niedziela, 24 marca 2013

Dom jest tam gdzie serce Twoje. cz.2

    Gdy otworzyłam oczy ze ździwieniem stwierdziłam, że mam przed sobą szóstkę, wyszczerzonych do mnie pociesznie, wilcząt. Uniosłam się do siadu.
- Dzień Dobry ! - Odezwały się chórem. Zamrugałam kilkakrotnie. Nagle rozległo się wołanie. Szczenięta odwróciły się w stronę wejścia.
- O nie ! Idzie ! - Spojrzały na mnie błagalnie. Na przód wysunął się ciemnorudy wilczek. - Schowa nas pani ? - Zapytał. Patrzył na mnie takim wzrokiem, że nie mogłam odmówić.
- Tu... - Wskazałam zagłębienie w grocie. Cała szóstka idealnie się tam zmieściła. Zasłoniłam je kocem. W tej chwili do jaskini weszła rosła, czarnobiała wilczyca. Podejrzliwym wzrokiem mi się przyglądała.
- Dzień Dobry. Nie widziałaś może szóstki rozbrykanych szczeniąt ? - Zapytała nadal mi się przyglądając. Uśiechnęłam się.
- Nie, nie widziałam. - Skłamałam, ale nie chciałam psuć młodym zabawy. Wilczyca obserwowała mnie, jakby domyślała się prawdy. Ja jednak nadal się uśmiechałam. Czarnobiała westchnęła i pokręciła łbem.
- No tudno, a czy my się przypadkiem nie znamy ? - Lustrowała mnie tymi swoimi bystrymi ślepiami.
- Ah ! No tak... - Nie dokończyła, gdyż skoczyłam na nią z głośnym okrzykiem ,Ashira!'
- Revenges ! - Przytuliła mnie, ucieszona. Zlazłam z niej i uiadłam obok. - Jak ? - Zapytała, a jak się uśmiechnęłam.
- Później. Na razie chcę się zobaczyć z resztą watahy. - Podeszłam do miejsca, gdzie schowałam szczeniaki. Zdjęłam koc, a cała szóstka z głośnym śmiechem skoczyła na Ashire.
- No już, już... Złaźcie ze mnie. - Broniła się wilczyca. Wilczęta zlazły z niej i wybiegły z jaskini. Zaczęłam się śmiać. Ashira posłała mi groźne spojrzenie, jednak po chwili sama się roześmiała.
- Dobrze, chodźmy do watahy. - Rzekła.
    Gdy dotarłyśmy na Główną Polanę wszystkie spojrzenia były skupione na mnie.
- Revenges wróciła... Księżniczka... Szczeniaki mówiły prawdę... - Rozległy się szepty, które w szybkim tempie zamieniły się w okrzyki radości. Cieszyłam się z każdego znajomego pyska, jednak moje oczy szukały dawnego przyjaciela.
    Nale za mną rozległ się znajomy głos.
- Revenges... - Usłyszałam. Odwróciłam się. W moją stronę zbliżał się czany niczym smoła, rosły basior. Wszyscy ustępowali mu z drogi, patrząc na niego z przerażeniem. Miał obnażone kły i powarkiwał cicho.
- Riddley... - Szepnęłam. On warknął głośniej. Przestraszona zaczęłam ucikać, a on zaczął mnie gonić. Był szybszy. Skoczył na mnie i zaczeliśmy koziołkować. Wylądował na mnie. Stoczył się na ziemie, lecz zamiast złowrogiego warkotu usłyszałam śmiech. Spojrzłam na niego z niedowierzaniem. Zamachnęłam się, jednak zatrzymał moją łapę nim zdążyłam, chociaż nabrać siły.
- Uważaj. - Spojrzał na mnie lodem swych ślepi z figlarnym błyskiem.
- Przestraszyłeś mnie !- Wrzasnęłam na niego. Wyrwałam łapę i zaczęłam kierować się w stronę watahy. Zagrodził mi drogę.
- Hej, spokojnie. - Podszedł bliżej i zrobił te swoje oczy niewiniątka. Uległam i go przytuliłam.
- Witaj w domu. - Szepnął i liznął mnie przyjaźnie po pysku. Spuściłam łeb.
- Jestem tylko na dzień, może dwa. - Przyznałam.
- Tak krótko ? - ździwił się.
- Muszę wracać do stada. - Spojrzałam na niego błagalnie. - Proszę, nie kłóćmy się. - Widziałam jak walczy sam ze sobą. W końcu wygrała rozsądek.
- Chodź. - Rozkazał, a ja posłusznie podążyłam za nim. - Pamiętasz Świątynię Dumania ? - Zapytał.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nadal nikt o niej nie wie ? - W moich oczach było ciągle niedowierzanie.
- No... Niezupełnie. - Przyznał.
- Komu powiedziałś ? - Zatrzymałam się. Odwrócił się z szerokim wyszczerzem.
- Spokojnie. Tylko jedna osoba mogła się o niej dowiedzieć. - Podbiegłam do niego.
- Angel ? - Zapytała. Nim odpowiedział, usłyszałam wysoki sopran białej wilczycy.
- Zagadka kogo Ty znowu przyprowadzasz ? Jak możesz do kryjówki Revenges przyprowadzać jakąś obcą... - Nie dane było jej dokończyć, gdyż basior zatkał jej pysk.
- Angel, prosiłem żebyś mnie tak nie nazywała. - Zirytował się.
- Ale czemu ? Przecież tak masz na imię. - Stwierdziła Biała.
- To równie dobrze ja mogę mówić na Ciebie Anioł, a na Revenges, Zemsta.
- Tylko, że jest mały szkopuł. Revenges tu nie ma. - Szturchnęłam Riddley'a w bok. Spojrzał na mnie ździwiony. Posłałam mu jedno z tych spojrzeń, które mówiły ,Daj spokój'.
- Angel ? - Podeszłam do wilczycy.
- Czego ? - Spojrzała na mnie groźnie. - O Boże ! Revenges ! - Skoczyła na mnie i zaczęła dusić ze szczęścia.
- Angel, Angel puść... - Zagadka próbował nas rozdzielić. Wilczyca w końcu puściła mój kark, dając mi odetchnąć.
- Ta... Ja też się cieszę. - Wysapałam, łapczywie łapiąc powietrze. Zagadka pomógł mi dojść do wejścia jaskini.
- Przepraszam. - Szepnęła Angel. Obdarzyłam ją ciepłym uśmiechem. Riddley zerknął na nią porozumiewawczo.
- Angel, Ashira chciała, żebyś pomogła poszukać wilcząt. - Biała pokręciła łbem z dezaprobatą.
- Znowu. - Mruknęła i pognała w las, zostawiając mnie na pastwę Czarnego Wilka.
___________________________________________________________
Ps. -> I teraz się domyślajta co było dalej. Następna część ukaże się rzecz jasna, ale nie za szybko, bo historię piszę w biegu. A to na lekcji, a to jak jestem na chacie. Życzę miłego czytania.
Podpowiem, że w następnej części opiszę Świątynię Dumania. Może wyjaśni się sprawa imion poszczególnych osób :p
Kochająca Was Viv xD

Dom jest tam gdzie serce Twoje. cz.1

    Uniosłam ospałe i ciężie powieki. Rozejrzałam się do okoła, zastanawiając nad tym jak spędzić dzisiejszy dzień. Machinalnie na śniadanie zjadłam resztki upolowanej sarny. Wyszłam z groty, chcąc spotkać się z Leną i Lorelei. Na horyzoncie rozciągała się krwistoczerwona łuna znamionująca nadejście nowego dnia. Szłam doskonale sobie znaną, ledwie widoczną drogą w stronę Wielkiej Polany.
    Z każdym krokiem, czułam coraz silniej znajome mi wonie. Były zmieszane, jednak bez trudu rozpoznawałam, każdą od razu przypisując w myślach, odpowiednim osobom. Gdy wyłoniłam się zza drzew, ujrzałam dwie poszukiwane przeze mnie suczki oraz samca. Uśmiechnęłam się pod nosem. Lee i Shad byli wspaniałą parą. Nie można nie cieszyć się z ich szczęścia.
    Podeszłam do nich z ciepłym uśmiechem.
- Serwus Wam. - Ozwałam się radośnie.
- O Viv. Hej. - Lena uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. - Przysiądziesz się ? - Zapytała. Zrobiłam smutną minę, ale moje oczy zdradzały, że nie do końca odpowiadała ona prawdzie.
- Chciałabym, ale mam już plany na najbliższe dni. - Przywróciłam na pysk tradycyjny uśmiech.
- Plany ? A co będziesz robić ? - Pytanie padło z pyska Lee. Wyszczerzyłam się tym swoim zadziornym uśmiechem, ukazując dwa skompletowane rzędy kłów.
- Chcę udać się do Watahy Srebrzystego Księżyca. Ponad rok nie widziałam Ashiry. Tęsknię za nią. - Przyznałam. Lena, Lee i Shad skinęli mi łbami ze zrozumieniem. Uśmiechnęłam się i wymruczałam kilka fraz pod nosem. Po każdej z nich pojawiała się jakaś rzecz. To Czarna Smocza Łza, to torba z fiolkami i innymi potrzenymi rzeczami. Na sam koniec na mojej prawej łapie spoczęły trzy diamentowe bransolety.
- No ładnie... - Mruknęła Lee. Wyszczerzyłam się pociesznie.
- Nie chciało mi się tego dźwigać. - Przyznałam. - Tak, tak... Leniuszek ze mnie. - Zaśmiałam się, a cała trójka mi zawtórowała. - Dobra, na mnie już pora. Do zobaczenia. - Uścisnęłam Lenę i Lee, a Shadow'owi pacnęłam dla żartu w ucho i ruszyłam w drogę.
- Szczęśliwej podróży ! - Usłyszczałam jeszcze pożegnanie Leny. Odwróćiłam się.
- Dziękuję ! - Odkrzyknęłam i pobiegłam wyznaczoną sobie trasą. Granice WSK stykały się na wschodzie z granicami SPS.

***
    Wczasnym wieczorem dotarłam nad rzekę. Spojrzałam w niebo i ujrzałam pełną tarczę księżyca. Po chwili usłyszałam wycie wilków. Po pysku spłynęła mi łza, gdyż przypomniałam sobie jak wraz z innymi członkami watachy urządzaliśmy konkurs kto zawyje najgłośniej. Zawsze wygrywał tak zwany przeze mnie Zagadka.
    Z westchnieniem podeszłam do miejsca, gdzie były ułożone kamienie improwizujące most. Przeskoczyłam po nich na drugą stronę. Z radością przemierzałam las, który niegdyś był mym azylem. Robiło się coraz ciemniej. Niemalże nie widziałam jak idę. Postanowiłam zrobić sztuczkę ze świetlistą kulą. Usiadłam i zaczęłam mamrotać pod nosem tylko sobie znaną przydługawą frazę. Z Czarnej Łzy zaczęło sączyć się jaskrawe światło i formować w kulę. Gdy kula była wielkości piłki plażowej zakończyła proces tworzenia jednym, krótkim ,,STOP''. Przeszłam jeszcze parę kilometrów, jednak byłam tak zmęczona, że postanowiłam poszukać jakiegoś noclegu. Nie musiałam długo szukać. Znalazłam znajomo wyglądającą grotę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to tu Ashira mnie znalazła.
- Czyli wataha jest niedaleko. - Stwierdziłam układając się do snu. Postanowiłam, że noc spędzę w jaskini i rankiem odwiedzę WSK. Zabezpieczyłam wejście magią i pogrążyłam się w kojących ramionach snu.
________________________________________________________________________
No to Viv odwiedza rodzinkę. Co kilka dni mniej więcej takiej długości opowiadanka będą się ukazywać. Mudne jak flaki z olejem ale niech jest.

Przez ciernie do gwiazd .III `` Historia Sathany cz. III

Wiara w siebie to priorytet.

Wpatrywała się w dwukolorowe ślepia ojczyma. Tak, to z pewnością był On. Wszędzie poznałaby te błękitno-brązowe tęczówki, które były od zawsze jedynymi, które darzyły kundelkę ciepłem.
- ...ojcze... - powtórzyła łamiącym sie, zachrypniętym, lecz i pełnym nieskrywanej radości głosem. Oderwała spojrzenie od ślep psa i zlustrowała Jego posturę. Radość w Niej wnet prysła na ten widok. Źrenice zwężyły się. To dawne cieplutkie, śnieżnobiałe futro Alvarona stało się szorstkie, oblepione zaschniętym błotem, krwią. Tudzież brakło futra, spomiędzy łopatek po podbrzusze ciągnęła się szeroka i głęboka rana. Wilczur trwał jedynie w bezruchu i wpatrywał się w córę spojrzeniem pełnym bólu. Gdzieś za Nimi, w oddalonym lesie rozległ się dosć bliski wystrzał z pistoletu. Pies nawet tam nie spojrzał. Cofnął sie o krok od kundelki, która wyciągnęła w Jego kierunku lewą, zdrową łapę. - ...ojcze... - jęknęła z rozpaczą. Nic innego nie potrafiłą z siebie w tym momencie wykrztusić. Pies obserwował Ją jeszcze przez chwilę. Następnie uniósł kufy i zawył w stronę atramentowego nieboskłonu. Nie przypominało to w pełni wilczego zewu, jednakże miało w sobie wiele podobieństwa. Skierował spojrzenie jeszcze na kundelkę. Rozległo sie szczekanie psów i ludzkie głosy. Byli coraz blizej. Basior cofnął sie jeszcze o krok, gdy Sathana ponownie wysunęłą w Jego strone zdrową łapę.
- ...wybacz, Sathano. - szepnął swym aksamitnym, lecz zrozpaczonym i zbolałym tonem. Odwrócił się i znikł po krótkiej chwili za horyzontem.
- ...ojcze! - wykrzyknęła za Nim, lecz nie zdołałby tego usłyszeć z takiej odległości. Była słaba. Nie minęło kilka minut, a usłyszała nad sobą ludzi. Nei rozpoznała, co mówią, jednakże poznała ich zapach. To byli Oni. Ci, co zmietli Jej Stado, Jej rodzinę z powierzchni ziemi. Wokół kręciły się dwa psy, które zewsząd obwąchiwały suczkę. Kundelka nie wytrzymała więcej. Jej łeb osunął się na glebę, a powieki opadły ciężko na ślepia.
Zdawałoby się, iż leżała tak już przez wieczność. Umarła? Nie. Odczuwała palący ból w prawej łapie. Bynajmniej to dlatego, iż poruszyła Nią. Zamrugała powieką, wodząc wokół półprzytomnym spojrzeniem. Widziała przed sobą... kraty... obok małą miske z wodą i chyba nieświeżą karmą. Za kratami dostrzegła skryte w ciemności pomieszczenie. Przy podniszczonych ścianach stały klatki z drzemiącymi psami. Czyżby... schronisko? Skuliła się pod boczną ścianą swojego "więzienia", pozostawiając prawą łapę luźno. Zacisnęła powiek i ułożyła kufę na chłodnej, kamiennej posadzce pogrążając się we śnie.

"Widziała wokół siebie jedynie nieprzeniknioną ciemność. Mrok otaczał suczkę z każdej strony. Nie wiedziała... gdzie iść? Jak stąd uciec? Co zrobić...? Uniosła kufę ku niebu i szczeknęła przeciągle, z całych płuc. Ktos usłyszy...? Rozejrzała się wokół. Cisza napierała na Jej bębenki niemiłosiernie. Wtem ciemność przecięła srebrzysta wstęga. Przez atramentowe sklepienie przebiegła... gwiazda? Spadajaca gwiazda? Kundelka przymknęła ślep. Jej marzenie..."
 
...uwolnić się od samotności i dążyć do szczęścia. Brązowe ślepia suczki powoli wychynęły za wachlarza rzęs. Zamrugała powieką, spostrzegłszy, iz Jej klatka sie porusza. I jest inna. Ciaśniejsza. Po chwili spostrzegła, iż pomimo tego, że na niej leży, prawa łapa nie boli już tak bardzo jak uprzednio. Była usztywniona. Ledwie mogła nią poruszyć. Odetchnęła głęboko i wyjrzała zza kraty klatki. Była w jakimś aucie. Jechała nieznanymi drogami, ulicami ludzkiego miasta, zaś na siedzeniach przed Nią siedzieli ludzie. A właśnie. Była wcześniej chyba w schronisku... osoby, które tu siedziały nie były tymi, którzy Ją wtedy odnaleźli... została adoptowana?
Nowa rodzina już z samego początku się Nią troskliwie zajęła. Miała wspaniałych właścicieli... w ekstremalnym tempie Jej łapa i inne rany ozdrowiały, dzięki czemu mogła wreszcie trochę się ruszyć. Dopóki nie nastała jesień i zabroniono im tego, suczka wraz z sześcioletnią dziewczynką, do której się przywiązała, całe dnie spędzały na dworzu, w ogrodzie, w parku, gdzie popadnie. Całe dnie z radością spędzały czas na zabawie. Jednakże, pewnego dnia... nastała zima. Kolejna mroźna zima, która przeszyła serce suczki na wylot. Dziewczynka była kilka dni po swoich siódmych urodzinach, wraz z kundelką, która zarówno przekroczyła już pewien wiek - dokładniej zaś 2 lata - za pozwoleniem rodziców, bowiem nie padał w ten dzień śnieg, wyszły pobawić się w parku.
Zabawa ciągnęła się w najlepsze - wpierw ulepiły razem - jakoś - bałwana, następnei obrzucały się śniegiem, bawił w chowanego... teraz przeszły do berka. Suczka goniła za swoją małą ukochaną panią, jednakże wkrótce jęło zmierzchać. Dotąd śnieżnobiałe sklepienie niebios, pokrywało się w szybkim tempie atramentową barwą. Dziewczynka krzyknęła coś do kundelki, że powinny wracać, Sathana zaś szczeknęła w odpowiedzi, na zgodę. Jednakowoż... droga, na którą wbiegły, nim zdążyły się zatrzymać, była pokryta lodem, zero piachu czy chociaż śniegu. Mała Amelia - bo tak miała na imię młoda właścicielka Sath - poślizgnęła się, nie zdążywszy wstrzymać kroku, i... wyleciała za barierkę, w dół kilkumetrowego... urwiska, można to tak nazwać, gdzie znajdował się tylko kawałek zalesionej ziemi, a dalej skute lodem, ogromne jezioro. Przerażona kundelka szczeknęła i przyspieszyła kroku, ile sił w łapach. Zdołała sama się nei poślizgnąć, dzięki pazurom, które za każdym stąpnięciem wbijały się w lód, dzięki czemu mogła wykonywać kolejne kroki. W ostatniej chwili wychyliła kufy pod barierką, łapiąc kłami kurteczkę dziewczynki, która wpierw pisnęła, teraz zaś płakała z szoku i przerażenia. Suczka odetchnęła i jęła wciągać Amelię, jednak... tuż za Nią ktoś, prawdopodobnie jakieś dziecko, które nie widziało kundelki ani tego, iż próbuje ocalić dziewczynkę, ślizgajac się na lodzie w śmiechu, popchnął Sathanę.
I spadły w dół...

Życie to najcenniejszy dar - nie zmarnuj go.
 ~*~
Trochę zajęło mi, nim to dodałam. Czemu? Meeh, zapomniało się. Skleroza. Sathu się starzeje. *we wczesnym wieku, ale kij.*
Raczej niewiele mam do powiedzenia. Już 3 część historii Sath - napisana jakiś czas temu. Wkrótce, o ile szybko najdzie mię wena, będzie 4. Całe opowiadanie powinno zakończyć się na 5, maksymalnie 6 części o :
Pozdrawiaam. ~
Sath.

''Pat­rząc na ciem­ność lub śmierć boimy się niez­na­nego - nicze­go więcej.''

-Jesteś moja.-Mruknęła do siebie nowofunlandka.
Czekoladowe ślepia Suczki  utkwione były w pasącej się nieopodal sarnie.Podążała jej śladem niemal cały dzień i w końcu miała okazję dopaść.
 Zrobiła pierwszy,ostrożny krok w stronę zwierzęcia.Niemal natychmiast  pętla bólu zacisnęła się na przedniej łapie,a z gardła Alis wyrwał się krzyk.Zaalarmowana dźwiękiem sarna  umknęła za kurtynę drzew,tym samym pozbawiając  Samke posiłku.
Spojrzała w dół.Tuż obok niej leżał zwinięty wąż.Nie przejęła się tym.Nie miała powodu,już ją ukąsił.
~*~
-Salut Silo.Udało Ci się coś upolować?-Powitała ją  obecna na polanie Lorelei.
Czarna skinęła jej łbem,posyłając nikły,acz przyjazny uśmiech.
-Benvida Lee.Nie,kolacja mi zwiała.-Odparła mrukliwie,kierując swe kroki w kierunku jaskini.
Samka oblizała czubek nosa językiem.
-Cóż,bywa.Raczej nie umrzesz z głodu,mam rację?-Zaśmiała się ,układając łeb na wyciągniętych przednich łapach.
Alis westchnęła.
-Nie,z głodu na pewno nie.-Szepnęła,ogarniając polanę spojrzeniem.Patrzyła na nią po raz ostatni i była tego świadoma.
~*~
Ułożyła się wygodnie w swym legowisku.Spała w nim już tyle razy,
każdy jego najmniejszy kawałek wręcz przesiąknięty był snami zarówno dobrymi,jak i koszmarami.
W nim czuła się bezpieczna i to w nim i tym razem chce zasnąć.
Co z tego,że na zawsze?
_________________________________________________________
Nie,oczywiście,że nie żegnam się z SPS.
Żegna się z nim jedynie postać Alis.A dlaczego?
Cóż,Alis byłą mą pierwszą postacią,w związku z czym bardzo niedopracowaną.
Dużo rzeczy mi się w Niej nie podoba,a jako iż trochę już w RPG jest obecna,nie mam swobodnego pola manipulacji w historii,co jakby nie patrzeć jest rzeczą dość ważną.
Powrócę tu rzecz jasna,jako ktoś inny.
Uprzedzam jednak,że nowa postać będzie miała w sobie coś z Alis,bo są w tej postaci również rzeczy,które mi się podobają.
Co by tu jeszcze…A tak!
Mam nadzieję,że Lee nie obrazi się za umieszczenie Jej w tej parodii opowiadania.
No i naturalnie postać Ruby zostaje.

Nazywam się Calypso Bree...

Polana była dla mnie miejscem dość...Specyficznym, albowiem nigdy nie przywykłam do większego zgiełku. Nazywam się Calypso Bree i od niedawna jestem członkiem Stada Psich Serc. Ale co się stało, że postanowiłam zamieszkać w lesie, wśród obcych psów i z dala od ludzkich osad? Zaraz wam opowiem.
Urodziłam się w małym miasteczku w Polsce. Miałam kochającą matkę, ojca oraz właścicieli. Niczego nam nie brakowało, ale też nigdy nie byliśmy zachłanni. Po za mną, rodzice mieli także dwoje innych dzieci- córkę i syna. Czyli prosto mówiąc, miałam rodzeństwo. Nigdy nie stroniliśmy od zabaw i wspólnych psot. Byliśmy po prostu dziećmi. Jednak w miasteczku nastał kryzys, który nie ominął także moich właścicieli. Jako psy pełnej rasy, byliśmy sporo warci i tak, gospodarze z ciężkim sercem sprzedali, najpierw moją siostrę, potem mojego brata. Ja zostałam na końcu, nikt mnie nie chciał. Nawet moi rodzice zostali sprzedani przede mną. Zostałam sama. Właścicieli co noc kłócili się, a ja zawsze ich słuchała, skamląc w kącie. Czułam się jak małe dziecko, opuszczone przez wszystkich, słuchając wyzwisk nowych rodziców. W końcu nie wytrzymałam, pewnej nocy uciekłam z domu, pozostawiając za sobą stos wspomnieć i zniszczone dzieciństwo. Błąkanie po lesie wydawało mi się o wiele lepsze. Ponad to nie chciałam trafić do obcej rodziny. Ta perspektywa mnie przerażała. Tak więc, jako kilkumiesięczny szczeniak błąkałam się po lesie. Nie powiem, było trudno, nawet bardzo. A zwłaszcza zimą, ale starałam się. Byłam twarda. W głębi duszy wierzyłam, że odnajdę rodziców, rodzeństwo i ta wiara pozwalała mi przetrwać najtrudniejsze chwile. Gdy skończyłam rok, wspomnienia o mojej rodzinie niemal całkowicie zaginęły w odmętach zwierzęcego instynkt. Jak ognia unikałam ludzi i ludzkich osad. Zachowywałam się i myślałam jak wilk. Cóż, z wyglądu byłam nawet uderzająco podobna. Nieraz wilczy instynkt ratował mi życie, ale nieraz bywał moim przekleństwem. Przez niego, byłam postrzegana przez kłusowników i myśliwych jako potencjalny cel. Jako szkodnika, którego trzeba wyeliminować. Lecz zapytacie, co się stało, że znów zaczęłam myśleć jak pies? W każdym razie po części, bo wilczy instynkt wciąż będzie się we mnie tlił.
Pewnego dnia, gdy miałam bodajże dwa lata, przechadzałam się niedaleko ludzkiej osady. Była sroga zima i poszukiwanie pożywienia było niemal sportem ekstremalnym. Skrajne warunki i instynkt przetrwania zmusił mnie do zapuszczenia się do ludzkich wsi. Krążyłam przy pastwiskach, brodząc w wielkich, śnieżnych zaspach. Czuwałam. Szukałam. Wyczekiwałam odpowiedniego momentu, by zaatakować jedno z młodych kóz. W końcu taki moment nastał. Z samego rana, gdy gospodarz na chwilę wypuścił zwierzęta, by posprzątać oborę, przeszłam przez ogrodzenie i zaczęłam się skradać. Zadanie nie wydawało się dla mnie zbyt trudne. Wystarczyło jak najszybciej zabić zwierzę, bez jakiegokolwiek dźwięku i zabrać za ogrodzenie wgłąb lasu, by następnie pożreć. Aż ślinka napływała mi do pyska, myśląc o świeżym mięsie. Oblizałam pysk, będąc już tak blisko kóz. Nie pomyślałam jednak o jednym; gospodarz miał psa pasterskiego. Usłyszałam głośne szczekanie, a następnie jakiś pies przygniótł mnie do ziemi. Warknęłam na psa i spojrzałam z żalem na kozy, które uciekły w popłochu. Gospodarz wychylił się z obory i zawrócił w stronę domu. "Zapewne po strzelbę" pomyślałam i zrzuciłam psa, chcąc ratować swój zadek. Pies jednak mnie zatrzymał. Spojrzałam na niego. Chciałam się ratować, nawet jeśli miałabym zabić tego psa, lecz coś ostatecznie mnie zatrzymało. Ten pies, był niemal taki jak ja. Te same topazowe oczy, umaszczenie sierści. Wszystko. Tylko on był samcem. Jedyne rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy, by wyjaśnić to podobieństwo to...
- Siostra? - uprzedził mnie. Jak widać również dostrzegł podobieństwo. - Calypso...?
Mowa ugrzęzła mi w gardle. Wspomnienia wróciły do mnie. Przez te wszystkie lata zapomniałam nawet swojego imienia. Zapomniałam kim jestem. Zwierzęcy instynkt porwał mnie w swe sidła i przetrzymywał niczym więźnia. Otworzyłam pysk, by coś powiedzieć, lecz wystrzał z broni mnie przeraził i uciekłam.
- Wróć tutaj wieczorem! - usłyszałam za sobą. Nie odwróciłam się. Po prostu uciekłam przez ogrodzenie i pobiegłam wgłąb lasu. Cały dzień spędziłam w jakiejś norze. Nie mogłam przestać myśleć o bracie. Nawet zapomniałam jego imienia, choć tak dobrze zapamiętałam wspólne zabawy. Wieczorem wróciłam na pastwisko. Był tam i na mnie czekał. Ucieszył się na mój widok, zadawał mnóstwo pytań, a ja...Po raz poczułam jak bardzo samotna byłam przez cały ten czas. Opowiadałam mu wszystko. Dowiedziałam się, że moja siostra mieszka osadę dalej. Chciałam zostać, ale myśl, że na nowo mam się uczyć bycia psem i być posłuszna człowiekowi do mnie nie trafiała. Ostatecznie rozstałam się z Levem ( tak, zapytałam się o jego imię), obiecując mu, że jeszcze go odwiedzę. Następne kilka miesięcy spędziłam na błąkaniu się. Czułam się jeszcze bardziej samotna, niż przez całą moją wędrówkę. Pewnego dnia jednak napotkałam na swojej drodze pewne stado. Stado psów. Obserwowałam ich przez kilka dni, coraz to bardziej się zbliżając. W końcu zebrałam się na to, by się pokazać. Zapadła moja decyzja o dołączeniu tutaj i nie żałuję tego. Mam przeczucie, że będzie mi tutaj dobrze.

Nazywam się Calypso Bree i obiecuję, że przetrwam.
---
Notka pisana na gorąco. Naszło mnie tak nagle i nie mogłam z tym czekać. Zapewne są tam jakieś błędy, lecz proszę nie zwracać na nie uwagi. :)

The fear of the dark, it's growing inside of me - Zadanie na Bethę

W czasie pisania tego opowiadania słuchałam playlisty z ponad 300 piosenkami, lecz najbardziej inspirowały mnie te dwie piosenki - Link i link... Miały wielki wpływ na to opowiadanie. Każda część opowiadania jest krótko opisana tekstem z piosenki. Uwaga opowiadanie to jedno wielkie cliché xD


'See the mirror in your eyes
see the truth behind your lies
Your lies are haunting me...'
Nawet psycholog ma czasem te dni, w których nie może się pozbierać. Taki właśnie dzień miała Rhonwen, a pogorszał go fakt że nie mogła odwiedzić swego przyjaciela - Lennox'a, mężczyzny który nawet w Polsce żył po szkocku, ponieważ wyjechał na kilka tygodni do Wrocławia. Czuła się sama... Sama jak szczeniak zostawiony na pastwę losu. Szczeniak który nie zdążył poczuć prawdziwej miłości a już został wyrzucony. I właśnie w ten dzień wracała do niej przeszłość. Pamiętała, jak mówili jej, że będzie cieszyć się życiem w domu z ogrodem i ludźmi, którzy ją kochają... Ale gdzie to wszystko było? Czy to było... kłamstwo? Sarkazm?
'I fear who I am becoming,
I feel that I'm losing the struggle within...'
Chciało jej się płakać. Nie wiedziała już, kim naprawdę jest. Owszem, była jednym z wielu psów w stadzie - a nawet należała to Rady Starszych - ale czuła, że w środku jednak coś mówiło jej, że powinna znaleść dom. Pomyślała, że spróbuje. W końcu... co mogłoby się stać? Napewno nic złego...
'This is the end,
Hold your breath and count to ten...'
 Suka sprowadziła więc stado, aby ogłosić jej wycieczkę. Gdy wszyscy nadeszli, ta zaczęła swoje przemówienie.
'Chcę wszystkim dać znać,' powiedziała z lekko niepewnym głosem, 'Że nie będzie mnie przez jakiś czas.' Nikt nie wiedział, że Lennox wyjechał. Rhonwen nikomu o tym nie mówiła...
'Będę u Lennox'a. Jego... jego matka umarła... i on potrzebuje trochę wsparcia. Nie ma żadnej innej rodziny, więc tylko ja mogę coś zrobić...' Brzmiało przekonująco. 'Obiecuję, że wrócę jak najszybciej się da.'
A co jeśli ja nie wrócę? Pomyślała. Nie myśl o tym, Rhon.
'A więc, moi kochani,' Ocknęła się wreszcie, 'Na mnie już czas. Na pewno wrócę.' Spojrzała na Arrow'a. Łza poleciała jej z oka. Na szczęście, nikt jej nie widział. Odwróciła się i szybko odbiegła bez słowa. W myśli miała tylko cztery słowa. Co ty robisz, kobieto?!
 'I can no longer restrain it,
My strength - it is fading,
I have to give in...'
Rhonwen nie przeszła jeszcze połowy drogi, a już była zmęczona. Miasto naprawdę było tak daleko czy to wszystko się jej wydawało? Szła dalej kilka kilometrów i padła. Wszystko zrobiło się czarne - aż w końcu, przestała wszystko czuć. Wyglądała - i czuła się - jak zdechły pies.
'It's all around, getting stronger,
coming closer, into my world...'
'Kogo ja tu widzę?'

 Ten głos był znajomy...
'O jej, jaki zdechlak. Ale co mnie to...'
Rhonwen otworzyła oczy i zobaczyła jak trochę straszy niż ona Border Collie odwracał się aby iść dalej swoją drogą. Niestety, ten dziwnie znajomy pies zauważył że się obudziła.
'A, widzę, że jednak jeszcze żyjesz... Ramono.'
To nie mogła być prawda... Czy to była... Charlotte?
 Rhonwen szybko się ocknęła. 'Co ty tutaj robisz?' Spytała niepewnie. Przecież najbliższe miasto z którego mogła przyjść tu suczka było z dobre dwanaście kilometrów z tąd. Dwanaście...
Suczka Border Collie zaśmiała się. 'Powiedzmy że usłyszałam jak jakiś zagraniczny koleś rozmawiał z kimś o jakimś Wilczarzu, którego ponoć znalazł jako szczenię bardzo blisko naszego domu, i o pewnym stadzie...'
Rhonwen zastanawiała się już tylko nad jednym. Co ona robi na dworze sama?
'Pewnie myślisz, po co tu jestem,' Powiedziała Charlotte. 'Domyśłiłam się kim jest ten słodki piesek i zdecydowałam pozbyć się go raz na zawsze. Jak widać, za pierwszym razem nie udało mi się.' Na jej twarzy pojawił się szokujący uśmiech. Rhonwen była przerażona.
'Ty nie masz już wiele sił,' Kontynuowała Charlotte, 'Najpierw więc pozbędę się tych waszych psich serc, czy jakiegoś tam badziewia. Najlepsze zostawię na koniec...' Pobiegła na wschód.
'[Have to save...]
To save my beloved
There is no escape
Because my faith is horror and doom...'
 I co teraz? Rhonwen nie mogła przecież biec dalej szukać domu. Ktoś chciał zabić jej przyjaciół i miłość. O nie, na to nie pozwolę! Rhon powoli i bezsilnie wstała i zaczeła biec w stronę stada, za Charlotte.
Po jakimś czasie Rhonwen zaczęła tracić czucie w przednich łapach. U Wilczarzy Irlandzkich jest to problemem i może znaczyć że pies, jeśli nie dostanie pomocy, może umrzeć. Strach ją pożerał.
'It's time for me to face it
Can I take it?'
Rhonwen wreszcie dogoniła Charlotte - pół żywa. Pies z jej dzieciństwa właśnie miał wchodzić na teren stada Psich Serc. Rhonwen szła za Charlotte tak, aby ta jej nie usłyszała. Udało jej się przejść przez mały las i dotrzeć do stada szybciej. Wszyscy byli przerażeni stanem Wilczarza.
'Biegnie tu pies,' Rhonwen powiedziała bez życia, 'Chce nas zabić.'
'Co? Chcesz nas zabić? Co? Czemu? Co myśmy zrobili? Hę? Bić się chcesz?' Jeden ze szczeniaków zaczął, gdy drugi lekko uderzył go łapą w głowę. 'Ona powiedziała że inny pies chce nas zabić palancie, nie ona!'
Inne psy chciały zaopiekować się Rhonwen - Lena błagała by ta się położyła, a reszta psów zajęłaby się psem. W końcu, Rhonwen uległa i poszła się położyć.
'Arrow, zostań z Rhonwen,' Lena powiedziała do Beagle'a. Ten poszedł za ukochaną.
'Arrow, ja muszę tam iść,' Rhonwen po chwili powiedziała.'
'Nie, Rhon. Zostań tu... Odpoczywaj. Inni się tym zajmą.'
'Arrow, ja niedługo umrę... Proszę cię, połóż się przy mnie, i zaśnij. Następnie ja odejdę już na zawsze przy tobie.' Rhonwen powiedziała. Arrow jej nie zrozumiał, ale zrobił co prosiła. Położył się przy niej i zasnął. Gdy Rhonwen miała pewność że ten spał, powoli wstała i wybiegła - skacząc prosto na Charlotte, która właśnie chciała upolować Sparky'ego.
'It was all just a lie...'
 'Dosyć tego! Chciałaś się mnie kiedyś pozbyć i zrobiłaś to! Czego jeszcze chcesz?!' Rhonwen wykrzyknęła z jej małą siłą.
'Twej śmierci, Ramono!'
'Nie ma żadnej Ramony... Nigdy nie było.' Rhonwen warknęła, 'Myślałam, że mnie porzucili! A to byłaś ty...'
Obydwie walczyły aż wreszcie Charlotte przytrzymała Rhonwen przy ziemi, dusząc ją. Na szczęście, inne psy przybiegły z pomocą i uwolniły Rhonwen, która po chwili zniknęła.
'Long ago it came to me
And ever since that day
Infected with its rage but it ends today...'

Wyglądało to jak psia bitwa pod Grunwaldem. Nikt nie zauważył że Rhonwen nigdzie nie było. Chaos panował przez jakiś czas, aż wreszcie wszyscy usłyszeli wycie. To nie było zwykłe wycie. Brzmiało ono jak Celtycka melodia.
Wszyscy spojrzeli w stronę głosu. Charlotte odwróciła się i zobaczyła jak leci na nią Rhonwen. Niestety, za późno próbowała sie bronić...
Rhonwen przytrzymała ją przy ziemi.
'Odejdź z tąd, rozumiesz?!' Warknęła głośno. Charlotte trzęsła się ze strachu.
Rhonwen powoli z niej zeszła i puściła. Ta odskoczyła z bólu. 'Dobrze. Jeden na cała stado i tak nic nie da! Ow, moje żebro...' Odwróciła się i zaczęła kuleć w stronę zachodu, 'Niech wam tak narazie będzie. A ty, Ramono... Z tobą to ja się kiedyś rozliczę.'
'Jezu, co to było?' Spytała Lena i spojrzała na Rhonwen. Ta przewróciła oczami. 'Jakiś dziwny pies. Ubzdurał sobie, że mam na imię Ramona i chciał się mnie 'pozbyć'... Dziwne, wiem.'
'A jak się czujesz? Wszystko ok? Gdzie Arrow?'
'Pewnie jeszcze śpi,' Rhonwen uśmiechnęła się, 'Słuchajcie wszyscy, ja... Chciałabym wam coś powiedzieć.'
Stado zamieniło się w słuch.
'Coś mi się wydaje, że potrzebujecie mnie w tym stadzie. Dlatego zostanę tu... przez jakiś czes nie będę odwiedzać Lennox'a. I tak za wiele czasu tam spędzam. Dlatego pomyślałam, że wystartuję na Bethę. Obiecuję wam, że jeżeli dostanę tą rolę w stadzie to psów takich jak ta intruzka na pewno nie będzie. Zapewnie wam najlepsze imprezy, przyprowadzę nowych członków, a jako pyscholog postaram się przyjmować więcej osób. I nie bój nic - kijem nie biję i rozdaję ciastka. Te takie maślane z dżemem w środku! Jeśli nie dostanę tej roli... I tak będę rozdawać ciastka, bo dobre. Więc... tyle miałam do powiedzienia. Dziękuję za uwagę.'
Po tym wszystkim Rhonwen poszła się położyć. Teraz jedyne co musiała zrobić to czekać aż wyzdrowieje... I zapomnieć o swej przeszłości. hakuna matata
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
(Mam nadzieję, że dobrze to zrobiłam xD' Nigdy wcześniej w niczym takim nie startowałam. A opowiadanie to jedno wielke 'kliszej' bo spać mi się chciało. xD Aaaa, i mój polski to możecie zignorować bo to chyba nawet nie jest polski xD)
~~~~
 
~Rh

`When the wild wind blows..` - Opowiadanie na Delthę.

"The place between sleep and awake
End of innocence
Unending masquerade
That's where I will wait for you"
 _
    Świat u zarania dnia zawsze wydawał się Borderce fascynujący, a zarazem dziko piękny. Nawet teraz, gdy przycupnąwszy nad spokojną tonią Jeziora rozmyślała nad aspektami własnego żywota. Bo kim była w oczach innych? Kim jest naprawdę? - Pogrążała się w coraz to bardziej obcesowych pytaniach, wbijając tępe spojrzenie w delikatnie wzburzoną taflę wody. Kiedy ciecz uspokoiła się, Samka dostrzegła weń własne, lustrzane odbicie; nieduży pies rasy border collie, maści red merle, na którego licu malowało się zmęczenie, czy nawet niepokój. Sunia mlasnęła, zdegustowana, bowiem wyglądała jak przysłowiowe `siedem nieszczęść`. Byłaby wpatrywała się tak jeszcze długo, gdyby nie lodowaty poryw wiatru, który wzburzył półdługie futro na Jej karku. Chłodny dreszcz przebiegł po drobnym ciele Collie, sprawiając, że sam chwost zadrżał, poruszony odruchem. Suka wyprostowała się z nagła, zastygając w sztywnym siadzie. O dziwo, wiatr przyniósł ze sobą czysty, iście fletowy ton, który w akompaniamencie lamentów powietrza sprawiał, że futro na grzbiecie zafalowało. Tajemnicza, acz dziwnie znajoma piosnka przypominała pierwotny zew Natury, w którym zamyka się krąg życia. Niosła przez światy opowieści północnych tajfunów, ballady snute przez zaranne ptactwo, a nawet intrygujące szepty wodospadu. Lee zmrużyła stalowe ślepia, wytężając wzrok. Jej uwagę przykuła niewielka, błękitna plama, która ostro kontrastowała z otaczającym ją półmrokiem. Suczka potrzebowała chwili, by dostrzec w niej drobniuchną ptaszynę, na pierwszy rzut oka zimorodka. Po dłuższej obserwacji doszła do wniosku, że to w prawdzie Słowik, o nienaturalnie szafirowych, mieniących się lazurem piórach. Lori uśmiechnęła się mimowolnie.
- Co przygnało Cię w te strony, Przyjacielu..? - Wymruczała, gdyż nigdy w swym stażu nie spotkała tak szlachetnego ptaka. Cóż.. Raczej nie spodziewała się odpowiedzi, jednak Pierzasty Kompan, niby w odwecie zaćwierkał melodyjnie, by perfekcyjnie gładkim lotem zakreślić krąg wokół łba Samicy. Nie wiedzieć czemu, intuicja podpowiadała Borderce, że Kompan chce Ją gdzieś poprowadzić. Jako i w chwilach kryzysu zawsze stawiała na instynkt samozachowawczy, wyłączyła funkcję jasnego myślenia, by oddać się w objęcia podświadomości i ruszyć za Ptakiem. Widać, i tym razem domysł nie zawiódł. Wieszczek szybował gładko między drzewami, przewodząc całej dywizji. W miarę pokonywanej odległości kniej poczęła się przerzedzać, by w końcu ustąpić wolnej przestrzeni. Lorelei ślizgnęła badawczym spojrzeniem po okolicy, z aprobatą przyglądając się misternemu kompleksowi skalnemu, którego poszczególne elementy układały się w odpływ jednej z rzek. Collie dostrzegła tu i ówdzie wyryte w litym kamieniu znaki, najprawdopodobniej runy, które w świetle porannej Zorzy mieniły się turkusem. Samica nigdy nie widziała podobnego azylu na terenach Sfory, toteż spróbowała zaszufladkować w pamięci skomplikowaną konstrukcję, której świetnie zgrane ze sobą elementy pozwalały wodzie napędzać nieduży wodospad. Lori podeszła bliżej, stawiając łapczyd na porośniętym blado-oliwkową trawą gruncie. Była na tyle inteligentna, by domyśleć się, że przesłona spadającej wody w połączeniu ze znakami i okolicznościami odnalezienia lokum musi coś kryć. Samka przystanęła na skraju bajecznie błękitnego oczka wodnego, do którego kaskadą wpadał wodospad. Koniec końców ruszyła przed siebie, zauważając, iż woda sięga ledwie połowy długości kończyn. Z determinacja zaczęła brodzić w przejrzystej substancji, by w końcu dotrzeć do celu. Serce Samiczki biło szybko, a roztętniona krew uderzała do uszu, zagłuszając szum wody głuchym pulsowaniem. Już, już miała ruszyć dalej, kiedy ściana spadającej wody rozstąpiła się, ujawniając przejście na kształt okręgu. Kamienny pierścień otaczający wejście do tunelu, pokryty był licznymi symbolami, w których - jak wcześniej - rozpoznała runy. Układały one napis;
  "Wspomnienia są jedynym rajem, z którego nie można nas wygnać"
      
    Tunel był ciemny, ciasny oraz śliski, przepełniony ciężką wonią wilgoci i stęchlizny. Lorelei podejrzewała, że musi być także głęboki. Obskurny korytarz nie zniechęcił Ją jednak do kontynuowania wojaży wgłąb skalnego wzniesienia, która prowadziła do.. Dokąd? Suczka zmarszczyła brwi, nie zwalniając kroku. Zastanawiała się przelotem, co w ogóle tutaj robi? Co, jeśli na końcu znajdzie ślepy zaułek i padnie ofiarą jakiegoś nieokiełznanego Zwierza? Ni stąd , ni zowąd uśmiechnęła się zawadiacko, czując narastającą adrenalinę. - Postanowiła zaryzykować. Nagle pośród jednolitych, egipskich ciemności pojawił się jaśniejszy punkt. Suczka poczuła przypływ niezrozumiałej euforii, poruszenia. Nie zważając już na co stąpa, ruszyła żwawym kłusem `w stronę światła`. Punkt zaś rósł w oczach, by w końcu można było zobaczyć w nim koniec tunelu. Samka zmrużyła powieki, gdy ostre światło podrażniło boleśnie oczy. Odczekała moment, aż źrenice przywykną do takowego natężenia światła, by stanąć w osłupieniu. `Co do..` Wymsknęło się Jej. Bystre, szaro-niebieskie ślepia chłonęły z podziwem obraz obszernej, kryształowej groty. Pieczara miała eliptyczny kształt, a całe jej wnętrze porastały płyty z opalizującego srebrem i bielą kryształu, który działał na zasadzie lustra. Wzrok podążał miarowo ku centrum Pieczary, gdzie usytuowana a została śnieżnobiała, płacząca wierzba, której lśniące wicie tonęły w mało przestronnym zbiorniku wodnym. Drzewo zdawało się pochylać, tudzież przeglądać się w jednolicie czarnych wodach stawiku. Borderka ocknęła się z nagła, potrząsając łbem. Zrazu ruszyła instynktownie przed siebie, zważając, by nie pokaleczyć łap niewielkimi, acz niebezpiecznymi skupiskami kryształów. Lori przystanęła nad ciemną taflą wody, a wtedy.. Z przerażeniem uznała, że traci kontrolę nad własnym ciałem. Mimowolnie zaczęła wchodzić do bajorka, które okazało się głębsze, niż sądziła. Samka opierała się rozpaczliwie niewoli, jednak czarna ciecz miarowo Ją pochłaniała. W końcu poddała  się, zaciskając mocno powieki, a Jej łeb znalazł się pod powierzchnią wody. A więc tak wyglądał koniec? Spytała sama siebie, czując, jak opada coraz niżej i niżej..

    Była sama.. Jedyna w bezgranicznej ciemności..; Niby metafizyczny półbyt, który nie doznał zbawienia. Czy to piekło? Umarła? Zadawała sobie w kółko podobne pytania, brodząc bezcelowo w mroku. Nagle przed Jej oczyma pojawił się obraz. Nadzwyczaj wyraźna, audiowizualna wizja; 
    Polana, kilka Psów zebranych wokół skały Przemówień, na której wygłaszała się pewna Postać. Dopiero po chwili rozpoznała weń samą siebie, a wśród tłumu znalazły się takie Osobistości jak Raegan, Vivian, Sathana.. Nawet Lena i Shadow. Niemal każdy był w coś zaopatrzony - jedni dzierżyli torby, rzemyki.. Inni woleli pozostać wolni od tego typu trosk. Lee zrozumiała, że wybierają się na wyprawę. Wszak tym właśnie się pławiła. Zaczęła rozmyślać nad wyprawkami, które pomyślnie zorganizowała.. Wtem wyrwał Ją własny głos.
- ...Droga do podziemi jest niebezpieczna, wymagająca nie lada odwagi i poświęcenia. Jeśli jednak chcemy dowieść swego, musimy wytrwać do samego końca. Ruszajmy! - Entuzjazm, jaki wywołały owe słowa przyprawił Samicę o uśmiech. Spoglądała teraz na sama siebie, dumnie przewodniczącą wyprawą. Niespodziewanie obraz zmienił się. Kolejne wspomnienie? Trudno było rzec..
    Nastało wczesne przedpołudnie, a na popielatym niebie krążyły wygłodniałe mewy. Lore zobaczyła skromną, drewnianą chatkę, osadzoną nad jakimś klifem. Tam, pośród wypłowiałych traw leżała przedstawicielka rasy Border Collie, co jednak dziwne, jedynym ruchem, na który było Ją stać, były agoniczne dreszcze. Lore przyjrzała się uważniej całej sytuacji. Sunia z wizji opatuliła swym ciałem szczenię, które nieświadomie koczowało łebkiem w futrze Matki, z której korpusu rozlewała się ciemno-szkarłatna posoka. Lorelei dostrzegła tam ranę po strzale. Owa dziwnie znajoma Samica szeptała coś do ucha Młodu.
- ...Pamiętaj, musisz być silna i bez względu na wszystko nie możesz się poddawać. - Uczyniła znaczącą pauzę, by złapać gorączkowo oddech. - ...Jesteś dobra, nieco zbyt arogancka,  potrafisz zachować zdrowy rozsądek.. - Kolejny, łapczywy dech. - ..Zdeterminowana w dążeniu do celu. Co jednak najważniejsze, potrafisz okazać serce.. - Zakasłała, a po Jej jasnej kufie spłynęła krew. - ..Bądź taka zawsze, a na pewno poradzisz sobie w świecie. - Ozwawszy się w te słowa, po raz ostatni liznęła Szczenię po łebku, po czym znieruchomiała. Wyzionęła ducha. Tu wizja urwała się, jakoby stary film.

    Lee poczuła ucisk w żołądku. Jedyne, czego teraz pragnjęła to wyjaśnienie. Właśnie wtedy doznała olśnienia... Niewinny szczeniak, który został sierotą przypominał Ją samą. Czyżby właśnie poznała skrawek swej historii? Na to wyglądało. Na myśl nasuwało się Suczce jedno pytanie; Dlaczego? 
Nie mogąc sprostać fali napływających emocji rozejrzała się w mroku. Zobaczyła wielkie wrota o uchylonym skrzydle, zza których biło przyjemnie ciepłe światło. Już miała przekroczyć ich próg, kiedy wszystko wokół zawirowało. 
    Borderka otworzyła gwałtownie ślepia. Dostrzegła w półmroku cienie skalnych półek, menzurek o przeróżnym kształcie i wielkości oraz wiele innych przedmiotów. - Znajdowała się we własnej Jaskini, podczas gdy nad terenami Stada Psich Serc wschodziła ognista tarcza Słońca. Wszystko, co wcześniej wydawało się tak realne, było zwykłym urojeniem.. Było snem. ~
___
Tak, oto moje opowiadanie na stanowisko Delthy. 
Powiem Wam szczerze, że na początku miało wyglądać zupełnie inaczej, no ale cóż.. Nie mam już siły tego poprawiać.
I hope you like it
-
Zastrzegam sobie prawa autorskie do tego opowiadania!.  

Zadanie na Delthę.+historia Mawi

Nad niesamowitym terenem Stada Psich Serc wschodziło słońce. Słabe, aczkolwiek dodające otuchy promienie słoneczne nieśmiało wyłaniały się zza chmur. Tak, zaczynał się nowy dzień. 
Ciemnooka suczka rasy Golden retriever spacerowała spokojnym krokiem po tej majestatycznej krainie. Zmierzała ku jednemu z jej ulubionych miejsc, Jeziora Dusz. Goldenka napawała się radością z dawno nie widzianych promieni słońca, nadchodzącej wiosny i rozpoczynającego się dnia, który był dla niej szansą na kolejne piękne przygody.
Zanurzyła łapy w zimnej wodzie jeziora. Niska temperatura wody wcale jej nie przerażała. Dodawała jej jakby energii i chęci do życia. Idąc wzdłuż jeziora zastanawiała się nad ważnym pytaniem. Dlaczego tym razem mieliby ją wybrać na Deltę i co mogłabym zrobić? Nie zatruwała sobie tym pytaniem życia, ale nie mogła przestać o tym myśleć. Niedługo nadejdzie dzień, w którym to zapadnie decyzja o wyborze dwóch osób na dwa odpowiedzialne stanowiska. Pytań nasuwa się bardzo wiele. Dlaczego? Po co? Co zrobię? Czy mam szansę? Czy mi ufają? Wymieniać można jeszcze bardzo wiele pytań. Poza pytaniami dotyczącymi wyborów nasuwały się jej różne marzenia na przyszłość. Mawi już taka była. Lubiła czasem uciec w krainę marzeń, gdzie wszystko było poukładane i proste. martwiła się o swoją córkę, Yuki, która bardzo przeżyła rozstanie z ojcem. od tamtego czasu Goldenka próbowała dotrzeć do córki i zawsze głęboko zastanawiała się co może zrobić jako kochająca matka, a jednocześnie jako dorosła suczka.
Samica spojrzała na słońce. Znając czas, w którym to jej pociechy lubiły wstawać, postanowiła wrócić do jaskini.
Goldenka wróciła w samą porę. Szczenięta właśnie wstawały i chociaż były już na tyle dorosłe aby sobie poradzić, kochająca matka uwielbiała witać ich w kolejnym nowym dniu. Dzień zaczynał się normalnie, pytaniem "Jak się spało?". Tymczasem Lucky zadał jej pytanie, którego najwyraźniej się nie spodziewała.
-Mamo, jak to się stało, że dotarłaś do SPS?-zapytał malec. Mawi przez chwilę milczała, ale po chwili uśmiechnęła się ciepło do syna i rzekła:
-Cóż, sam moment odnalezienia tego stada nie byłby nadzwyczajny, gdyby nie to, co przeżyłam już wcześniej.-Tutaj na chwilę przerwała. Jej słowa spowodowały ogromne zaciekawienie i fascynację wśród szczeniąt. Grzech byłoby im teraz nie opowiedzieć wszystkiego.-Otóż tak, nie znam dokładnie swojego pochodzenia. Byłam bardzo mała kiedy zostałam sama.
-Sama?-zapytały maluchy ze zdziwieniem.
-Twoi rodzice Cię zostawili?-zapytała cichutko Yuki.
-Nie mam pojęcia co się z nimi stało. Czy mnie nie chcieli, czy zaginęli. Początkowo zastanawiałam się nad tym, ale później zostawiłam tę myśl. Czekałam na nich przez kilka dni. Później ruszyłam w drogę. Kilkukrotnie wracałam w tamto miejsce, ale nie pojawiali się.
-Zostawili tak jak tata nas...-przerwało jej szczenię rasy husky.
-nie kochanie-odpowiedziała do córki.- Dobrze wiesz, że tata na pewno was nie zostawił. Podobnie jak ja, nie wiecie co się z nim stało i czekacie na niego.-powiedziała nie zrzucając uśmiechu. Było jej żal, bo dokonywała wszelkich starań, by jej maluchy nie miały dzieciństwa podobnego do początków życia Mawi.
-I nigdy ich nie widziałaś?-Lucky spojrzał na nią spuszczając uszy.
-Niestety nie, ale kto wie, może jeszcze gdzieś są, może dopisze mi szczęście i znajdę ich kiedyś. W każdym razie musiałam żyć dalej. Do miejsca moich narodzin przybywało coraz więcej obcych psów. Postanowiłam z bólem serca pożegnać się z tamtą krainą i wyruszyłam samotnie w poszukiwaniu jakiegoś stada. Nie miałam szczęścia. Trafiałam do różnych stad. nie pamiętam wszystkich nazw. przerzucano mnie z łap do łap. Nigdzie nie zagrzałam miejsca. tak spędziłam dzieciństwo, odrzucona przez wszystkich, samotna goldenka.-Maluchy z zaciekawieniem słuchały jej historii. Ku zdziwieniu Mawi, Yuki bardzo wczuła się w opowiadanie. Szczenięta poganiały ją słowami "A co było dalej?". Z uśmiechem na pysku kontynuowała historię.-Byłam nieco starsza gdy całkiem porzuciłam tamte tereny. Pobiegłam dalej szukając nowego stada. Pomimo wszystkich wydarzeń nie traciłam nadziei na to, że gdzieś na świecie będzie dla mnie miejsce. Pewnego razu trafiłam tutaj. W sumie chciałam zostać tylko trochę, wylizać niewielki rany, odpocząć trochę. Jakoś jednak się stało, że zostałam tutaj. W końcu poznałam waszego ojca, pojawiliście się wy.. a dalej już sami wiecie.-Szczenięta spoglądały na nią. Raczej nie spodobało im się to, że historia dobiegła końca, ale wciąż dopytywały jakichś szczegółów.-Ej, jeśli wam opowiem wszystko teraz to nic nie zostanie na później.-zauważyła dorosła samica.
-Ale super!-zakrzyknął Lucky.- Niedługo nasza mama zostanie Deltą!-powiedział z radością Lucky. Mawi zaśmiała się i spoglądnąwszy na syna dodała:
-No wiesz, Na deltę startują jeszcze 3 inne psy, które mają takie same szanse jak i ja.-Szczenię jednak wiedziało swoje. Lucky odziedziczył po matce nie tylko wygląd, ale także tzw. "cholerny optymizm".
I ta minął jej poranek. Mawi cieszyła się, że jej córka zaczyna poznawać świat, przed którym przez długi czas starała się ukryć. Lucky pobiegł bawić się z innymi szczeniakami, a Yuki została z matką i zapytała:
-Czemu zgłosiłaś się na Deltę?
-Hm..-zamyśliła się przez moment.- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Dobrze wiesz, że ja i Lucky jesteśmy osobami, które chętnie poznają świat i dają sobie nowe wyzwania. Wybory na Deltę są właśnie takim wyzwaniem. Kiedyś, zanim jeszcze się urodziliście próbowałam zająć to stanowisko, ale nie udało mi się. czemu więc nie próbować znowu? Z resztą mam kilka pomysłów na to, co zmienić w tym stadzie.
-Zmienić?-zapytała sunia.
-Kiedyś to stado było inne, wszyscy mieli do siebie jeszcze więcej miłości niż teraz. Jak to zmienię? Jeszcze nie wiem. Najtrudniej zmienić siebie i kogoś innego. Możesz zmienić wszystko co Cię otacza z łatwością, ale żeby zmienić samą siebie i innych potrzeba o wiele więcej pracy.-Sunia spojrzała w ziemię. Podobnie jak jej matka głęboko się zastanawiała. Z tą różnicą, że dorosła Mawi myślała jak zmienić stado, zaś Yuki planowała zmianę samej siebie.
Mawi wyszła na spacer, zostawiając córkę samą ze swoimi myślami. Powędrowała na łakę. O tej porze nie było tam wielu osób.
Goldenka zastanawiała się cały czas co zmienić w stadzie. Co zrobić aby było lepiej?
Niebo przykrył już granatowy płaszcz przystrojony lśniącymi gwiazdami. Nocny latarnik- księżyc oświetlał drogę. Mawi postanowiła, że nawet jeśli nie zostanie Deltą to pomoże stadu i zmierzała ku stadu aby przedstawić wszystkim swoje propozycje.
Goldenka wdrapała się na skałkę, gdzie ogłaszano wszystkie wiadomości. Gdy wokół niej zebrała się już znaczna część stada, postanowiła zaczynać Wzięła głęboki oddech i zaczęła.
-Cześć wam.- przywitała się z uśmiechem.- Dobrze wiecie, że niedługo są wybory i chciałam wam, członkom stada, jak i przyszłym osobom, które będą pomagać w tworzeniu stada, przedstawić moje pomysły. Po pierwsze, chciałabym zażegnać te bezsensowne kłótnie i dyskusje, Nie złośćmy się na siebie, jeśli ktoś nie zgadza się z naszą opinią. I nie wmawiajcie mi, że tak nie jest. Obrażanie się za wymienienie imienia osoby, której akurat się nie lubi i za to jakieś obrażanie się? Nie bądźmy szczeniakami tylko zachowujmy się doroślej. Każdy wie, że trzeba szanować siebie nawzajem i zdanie każdego, to się wmawia już od dziecka, ale jak mówią "Czemu to widzisz drzazgę w oku bliźniego, a we własnym oku belki nie dostrzegasz?". Tak, robimy to nieświadomie, ale przypomnijcie sobie co niektórzy jak było kiedyś. Wszyscy ze sobą współpracowali, a teraz się podzieliliśmy w dziwny sposób. Bądźmy tacy jak dawniej! Zapomnijmy o krzywdach jakie sobie wyrządziliśmy i spróbujmy na nowo. W końcu wiecie, nowa Betha, nowa Deltha to i zacznijmy od nowa? Stwórzmy nowe relacje. Dzisiaj, w tym miejscu uroczyście wam obiecuję, że każdemu ze stada zapominam krzywdy i winy jakie mi uczynił, a jeśli kiedyś o tym zapomnę to mnie bić po łapach!
Może i jestem nieco dziwna, bo nie odpuszczam, bo dla mnie honor, "rycerstwo" i rodzina są wciąż bardzo ważne i nie dam poniżać ani siebie ani swoich przyjaciół! Nie jestem ustępliwa, ale moim zdaniem każdy, kto chce chociażby próbować coś zmienić, musi być nieustępliwy i nieuległy. Tyczy się to każdego. Osobom z hierarchii wyższej, z Rady Starszych, ale także wszystkich! Stado nie musi być prowadzone tylko przez RS i Alphę. Każdy z was może to stado zmienić, bo to my je tworzymy! Wszyscy, każdy z nas jest częścią stada! Dlatego też chcę prosić szanowną Radę Starszych i hierarchię wyższą, aby o wszystkim co ma być wprowadzone do stada informować. Nie tylko napisać, że to już jest i macie się cieszyć albo sobie iść. Tylko może w niektórych kwestiach dać się wypowiedzieć, pozwolić coś wprowadzić.
Chcę być Delthą, bo chcę pomóc każdemu z was. Nie dzielmy stada jako władca i poddani. Bądźmy równi sobie!-Było późno, a suczka czuła się zmęczona całym dniem. Uśmiechając się do wszystkich dodała tylko.-Za wszystkim przykrości jakie wam wyrządziłam... przepraszam. Zapomnijcie mi tego, a jeśli coś źle robię to mi powiedzcie. Ja jestem tylko prostym psem, jak każdy z nas, ale jednocześnie jestem dumna, że mogę nazywać się członkiem tego stada.-Mawi ukłoniła się przed wszystkimi, zeszła ze skały i wróciła do jaskini.

_______________________
Notka długa, jeśli ktoś ją całą przeczytał to brawo. Nie mam ostatnio weny twórczej do takich rzeczy, więc przepraszam za wszelkie błędy. Postanowiłam opisać tutaj także historię Mawi, bo każdy wolałby chyba wiedzieć co nieco o postaci, która ma zamiar zostać Delthą.

Mam kilka pomysłów i nawet jeśli nie zajmę tego stanowiska to chciałabym przedstawić wam moje propozycje.
1. Poczta
Każdy z nas ma jakieś zażalenie do kogoś albo odważne zdanie na temat jakiegoś postępowania. Jednak nie wszyscy mają odwagę powiedzieć to prosto w twarz. Mam więc pomysł aby wprowadzić pocztę, na którą każdy może wysyłać swoje zażalenia, problemy itd.. Może być podpisane, może anonimowe. Co jakiś czas osoba prowadząca mogłaby umieszczać ciekawsze e-maile na blogu, np. raz w miesiącu. Wtedy dowiemy się tego, co myślą członkowie naszego stada.

2. Jak już wspomniałam w notce. O przyjmowaniu kogoś do RS najlepiej informować stado. Nie kiedy już są wybrane osoby, ale przedstawić kandydatów i zapytać czy stado zgadza się na to. Wtedy będzie sprawiedliwie, bo przecież każdy ma równe prawa, tak?


Ogółem mogłoby być więcej jakichś konkursów i wypraw. Ostatnio coraz mniej widzę gry na chacie. Przeważnie kończy się na powitaniu, czasem nawet się nie zaczyna tylko wszyscy albo offtopują, albo nic nie piszą. Sama czasem offtopuję, każdemu wolno, ale bez przesady. ^^'


Co mogłabym powiedzieć jeszcze o postaci Mawi, żebyście wiedzieli jaka ona jest... na pewno jest optymistą, jest nieustępliwa w ważniejszych sprawach, lubi sobie pożartować, nie lubi chamstwa i kłótni. Co by tam jeszcze. Stara się być dla wszystkich miłą i przyjacielską, każdemu pomagać. I mam wrażenie, że jest o wiele bardziej konkretna[mówić prosto z mostu, nie owijać w bawełnę] niż ta notka. Rozpisałam się, ale na niskim poziomie, miałam lepsze zamysły, przepraszam. Zawsze możecie na mnie liczyć, wiecie, żę często bywam na chacie, a na GG jestem prawie 24h/na dobę. 
Jeśli przypomni mi się jeszcze coś, co dla stada będzie polepszeniem to na pewno was poinformuję.
Chciał jeszcze życzyć wszystkim uczestnikom powodzenia.
W sumie uczestnikom i osobom, które mają zamiar przeczytać ze zrozumieniem tą notkę.



EDIT!
Zapomniałabym! Przecież 1. marca Rebekah obchodzi urodzinki. Przepraszam, że zapomniałam. Życzę wszystkiego dobrego, zdrowia, szczęścia, dużo optymizmu, przyjaciół, miłości, szczeniaków czy czego tam jeszcze sobie zażyczysz!

Opowiadanie na Delte.

   Nirvena przez całą noc nie mogła spać, dręczyło ją jedno i to samo pytanie: Dlaczego wzięła na siebie taką dużą odpowiedzialność starając się o miejsce w hierarchii Władzy jako samica Delta? Nadszedł poranek, ona dalej nie znała odpowiedzi na nurtujące ją pytanie. Postanowiła się przejść, przejść się gdzieś daleko, gdzie będzie miała spokój i czas do myślenia. Miała zamiar nieco odpocząć od licznego towarzystwa.

     Wybrała się na wschód, na najbliższe miejsce granicy Stada Psich Serc. Kiedy odeszła już jakieś 2-3 kilometry od stada ogarnął ją lekki niepokój, nie znała tutaj nikogo, a w krzakach mogą ukrywać się przeróżne niebezpieczne stworzenia. Przed przejściem przez rzeke zawahała się. Nirveno? Co się dzieje? Przecież podobną rzeke przechodzisz zawsze idąc z jaskini na polane. Czegóż się bać? Jednak instynkt nie pozwalał przejść przez wodę, suczka wzięła to jako koniec swojej wyprawy na tereny nieznane, za tereny SPS. Położyła się przed taflą wolno płynącej cieczy, spojrzała w swoje odbicie, które było lekko zdeformowane przez ruch wody. Po kilku sekundach w odbiciu zobaczyła obok siebie swoją matkę, którą ledwo pamięta, bo znała ją tylko ok 5-6 miesięcy od narodzin. Jednak po tak długiej przerwie bo jakieś 2,5 lat poznała ją od razu, starsza już samica uśmiechnęła się so Nirv.

-Nirveno... Masz jakiś problem? Widzę po Twoich oczach, że nurtuję Cię jakieś ważne pytanie...

   Przemówiła delikatnym głosem, Nirv została dobrze wychowana dlatego nie chciała odpowiadać do marnego odbicia w tafli wody. Odwróciła się tam gdzie powinna stać suczka jednak nikogo tam nie zastała, odbicie było złudzeniem?

Najwidoczniej...

Może to i było tylko złudzenie ale zatęskniła za matką, za rodziną, za szczenięcymi, pięknymi latami...

    Na gałązi pochodzącej z drzewa rosnącego tuż przy brzegu rzeki siedziała duża, biała sowa. Spojrzała na białą jak bezrozumny ptak na inteligentnego psa. Suczka wiedziała, że już nie zobaczy matki, spóściła łeb, a z jej policzka poleciała gorzka łza tęsknoty. Nagle sowa lekko usmiechnęła się do suczki i powiedziała głosem starszego psa, którego dopiero widziała w tafli wody.

-Morttifiero de Vestro...
-Nie wymawiaj tego imienia! Ono już dla mnie nie istnieje!
Krzyknęła zdenerwowana, młoda suczka nie chciała by złe wspomnienia powróciły do niej, to jak ją traktowano, to kim była...
-...Vestroyo.-Sowa dokończyła już prawie szeptem, wtedy z oka suczki poleciały następne łzy.
-Czemu tu jesteś? Co tu robisz? Kim ty w ogóle jesteś?-wyduszając słowa nawet nie spojrzała na ptaka, dobrze znała odpowiedzi na zadane przez nią samą pytania.
- Przecież wiesz... Nie chcę się narzucać ale widze, że potrzebujesz pomocy, służę. Opowiedz wszystko... -Uśmiechnęła się ciepło.
Nirv zawahała się przez chwilę, co jeśli to jest oszustwo? To nie są tereny stada więc tutaj moze zdarzyć się wszystko, ale skąd obca osoba mogłaby znać jej dawne, prawdziwe imię? To odsunęło od niej wszelkie wątpliwości. Uniosła łeb i lekko uniosła kąciki warg w niepełny uśmiech.
-Należę do stada, kochającego stada i zglosiłam się do wyborów na Delte i chciałabym wiedzieć czy słusznie postąpiłam...- mruknęła jakby nieco zawiedziona swoją postawą. Sowa przybrała poważną minę.
-Wiesz jaki to obowiązek? Nie jesteś już szczenięciem i wierze, że dasz sobie radę w każdej sytuacji lecz nie jestem pewna czy jesteś tego świadoma...
Biała zamyśliła się przez chwilę spuszczając z niej wzrok.
-... przejdźmy się. -Kiwnęła swoją ptasią główką w strone suczki i usiadła na jej grzbiecie. Nirvena lekko wzdrygnęła kiedy na ciele nie poczuła ciężaru ptaka lecz zaraz ta myśl umknęła z jej głowy. Ruszyła w drogę powrotną, w stronę terenu należącego do stada. Nirvena zaczęła opowiadać.
-A więc zgłosiłam się do wyborów, wtedy miałam tę odwage, teraz nie wiem czy wogóle uda mi się przejść... Mam kilka pomysłów, na przykład więcej zabaw, wypraw, konkursów.. -Zaśmiała się -Oczywiście najlepsze pomysły przychodzą niespodziewanie dlatego nie wiem co wymyśle jutro, co za tydzień, co za miesiąc dlatego nie będe o tym teraz opowiadać... -Sowa kiwnęła główką.
-Może masz jakiś cel? W końcu nie wszyscy przychodzą i zapisują się do stada aby się nie nudziło... -Suczka zamyśliła się przez chwilę, cel? Nigdy tak o tym nie myślała.
-Należąc do rodziny nie mam jednego celu, wątpie abym ja go miała, może to, aby wszyscy byli szczęśliwi?
Nirvena stanęła pod drzewem wiśniowym, na jego gałązkach jeszcze trzymały się zeschnięte, różowe kwiatki, które powinny już dawno spaść i dołączyć do organicznych składników gleby, by pod śniegiem się rozłożyć.
Suczka spojrzała w góre, by obserwować ciemno-różowe, suche kwiatki. Nie minęła sekunda, dwie, a Sowa usiadła na gałęziu owego drzewa. Roślina miała szeroko rozłożone gałęzie, mocno zdartą korę i miejscami połamane wystające korzenie.
Chłodny, łagodny wiatr w końcu strącił kwiatki z gałązek, suczka spojrzała jak poruszane delikatnie przez wiatr szybują nad całą okolicą, słońce przedarło się przez grube chmury, a śnieg zaczął powoli topnieć.
-Jesteś pewna, że tego właśnie chcesz? Że podołasz temu zadaniu? -Sowa nieco posmutniała, westchnęła ciężko jakby chciała w końcu wydusić z siebie długo ukrywane słowa.
-Jestem pewna, jestem tak zdeterminowana, że mogłabym teraz nawet powiększać tereny stada ale wiemy, że to narazie niemożliwe.-Gdy Nirv zobaczyła reakcje ptaka spojrzała na niego zaciekawiona, uśmiech od razu znikł jej z pyszczka.
-Nirvena, jest coś co powinnaś wiedzieć już od dawna... -Suczka przerwała jej.
-O czym wiedzieć? -Zrobiła nieco przerażone oczyska uciszając się.
-... w okolicy widziałam Twojego brata. -Mruknęła po czym spóściła głowę.
- Mam brata... Mam brata? Tutaj?! -Ucieszyła się, nigdy nie miała większych kontaktów z rodzeństwem, a raczej wcale nie miała kontaktów z nimi.
-Masz ale... -Sowa nie dokończyła, gdy suczka pędem ruszyła przed siebie, biegła długo coraz bardziej oddalając się od stada, nie myślała o sowie, o nieznanych terenach, miała mętlik w głowie. Po długim biegu zorientowała się, ze jak głupia pobiegła szukać brata nawet nie wiedząc gdzie teraz przebywa. Westchnęła zła na siebie, usiadła pod najbliższym drzewem i przez chwile obserwowała patyka leżącego przed nią, był połamany i suchy, lecz jedna rzecz przyciągnęła jej uwagę. Malutki, zielony listek mocny trzymał się gałązki, było to trochę dziwne, ale od razu jakby coś w niej błysnęło, płomyk nadzieji. Wstała i zaczęła się rozglądać. Stado znajdowało się na zachód, kilka podmuchów wiatru i już mogła się mniejwięcej zorientować w którą strone dojść do domu. Przez minute stała wpatrzona w jeden punkt na drzewie oddalonym od niej o kilka metrów, poruszyła uszyma i szybkim krokiem maszerowała w strone cichego dźwięku jaki wcześniej usłyszała.

Nie minęły 4-5 minut a sunia już siedziała w kraku obserwując śpiącą parę przy wejściu do jaskini, był to biały pies i kremowa suczka. Nirvena od razu poczuła znajomość jej i samca. Uniosła łeb nad gałęzie krzaków nieco przy tym szeleszcząc. Pies od razu otworzył ślepia, widząc białą suczkę a przynajmniej jej łeb przez chwilę z poważną miną patrzył na nią, pogrążył się w namyśle jednak nie budził partnerki. Kiedy na pyszku Nirv zagościł ciepły uśmiech ten od razu sobie coś przypomniał, skinął lekko łbem, jego wargi uniosły się lekko w postaci uśmieszka. Nirvena od razu by się na niego rzuciła witając duszącym uściskiem. Powstrzymał ją fakt, iż obok śpi jego ukochana, nie chciała psuć tej chwili więc powoli sie wycofała. Znała prawdę, ma brata, jest on szczęśliwy i zdrowy, nic więcej jej nie trzeba.

Po godzinnej wędrówce w końcu dotarła na tereny stada. Nikt nie wiedział o jej podróży dlatego wszyscy ją przywitali ciesząc się, że wróciła cała i zdrowa. Daredevil podbiegł do niej i przytulił nieco zdenerwowany, że tak poszła bez słowa a jednocześnie szczęśliwy, że nic się jej nie stało. Nirvena zaczęła przemawiać do zebranych.
-Dzisiejszego dnia przeszłam granice stada. -Tutaj po niektórych minach można było dostrzec lekki strach, u niektórych mały podziw, kontynuowała wypowiedź.
-Jak na pewno wiecie startuje w wyborach na Delte. Mam nikłe szanse. -Zaśmiała się.- Postaram się aby w stadzie panowała miła atmosfera, więcej wypraw, zabaw, imprez, konkursów jak najbardziej wskazane. -Uśmiechnęła się do zebranych.-Nie powinnam mówić szczegółów, w końcu chyba nie tylko ja lubie niespodzianki. Jestem miłą i przyjazną suczką, zawsze chętnie pomagam innym i można na mnie polegać. Jeśli chodzi o sprawiedliwość, żetelność i sumienność to te cechy dobrze mnie opisują. Co ja będę ględzić o sobie, myślę, że większość wie jaka jestem. Mam nadzieję, że może uda mi się choć w pewnym stopniu zebrać kilka głosów. -Ciepłym uśmiechem zakończyła swój monolog, kiwnęła lekko łbem do zebranych i poszła przed siebie.