rady, wędrując srebrnymi patrzałkami przez Polankę,
aż po wielka skałę przemówień, gdzie stała teraz Kundlica. Klapnięte
radary zdołały wyłapać kilka słówek, w tym `Ravel`, `zaginiony` i
`wodospad`. W pierwszej chwili dygnęłam. Świetnie, samiec Gamma
przepadł, a jego poszukiwania można porównać do odnalezienia igły w
stogu siana. Domyśliłam się też, że może chodzić o rekrutację ekipy
zwiadu w tymże miejscu.
- Cholera. - Wymsknęło mi się. Ci, którzy usłyszeli, zgromili mnie pytającymi spojrzeniami, lecz ja bez słowa odeszłam.
Wlekąc się łapa za łapą, kuśtykałam w stronę miejsca, gdzie woda
rozbija się o grunt. Świt zdziesiątkował zalegające w Puszy cienie,
aczkolwiek nadal nie było tu zbyt przyjemnie. Wokół zalegała rzadka,
cmentarna mgła, wiatr zamilkł. Tylko wysoko, gdzieś pośród koron ciągnął
swą balladę jakiś zbłąkany słowik. Zgarbiłam się trochę,
przyspieszając. Jeszcze ominą mnie wskazówki, co do wyprawki.
Byłam święcie przekonana, że przybyłam nad Wodospad jako jedna z
pierwszych - bo była nas zaledwie garstka - ale musiałam się
rozczarować.. Przyszło dziewięć osób. Dziewięć osób! Ha, teraz widać,
jak bardzo zależy wszystkim na prawidłowym funkcjonowaniu HW. Zgryzłam
język, ażeby nie wyrzucić z siebie korowodu niecenzuralnych słów. Co jak
co, ale gdy ktoś wyprowadzi mnie z równowagi, potrafię kląć jak szewc.
Cofnęłam z irytacją uszy, siadając ni to blisko, ni daleko od mówczyni.
Bóg mi świadkiem, starałam się słuchać uważnie, lecz coś nadal
sprawiało, że nie potrafiłam się skupić. Poszukiwania.. Grupy.. - To, co
do mnie dotarło, nie było w pełni jasne. Później dowiedziałam się, że
mam przewodniczyć jednej z grup. Prawie wybuchnęłam przy tym śmiechem.
Ja w roli lidera? Niech mnie licho.. Reasumując; moja grupa liczyła trzy
osoby. Luna, Luffiera i, rzecz jasna, ja.
- A ty gdzie idziesz? - Luff krzyknęła za mną. Spróbowałam to
zignorować, jednak wraz z Luną mnie dogoniły. - Co z wyprawą? Nie
gadaj.. Poddajesz się? Tak bez walki?! - Niemal krzyczała, emitując
histerią i zdegustowaniem zarazem. - A co będzie z Ravelem? Jego też
olejesz? - Kontynuowała.
Nie, tego już za wiele. Potrafię znieść wiele obelg, ale to była
przesada. Miałabym zostawić przyjaciela na pastwę losu i Bóg jeden wie,
czego jeszcze? - Starczy. - Zatrzymałam się z nagła, o mało nie
wytrącając stojącej nade mną Luffiery z pionu. - Nie, nie kapituluję.
Nie możemy przecież wyruszyć w takim zdezorganizowaniu... Muszę to
wszystko przemyśleć..
- Ale Lee! Tu nie ma nic do myślenia!
- Ufasz mi? - Zbiłam ją z tropu, o to mi właśnie chodziło. Samica
skinęła smętnie głową. - A więc zdaj się na mnie. - Uśmiechnęłam się
zawadiacko. - Rano, na południowym skraju Polany. - Rzuciłam przez bark,
zmieniając kurs. Wkrótce zostawiłam Je w tyle.
*
Stało się tak, jak oczekiwałam; następnego ranka wytłumaczyłyśmy
sobie wszytko. Postanowiłyśmy zacząć od Łąki. Co prawda, żadna z nas o
tym nie wspominała, ale nie spodziewałyśmy się spotkać tam czegoś, co
mogłoby pomóc sprawie.
- ..Powiadają, że nadzieja matką głupich, ale czy to nie ona umiera
ostatnia? - Wymruczałam. - Musimy być gotowe na wszystko, kropka. -
Zadeklarowałam z góry.
Ruszyłam przodem, prowadząc nas przez niskie krzewia. Dotarłszy na
otwarty teren, postanowiłyśmy się rozdzielić. Ja ruszyłam na zachód,
wzdłuż pasma kosodrzewiny. Luna udała się w kierunku przeciwnym, zaś
Luff na wprost, przeczesać rozległą, soczyście zieloną równinę. Tak też
poczyniłyśmy, wyznaczając samo południe na godzinę zbiórki. Innymi
słowy, miałyśmy jeszcze sporo czasu..
Słońce niemiłosiernie opiekało mi grzbiet, a rozgrzane ciało
dygotało. Pomyślałam, że niebawem będę zmuszona odszukać wodę. Tutaj, na
stepie, raczej nie można było liczyć na takie luksusy. Ruszyłam dalej,
bacznie się rozglądając. Nie byłam pewna, czy przewodzi mną
determinacja, czy desperacja.. Grunt, że coś dodawało mi sił do dalszej
wędrówki. Mijały godziny, wokół tylko zieleń, błękit i ostre światło
słoneczne. Kasłałam, jak gdyby chcąc udrożnić suchy przełyk. Język
obijał mi się o zęby jak drewniany kołek, natomiast łapy potykały o
siebie, momentami nieomal wyprowadzając mię z równowagi. Okeeej, sprawa
nie wygląda za ciekawie - myślałam. - Muszę znaleźć wodę. Teraz.
Zmrużyłam ślepia. Muszą tu być jakieś potoki, czy chociaż strumyki. Wiem
to! Upewniałam się, choć mimo żmudnych poszukiwań, nie znalazłam śladu
wody. Słaniałam się na kończynach.. Potknęłam się o coś, przewróciłam,
ale nie mogłam wstać. Usilnie napinając i rozluźniając mięśnie,
próbowałam, z marnym skutkiem. Wypuściłam powietrze ze świstem. Tak,
poddałam się. Opuściłam kufę, która wbrew pozorom natrafiła na coś
przyjemnie chłodnego. Uchyliłam powieki. Woda? Ale.. Uniosłam głowę,
wpatrując się tępo w płynący przede mną strumień. A jednak! Rzuciłam i
zabrałam się do picia.
Przeszłam spory kawał, nim postanowiłam zawrócić. Okazało się, że gdy dotarłam na miejsce zbiórki, zastało nas popołudnie.
- Gdzieś ty była? - Luna zerknęła na mnie znacząco. - Martwiłyśmy się.
- Trochę się zagalopowałam..
- Nie rób tego więcej, dobrze?
- Hymh.. - Rozejrzałam się nerwowo. - Chciałabym przyrzec, ale wyjdę na krzywoprzysięzcę.
Noc spędziłyśmy na stepie, z tym, że wstałyśmy wcześniej, zanim
wstało słońce. W towarzystwie smugi Jutrzenki, wybrałyśmy się w stronę
północy, wprost na Jezioro Dusz. Szłyśmy w szeregu, z czego ja
prowadziłam.
- Nie podoba mi się to.. - Zlustrowałam długowieczny dąb, na którego
pniu kilkoma szarpnięciami wyryto pusty czworobok. Zmarszczyłam czoło,
myśląc intensywnie.
- Jak myślicie - odezwała się Luna. - Czy to może coś oznaczać? Luff?
- Żeby cokolwiek podejrzewać, musimy się dowiedzieć, co to jest. -
Luffiera także poświęciła się zadumie. Luna spoglądała to na mnie, to na
Luff. W końcu potrząsnęłam łbem. - Hm?
- Jakbym to już gdzieś widziała.. - Powiedziałam, bardziej do siebie niźli Kompanek.
Luna podskoczyła, jak oparzona. - Przypomnij sobie!
Przymknęłam oczyska, wertując limbo mojego umysłu. Czułam, że mam to
na końcu języka.. - Wyrd. - Wymruczałam, dygnąwszy. - No oczywiście! - W
olśnieniu okrążyłam drzewo.
- Hę? - Samice mruknęły jednocześnie.
- To wyrd. - Powtórzyłam. - Pusta runa. Nieuniknioność. Z tego, co mi
wiadomo, właśnie tak się ją zapisuje.. - Zawahałam się, przystając
naprzeciw rośliny. - Jesteście pewne, że w pobliżu nie ma podobnych
znaków? - Uraczyłam je śmiertelnie poważnym spojrzeniem. Czułam, że krew
powoli odpływa mi z pyska.
- Nie. - Na te słowa odetchnęłam. - Sprawdzałyśmy wszystko dokładnie.
- Nadal nie wiemy, co ta runa może oznaczać.. - Wtrąciła się Luff.
- Mam pomysł. - Zadeklarowałam niepewnie. - ..Teraz musicie się mocno
skupić. Zamknijcie oczy, odprężcie się i wysilcie umysł. Spróbujcie
wyobrazić sobie to, co nieuniknione..
- Ja się na to nie piszę! - Luff machnęła chwostem, siadając z grymasem na pysku. - To dziecinada.
- Ja za to spróbuję. - Luna zastosowała się do moich instrukcji. Minuty
mijały powoli w absolutnej ciszy, niekiedy przerwanej subtelnym
podmuchem wiatru. Albo mi się wydawało, albo powiew powietrza przybierał
na sile.
- Luno? Co sobie wyobraziłaś? - Rzuciłam błędnym okiem po okolicy.
Działo się tu coś niepokojącego, choć żadna z naszej trójki nie
wiedziała jeszcze, co.
- Ja.. ten, no.. - Nie dokończyła. Jej uwagę absorbowała toń jeziora.
Dotąd spokojna, gładka tafla przerodziła się w falującą nieubłaganie
nawałnicę wody, która obmywała brzeg, sunąc głębiej w stronę lądu.
- Cholera.. - Warknęłam, osłupiała. Wtedy woda wypiętrzyła się ku
zachmurzonym Niebiosom, tworząc wysoką falę, która ruszyła w naszym
kierunku. - Luno, odpowiedz!
- Wyobraziłam sobie powódź! Przecież nawet magia Sathany jej nie
zatrzyma i nie cofnie zniszczeń wyrządzonych przez wodę..! - Odparowała
drżącym tonem.
- Niedobrze. - Luff cofnęła się.
- Bardzo niedobrze. Uciekajcie! - Rzuciłam i sama rzuciłam się jak
oszalała w przeciwnym kierunku. Cóż, było już za późno.. Fala wysoka na
koło sześćdziesiąt stóp rozbiła się o ląd, rozpraszając nas nurtem. Woda
zabierała ze sobą konary drzew, nawet kamienie, które haratały ciała.
Miotało mną nieustannie, często obijałam się o drzewa, kiedy powódź
zatapiała kolejne tereny. Zatrzymała się tuż przed polaną i chyba
zaczęła się cofać. Nie mam pojęcia. Poczerniało mi przed oczami, ból
powoli ustępował. W końcu zapanowała błoga ciemność.
*
Uchyliłam powiek. Słońce raziło w ślepia, więc zmrużyłam je mocno.
Leżałam, tego byłam pewna. Słyszałam jakieś dźwięki, chyba rozmowy, ale
nie mogłam określić, na jaki temat. Byłam otępiała, bezsilna. W miarę
upływu czasu odzyskiwałam czucie w mych łapach. Spróbowałam wstać, ale
ogarnął mnie taki ból, jakiego chyba nigdy nie czułam. Warknęłam
desperacko, na przemian skomląc. Ktoś starał się mnie uspokoić. Ktoś
powiedział, że mam zasnąć. Zamknęłam oczy, rozluźniając się.
Kiedy otworzyłam oczy, nie miałam problemu z poruszaniem się. Ból
też nie doskwierał mi aż tak dotkliwie, więc mogłam chodzić, a raczej
kuśtykać. Zlustrowałam swe ciało, podliczając rany. Widziałam wiele
blizn, niektóre jeszcze się skrzepiały. Nie było więc źle, przynajmniej z
optymistycznego punktu widzenia. Rozejrzałam się wkoło. Byłam w grocie
medyków. Nikogo tu już nie było. Pomyślałam, że pora wybrać się na
Polanę.
Wszyscy obecni przyglądali mi się. Nie wiem, czy ich wzrok przyciągały
odrażające rany, czy sam fakt, że przeżyłam. Dopiero później
dowiedziałam się, że woda wyrzuciła mnie w okolicy Polany. Nadal nie
wiadomo, co dzieje się z Luffierą i Luną. Cholera, przecież one dalej są
gdzieś tam... Kto wie, jak daleko mogła zanieść je powódź? Kto wie, czy
w ogóle przeżyły? I pomyśleć, że to wszystko moja wina..
Zaklęłam, zbyt wyczerpana i bezsilna, żeby cokolwiek zrobić.
____
Zdąrzyłam! Co prawda, to straszny shit, ale wybaczcie, tak jakoś wyszło. ;-;
Z góry przepraszam Was, jeśli autorom, których postacie tu uwzględniłam, nie podoba się ich zachowanie. Chciałam po prostu zrobić tak,
żeby każda z nich zachowywała się na swój, specyficzny sposób. To dalej
czarna magia, przynajmniej dla mnie. So, to tyle z mojej strony.
Zdziwię się, jeśli komus zechce się dobrnąć do końca. xD
Wasza cholernie irytująca
~Lee