poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Biografia Ravel'a. Czyli wszystko o Ravel'u.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhBz7uf9k7nkkdBXkZ7poeCdgx2yunqgtIHRoA5rayQ41wFJtGIVktIJL5Mdj8FOYtj9dj94rpeDOuC4MNVVJyBvfqVbZ1k_eZa_DP3BaBIijIdttSUlfc_iaAzECw4HI0Ppk1iQ1B2d0GN/s1600/24923eb0d62e3362036faa1f809db883,14,19,0%5B1%5D.jpg
 W skrócie:
R A V E L
Owczarek Niemiecki | Pies | 4 lata.
Samiec Gamma | Wojownik | DJ | Pies do nawiązywania sojuszy.
Waleczne Serce.
Tak to się zaczęło.
Ravel został znaleziony przez Lenę w pobliskim lesie w czerwcu 2011r. Był 4 miesięcznym szczeniakiem błąkającym się po lesie. Już od małego interesował się polowaniem, był odważny jak i szybko opanowywał nowe umiejętności. Został przyjęty do stada, gdzie został zaadoptowany przez niejakiego Lewis'a, który związał się z Leiko. Ravel miał rodziców jak i nowonarodzone rodzeństwo: Wess'a i Trista czy jakoś tak. Wess gdy dorósł to był z Li, ale niestety obaj odeszli po jakimś czasie włącznie z Lewisem. Pies zaadoptował młodego Huskyeg'o o imieniu Usher, był to pierwszy zaadoptowany szczeniak Samca. Ravel'a wychowywała Leiko , a gdy dorósł i usamodzielnił się poznał Rainfall, w której zakochał się. Będąc z Rain na spacerze znalazł Owczarka, gdzie zaadoptował go nazywając go Riven. Nie był to jego szczeniak, ale pokochał jak swoje własne. Bardzo ciepło został przyjęty do stada.Obecnie jest dorosły. Po jakimś czasie Ravel stwierdził iż miłość ta nie była prawdziwa i prysnęła niczym bańka mydlana. W stadzie został oficjalnym Samcem Gamma, gdzieś pod koniec lipca 2011r. Parę tygodni później poznał Ines, która miała trójkę szczeniaków: Nukri, Aylę i Tofik'a, gdzie miała je z niejakim Omegą. Szczeniaki zachwyciły Ravel'a od razu, że zakochał się w Ines i był z nią przez parę miesięcy. Urodził się mu pierwszy szczeniak o imieniu Nack, jest Husky'm. W tym samym czasie Leiko związała się z Armanii'm, gdzie został potencjalnym Ojcem Ravel'a. Młody Owczarek zafascynowany Ojcem poszedł w jego ślady. Rozstał się z Ines i ponownie był sam, gdzie później poznał Carmell, w której zauroczył się od momentu kiedy ją spotkał. Szczeniaki takie jak Nukri. Ayla i Tofik zostały u boku Owczarka. Będąc z Carmell żył w najdłuższym z jego obecnych związków bo aż 7 miesięcy. Carmell urodziła dwa szczeniaki: Dragon'a i Glorię. Ravel bardzo pokochał obydwa szczeniaki, lecz kiedy rozstał się z Carmell Dragon został u boku Ojca, a Gloria u boku matki. Po kolejnym nieudanym związku Ravel został sam ze szczeniakami. Armanii rozstał się z Leiko i opiekował się Ravele'm, gdzie poznał swoją wybrankę serca o imieniu Volturi. Ravel znów miał kompletną rodzinę, a nawet powiększyła się, gdyż Volturi urodziła czwórkę szczeniaków: Avalanche, Desiree, Daredevil'a, Lazare. Opiekował się rodzeństwem, uczył ich jak postępować z innymi, bawił się, pomagał. Niekiedy Armanii rozstał się w Volturi i odszedł do stada, a później powróciła Leiko. Jako jeden z jego rodzeństwa, Daredevil ułożył sobie życie z Nirveną. Ravel zakochał się w Sathanie i do tej pory jest w Niej zakochany, niewiadomo czy z wzajemnością czy bez. 
Ciekawostki z życia Ravel'a:
-Ravel posiada trójkę szczeniaków własnych: Dragon'a, Glorię i Nack'a.
-Ravel'a zaadoptowane szczeniaki to: Ayla, Usher, Riven, Nukri, Tofik, Example, Rebekah, Lexi, Klaus, Riven, Raegan, Feindschaft
-Obecne szczeniaki Ravel'a: Ayla, Lexi, Nukri, Riven, Nack, Rebekah, Example.
-Ravel bardzo dużo zwabił osób do stada, a są Nimi: (Wszyscy, którzy należą i należeli)
*Luna, Cheese, Ines, Nukri, Lexi, Nack, Ayla, Rebekah, Riven, Dragon, Usher, Zeev, Himmel, Negra, Kara, Ashanti, Arrow, Sparky, Elektrika, Calypso, Izis, Ikra, Phantoma, Nirvena, Kastiel, Alathen, Lomix, Rainfall, Shetani, Kei, Cathrina, Felina, Jackie, Devyline, Kimi, Rocki, Kira, Diana, Allie, Kisshu, Sayko, Lucy, Lucky, Daisy, Sauron, Vampy, Hikamaru, Leroy Merlin, Chapps, Ira.
-Ravel zorganizował najwięcej konkursów w stadzie.
-Ravel nigdy nie odszedł ze stada.
-Zmieniał fotkę tylko 2 razy. 
-Jest nazywany stadnym błaznem.
-Ravel od dwóch lat należy tylko do Stada Psich Serc, nigdzie indziej nie należał i nie zamierza należeć. Jest wierny jednemu stadu.
-Z 5 razy próbował ratować stado pisząc notki tzw. ogarniające. 
Życie realne Ravel'a.
Paweł S. Mieszka obecnie w Warszawie i uczy się w technikum samochodowym. Ma młodszego brata, który często działa mu na nerwy. Mimo kłopotów w domu, stara się zawsze podtrzymywać rodzinę na duchu. Uwielbia ze znajomymi grać w piłkę, czasem wypić. 
 Kolor włosów: Ciemny brąz
Kolor oczu: Zielony
Wzrost: 184cm
Ulubiony Sport: Piłka Nożna
Ulubiony Kolor: Zielony
Ulubiony przedmiot w szkole: WF
Ulubione Danie: Pizza
Ulubiony Zespół/ Wykonawca: Eminem
Ulubiona Piosenka: Not Afraid
Ulubiony Samochód: Aston Martin
Pseudonim Szkolny: Sokół
Ciekawostki z życia realnego Ravel'a:
-Działa na nerwy innym, ale jest lubiany wśród znajomych.
-Nie pali.
-Uczy się przeciętnie, byleby zdać do następnej klasy.
-W ramach zemsty w dzieciństwie podkładał kupę na wycieraczkę dla złośliwej sąsiadki.
-Co dwa miesiące jest wzywany na dywanik do dyrektora.
-Ma kota o imieniu Fifka.
-Miał dwie dziewczyny.
-W przyszłości chce być mechanikiem samochodowym.
-Na lekcjach często pije piwo z butelki.
-Zawsze rozkręci imprezę.
-Jeśli trzeba to pomaga innym.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Opowiadanie Stadne `Zaginiony` ~ Część I.

Szukaj a znajdziesz
                Proś a będzie Ci dane

Kopuła niebios pokryła się barwą głębokiej czerni, tudzież wystąpiły niezliczone konstelacje, rozjaśniając mrok nocy. Obłoki raz po raz przesłaniały Księżyc, wyraźnie odnaczony na nieboskłonie. Pełnia. Kundlica nie potrafiła opanować nerwowego stąpania, raz po raz łapczydłami spychając kamienie w dół Klifu, do morskich głębin. W końcu wstrzymała kroku, swe zaniepokojenie odznaczając powolnymi ruchami chwostu. Zadarła kufy, spojrzeniem brązowych patrzałek lustrując rozciągający się wokół nocny pejzaż. Nie potrafiła wyzbyć się swego ostatniego snu z pamięci. Snu, wizją można by go ozwać, który przepowiedział Suczce, tfu, Stadu zbliżające się dni udręki. Nie rozumiała tego. Cóż może się wydarzyć? Schyliła pyskowia, wpatrując się w nieruchomą taflę wody u stóp klifu. Delikatna, morska bryza mierzwiła Jej długą sierść i drażniła nozdrza. Odetchnęła głęboko, przymknąwszy patrzałek. Powinna się uspokoić. Czuła, iż coś się wkrótce stanie. Coś, czemu będzie trzeba stawić czoła i to zmienić.
Świtem wyruszyła na poranny patrol kniei. Robiła to codziennie, głównie z nudy, albowiem wiadomo, iż są inni członkowie wyznaczeni do zwiadu. Cóż, jednak na upartego dążyła znanymi sobie leśnymi traktami, zgrabnie wymijając wszelkie przeszkody, które zawadzały na Jej drodze. To raz po raz wstrzymywała kroku, wodząc wokół spojrzeniem, to zawęszyła, słała macki swego umysłu wokół, by przeczesać dokładnie okoliczny teren. Fortunnie, nikogo w pobliżu nie było. Ani znajome powonienie nie dostało się do nozdrzy Suki, ani obce. Odetchnęła głęboko, przedarłszy się przez gęste chaszcze, by następnie móc znaleźć się na otwartej przestrzeni ogromnej Polany Stada. Dotąd na sercu Kundlicy utrzymywał się bolesny cierń złego przeczucia. Przełknęła wielką gulę w głębi gardzieli, powiódłszy wokół bacznym spojrzeniem. Nadal był wczesny poranek, to też nikt jeszcze się nie przebudził. Potrząsnęła łepetyną, by wyzbyć sie z głowy najczarniejszych scenariuszy, jakie mogła sobie wymyśleć Jej bujna wyobraźnia, zaś na lico Suki wstąpił delikatny uśmiech. Skierowała z wolna kroki, podążywszy skrajem kniei, czujnego wzroku nie spuściwszy nadal z okolicznego terenu. Jej uszy nasłuchiwały uważnie, zaś umysłem wędrowała w poszukiwaniu nieprzyjaznego stowrzenia. Czyjś atak - była to myśl, która Ją dręczyła, iż to właśnie obce istoty przybędą na terytorium Stada... tak, tak, rozmyślała już nawet nad pojawieniem się tajemniczych kręgów na polu zboża oraz przybyciem kosmitów. Ech... przesadzała. Dopadała Ją z wolna histeria. Westchnęła ciężko, wstrzymawszy kroku, stanąwszy na progu jednej z jaskiń. Skierowała w głąb przymrużone spojrzenie brązowych patrzałek. Legowisko Leny. Aczkolwiek... warto zawracać już głowę, i tak mającej już sporo brudnej roboty, Alphie jakimiś snami? Pokręciła łepetyną. Nawet jeśli coś ma się wydarzyć, lepiej nie męczyć innych zwykłymi przeczuciami. To przecie nic pewnego...
Usłyszała nad sobą nieco przytłumiony, cichy głos, który wypowiadał Jej imię. Po krótkiej chwili wyczuła delikatne tknięcia łapy Labradorki, która stała nad Kundlicą. Uchyliła powiek, spod których wyjrzały brązowe ślepia Kundlicy. Powioda wokół pólprzytomnym spojrzeniem. Chyba zasnęła... mlasnęła, podnosząc się z pozycji leżącej, by stanąć o równych łapczydłach. Spojrzała na Lenę, której mina wyraźnie odnaczałą troskę i zaniepokojenie. Uśmiechnęła się do Niej pokrzepiająco, nie chcąc kolejny raz kogokolwiek martwić. Tylko przysnęla, cóż, od około tygodnia ani na moment nie zmrużyła oka, raz po raz będąc na jakiejś wyprawie. Z tego, co dostrzegła, był nadal wczesny ranek, powiedzmy, godzina czy dwie po powrocie na Polanę?
- Przepraszam, kochana, byłam tu wcześniej i przez przypadek mi się przysnęło... - ozwała się do Suni, machnąwszy lekceważąco chwostem na znak, iż naprawdę nie ma się o co martwić. Przez krótki moment jednak zadumała się, czy by nie powiedzieć po prostu wszystkiego Labradorce...
- ...hej, Sath. Saaath! - Suczka pomachała Kundlicy przez oczyma, gdy tej jęły opadać powieki. Żesz, nie powinna bujać w obłokach. Zaśmiała się nerwowo.
- Ech... wybacz, zamyśliłam się. - odparła z uśmiechem, kierując spojrzenie na Labradorkę. Nim ta zdążyła zadać jakiekolwiek pytania, jako pierwsza przerwała chwilową ciszę. - Nie będę z rana Ci zawracać głowy głupotami. - a rzekłszy to, odwróciła się, by odbiec w kierunku Jeziora Dusz znajdującego się opodal.
- Ale... hej, Sath...! - usłyszała za sobą jeszcze wołanie Suczki, aczkolwiek po momencie już zniknęła z czyjegokolwiek pola widzenia, zaś trafiwszy do swej groty pod Polaną. Odetchnęła głęboko. Cóż... mimo wszystko, zachowała się raczej nazbyt podejrzanie. Normalnie by przecie nie uciekła od rozmowy z kimkolwiek, a szczególnie z ów Samką, jako jednej z licznych najbliższych Jej osób. Uch. Powiodła spojrzeniem po pograżonej w ciemności ogromnej grocie. Wymamrotała jedno słowo w sobie choćby obcym języku, zaś tuż pod sklepieniem rozbłysły lewitujące kule światła. Rozejrzała się wokół czujnym wzrokiem, aczkolwiek jedyne, po co tu przybyła, to sprawdzenie przygotowywanego wywaru, którego regularnie zażywała, by nie poddawać się senności i  zmęczeniu. Nie był jednak gotowy. Westchnęła, zmieniwszy ponownie swoje miejsce położenia. Powróciła na skraj Polany, wodząc wokół bacznym spojrzeniem. Przymrużyła patrzałek. Już niejeden Pies czy Sunia zbudzili się, aczkolwiek nie wdawała się w dłuższe dyskusje. Przysiadła pod najbliższym drzewem, w cieniu, przez cały dzień, dopóki każdy nie posnął, strzegąc w ów miejscu. Dostrzegła... brak jednego Członka. Potrząsnęła łbem. Nie, nie, pewnie tylko się mijali. Prychnęła głucho pod nosem.
~.Cztery doby później.~

Każdej nocy sen, ów wizja powtarzała się. Warknęła pod nosem, po raz kolejny zbudziwszy się wczesnym świtem przez ów marę. To już piąty raz. Odetchnęłą głęboko, podnosząc się na równe kończyny - nie opuszczała Polany od początku. Potrząsnęła łbem.
- Przesadzam... - westchnęła do siebie. Nie potrafiła jednakże pozbyć się ów snu z głowy, a nie chciała, by komukolwiek w Stadzie coś się stało. Chociaż, już teraz zastanawiał Kundlicę jeden fakt - brak jednego Członka. Dokładniej, Samca Gamma, Ravel'a. Nie widziała Go okrągły tydzień roboczy. Cóż. Później dopyta się Leny o szczegóły. Nie minęła chwila, a ponownie posnęła.
Zbudziła się kilka godzin później, gdy to nieboskłon oblał się już błękitną barwą, zaś ciepłe promienie Słońca przyjemnie ogrzewały Jej grzbiet oraz łepetynę. Wokół zebrała się już cała gawiedź, uniósłszy powiek, Jej patrzałki dopatrzyły się każdego Członka - oprócz wyzej wspomnianego Samca. Mruknęła coś pod nosem zgorzkniałą tonacją, podnosząc się z miejsca. Wypatrzyła opodal znajomą Labradorkę, do której zaraz podbiegła. Ta urwała swą pogawędkę z Leiko. Cóż, przy okazji powiadomi i Bethę.
- Eto... cześć. Wybaczcie, iż Wam przeszkodzę, aczkolwiek mam jedno pytanie. - zaczęła, patrząc to na jedną, to na drugą. - Chciałam się dowiedzieć, gdzie się podział Ravel? Od kilku dni przebywam wyłącznie na Polanie i obserwuję uważnie całe Stado. A zauważyłam, iż od ów czasu ani razu Go nie zauważyłam...
- My zaś właśnie o tym mówiłyśmy. Także nie zauważyłyśmy Ravel'a w okolicach, raz wybrał się na polowanie i po prostu zaginął... - ozwała się Lena, wraz z Leiko ulokowawszy spojrzenie w Kundlicy. - Martwię się. Coś musiało Mu się stać... - w tonie Labradorki dało się wyczuć głęboką troskę i zaniepokojenie. Zaraz jednak Saluki podniosła się z miejsca z werwą, spojrzawszy na Lenę.
- Nie martw się, kochana. - Sunia ubiegła Mieszaną, gdy ta chciała zarówno pocieszyć Alphę. Kłapnąwszy sczęką, skierowała nań wzrok i skinęła kufą.
- Zajmiemy się tym. - orzekła, machnąwszy długim chwostem. Na Jej kufę wstąpił pokrzepiający uśmiech. Spojrzenie przymrużonych patrzałek skierowała na Leiko. Ta wymieniła się z Nią wzrokiem i zarówno uśmiechnęła. Obie zaraz przypatrzyły się Lenie. - Zaufaj Nam, odnajdziemy Go. - a rzekłszy to, brązowooka skinęła na towarzyszkę, by następnie dobiec na Skałę Przemówień. Żwawo wskoczyła na nią, by następnie szczeknąć kilkakrotnie i uciszyć gawiedź. Gdy wreszcie większość spojrzeń padło na obie Sunie, Kundlica ozwała się. - Kochani, wybaczcie za przerwanie Wam spoczynku, aczkolwiek mamy pewną nieprzyjemną wieść. Jak już takze mogli niektórzy zauważyć - już od kilku dni brakuje wśród Nas jednego Członka. Jest nim Samiec Gamma, Ravel. Chciałybyśmy prosić, by zgłosiło się kilka osób mogących dopomóc Nas w poszukiwaniach. Wyczekiwać będziemy w okolicy Wodospadu. - a skończywszy przemawiać, kłapnęła szczęką i zeskoczyła na trawę. Skierowała spojrzenie na Saluki, podążywszy u Jej boku w kierunku wyżej wspomnianego miejsca.
- Więc co zrobimy? - spytała Sunia, patrząc na brązowooką, która słuchała, mimo swej głębokiej zadumy. - Mam nadzieję, że ktoś Nam wspomoże... - westchnęła cicho. - Masz jakiś pomysł? Gdzie pójdziemy, gdzie poszukujemy? Nie mamy przecie pojęcia, gdzie mógł się skierować. - Saluki pokręciła zrezygnowana łepetyną, mrużąc ślep. Po krótkiej chwili wyszły na brzeg zbiornika wodnego otaczającego wysoką skałę, z której spływała strumieniami woda. Kundlica przysiadła, okoliwszy łapczydeł chwostem. Uniosła kufy, przymrużonymi patrzałkami wpatrując się w błękitne niebiańskie sklepienie. Minęła jeszcze krótka chwila, nim odpowiedziała Kompance na Jej słowa.
- Bądźmy dobrej myśli, moja droga. Dla dobra Stada zrobię wszystko... i tak, mam już pewien pomysł. Aczkolwiek przedstawię go dopiero, gdy ktoś do Nas dołączy... - ozwała się spokojnym tonem, schyliwszy kufy, by zanurzyć ją w chłodnej wodzie.
Nie czekały długo. Cóż, pół godziny? Co jakiś czas przybywało im po kilka suczek. Saluki i Kundlica, upewnione, iż już nikt więcej się nie zjawi, ulokowały spojrzenie w sześciu Samicach - były wśród Nich Lorelei, Lidelse, Rebekah, Desiree, Luffiera, Sasha oraz Luna. Kundlica podniosła się na równe łapczydła, machnąwszy chwostem. Zlustrowała wszystkie Sunie spojrzeniem.
- Zacznę więc od początku... Ravel zniknął, wyruszamy na Jego poszukiwania. Nie, nie mamy większych informacji, gdzie może się znajdować, aczkolwiek poczynię wszelkie możliwe kroki, by moja magia mogła sięgnąć Jego trop. Jednakże teraz, całą Naszą dziewiątkę podzielę na trzy grupy. Akurat Nam wyszło po równo, a więc... - urwała, na moment zadumawszy się, każdą lustrując bacznym spojrzeniem. Zaraz ciągnęła. - ...a więc tak. Do grupy pierwszej, która podąży na południe, na Łąkę oraz okrąży Jezioro Dusz, należeć będą Luna, Luffiera, Lorelei. Drugą grupę zaś, która skieruje się brzegiem rzeki oraz przeczesze część sąsiednich, niezasiedlonych terenów, tworzyć będę ja, Lidelse oraz Desiree. Trzecia grupa, Rebekah, Sasha, Leiko wyruszy w Góry, na północ, w drodze zaś uważnie sprawdzi knieję. - powiodła ponownie po Suczkach spojrzeniem. - Wyruszymy samym świtem. Mam nadzieję, iż Nasza wyprawa się powiedzie i odnajdziemy Zaginionego. Dobro całego Stada ponad wszystko... - odetchnęła, rzekłszy ów ostatnie zdanie cicho do siebie. Przymrużyła ślep. - Cóż, nad ranem jeszcze wszyscy razem się spotkajmy. - skinęła kufą, ruszywszy bez zbędnego pożegnania w kierunku Polany.
I nadszedł świt. Ów sen opuścił Kundlicę, co było dlań niebywałą ulgą. Cóż... wychodziło na to, iż to zaginięcie Samca Gamma było tym, co przeczuła. A więc jednak coś sie stało. Odetchnęła, wodząc wokół spojrzeniem. Siedziała na skraju Polany, w oczekiwaniu na resztę. Przymknęła ślep, zadumawszy się na krótką chwilę. Jej zamyślenie przerwał znajomy głos Czarnej Labradorki. Uśmiechnęła się znikomo do Suczki, uniósłszy powiek.
- Witam, moja droga. - pozdrowiła przybyłą, okoliwszy łapczydeł chwostem. Nie minęła chwila, a zjawiła się także Desiree, za Nią zaś i inne Sunie. Podniosła się więc z gleby, obserwując Je. -
Cóż. Każda grupa niech raczej pamięta wyznaczony kierunek, prawda? A więc, niech grupa pierwsza wyruszy zaraz wpierw sprawdzić brzeg Jeziora Dusz, następnie sprawdzi Łąkę. Poprowadzi Was Lorelei. My - tu spojrzała na Lidelse i Desiree - wpierw chciałabym wyruszyć biegiem rzeki, by przeczesać tamtejszy teren. Aczkolwiek, bardziej nęka mnie myśl o możliwości, iż Zguba mogła zapodziać się Nam poza terytorium Stada. Tam wiadomo, jest niebezpiecznie i lepiej zważać na podobne miejsca. Jeśli okaże się, iż w ów miejscu On się znajduje, lepiej nie zwlekajmy i załatwmy to szybko. - orzekła, machnąwszy z wolna chwostem. Spojrzała na Leiko, Rebekah i Sashę. - Grupa trzecia niech wpierw uważnie przeczesze knieję, potem podejmijcie dalszą wędrówkę, w Góry. Niech poprowadzi Wam Leiko. - skierowała wzrok na las. - Cóż. Nie winnyśmy dalej tutaj tak sterczeć i gadać. Ruszajmy w drogę, kochane. - skinęła kufą, z wolna podążywszy u boku Kompanek leśnym traktem, ku rzece.

~*~
Przestrzegę - kilka ostatnich akapitów pisałam już na siłę, więc też może coś się nie kleić. Nie chciałam jednak zwlekać z oddaniem swojej części, więc... ech. Cóż, proszę też by teraz każda grupa opisała już jedynie swoją podróż - nic, co ja opisywałam, a jedynie poszukiwania. Osobą, która odnajdzie Zaginionego jest ta, która pisze jako ostatnia, czyli Desiree. Już co i jak pouczyłam Ją w ów temacie, a więc problemu nie winno być. Żywię nadzieję, iż Opowiadanie dobrnie do końca. Cóż, przekazuję teraz więc pałeczkę Rebekah, która dostaje termin pisania od 24 kwietnia do 8 maja. Powodzenia.
Sathana.~

czwartek, 11 kwietnia 2013

Przez Ciernie do Gwiazd .IV `` Historia Sathany cz. IV

Smutno, gdy resztkami złudzeń duszę podpartą rozum uświadomić musi... że nie było warto.

Bywa, że czasem trzeba się poświęcić. Nie można powiedzieć, iż Kundelka nie ceniła swojego życia mniej od życia dziewczynki, którą ocaliła - po tym, co się wydarzyło w dalszej kolejności, Suczka utraciła wszelką wiarę w to, iż poświęcenie się za Amelię bylo jakkolwiek warte czegokolwiek. Co się właściwie dalej zdarzyło? Sathana oraz dziewczynka spadły, jednakowoż w ostatnim momencie Suczka zdołała jakoby wymienić się miejscami ze swą Panią - ochroniła Ją tym samym przed większymi obrażeniami, które przyjęła na siebie. Amelia zaś wylądowała wtedy na miękkim ciele Sathany, dodając Jej jedynie cierpienia i bólu. Obiła się niesamowicie, a i uprzednio złamana łapa wygięta była pod dziwnym kątem i krwawiła - to jednakże nei było jedynym miejscem, z którego palący ból paraliżował całe ciało Kundelki. Najprawdopodobniej miała złamane kilka kości... nie to jednakze w ów momencie Ją interesowało. Zignorowała ból, by podsunąć się bliżej nieprzytomnej dziewczynki, która, na szczęście, nie miała na sobie większych obrażeń. Sama Sathana po chwili opadła z sił i utraciła przytomność.
Zbudziła się prawdopodobnie kilka godzin później. Uchyliła powiek, jednakże... znajdowała się w zamkniętym... pudle? Tak bowiem określiła powonienie swej 'celi', w której się znalazła. Po bokach znajdowało się kilka dziur, które miały dać Jej świeże powietrze. Po krótkiej chwili Jej uszu dobiegły strzępki rozmowy pomiędzy... rodzicami Amelii i jakimś obcym facetem.
- ...ten Pies jest niebezpieczny, nie możemy Jej tu dłużej trzymać... - ozwała się matka, która jeszcze coś majstrowała przy zamknięciu pudła. - Widzi Pan, co się stało z Naszą córką. Znaleźliśmy Ją nieprzytomną, a obok była właśnie Sathana, która pewnie była oblepiona właśnie krwią Amelii! - pisnęła. Kundlica zacisnęła kłów i poruszyła zdrową łapą, przejechawszy opuszkami po ściance kartonu. A więc takie było wyobrażenie sytuacji, która wydarzyła się w ów wieczór... opuściła łapę i zignorowała dalsze słowa, chcąc zasnąć. Skoro tak, niech już Ją wyrzucą. Proszę bardzo. Tego dnia Kundlica nauczyła się, iż ludzie to niegodne zaufania stworzenia, które potrafią jedynie zranić serce wiernego Kamrata, w ów wypadku, właśnie Sathany. Po kilkunastu minutach zdołała osunąć się w głęboki sen, by ulżyć swojemu wewnętrznemu cierpieniu. Zresztą, nie jedynie wewnętrznemu. Przez cały czas odczuwała, jakoby zagłuszony aczkolwiek, ból dochodzący z łapy i innych ran, które zdobyła przy upadku. Musiała być jednakże silna...
Zbudziła się ponownie, nie wiedziała, gdzie, kiedy i jak. Czuła się sparaliżowana i obolała. Jej ciało było odrętwiałe, aczkolwiek... nie odczuła bólu. Gdy uchyliła półprzytomnie powiek, Jej oczom ukazały się rozerwane ścianki kartonu, których strzępki leżały rozrzucone na trawie. Potrzebowała jeszcze krótkiej chwili, by uświadomić sobie, co się wydarzyło,  gdzie mniej-więcej się znalazła... dokładniej, był to las. Jednakże, z tego co pamięta - nim pogrążyła się we śnie uprzednim razem, znajdowała się nie tyle, że w domu, to i pudło było całe. Czemu więc teraz było całe w strzępach? Odetchnęła głęboko, drgnąwszy. Nadal była przemęczona, jak i oblepiona własną krwią, a takie bynajmniej miała wrażenie. Najbardziej jednakże był dla Niej zaskakujący fakt, iż Jej łapa...  była cała. Odetchnęła. Co się dzieje? Przymknęła ślep, mając wątpliwości co do wyjścia z kartonu. Z pewnością coś musiało na Kundelkę czyhać za nagimi, aczkolwiek z wolna pączkującymi już drzewami kniei, która okryta była płaszczem milczącej nocy. Bała się... doprawdy. Chociaż niegdyś wielkie były co do Suczki oczekiwania, nie. Ona nie miała możliwości na spełnienie ich. Nie była silna, jakoby to wyobrażała sobie matka. Nie miała cierpliwości i stoickiej postawy ojca czy też rozumnego umysłu brata. Wciąż w oczach wszystkich była szczenięciem... i to musiała zmienić. Zacisnęła kłów i z wolna podniosła się na przednie łapczydła, starając się odczytać zmysłami, czy ktoś w pobliżu się nie czai. Tak jednakże nie było... odetchnęła głęboko, uchylajac powiek. Rozejrzała się bacznie wokół. Nie znajdowała się tak całkowicie w lesie... nie, miejsce, które dostrzegła swymi ślepiami było znajome i leżało na skraju kniei. Nadwyraz znajome. Jej źrenice zwężyły się, gdy poznała rozciągającą się wokół łąkę. Poznała ów miejsce nawet mimo faktu, iż roślina ledwie pęczniała, zaś wokół rozciągał się nocny krajobraz. Może tak, nie za pomocą wzroku odkryła, iż jedt to znane już Kundelce miejsce. Odkryło to po charakterystycznym powonieniu, z którego poznała Psy. Tak samo było ostatnio, jednakowoż jak i ostatnio, odczuwała wymieszaną z tym własną krew. No i zresztą, wtedy myślała, iż był to zapach czworonożnych, które towarzyszyły w ów momencie myśliwym, jak i zarówno zapach Ojca. Acz, i ówczasem zdoałała wyróżnić i powonienie obcych Psów. A więc... czyżby te tereny były zamieszkane? Uniosła kufy ku górze, wodząc spojrzeniem brązowych patrzałek po rozgwieżdżonej kopule niebios. Zachłysnęła się świeżym powietrzem. Nagle jednakże oślepił Ją nagły blask od strony właśnei nieboskłonu. I coś rąbnęło Kundlicę w łeb, tak, że z zaskoczenia padłą na glebę.
- Uh... - wyrzuciła z siebie, potrząsnąwszy łepetyną, by pozbyć się chwilowego i delikatnego bólu. Zamrugała oczyma, podnosząc się z gleby. Zaraz jednakże coś przykuło Jej wzrok... dosyć sporych rozmiarów kamień leżący na jednym z większych kawałkach rozdartego kartonu. Był czarny, jakoby głęboka noc, aczkolwiek dostrzegła go dzięki pierwszej łunie dnia dobywającej się za widnokręgu. Czarny, owalny kamień, z którego wyczuwała dosyć nieprzyjemną oraz ciężką aurę, chociaż jakoby Jej znaną...? Odetchnęła, tknąwszy znalezisko nosem. Onyks. To zwykły onyks. Uniosła brwi, dostrzegłszy zarówno, iż jest on opleciony czarnym rzemykiem. Bezmyślnie, zachwycona swą zdobyczą, wsunęła ją na swoją szyję. Rozejrzała się wokół ponownie, pewniejszymi ruchami, których powodem było świtające niebo, które zaś z kolei oblało w świetle poranka całą knieję. Nie miała zamiaru wyruszać na drugi skraj łąki - nie widziało Jej się spotkanie w takowym stanie, w jakim teraz była fizycznie, spotkać z innymi przedstawicielami psowatej rasy, jeśli takowi się tam znajdowali. A całe Jej futro zbro... zaintrygowana przyjrzała się swoim łapczydłom. Posocze zniknęło. Zmrużyła ślep. Wpierw zbudziła się o zdrowej kończynie. Następnie okazało się, iż karton był rozerwany na strzępy, w dalszej kolejności, odnalazła tajemniczy kamień, który spadł prosto z niebios, teraz zaś Jej futro było oczyszczone z krwi. Co to wszystko miało oznaczać...? Podobnie nierealne sytuacje, nie były możliwe. Śniła? Nie, niemożliwe. Przed chwilą rąbnęła łepetyną w pień drzewa i jakoś odczuła ból, który zarówno Jej nie zbudził. Odetchnęła. Już nic a nic nie rozumie... podjęła ponownie swą wędrówkę przez knieję.
Wkrótce, a było to najprawdopodobniej niespełna południe, ostała się na odnalezionej w głębi lasu dosyć przyjemnej polance. Gdzieś w połowie swojej drogi odczuła palący głód i pragnienie, które uprzednio zagłuszone były przez początkowy szok, jakowy pierwotnie zapoczątkowało u Niej przebudzenie w nocy. No cóż. Ledwie siadła na glebie, zaraz się podniosła. Trzeba by odnaleźć chociażby odrobinę wody... miała sucho w gardzieli. A i, mimo, iż sama tego nie dostrzegła, na Jej tułowiu wyraźnie odbiły się już żebra - no bo ile to już nie jadła, większość czasu przesypiając? Nim jednak postawiła pierwszy krok w kierunku drzew, spomiędzy nich wyjrzał dorodny jeleń. Zamrugała oczyma. O wilku mowa... właśnie chciała coś przekąsić. Chociaż, nie. Z jakiej paki rogacz mógł być tak głupi, by nawinąć się na drogę mięsożercy? Parsknęła pod nosem, postąpiwszy pierwszy krok, zwierzę jednakowoż nie poruszyło się. Co dziwne, nawet zarówno nieznacznie się zbliżyło. Co się działo...? No cóż, nie będzie tracić okazji. Rzuciła się na jelenia, dostrzegłszy jeszcze jedynie przebłysk, gdy to przez patrzałki zdobyczy przenikł momentalny, szkarłatny blask. Wstrzymała się, zastanowiwszy się nad tym. Nie, nie, nie będzie tu przecież wymyślać niestworzonych historii... zapewne tylko tak Jej się zdawało, iż to czerwień, a tak wprawdzie to odbicie Słońca, które właśnie wyjrzało za horyzontu. Wpiła zachłannie kły w podgardziele swej ofiary. Zakończyła posiłek w trymiga. Nareszcie, zdołała najeść się do syta. Oblizała warg z jeleniej krwi, jeżdżąc opuszkami łapczydła po pozostałości po zwierzynie - skórze owleczonej krótką, ciemnobrązową sierścią. Mogło to się na coś zdać...
Może nie miała jakichś wielkich umiejętności w tym, aczkolwiek zdołała z jednego płatu skóry wykonać niewielki woreczek, który poprzebijała kłami w kilku miejscach. Następnie zaś zdjęła z szyi onyks, wrzuciwszy go do środka, by następnie odwiązać zeń rzemyk. Ten zaś zaraz został przewleczony przez szerokie otwory, które wykonała w swojej robótce. Ściągnęła go i uwiesiła sobie na szyi. Gdy to zrobiła zaś, podniosła się i wtedy także nie wyczuła, iż w środku pojawił się dodatkowy ciężarek. Mlasnęła, skierowawszy kroki w kierunku szemrającego w pobliżu strumyka. Rozejrzała się po jego brzegu, aczkolwiek raczej nikomu tu nie wadziła. Zbliżyła się więc i upiła jeden łyk chłodnej wody... zaraz jednakże rozległ się donośny plusk, niemalże tuż obok Kundlicy. Zszokowana, odskoczyła z kołatającym ze strachu sercem, wpatrując się w coś, co chyba próbowało Ją zaatakować, a jakimś cudem wylądowało w potoku. Idiota się potknął pewnie. Parsknęła pod nosem i odwróciła się, by uciec z ów miejsca. I ponownie nie wyczuła przybyłego ciężarku w woreczku.
Odetchnęła, wstrzymawszy kroku na skraju kniei. Rozejrzała się wokół... zmarszczyła czoła. Hej, z jakiej paki wróciła na łąkę? Westchnęła cicho i wtem wstrzymała dech, gdy usłyszała gdzieś za za sobą głuchy, kruczy lament. Bezmyślnie skierowała kroki w ów kierunku, zaciekawiona, jak i zaniepokojona. Może nie człowiek - aczkolwiek nie chciała ignorować, jeżeli zagrożone jest życie innego zwierzęcia. Czarne ptaszysko leżało zaledwie kilka metrów dalej o wygiętym skrzydle, pod dosyć dziwnym kątem. Chciała Go dotknąć, coś pomóc, ale... ledwie musnęła czarnopiórego opuszkami łapczydła, ten poderwał się do lotu, jakoby nic zupełnie się nie wydarzyło. I wtedy dopiero wyczuła kolejne obciążenie w woreczku. Zsunęła go zaskoczona z szyi, na glebę i otworzyła. W środku znalazła nie jeden kamień, odnaleziony onyks... był tam zarówno w identycznym kształcie szmaragd, rubin oraz szafir.

 
Uśmiechnij się, bo jeśli teraz się poddasz to już nigdy nie dasz rady.

Trudne sprawy. Odcinek któryś tam.

Cf346a2830e5216ff2891d2463042275

Niedaleko Opola mieszka rodzina Kruczkowskich. Nirvena zajmuje się domem, a jej mąż Akyes pracuje w agencji nieruchomości. Rodzina ma dwójkę dzieci: 14 letnią córkę Desiree i 16 letnią Lorelei. Pewnego razu Akyes nie wraca na noc. Wszyscy domownicy próbują dodzwonić się do niego, lecz ten niestety ma wyłączoną komórkę. Zmartwiona Nirvena nie wie co ma robić.
Nirvena wypowiadająca się do kamery: "Akyes zawsze wracał o tej samej godzinie do domu. Bardzo martwię się o niego! Nie wiem już co mam robić."
Następnego dnia Akyes wraca bardzo wcześnie do domu. Nirvena nie mogła spać całą noc, więc gdy tylko ujrzała Akyes'a wstała z krzesła i zaczęła mówić głośniejszym tonem.
-Czyś ty oszalał? Gdzie byłeś? Czemu nie odbierałeś telefonu? -Mnóstwo pytań zadawała.
-Oj kochanie, byłem u kumpla, po pracy byliśmy na piwie w pubie, a potem przespałem się u znajomego. -Próbował uspokoić żonę.
-A może u jakiejś kobiety spałeś? -Wzięła szklankę i rozbiła ją o podłogę.
Cały hałas obudził Desiree i Lorelei. Dziewczyny szybko przybiegły do kuchni by zobaczyć co się dzieje. Widząc rozłoszczoną matkę zdziwione spojrzały na ojca.
-Co tu się dzieje? Powie mi ktoś? -Spytała Lorelei.
-I widzisz co narobiłaś? Obudziłaś dzieci. Nie no ja wychodzę. -Oburzony Akyes wyszedł z domu.
Akyes wypowiadający się do kamery: "Przyszedłem do domu, a ona zrobiła mi awanturę. Co?! Nawet z kumplami nie mogę wypić raz na jakiś czas? Musiałem wyjść z domu.!"
Zdesperowana Nirvena zaczęła płakać. Desiree pocieszała ją, a Lorelei wpadła na pomysł by pośledzić ojca. Szybko przebrała się i wybiegła za Akyes'em sprawdzić gdzie idzie. Cały czas szła za nim ukrywając się za krzakami, drzewami, murkami. Nagle spostrzegła, że Akyes skręca do jakiegoś domu, gdzie zapukał do drzwi. Otworzyła je młoda kobieta o blond włosach. Przywitał się z nią czule i wszedł do mieszkania.
Lorelei wypowiadająca się do kamery: "Pobiegłam za ojcem, a tu co zobczyłam? On obściskuje się z jakąś kobietą i zdradza mamę! Nie mogę na to pozwolić. Muszę zadzwonić do Desiree."
Zdziwiona całą tą sytuacją Lorelei  postanowiła zadzwonić do siostry.
-Desiree? Musisz tu jak najszybciej przyjść to bardzo ważne, chodzi o ojca.
-Nie mogę teraz bo jestem z mamą na zakupach.
Pół godziny później zrezygnowana chodzeniem w kółko Lorelei postanowiła wrócić do domu. Kiedy już szła, ujrzała ojca wychodzącego z domu. Szybko schowała się i czekała aż on pójdzie dalej, a sama zaś poszła do domu tej nieznajomej. Zapukała do drzwi, po czym ta otworzyła patrząc dziwnie na nastolatkę.
-O co chodzi? Kim jesteś? -Spytała zdziwiona poprawiając swoje włosy.
-Dzień dobry. Nazywam się Lorelei i jestem córką Akyes'a. Chcę dowiedzieć się co mój tata robił u pani.
Kobieta wywróciła oczyma patrząc na dziewczynę.
-Słucham? Ja i Akyes jesteśmy zaręczeni, o co tobie chodzi dziewczynko? Chyba go z kimś pomyliłaś. -Zaśmiała się szyderczo.
-Co? To on nic nie powiedział pani? Mamy kochającą się rodzinę i z łaski swojej niech pani nie wtrąca się i nie rozwala nam rodziny! -Lorelei powiedziała nieco uniesionym tonem oburzona.
-Przykro mi, ale wasz tata chce od was odejść, mamy w drodze dziecko i kochamy się, także wiesz. -Uśmiechnęła się do niej.
Lorelei odmachnęła ręką i poszła ze zwieszoną głową do domu. Nie mogła znieść, że jej ojciec zdradza Nirvenę.
Lorelei wypowiadająca się do kamery: "Nie pozwolę na to by ta blondi ubrana jak ta co pracuje w burdelu rozwaliła moją rodzinę! Wiem jedno: Muszę ratować moją rodzinę."
Wchodząc do domu usłyszała krzyczącą Nirvenę. Pobiegła szybko do salonu i była świadkiem kolejnej kłótni między matką, a ojcem. Desiree w tym czasie nie było w domu, gdyż poszła do koleżanki. Lorelei wstrzymała się z powiedzeniem tym co widziała i słyszała, więc wychodząc z salonu poszła do swojego pokoju myśląc.
-Weź się zamknij już! Mecz chcę obejrzeć. -Akyes wziął pilot i podgłośnił telewizor tak by zaciszył krzyki Nirveny.
Wkurzona zaś wyrwała ten pilot i wyłączyła telewizor trzymając pilot przy sobie. Akyes wstał i wyszedł z domu trzaskając drzwiami za sobą. Nirvena znowu zaczęła płakać. Lorelei słysząc płakanie matki postanowiła do niej pójść.
-Mamo? Co się stało? Znowu pokłóciliście się? - Łza w oku zakręciła się jej.
-Nie wytrzymam już dłużej. Idę spać. -Powiedziała ochrypłym głosem.
Nazajutrz kiedy Akyes brał prysznic, a Nirvena jeszcze spała Lorelei poszła do kuchni by zjeść śniadanie. Nagle na wyświetlaczu telefonu Akyes'a pojawiła się wiadomość. Lorelei widząc, że komórka ojca świeci się, postanowiła przeczytać smsa. Szybko odłożyła komórkę.
Lorelei wypowiadająca się do kamery: "W smsie od niejakiej Nukri, bo tak ma na imię było napisane że o 17 dzisiaj w parku. Muszę to zobaczyć i powiedzieć dla mamy!"
Akyes wyszedł z łazienki i pożegnał się przed pracą z Lorelei. Lorelei uśmiechnęła się sztucznie do niego kiwając głową. Odprowadziła wzrokiem ojca i szybko pobiegła do sypialni Nirveny.
-Mamo wstawaj! Ważna wiadomość! -Ściągnęła kołdrę z łóżka.
-Córeczko co się dzieje? -Nieprzytomna wstała przeciągając się.
-Dzisiaj musimy isć o 17 do parku zobaczysz coś!
-Ale dzisiaj mam umówioną kosmetyczkę o tej porze, no ale dobrze.
Nirvena wypowiadająca się do kamery: "Nie wiem o co chodzi. Lorelei zbudziła mnie z samego rana i mówiła że mamy dzisiaj zjawić się w parku. Bałam się."
Po południu Nirvena z córką udały się do parku o którym mówiła z rana Lorelei. Ujrzały zza krzaków Akyes'a całującego się na ławce z blondwłosą kobietą.
-Zobacz mamo, teraz wiesz czemu on na noc nie wraca. -Wskazała ręką na całującą się parę.
-No nie! Idę mu coś zrobić.!
Wkurzona Nirvena podeszła do Akyes'a, a za nią szła Lorelei. Zrobiła się cała czerwona ze złości podchodząc bliżej Akyes'a.
-Nie przeszkadzam? -Uśmiechnęła się cynicznie do męża.
-Co ty tu robisz? -Zdziwiony Akyes wstał patrząc na Nirvenę.
-Cześć Nukri. -Lorelei przywitała się z kochanką taty.
-Co one tu robią i skąd znasz moje imię? -Podniosła się i zawiesiła torebkę na ramię.
Nirvena walnęła ręką w twarz Akyes'a mówiąc.
-Od dziś nie mieszkasz z nami! Twoje rzeczy wylądują na klatce. Pójdę do adwokata wystąpić o rozwód. -Nirvena odwróciła się i poszła przed siebie.
Akyes wypowiadający się do kamery: "I tak prędzej czy później wyszłoby to na jaw, z resztą Nirvena nie jest pociągająca, a Nukri jest i to bardzo. Będziemy mieli dziecko i niedługo weźmiemy ślub."
Wróciwszy do domu Nirvena spakowała rzeczy Akyes'a i wyrzuciła walizkę na klatkę. Desiree nie wiedziała o co chodzi, spojrzała jedynie na siostrę pytająco.
-Tak siostra, ojciec wyprowadza się z domu. Zdradzał mamę. -Lorelei poszła do swojego pokoju.
Desiree rozpłakała się, gdyż była bardzo zżyta z ojcem i nie chciała by rodzina od tak rozpadła się. Nie miała na to wpływu i nic nie mogła w tej sytuacji zrobić.
Lorelei wypowiadająca się do kamery: "Jak ojciec mógł nam coś takiego zrobić? Szczególnie mamie. Nienawidzę go za to!"
Kilka miesięcy później odbyła się sprawa sądowa. Od dzisiaj Nirvena jest samotną, ale za to szczęśliwą matką i ma dwie wspaniałe córki, które wspierają ją. Akyes mieszka obecnie u Nukri i spotyka się czasem z Desiree, gdyż Lorelei nie chce go widzieć. Kto wie, może kiedyś wybaczy mu.

***
The end.
 
Serek postanowił coś w końcu napisać gdyż miał wenę i w ogóle odskocznia od tego całego Eventu tak byście mogli pośmiać się i sorki jeśli kogoś uraziłem pisząc to opowiadanie. Mam nadzieję że checie więcej <D Swoje wypowiedzi piszcie w komentarzach.
 
Trudne sprawy powracają!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Patologiczne zło

`Poczęty, by tobą pomiatać.
Zrodzony, by podsycać twój strach.
Nie poprzestaje trwogi roztaczać,
Dopóty nie pochłonie cię piach.
Szybko zamykasz ostatnie drzwi
I zabijasz deskami okna.
Pożoga życia twego się tli,
A jad trawi cię od środka.
Tłamsi, gdy czujemy się wolni,
Kładzie na głowę z cierni wieniec.
Czerpie radość z rychłej agonii,
Bo tak właśnie wygląda koniec.
Zatrzymaj moje serce,
Tyś, od diabła wyklęty!
I, na Boga, nie budź mnie,
Bo idę w piekła odmęty..`

Przebudzenie.

     Uniosłem lekko powiekę. Czułem się bardzo dziwnie nieruchomy. Nie byłem przywiązany, bo nie czułem ucisku żadnych pasów czy czegoś podobnego, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłem się poruszyć. Miałem wrażenie, że obcięto mi wszystkie kończyny. A może właśnie tak było? Byłem zbyt nieprzytomny, by z tego powodu zacząć panikować. Ba... Miałem ochotę poddać się i zaakceptować obcięte kończyny. Jedyne czym mogłem poruszyć była lekko uchylona już powieka. Było bardzo ciemno, ale dostrzegałem punkty bardzo słabych źródeł światła. Wszystko się rozmazywało, a ja czułem się niezwykle odurzony. 
     Leżąc tak chwilę, bo chyba leżałem, poczułem dziwne uczucie gdzieś w okolicach pyska, przynajmniej tam, gdzie powinien się znajdować. Po chwili zacząłem rozpoznawać owe uczucie. Kojarzyło mi się z wodą, albo raczej jej brakiem.Tak, to zdawała się być znajoma suchość w pysku. Tylko jakoś nie mogłem z tym nic zrobić, wszystko odmawiało posłuszeństwa, a nawet moje mentalne rozkazy nie docierały w żadne miejsca mojego ciała. Oddając się bardziej rozmyśleniom o mojej bezwładności, zacząłem odczuwać zalążek paniki. Już po chwili odczuwałem, jak powraca mi czucie w niedostępnych jeszcze przed chwilą miejscach mojego ciała. Mogłem już delikatnie poruszać pazurami, o dziwo wszystkich czterech kończyn. Fakt, że nie zostały amputowane, dodał mi nie małej nadziei. 
     Narastająca panika i ciekawość zmusiły mnie do prób otwarcia szerzej oczu, co z czasem zaczęło się udawać. Docierały do mnie nawet jakieś dziwne dźwięki, które stawały się coraz głośniejsze i coraz bardziej raniły mój, powoli przywracający do normalności, słuch. Obraz, widziany przed chwilą jak za gęstą mgłą, zaczynał nabierać ostrości. Faktycznie, tu gdzie byłem było bardzo ciemno, dominowały czernie, brązy i niekiedy czerwienie. Te punkty słabych źródeł światła, okazały się być niewielkimi, zabrudzonymi oknami, a ja zdawałem się być w dość sporej klatce. 
     Coś mi się tu nie podobało. Zapragnąłem za wszelką cenę wstać i dowiedzieć się co jest grane i gdzie jest moja rodzina. Jednak moje kończyny wciąż nie chciały się mnie słuchać. Wcześniej w ogóle ich nie czułem, teraz tylko były straszliwie odrętwiałe, a każda próba poruszania nimi wiązała się z przeszywającym bólem, charakterystycznym dla zdrętwiałej łapy. Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, nim odzyskałem pełnię władzy nad kończynami i nieśmiało spróbowałem podeprzeć się, by wstać. Okazało się to znacznie trudniejsze niż sobie wyobrażałem. Postanowiłem jeszcze chwilę poczekać i skupić się na innych zmysłach. 
     Wzrok już niemalże powrócił do normy, jednak słuch i węch wciąż były tragiczne. Skupiwszy się na dziwnych odgłosach, jakie raniły me uszy, rozpoznałem coś charakterystycznego. Gdy udało mi się odpowiednio wsłuchać, wyłapałem pośród szumów i trzasków, szczekanie sporej ilości psów. Sadząc po ich odgłosach, byli przeróżnej wielkości, płci i rasy, ale także w różnych nastrojach. Niektórzy byli zdenerwowani, inni zrozpaczeni czy smutni. Jeszcze innym siadało na łeb, innymi słowy, coś sprawiało, że wydawali się być chorzy na umyśle, jakby coś mocno odbiło się na ich psychice. 
     Gdy zacząłem rozpoznawać dźwięki, dotarło do mnie, że potrafię też już wyczuć różne zapachy. I bardzo tego pożałowałem. Okropnie śmierdziało. Postanowiłem za wszelką cenę walczyć z bezwładnością swoich łap. Pierwsze, co udało mi się osiągnąć to unieść łeb i rozejrzeć się po ciemnym miejscu. Ziemia, na której leżałem, była bardzo twarda i zimna, chciałem móc się od niej oderwać. Gdy zlustrowałem otoczenie, nie byłem w stanie nic określić. Byłem w jakimś małym, ciemnym pomieszczeniu, a zamiast jednej ze ścian była jakby dziwna, wydająca się na solidną, siatka. 
     Poruszyłem łapami, było już znacznie lepiej. Powoli, podpierając się przednimi kończynami, podnosiłem się do góry. Miałem wrażenie, że ważę co najmniej 3 tony. Łapy trzęsły mi się jak gdyby były z galarety. Gdy jakimś cudem stanąłem na zgiętych kończynach, nieśmiało rozejrzałem się ponownie po okolicy. 
     W pierwszej chwili wszystko zawirowało, a ja myślałem, że stracę równowagę. Ale zamknąwszy oczy i odetchnąwszy głęboko, udało mi się zapanować nad nieposłusznym ciałem. 
     Teraz miałem znacznie większe pole widzenia, a jednocześnie okazało się, że pomieszczenie, w którym się znajduję jest znacznie mniejsze niż mi się to wcześniej wydawało. Zaczęła powracać do mnie pełnia świadomości. Wiedziałem już, że znajduję się w klatce, zrobionej przez ludzi. Było tu ciemno i zimno, ale nie tylko ja w niej tkwiłem. Było tu mnóstwo klatek, a w każdej z nich, przynajmniej jeden pies. Moja sierść była bardzo zaniedbana. Brudna i klejąca się. W klatce unosił się pył, a na ziemi było mnóstwo piachu i... wolę nie wnikać, czyje to. Nie brakowało też szczurów i innych insektów, myszkujących wśród zamkniętych psów. W takich warunkach nigdy nie przyszło mi żyć. 
     Siedziałem tak na zimnej ziemi patrząc w zabrudzone okno, przez które przebijał się blady księżyc. Jedyne, o czym myślałem, to o mojej rodzinie, o stadzie mieszkającym gdzieś tam na polanie przy lesie i jeziorze. O ukochanej Lorelei i wspaniałych przyjaciołach. Miałem tylko wielką nadzieję, że te święta spędzają dużo lepiej niż ja.

Pechowe polowanie.

Jak co dzień Shadow zbierał się do polowania. Z jednej strony, był to sposób na zabicie czasu, z drugiej zaś ważna misja, mająca na celu wykarmienie Stada. Bardzo chciał doczekać się własnych szczeniąt, o które by dbał i szkolił w przetrwaniu. Bardzo zależało mu na Ukochanej Lorelei i całym Stadzie. Dlatego całkowicie potrafił im się oddać i oferować wszelaką pomoc. Dlatego też był gotów wychodzić daleko poza terytorium Stada, by zdobyć jak najlepszą zwierzynę do wykarmienia innych członków.

Tego dnia, postanowił zbliżyć się do ludzkich osad. Upatrzył sobie tutaj stado bydła, ograniczonego płotem. Uznał, że zwierzyna hodowana przez ludzi będzie utuczona i przede wszystkim zdrowa. Shadow bardzo cenił niechlujność ludzi, gdyż wypatrzył w płocie sporą dziurę. Podkopując od dołu, zdołał ją na tyle powiększyć, by następnie móc wyciągnąć przez nią swoją zdobycz. Wiedział, że ryzykuje. Wiedział, że ludzie są niebezpieczni i zabiją intruza. Domyślał się też faktu, że bydło może być strzeżone przez psy pasterskie, które może go wydać. Przewidywał też możliwość ciężaru zdobyczy, którą ciężko będzie mu przezwyciężyć podczas ciągnięcia jej na teren Stada.

Po zwiadzie i ocenie sytuacji, oddalił się w las na odpoczynek.

Gdy zapadał zmrok, powrócił do hodowli, by rozpocząć podkop. Gdy wydrążył pod płotem wystarczającą dziurę, przeszedł na drugą stronę i wciąż obserwując sytuację, podczołgując się ku stadu. Upatrzywszy wystarczającą ofiarę, przygotował się do skoku.

Wtem wydarzyło się dużo, w bardzo krótkim czasie. Ktoś jakimś cudem okazał się wiedzieć o poczynaniach Husky. Rozległy się szczekania, jakieś trzaski, bydło się spłoszyło. Szczekanie słychać było z każdej strony. Zewsząd rozbłyskiwały dziwne źródła światła. Shadow zlękną się, i pozostając pozycją przy ziemi, kurczowo rozglądał się powarkując. Wtem uczuł silne kłucie w okolicach uda, które szybko zamieniło się w przeszywający ból. Shadow pisnął głośno, po czym opadł na ziemię. Ostatnią myślą jaką przyszła mu do głowy, był słodki pyszczek Ukochanej, a piśnięcie było zwyczajnym jednym i prostym słowem: "Przepraszam".

"Życie to najcenniejszy dar" - mówią. Ale kto je naprawdę docenia? (cz.1 historii Rebeki)

Młoda czuła się dosyć źle. Czuła ból w głowie i w płucach. Był to inny od tych, który znała, jednak jej znajomy. Towarzyszył jej odkąd rozpoczęła wędrówkę, a mianowicie, kiedy wpadła do lodowatej wody. Z trudem dopłynęła i wgramoliła się na brzeg. Jednak, owy ból nie dawał często się we znaków. Jednak teraz był nie do zniesienia. Szczenię kaszlało, kuliło się... Nie mogła sobie z tym poradzić, jednocześnie nie chciała innym zawracać głowy.
   Gdy wcześniej znajdowała się na polanie, od razu poszła w kierunku małej jaskini, nie mówiąc żadnemu z  przybyłych tam psów ani jednego słowa. Nie była zbytnio oddalona od nich. Mimo tego, nora do której poszła, nie rzucała się w oczy.
    Szczenie skuliło się.  Na razie ból dawał się wytrzymać, jednak ten stan nie trwał długo.  Wciąż narastał. Teraz waderka nie mogła już na niczym innym się skupić.  Brakowało jej powietrza, a niemiłosierne kłucie ciągle czuła w płucach.
   Jej jedynym marzeniem na tą chwilę  było zaprzestanie tego okropnego stanu. Nawet pomyślała o tym, aby poprosić kogoś ze członków stada o pomoc, jednak ta myśl tak jak szybko przyszła, też i znikła. Po prostu nie chciała mieszać swoich problemów w ich. Z doświadczenia wiedziała, że mają ich dużo, a ona jest tylko małą istotką, która nie wiedząc czemu jeszcze stąpa na tej ziemi. Wiedziała i czuła się maleńka, nieważna, postawiona na szarym końcu, ta najgorsza...
   Tak przynajmniej los jej dał do zrozumienia. Odkąd zaczęła wędrówkę jej dotychczasowy świat stanął do góry nogami. Z przytulnej jaskini, kochających rodziców, pełnych energii rodzeństwa, jedzenia pod dostatkiem, opieki, miłości, bezpieczeństwa, wartości-musiała zrezygnować. Poznając w ciągu wędrówce w zupełności inne życie: walkę o pożywienie, strach o życie, nie znającej sens wyprawie (w końcu młoda nie wiedziała gdzie zmierza: do lepszego życia, pewnej śmierci, czy zguby), a zdecydowanie poziom hierarchiczny, na którym stała. To ostanie było dla niej szokiem, ale przecież przez to wszystko inne się zmieniło. Ona czuła, że w świecie, który ją otacza jest tylko drobniutką, słabą, wątłą istotką, która w każdej chwili może zginąć. I to nie tylko z łap zwierząt, ale także z rąk Matki Natury.

***
  Rebekah nadal kuliła się z bólu. Nawet, gdyby chciała zawołać kogoś do pomocy-nie mogła. Jedynie, co mogła z siebie wydusić, to tylko piśnięcia. Postanowiła ich wydać parę serii. Nie wiedziała co robić. Znów poczuła się mała, bezbronna, niepotrzebna....
  W jej stronę kroczyły kroki jakiejś psiny. Mimo tego nie usłyszała ich. Jednak dopiero, kiedy suczka była na odległości paru kroków, wtem szczenię zorientowało się mniej więcej co się stało. Przestała piszczeć, do jej nozdrzy dotarła znana jej dobrze woń. Czuła dwa uczucia jednocześnie: szczęście i obawę. Szczęście dlatego, że ktoś z jej nowej rodziny przyszedł jej na pomoc, lecz obawę, że może być obiektem jakiś zakłóceń (prościej: myślała, że komuś w czymś przeszkadza).W końcu- może nie powinna skomleć tak głośno, a może- w ogóle?
   Suczka podeszła bliżej szczenięcia. Okazało się, że jest to przedstawicielka rasy labrador.
-Co się stało?-powiedziała Lena. W jej głosie słychać było nutę zaniepokojenia, a głoś jej lekko drżał.
-...- Młoda nie mogła nic powiedzieć, nawet, gdyby chciała.
   Alpha bez namysłu wzięła szczenie w pysk i zaniosła do jaskini, w której znajdować się powinien ktoś z medyków. Na szczęście nora nie było daleko, więc przeniesienie poszło sprawnie. Na miejscu zastała tam Lorelei, która najprawdopodobniej szukała czegoś. Przewodniczka stada położyła Rebekę na tzw. łóżku dla pacjentów. Następnie odezwała się do Lee.
 -Witaj. Przyniosłam ci pacjenta.
-O, witaj Lenu. Co jej jest?
-Nie wiem do końca, cały czas się kuli jak teraz, kaszlała. Mimo tego nie wygląda to na zwyczajną chorobę.
-Owszem, spróbuję zrobić, co w mojej mocy.
-Powodzenia. Dobra, muszę iść, mam dużo spraw na głowie. A gdzie jest  Luffiera?
-Poszła coś załatwić. Chyba dać coś Ruby, czy jakoś tak. Powiedziała, że zaraz przyjdzie.
-Dobrze, więc nie przeszkadzam. To do zobaczenia. - po tych słowach labradorka wyszła.
    Lorelei Spojrzała na pacjentkę badawczym wzrokiem. Następnie wzięła składniki, zrobiła z tego lek i podeszła do szczeniaka.
-Wypij to. Dzięki temu ból minie, albo przy najmniej-osłabi się.
   Młoda bez żadnych przeciw wskazań uczyniła ową czynność.  Tak jak pani doktor powiedziała, ból był o wiele mniejszy. Wadera mogła już swobodnie się ruszać i normalnie mówić.
-Witaj Rebekah. Widzę, że coś ci dolega.
-Tak. Brzuch mnie boli i czasem kaszlę. 
-A miałaś gorączkę?
-Wcześniej tak. A gdzie je jestem i jak tu się dostałam? Z tego co pamiętam, byłam w innej jaskini.
-Owszem, Lena cię tu przyniosła.
-Aha.
   Po tych słowach, szczenie zaczęło być badanie.
-A kiedy to się zaczęło?
- Od początku mojej wędrówki. Wpadłam do zimnej wody, a byłam jeszcze wtedy na Północy. 
 -Yhym...-odparła. Potem jeszcze zadawała inne pytania.
-Coś ci się wbiło do lewego boku, jak widać... Rana długo się goiła.
-Tak, ale już nie pamiętam, co.
-Hm...-powiedziała. Potem podeszła do półek i czegoś szukała. Potem zjawiła się Luffiera.
-Cześć Luff, co tam?-spojrzała na nią. W pysku trzymała to, czego potrzebowała-książki z chorobami i ranami.
-Nic ciekawego. Byłam u Ruby i jej pomogłam. A tam?
-Jak widać mamy pacjenta. Mogę książkę, którą trzymasz?
-Jasne.
   Następnie Rozmawiały tak chwilę. Luffiera zadawała jeszcze jej parę pytań, a Lee zawzięcie szukała czegoś w książce przyniesioną przez husky. Tak jak wcześniej rozmawiały, ale w towarzystwie szeleszczących kartek. Po jakimś czasie szelest ucichł, a lekko zaniepokojona psina spojrzała na towarzyszkę. Tamta miała bardzo rozszerzone oczy z przestrachu, stała nieruchomo. Husky nie wiedziała, o co chodzi, więc podeszła do niej. Nie musiała długo szukać wzrokiem. Też stała jak wryta. Szczenię zamartwiło się także, panującej ciszy. W końcu Lorelei powiedziała:
-Musimy jak najszybciej przeprowadzić operacje.
-Ale w takim stanie? Podejmujesz bardzo duże ryzyko.
-Zrozum, zioła nic tu nie pomogą. Najwyżej po to, by podać narkozę.
-Jak uważasz.-powiedziała skromnie.   -W takim razie idę przygotować znieczulenie i przygotować się do operacji.
-Ok, ja także. Mam nadzieję, że nam się uda.
-Musi.-dodała po cichu.
   Suczki były pełne w nerwach. Miały świadomość, iż jeden drobny błąd może doprowadzić do utraty życia pacjentki. A po za tym nie może stracić dużo krwi-to byłby koniec.
    Chodziły po jaskini to tu, to tam, zbierając wszystko, co potrzebne.Potem jedna z nich rzekła:
-Lee...
-Tak?
-Trzeba kogoś powiadomić z rodziny. W końcu to nasz obowiązek. Pozwól, że pójdę.
-Dobry pomysł. Szczerze mówiąc, zapomniałam o tym w tych wszystkich nerwach.
   Luffiera pożegnała się i poszła. Po jakimś czasie przyszła, ale razem z Ravele'm. W jego oczach widniało większy strach od innych.
-Mam rozumieć, że zgadzasz się na operację?
-Oczywiście. Ale na prawdę jest tak źle?
-Niestety, jeżeli szybko coś z tym nie robimy albo umrze, albo zostanie kaleką, jeżeli to zostawimy.
-A co potem?
- Zobaczymy co dalej. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie. Ta drzazga do usunięcia jakoś nie trzeba się nią przejmować, jak się ją wyjmie, ale potem...-znowu zapanowała cisza. Przerwał ją Ravel.
-A powiesz mi, jak zwiecie tą chorobę?
-Czarna Śmierć*, jedna z najgroźniejszych chorób Północy, czyli skąd pochodzi.
   I znowu nikt nic nie mówił.  Samki zdawały sobie sprawę, że dłużej nie mogą zwlekać. Przeprosiły Ravel'a i poprosiły go o przekazanie innym, by za nic nie wchodziły do środka. Gdy zostały same, wzięły głęboki oddech, Luffiera podała narkozę, a kiedy szczenię zasnęło, nożyczki poszły w ruch.
    Zapowiada się wyścig z czasem. Takie życie medyka, raz nad wozem, raz pod wozem. Czyli: raz zajmujesz się zwykłymi, niegroźnymi objawami, albo trzeba zdecydować i wziąć odpowiedzialność za trudne decyzje i na dodatek życie pacjenta.
   A młoda Rebekah nie zdawała sobie sprawy z wagi jej zdrowia. Nie do końca wiedziała o co chodzi, gdyż podczas rozmów znów zemdlała, a kiedy się obudziła, poczuła się strasznie zmęczona, wątła. Nie chciała mówić nikomu o złym samopoczuciu. W końcu była małą, nic nieznaczącym szczenięciem, której nie wypada się wtrącać w nie swoje sprawy. Cóż, taką lekcję dostała i tego się trzymała wiernie. Oby ten fakt nie pogorszył już istniejącą niebezpieczną sytuację. Ale teraz szczenie spało twardym snem...Oby nie po raz ostatni.
_____________
*Czarna Śmierć-chodziło mi o chorobę, ale nie jestem pewna, czy ten kolor (zastanawiałam się nad czerwonym, szczerze mówiąc)). Wzięłam to z książki J.O. Curwooda, ale nie pamiętam tytułu. Z fabuły, co pamiętam to był tam jeden mężczyzna, chyba z Królewskiej Konnej Policji. Spotyka kobietę, w której się zakochuje, ale okazuje się, że ma mężna, a na dodatek on jest przestępcą, którego szuka. I w pewnym momencie ona zachoruje na tą chorobę, w której dzięki niej... majaczy? Nie pamiętam. Może ktoś z Was czytał ową książkę. Jeżeli tak, to jak wiecie nazwę tej choroby to proszę podać w komciu, byłabym bardzo wdzięczna.