środa, 30 stycznia 2013

Przez ciernie do gwiazd .II `` Historia Sathany cz. II


Tak blisko a równocześnie tak daleko.

Ile to tak wędrowała...? Ile minęło czasu, odkąd jęła biec, biec nei zważając na ból, głód czy pragnienie? Nei wstrzymała kroku choćby na postój dla upicia łyka wody, dla polowania. Biegła bez przerwy mimo bólu w łapczydłach. Czego tak poszukiwała? Po co w ogóle tak biegła...? Co to miało Jej dać? Ale nei zastanawiała się nad podobnymi rzeczami. Trwała w swych bezcelowych poszukiwaniach, swej bezcelowej podróży. W końcu jednak łapy postawiły wolniejsze kroki, z chwili na chwilę tempo Jej stąpania było coraz to powolniejsze. W końcu stanęła. Wstrzymała kroku, wpatrując się pustym spojrzeniem brązowych patrzałek w swoje ubłocone, obolałe i drżące łapczydła. W końcu nie utrzymała się i padła na suchą glebę, wodząc wzrokiem po okolicy. Znalazła się poza lasem, opodal jego skraju - ledwo kilkanaście metrów. Dalej szumił strumyk, stało jezioro, a wokół rozciągały się łany wysokich liści trawy. Gdzieniegdzie trafiło się drzewo o rozłozystej koronie, rzucając cień na dalsze kilkanaście kroków, tudzież trawę barwiły kwiaty różnorodnej kolorystyki. Promienie Słońca oświetlały to wszystkie - przepiękny widok ukazał się ślepiom kundlicy. Nad głową posłyszała ptasi trel, wyczuła delikatny powiew chłodnego, wiosennego wiatru. Ich półkula globu budziła się do życia po zimowej udręce. Zachęcona przez przyjazne ptaki, uniosła powoli kufy, wodząc wokół zachwyconym spojrzeniem. W oddali dostrzegła nad niewielkim zbiornikiem słodkiej wody stadko saren i jeleni, na drzewach skrywały się rude wiewiórki, tudzież za pniami chowały się lisy czy gdzieniegdzie czaił się wilk. Różnorodność obcujących tu zwierząt była równa gatunkom roślin. Gdzieś po boku zagrał świerszcz. Na Jej nosie usiadł motyl. Wygięła warg w pogodnym, lecz słabym uśmiechu. Ten przepiękny, radosny widok dodał Jej sił do dalszej wędrówki - lecz wpierw przydałoby się zapolować i zaspokoić pragnienie. Powoli podniosła się na chwiejne łapczydła, uniósłszy kufy, by zawęszyć. Słońce przy tym oślepiło momentalnie ślepia suczki, których powieki musiała opuścić mocno w dół. Zaraz jednak schyliła pyskowia. Stado rogaczy znad jeziorka ulotniło się z owych okolic przed kwadransem, gdy to jeszcze leżała i zachwycała się pięknem natury. Rozejrzała się wkoło - nigdzie w pobliżu podobnego nie było. Chociaż... coś mignęło suczce w oddali, znów i zaraz znów. Tak! To muszą być zapewne spłoszone przez jakiegoś wilka nieparzystokopytne. Zignorowała ból łapczydeł, głód wziął górę. Z początku nieco w śliamczym tempie dążyła w owym kierunku, lecz zaraz przeszła do truchtu i zaraz już biegła, ile sił w kończynach ku celowi - mały zagajniczek, gdzie wylegiwały się w cieniu trzy sarny i rosły jeleń. Wstrzymała kroku, skryta w wysokiej trawie, w dodatku - tak na wszelki wypadek, za pniem drzewa. Po krótkiej chwili czajenia się, schyliła kufy, zmrużyła ślep, przycupnęła, kierując się na ofiarę - dorodnego jelenia. Zaraz odbiła się od gleby i obnażywszy kłów, skoczyła w jego stronę - w ostatniej chwili złapała za boki rogacza i wspięła się na grzbiet, przy okazji pazurami tnąc po mięśniach, rozdzierając skórę. Spłoszone sarny odbiegły, lecz jeleń w koncu padł martwy, przy czym suczka uskoczyła w ostatniej chwili, nim ten wylądował na glebie. Przez moment stała, wpatrzona w kałużę krwi, która w powolnym tempie wsiąkała w glebę. Kwiaty zabarwiły się szkarłatnym posoczem. Przymrużyła ślep i odetchnęła, po czym zabrała się do posiłku.
Była na tyle głodna, iż zjadła prawie całego rogacza. W każdym bądź razie jeszcze troche pozostało, więc skryła resztki w wysokiej trawie u stóp najbliższego drzewa. Powiodła brązowymi patrzałkami po okolicy, by móc ponownie, tym razem na nieco bardziej trzeźwy umysł ocenić swoje położenie. Jednakze owe łęgi nie przypominały suczce za nic jakiejkolwiek znajomej Jej lokacji. Westchnęła cicho, spuściwszy kufy. Skrzywiła się nieznacznie, odczuwszy nagły ból w prawej łapie. Nie wytrzymała go w tym momencie, wciąż była osłabiona po długiej wędrówce. Ułożyła się więc, oparta grzbietem o pień drzewa. Usadowiła kufę pomiędzy łapczydłami, prawą ułożywszy w swobodnej pozycji tak, by ból zelżał. I pochłonęła Ją senna nicość.
Spała dość długo, jak na Jej gust. Uchyliwszy ciężkiej prawej powieki, przed sobą dostrzegła jedynie ciemność przeciętą jedynie przez srebrzyste punkty na nieboskłonie zwane gwiazdami. Księżyc będący w pełni skrył się za gęstymi chmurami. Uniosła łba i odetchnęła. Chcąc wstać, odruchowo dźwignęła się na prawą łapę, lecz zaraz z Jej gardzieli wydobył się nagły i donośny jęk bólu. Utraciła wnet równowagę i sturlała się z niewielkeigo pagórka, na którym leżała. Wylądowała na prawym boku z prawym łapczydłem wygiętym niefortunnie pod dziwnym kątem. Powieki oraz kły miała zaciśnięte. Nie dziwne, dla Niej podobny ból fizyczny to nowość. Przed tym zawsze była chroniona, nie jednakże przed psychicznym. Ktoś obcy w każdym razie mógłby uznać Ją za rozpuszczoną sukę, która płakałaby po złamaniu obcasa, gdyz tak to wyglądało. Jednakże aksamitny głos, który nad sobą posłyszała nie posiadał w sobie brzmienia kpiny czy jakiegokolwiek żartu. Wyczuła weń głębokie zmartwienie i ból. Odkryła brązowych patrzałek nieznacznie, by przyjrzeć sie bliżej... nie powiem, że "nieznajomemu". Powieki poszły jeszcze wyżej, źrenice ulokowane zostały w dwukolorowych ślepiach basiora siedzącego nadeń. Poruszyła wargami, lecz nie zdołała początkowo wydobyć żadnego dźwięki. Po krótkiej chwili jednak wykrztusiła z siebie to jedno słowo.
- ...ojcze...

Życie nie jest usłane różami. Każdy kiedyś poczuje, co to ból.

Wiersz na LO

( Podobny jest do przemówienia na scypie z okazji smierci SPS )

Stado Psich Serc

SPS to stado kochających psów .
SPS to stado dla karzdego psa który szuka domu , szczęścia , miłości . 
SPS To stado dla psów od urodzenia , aż po krańce starości . 
SPS to stado duże , miłe , wspaniałe. Ma tak samo swoje złe strony których jest bardzo mało jak i te dobre co ich jest w nieskończoność.
SPS to stado które NIGDY nie upadnie , NIGDY się nie podda w kryzysowej sytuacji . 
SPS to stado wyjątkowe które nie jest w stanie innych stad zastąpić.
SPS to stado które można spotkać raz na 1.000 innych stad. (lub i więcej )
SPS to stado wyróżniające się od innych .

  1. Allex.

Carmell la Devon - Moja historia - cz. 1


Witam.
Więc postanowiłam ,że napiszę opowiadanie,ale żeby sobie nie myśleć. Obiecany rysunek jest tylko skaner się zepsuł :c Ale wydaje mi się ,że będzie na tego waszego 5 lutego.

 ~

Obudziłam się w swojej norze , przy moich dwóch braciach i jednej siostrze.Leżała obok także matka,Colorado.Gdy moje ślepia zaczęły się otwierać moja rodzicielka uśmiechnęła się. Zaczęłam poruszać małymi pokracznymi wtedy łapkami.
Matka zaśmiała się.Widziałam ,że reszta rodzeństwa też się budzi.
-Gdzie jest tata?-Zapytałam.
-Na polowaniu kochanie.-Matka odparła.
Tak.Mowa była o moim ojcu.Moim całym sensie życia za szczeniaka.Disney-to było jego imię.Byłam jego kopią.Z cech matki nie miałąm prawie nic , byłam odbiciem ukochanego ojca.Kochałam go wtedy najmocniej. Nigdy nie przestawałam.Około pół godziny później ojciec wrócił z dwoma szarakami w zębach i uśmiechnął się do mnie prezentując swój ubrudzony od krwi komplet kłów.Zaśmiałam się i wstałam przyjmując pozycję do zabawy. On wnet puścił zające i zaczął się ze mną bawić.Byliśmy tak jakby podzieleni jeśli chodzi o zamiłowanie do któregoś z rodziców. Moja druga siostra - Roxanne była córeczką mamusi jak i mój brat - Lotus. Natomiast ja i Darko - mój drugi brat , ulubiony - kochaliśmy ojca. W sumie to pasował nam ten podział. Jednak matka chciała przebywać ze mną i Darko więcej czasu. Nie lubiłam jej. Szczerze. I wydaje mi się ,że mój brat też. Po chwili cała nasza rodzina zabrała się za śniadanie. Ja jak zwykle prawie nie tknęłam. Nie lubiłam jeść,byłam chuda jak patyk.Wyglądałam co najmniej dziwnie.
-Gdzie mnie dzisiaj zabierzesz?-Zapytałam ojca gdy skończyłam posiłek.
-Hmm..a gdzie by moja mała chciała dziś iść co?-
-Wodospad.-Powiedziałam i uśmiechnęłam się.
Ojciec bez chwili zastanowienia ruszył w kierunku zbiornika wody. Ja i Darko podreptaliśmy za nim.
Gdy dotarliśmy rzuciliśmy się z bratem na płytką wodę i poczęliśmy się bawić.Ojciec ułożył się miękko na jednej ze skał. Widać było ,że czuł nie pokój.Słusznie. W jednej chwili zza krzaków wyleciał masywny ryś. Disney rzucił się na niego ,a my wylecieliśmy z wody jak dzicy i schowaliśmy się za skałą.Ojciec walczył zażarcie z dużym kotem. Ten jeden ruch przeciwnika ,jedno kłapnięcie jego kłami. Mój ojciec leżał martwy na ziemi. Krew lała się z jego szyi. Osłabłam na duchu. Nie uwierzyłam w to. Mój brat nie wytrzymał i podleciał do rysia kłapiąc małymi szczękami. Ten załatwił go jednym ruchem łapy. Dwie najważniejsze osoby w moim życiu padły bezradnie. Po chwili ryś również padł zmasakrowany. Ja jedna , czteromiesięczny szczeniak wilka arktycznego, byłam sama wśród trzech martwych ciał. Podbiegłam do martwego ciała ojca. Położyłam się przy nim. Trwałam tam całą noc. Gdy obudziłam się następnego poranka zaczęłam rozmyślać. Tyle nieszczęścia stało się jednego dnia. I to przeze mnie. To ja chciałam iść nad wodospad. Zawyłam donośnie. Zdjęłam z szyi mojego ojca różaniec ,który zawsze przy sobie miał i zawiesiłam na swojej. Podeszłam również do brata. Musnęłam jego czoło jęzorem. Odbiegłam. Ostatni raz spojrzałam na moich dwóch dzielnych panów. Moje oczy zapełniły się łzami. Uciekłam w gęstwiny.

 ~

Tak. To na tyle. Zrobię jeszcze drugą część za tydzień.

Dziękuję za wysłuchanie chociaż 1/10 mej historii. 
-Samka wymusiła uśmiech i uciekła w las zaciskając powieki.-

Kochać i nienawidzieć jednocześnie, jak to możliwe?

Następny dzień. Zrobiłam sobie popołudniową drzemkę jak na codzień. Wyszłam z jaskini lekko zdziwiona tym, że śnieg padał. Cała polana była biała, a jeszcze tak niedawno było pusto. Wkurzyłam się, bo nie lubię zimy, myślałam że idzie już wiosna, a tu niestety śnieg. Widząc na polanie bawiące się szczeniaki postanowiłam dołączyć się do zabawy, gdyż uwielbiałam towarzystwo maluchów. Pazzesco i Feindschaft bawili się w berka, a reszta szczeniaków w chowanego. Jako, że było zimno postanowiłam pobawić się w berka, gdyż chciałam się trochę ogrzać biegając. Cały czas miałam w głowie wczorajszy dzień, spotkanie z Hevene'm. Nie wiem dlaczego, ale nadal go kocham i tęsknię za nim. Nie kontaktowałam dzisiaj za dobrze, więc jak ktoś coś do mnie mówił to odpowiadałam z lekkim opóźnieniem.
-Berek, gonisz! -Krzyknęła dalmatynka
Stałam na środku polany wpatrując się w jeden punkt. Tym punktem to było jakieś drzewo. Dopiero dotarło do mnie to, że przecież teraz ja gonię szczeniaki.
-Luna! -Burknął niezadowolony Feindschaft.
-Tak? -Pobiegłam zamiast po wydeptanej dróżce to przez wielką zaspę śniegu w stronę Pazzesco. Wszyscy na polanie dziwnie się na mnie patrzyli. Straciłam z oczu plamiastą sunię wpadając w zaspę śniegu.
-Świetnie. -Powiedziałam sama do siebie próbując wydostać się z zaspy. Szczeniaki śmiały się ze mnie, a ja utknęłam. Chwilę później poczułam czyjąś łapę na swojej szyi. Suczka rasy labrador pomogła mi wydostać się. Oczywiście to była Lena, co za wstyd!
-Dziękuję Lenko. -Otrzepując się powiedziałam lekko zażenowanym głosem.
Lena tylko zaśmiała się pomagając otrzepać mi się ze śniegu. Miałam dosyć tej zabawy! Znów wszystko mnie denerwowało, więc postanowiłam udać się na spacer, tym razem w góry. Dawno tam nie byłam, a ponoć góry zimą wyglądają pięknie. Fakt, niebezpiecznie jest tam chodzić, gdyż jest ślisko i złe postawienie łapy doprowadzi do upadku, ale jestem ostrożna, przynajmniej teraz. Oddalając się od polany wyruszyłam na spacer myśląc ciągle o nim. Dlaczego wciąż o nim myślałam? Przecież nie powinnam, a jednak ciągle to robię.
-Nie, nie spotkam go dziś, na pewno nie! Nie chcę! -Mówiłam sama do siebie nieco uniesionym tonem.
Szłam cały czas prosto przed siebie na północ tam gdzie położone są góry. Śnieg sypał coraz bardziej więc utrudniał mi drogę, ale się nie poddałam. Szłam dalej ze zwieszoną głową. Nie wiedziałam, że ten spacer będzie aż tak męczący bo nie dość, że wybrałam góry to jeszcze jestem przygnębiona. Zastanawiałam się jak zwykle czy coś wydarzy się, albo czy kogoś spotkam po drodze. Miałam nadzieję, że kogoś znajomego ze stada z kim mogłabym porozmawiać, ale moje nadzieje były marne.
-Nienawidzę Cię, nienawidzę, wiesz o tym? Wiesz, ale i tak nie słyszysz tego, może to i nawet lepiej. -Zaczęłam mówić sama do siebie.
Może nie powinnam tak nagminnie o nim myśleć, a zająć się bardziej stadem? Szczególnie kiedy teraz jest w potrzebie, a ja urządzam sobie samotne wędrówki zamiast wspierać Lenę i innych. Miałam wyrzuty sumienia, że poszłam, ale każdy ma przecież prawo do prywatności i odrobiny spokoju. Uśmiechnęłam się sama do siebie myśląc o stadzie. Chociaż to mnie cieszyło, że w końcu odnalazłam ciepły kąt w tej sforze. Dopiero zorientowałam się, że jestem już na pierwszej skale, która zaczyna góry. Teraz pozostało mi tylko iść cały czas prosto. Najgorsze było to, że śniegu było od groma, a moje łapy wprost zatapiały się w nim. Znając moją rozwagę za chwilę poleciałabym na bok. Tym razem udało mi się przejść przez największą zaspę bez żadnych okaleczeń czy też zadrapań. W końcu kilka chwil później dopadło mnie zmęczenie. Chciałam chwilkę odpocząć. Cud, że obok była jakaś jaskinia. Bez większego wahania weszłam do niej by odsapnąć. W jaskini nic ciekawego nie było. Ułożyłam się wygodnie opierając głowę na łapach. Przysnęłam dosłownie na parę minut. Tak jak wspominałam, nie miałam dzisiaj nastroju na jakiekolwiek żarty czy też słabo kontaktowałam. Poczułam na swoim nosie czyjś dotyk. Kto to mógł być? Obudziłam się szybko siadając. To  był Heven. Serce zaczęło mi szybciej bić, lecz nie mogłam rzucić mu się na szyję. Bardziej dziwiło mnie to co on tutaj znowu robi i czego ode mnie chce. Odwróciłam głowę w drugą stronę tak by na niego nie patrzeć, nie miałam nawet najmniejszej ochoty. Wtem odezwał się do mnie.
-Witaj Luno. Ponownie spotykamy się. To jakieś przeznaczenie? -Wyszczerzył swoje kły w uśmiechu.
-Śledzisz mnie czy co? W ogóle jak Ty się tu znalazłeś? Nie Twoje tereny. -Warknęłam cicho w jego stronę.
Miałam ochotę rzucić się na niego i zagryźć go na śmierć, lecz coś mnie powstrzymało. Te okropne ukłucie w sercu powstrzymywało mnie od ataku, w końcu dalej go kochałam, tylko dlatego. Tylko dlaczego tak bardzo go znienawidziłam? Czemu on teraz tutaj jest? Pojawia się wtedy kiedy chcę o nim zapomnieć? Nurt pytań w myślach. Spojrzałam na niego. On był uradowany, że mnie widzi, a mnie rozsadzało od środka, moje serce. Czułam jak kruszy się na kawałki, te wspomnienia, chwile...
-Stęskniłem się, nadal mi nie wierzysz że Cię dalej kocham? Ile razy mam powtarzać i udowadniać Ci to? Wiem, że mnie też kochasz. Co stoi na przeszkodzie by być znowu razem?
Heven nie widział nigdy swojej winy i swoich błędów, no tak. Jestem pamiętliwa jak i wrażliwa, nie miałam ochoty znowu mu tego samego powtarzać co ostatnio, najwidoczniej zapomniał. Tak jak o mnie.. Zapomniał jak bardzo mnie zranił, zapomniał, że mnie zostawił i zapomniał, że ja cierpię przez niego do tej pory. Chciałam jak najszybciej wyjść z tej jaskini.
Podeszłam do niego bliżej i drapnęłam go łapą w pysk następnie wybiegłam z jaskini i udałam się w kierunku polany. Zbiegając z górki przystanęłam na chwilę i odwróciłam się za siebie. Patrzył się na mnie wystawiając głowę z jaskini. W sumie to nie obchodziło mnie to, nie miałam zamiaru tam wracać. Wiem, że zwalczę tą miłość i zapomnę o nim, ale potrzebuję czasu...
***********************
Opko jak opko. Lenko i inni: Chcieliście coś miłosnego to macie. ;)  Miłego czytania i komentowania. Wybaczcie, że tak długo zwlekałam, ale ciągle brak weny, dopiero dziś, teraz. Jeśli chcecie więcej romansideł to piszcie. :3
Co do Radia SPS to zgłaszałam już swoją chęć, czekam oczywiście na pozwolenie Alphy i Bethy. Jeśli coś jeszcze jest do ogarnięcia to chętnie pomogę, mam trochę czasu ostatnio więc bez problemu.

Atak lisaaa!!! cz.1

Obudziłam się w jakiejś jaskini. Dopiero po chwili dotarły do mnie wydarzenia wczorajszego dnia. Uśmiechnęłam się delikatnie, rozglądając. Jaskinia była dośćduża... Powoli wstałam na łapki, chwiejąc się. Przeszłam niepewnie parę kroków. Uradowana tym że już się nie chwieję wybiegłam w podskokach z jaskini. Z bananem na pysku wskoczyłam w zaspę, śmiejąc się. W głowie usłyszałam jak ktoś parska śmiechem.
'Dzień dobry, inibantur...'
- Terra!
Krzyknęłam uradowana, widząc ducha wilczycy. Spojrzała na mnie rozbawiona tymi swoimi czekoladowyi oczami. Uśmiechnęła się szeroko i pogładziła pyskiem moje furto. Jakiś czas temu wzięłyśmy się ostro za ćwiczenia, dzięki którym będzie mogła wszystkiego dotykać, a wszystko także ją, kiedy będzie miała ochotę. Uczyła się wtedy także używać magii ziemi, co przychodziło jej z ogromnym trudem, lecz z każdymdniem łatwiej.
'Teraz jesteś bezpieczna... Ale nie martw się, nigdy cię nie zostawię...'
Uradowały mnie jej słowa. Ze śmiechem zaczęłam brykać po polanie przed jaskinią. Moja opiekunka patrzyła na to z rozbawieniem. W końcu potknęłam się i przejechałam się na grzbiecie, waląc główką o pień drzewa. Ach, ja i to moje szczęście...
'Inibantur! Nic ci się nie stało?!'
Ou... Chyba przestraszyłam Terrę.
- Nie, nic...
Syknęłam cicho, dotykając łapką swojego łepka. Duszyca natychmiast znalazła się przy mnie, patrząc z troską.
'Jestem twoim custos*, a ty moją warda*, inibantur...'
Z szerokim uśmiechem wstałam. Usłyszałałam trzask łamanej gałązki. Terra stanęła obok mnie, obserwując nowoprzybyłego. Był to szczeniak husky, a obok niego drugi szczeniak, tyle że owczarka niemieckiego. Uśmiechnęłam się szeroko na ich widok i stanęłam przed nimi. Wyciągnęłam do nich łapkę.
- Witajcie, jestem Pazzesco. A wy?
Terra zawarczała cicho, patrząc w pewną stronę. Spojrzałam tam i zamarłam, widząc rudego lisa. Bałam się ich od pewnego incydentu, co Terra wiedziała. Teraz moja custos stanęła w pozycji obronnej i zaczęła warczeć w stronęlisa, jeżąc sierść. Tamten jej nie widział, więc zbliżał się do nas dość szybko. Był głodny, z pyska kapałą mu piana. Przerażona pisnęłam głośno i zaskowyczałam, zwracając jego uwagę. Wyglądałąm na najsłabszą, więc rzucił się w moją stronę, a ja patrzyłam na niego przerażona...

------
custos - opiekunka (z łac.)
warda - podopieczna (z łac.)

Przyznam, nie jestem z tego zbyt zadowolona. Jednak napisałam coś, gdy weszłąm dosłownie na chwilę na komputer, a raczej na laptopa taty. Według mnie chyba powinnam to wszystko bardziej rozwinąć i inaczej napisać, ale wierzcie mi, nie miałąm czasu, więc wybaczcie, proszę...

Okiem Ruby c.d.


Nie,alchemia nie jest dziedziną prostą do nauki,gdyby ktoś byłby ciekaw.
  Suczka otarła łapą osmolony pysk,mrucząc pod nosem słowa,które raczej kulturą i subtelnością nie grzeszyły,ale kto by się tym przejmował tuż bo wybuchu,godnym umieszczenia w kreskówce?Raczej nie za wiele osób.
  Chwyciła w zęby rączkę kociołka,z którego ulatywał ciemnozielony dym,a w środku bulgotała obrzydliwie pachnąca i wyglądająca breja,w podobnym kolorze.Podeszła do wylotu z jej nory-którą,nawiasem mówiąc powiększyła  i  nieco ,,wyremontowała''-i chlusnęła ciecz na zewnątrz.
-Fuuj.-dobiegło do jej uszu.
.Raczej nikt z takiej kąpieli się nie ucieszy,Przełknęła ślinę,nie mniej jednak wychylając łeb,przeprosić wypada.Ale przeprosiny nie były pierwszą rzeczą,jaką zrobiła,bo było nią ciche  ,,ołł...''.
  Tuż obok jej nory stał szary wilk,o grubej i gęstej sierści,która prawdopodobnie lepiej prezentowała się bez spływającej po niej mazi.Tak jak suczka przewidywała,nie był za bardzo zachwycony.Rozglądał się wokół,z gniewnym błyskiem w brązowych oczach.
  -Przepraszam.-odezwała się w końcu,wyczołgując na zewnątrz.-To...to ja.-dodała,robiąc w powietrzu koło łapą,w którego centrum był wilk licząc,że zrozumie,że chodzi jej o tę breję.
   Obrócił się ku niej,z nieco zaskoczoną miną.
 - Ty?-spytał z niedowierzaniem,lekko zachrypniętym głosem.-Trudno mi w to uwierzyć.
 Ruby poczuła się trochę urażona,z resztą słusznie.Wygląda na za głupią,by być Alchemikiem?
 -Ale lepiej uwierz.-fuknęła.-Eliksir mi nie wyszedł,fakt,ale dopiero się uczę i mam prawo do błędów.
 Usiadł,owijając łapy ogonem.
 -Ależ naturalnie,że masz.-mruknął,niezbyt przekonująco.
 Wypuściła głośno powietrze z płuc,starając uspokoić.Niedawno odkryła,że jedną z najbardziej denerwujących ją rzeczy jest nie tylko ocenianie innych po wyglądzie czy płci,ale też wątpienie w czyjeś umiejętności.Właściwie samo to,że ktoś uważa się za na tyle idealnego,by oceniać innych doprowadzało do nagłych wybuchów gniewu.
 -Dobrze,więc może powiesz mi,co robisz na terenach naszego Stada?-spytała,mrużąc podejrzliwie lazurowe ślepia.-Wilków tak często tu się nie widuje.
 Basior zaśmiał się ochryple,na co suczka się wzdrygnęła.Dźwięk ten do najmilszych nie należał.
 -A czemuż to miałby ci to powiedzieć.-spojrzał na suczkę,wyraźnie rozbawiony.
  Właśnie,czemu?Przecież taka drobinka jak Ruby nawet gdyby chciała,to nic by mu nie zrobiła,a jak już zdołał zauważyć,z magicznymi umiejętnościami też najlepiej nie jest.
 -Bo  grzecznie pytam.-słaby argument,ale chyba jedyny,jak jest pozostał.
 -Też prawda.-odparł,podnosząc się powoli.-Więc mogę cię uspokoić,nic ważnego mnie tu nie przywiodło.Znalazłem się tu nawet nie przez ciekawość,a zwykły przypadek.Jeśli pozwolisz,pójdę już.A na przyszłość uważaj z tymi swoimi brejami.-oznajmił chłodno,odwracając się i znikając za ścianą drzew.
  Wróciła do nory.Wygląda na to,że musi zacząć od początku.
 -Zabawne.-mruknęła do siebie.
 Jeden głupi błąd potrafi zepsuć kilka dni pracy.Czasami nawet tygodni i dni.
 Dobrze,że na razie nie bierze się za coś poważniejszego.
___________________________________
I tak oto oddaje swe drugie,jeszcze bardziej pozbawione sensu opowiadanie na LO.
Następna część ,,Okiem Ruby'' z chwilowym gościem,który nic nie wnosi.Po prostu nie wiedziałam,co napisać.Wybaczcie.

Na... morzu?

Śnieg trzeszczał pod moimi łapami, jedyne co pozostawiałam po sobie to małe odciski psich łapek. Trzymałam smolisty nos blisko ziemi węsząc, zima to nie najlepsza pora na polowania zważywszy na hibernację większości zwierząt, ale mój burczący brzuch nie pozwalał mi odpuścić. W pewnym momencie przystanęłam, wydawało mi się, że krzaki się poruszyły. A gdy z roślin wyłonił się puszysty, biały ogonek sarenki obnażyłam białe kły. Bezszelestnie zbliżałam się do zwierzęcia gdy... lód pod moimi łapami wydał dźwięk pęknięcia. Spłoszona sarna wyskoczyła z krzaków jak oparzona i zaczęła biec przed siebie. Rozpoczęła się pogoń, bo ja nie miałam zamiaru szukać nowej ofiary. Zaczęłam ścigać ją ile sił w łapach. Byłam już tuż, tuż. Już miałam zatopić kły w jej kufie gdy nagle sarna zgrabnie odskoczyła w bok, a ja walnęłam z rozpędu w drzewo. Zakręciło mi się w głowie, a obraz, który jeszcze przed momentem widziałam niebywale dobrze zamazał się. Walnęłam o ziemię i straciłam przytomność...

~*~

- Hejże, ten pokład miał lśnić! - Zawył pies, który zamiast lewej łapy miał srebrny, połyskujący hak. Jego łeb zdobiła czerwona chusta z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. Miał również czarny pas, do którego przypięta była szabla.  - Nie obijaj się kamracie!
Wyglądał jak... Raegan! Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, gdy nagle zrozumiałam, że trzymam w pysku szczotę. Co ja w ogóle robiłam na tej... łajbie?! Natychmiastowo się uniosłam i rozejrzałam wkoło, szeroki ocean wszerz i wzdłuż nigdzie lądu! Znajdowałam się na Galeonie, tak osądziłam po budowie i wielkości okrętu, który cechował się wysoką, zwężającą się ku górze nadbudówką rufową oraz galionem - figurą na dziobie okrętu. W tym przypadku na dziobie znajdowała się syrena z głową wilka bez oka i jednej piersi trzymająca łuk. Kto wpadł na pomysł zrobienia kobiety z jedną piersią?! Boże, gdzie ja jestem?!
- Słyszałaś? Kapitan życzył sobie pokład na błysk! - Warknął tym razem spoglądając na mnie z zmarszczonym pyskiem. Rozpoczęłam szorowanie podłogi, nie chciałam mieć kłopotów. - A Ty, Sasho przywiąż liny!
- Ai! Ai! - Dalmatynka skłoniła się nisko i uchwyciła w szczęki sznur. Spojrzałam na nią zdziwionym spojrzeniem.
- Sasha...? - Suczka miała zamiast nogi drewniany kij, nosiła również białą opaskę na prawym oku. Obserwowałam ją aż... poślizgnęła się na wymytej na błysk podłodze i wywaliła się na grzbiet. Ruszyłam w kierunku dalmatynki by jej pomóc, gdy nagle ktoś złapał mnie za kark.
-Szorować albo do kapitana na dywanik! Nie trać czasu! - Uniosłam pysk by zobaczyć kto mnie trzyma... co tu robił mój ojciec?! I to do tego ubrany w czarną chustkę z czaszką i doczepioną długą rudą brodą i wąsami! Co to jest?! Gdzie ja jestem?! - No już! - Puścił mnie, a ja wylądowałam na zadzie.
Podniosłam się i zaczęłam ponownie szorować pokład, w jeszcze większym strachu. Ja chcę do domu! To nie są moi przyjaciele i prze...! - Ałł! - Warknęłam gdy ktoś wskoczył na mój grzbiet. Uniosłam patrzałek by zerknąć na ciężar na plecach.
- Sorry memory, kamracie! - Zawołała rozweselona Luffiera, która po kilku minutach śmiechu  zeskoczyła ze mnie. Miała sprawne łapy, za to opaskę na jednym oku i kolczyki w uchu. Obserwowałam ją jeszcze moment. Czy ja jestem w jakimś wariatkowie?!
~*~

Jak się okazało byłam na statku pirackim, dokładniej Flocie Czarnego Psa. Niekoniecznie mi się to spodobało, ale przez te kilka godzin dało sie przyzwyczaić do pracowania w pocie czoła w prażącym słońcu. A teraz... znajdowałam się w jakimś ciasnym pomieszczeniu. I znajdowałam się w nietypowej sytuacji, bo...
- Wypijmy za naszego dzielnego kapitana! - Ozwał się głos Luffiery, łajbą zakołysało, a z jej kielicha wylało się trochę piwa. - I smak waszych ust hiszpańskie dziewczyny, w noc ciemną i złą nam będzie się śnił! Leniwie popłyną znów rejsu godziny, wspomnienie ust waszych przysporzy nam sił! - Wskoczyła na stół wesoło śpiewając. Sasha nuciła melodię tej pieśni.
Piosenka utkwiła mi w głowie. Wchodziła bardzo łatwo w ucho i nawet ja zaczęłam tupać łapą w rytm melodii. Rozejrzałam się, byli chyba wszyscy oprócz kapitana; Raegan, Armanii, Luffiera, Sasha, Carmell, Arrow i Mawi, która podała mi piwo i mrugnęła jednym okiem.
- La la la la laaaa! - Husky wirowała na stole.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, a w nich stanęła kundelka. Wyglądała jak prawdziwy pirat! Miała dwa srebrne kolczyki i złoty kieł, do tego jej łeb zdobił wielki czarny kapelusz z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami oraz zielonym piórem, długa czarna broda - to przecież była suczka! - i piękne szklane oko! Już chyba rozumiem dlaczego figura zdobiąca dziób miała wydłubane oko... Do tego na jej ramieniu siedziała zielono-czerwona papuga.
- Sathana...? - Szepnęłam cicho przerażona jej szyderczym uśmiechem skierowanym do reszty.
- Kamraci, wymarsz, atakujemy Flotę Hiszpańską! - Usłyszałam wesołe szczeknięcia, oraz okrzyki zwycięstwa.
- Idź sobie zobacz... - Podała mi lornetkę widząc moją zdziwioną minę.
Oczywiście skorzystałam z okazji, uchwyciłam przedmiot w szczęki i wyszłam na pokład. Zbliżyłam się do dziobu i przyłożyłam lornetkę do jednego oka, pośród rozszalałych, błękitnych fal ujrzałam drugi statek. Jednak ten był bardziej zadbany, maszty zdobiła kobaltowa barwa oraz podobizna głowy psa, a na mostku stał subtelnie odziany owczarek niemiecki. Na jego głowie była błękitny kapelusz z piórem, jeden złoty kolczyk zdobił jego ucho. Wyostrzyłam trochę obraz... czy to nie był przypadkiem Ravel? Wytrzeszczyłam oczy, a lornetka, którą trzymałam wyślizgnęła się i wpadła z pluskiem do oceanu. Ujj... to był przedmiot pani kapitan, pewnie mi się dostanie za to... Ale o co tu chodzi? Yyym...

______

Więc to jest pierwsza część. Wiem, że trochę rozszalała mi wyobraźnia z innymi "ja" niektórych i jeśli kogoś w ten sposób zraniłam to przepraszam. Długo myślałam nad tematem i czegoś takiego jeszcze nie zauważyłam na blogu. Mam nadzieję, że choć troszkę się spodobają moje wypociny.
Występują: Raegan, Armanii, Sasha, Luffiera, Carmell, Arrow, Mawi, Sathana i Ravel.
Mam nadzieję, że się nie gniewacie. ^^"

Dzieciństwo Luffiery cz.2

Jak słyszałam, trzeba oddać jakąś pracę.. Cóż, jeśli to nie problem, to chciałam zacząć kontynuować swoją historię. Tak więc, jeśli ktoś jest zainteresowany, to miłego czytania c:

Młoda, dumna przedstawicielka husky, spacerowała ogromną polaną, którą promienie słońca miały w objęciu aż do późnej, wieczornej pory. Jako, że był jeszcze wczesny poranek, słońce miało zostać tu i towarzyszyć jej jeszcze przez długi czas. Suczka przyglądała się terenom, z dumą obserwując każdy skrawek. Na rozległej polanie, usianej również drzewami, samiczka wyglądała jak malutka mrówka, a czuła się jak potężna lwica, nadzorująca swój podporządkowany lud lasu. Merdała wesoło ogonem, uśmiechając się do ptactwa, ale coś w świadomości kazało jej się zatrzymać. Uniosła łebek wyżej, gdy jej oczom ukazało się stadko dzików, składające się z samicy, samca i trzech maluchów. Suczka stanęła w miejscu, patrząc na stadko z lekkim przestrachem. Na razie, zwierzęta nie były agresywne, ale mała i tak wystraszyła ich się, gdyż były od niej o wiele większe i silniejsze, a poza tym, było ich więcej... W tej chwili towarzysząca jej odwaga, opuściła ją całkowicie i nie zostawiła po sobie najmniejszego śladu. Może i w umyśle suczki, była ona silna i odważna, jej imaginacja ani trochę nie stykała się z prawdą. Młoda zauważyła, że jeden z potomków dzików podbiegł do niej, zaczynając trącać ją nosem, jakby naganiając do zabawy. Gdyby młodziak był sam, pewnie by się z nim pobawiła, ale jego rodzicom najwyraźniej się ten pomysł nie podobał. Ojciec małego patrzył na nią z łatwo rozpoznawalnym gniewem, schylając potężny łeb nad ziemią. Suczka już widziała, jak biegnie do niej, by rzucić się na nią w obronie potomstwa. To się jeszcze jednak nie wydarzyło. Cofnęła się o kilka kroków, ale jednak młody dzik nie opuszczał jej. Pchnęła go lekko łapą, by go od siebie odgonić. I zrobiła źle. Jego ojciec jak najbardziej odebrał to za coś złego, przekopał jedną nogą ziemię pod cielskiem, po czym od razu ruszył w kierunku szczeniaka. Z początku szedł powoli, ale po chwili w wielkim oburzeniu ruszył na nią w pędzie, wymachując w jej stronę wielkimi kłami, wystającymi z jego pyska. Co mała mogła poczynić? W takich sytuacjach zawsze żałowała, że nie miała normalnej rodziny i kogoś, kto mógłby teraz zawalczyć ze zwierzęciem za jej skórę. Tak, mimo swojej wybujałej wyobraźni, która niemalże nie mieściła się jej w łebku, nic z tego nie mogło się zdarzyć w świecie realistycznym. Mimo wszystko, była wciąż tylko małym, bezbronnym, nieumyślnym szczeniakiem, liczącym na przymilne skinienie od losu, który od dłuższego czasu nie dał jej żadnego dobrego znaku.
Młoda Syberyjka wpatrywała się w obraz, który jej się w danej chwili malował przed orzechowymi ślepiami. Rozwścieczony, jak i niezmiernie niezależny dzik o potężnych kłach poruszał się w jej stronę, nie ukazując ze swej strony ani ździebełka dobrych zamiarów. Poziom jego wściekłości można było ujrzeć w jego oczach, które jarzyły się nieprzyjaźnie w stronę samotnego szczeniaka. I pomyśleć, że to wszystko spowodowało jedno, nieumyślne szturchnięcie, a życie młodej było już w niebezpieczeństwie. W napływie przestrachu, Luffierę wbiło w ziemię, nie ruszała się ani na krok, choć była pewna, że za chwilę może zginąć, bądź co najmniej zostać solidnie pokaleczona. Nagle suczka poczuła uderzenie. Jednak nie było to draśnięcie spiczastej pary dziczych zębisk. Młoda została zwyczajnie odepchnięta przez zwierzę wyraźnie od siebie większe, jednak o znajomym zapachu..
*
I C.D.N  Postaram się jak najszybciej kontynuować ^^

Zadanie na morderce.


Stałem bacznie pośród zebranych członków Stada, słuchając przemówień Sathany. Wiedziałem, że niebawem usłyszę swoje imię i stanę się zapewne chwilowym źródłem zainteresowania wszystkich przebywających aktualnie na polanie. Nigdy nie lubiłem być w centrum uwagi. Ale czego się nie robi dla samego siebie?
- A teraz przejdźmy do Shadow’a. –w tym momencie wzrok wszystkich zebranych spoczął na moim ciele. Przełknąłem cicho ślinę, wyprostowałem się i z gracją podszedłem do przemawiającej. - Twą ambicją było zająć stanowisko Mordercy w Hierarchii Indywidualnej. Dla Ciebie więc zarówno mam zadanie. – obserwowałem ją uważnie. Nie małe zaskoczenie się we mnie zrodziło, gdy pomiędzy nami pojawił się zwitek papieru, która po chwili rozwinęła się i ukazała tereny Stada Psich Serc. Bacznie obserwowałem wskazane przez Sathane Oko.-  Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na Naszym terytorium. A więc jest również pożądane przez innych. Mówiąc "inni" mam na myśli obce Nam stworzenia - prawdopodobnie są to wilki, jednakowoż niezwykłe, bowiem odkąd się tam pojawiły, nikt nie odważył się tam zbliżyć - muszą mieć w sobie coś, co odstrasza inne istoty. – nic dziwnego, że od razu na myśl przyszło mi pewne stworzenie, które wraz z Lorelei widziałem w Oku. Miałem tylko wielką nadzieję, że nie będę zmuszony go zabić. - Twoim zadaniem będzie ostateczne wybicie ich i przyniesienie fiolki krwi z ciał owych stworzeń. -  a jednak. Teraz pozostała we mnie tylko nadzieja, że to jednak okażą się wilki. Fiolka, o której wspomniała Sathana, pojawiła się po chwili opadając na mapę. – Masz czas do 14 stycznia. Powodzenia. –zakończyła.
Skinąłem łbem, po czym rzekłem - Nie zawiodę. - Zabrałem mapę z fiolką, skinąłem się ponownie i poszedłem w swoją stronę.
Od razu wiedziałem, dokąd się skierować. Był to wodospad, w pobliżu którego, niedawno znalazłem opuszczoną jaskinię. Po wejściu do jej wnętrza, zostawiłem przedmioty otrzymane od Sathany i ułożyłem się na ziemi, obserwując wyjście z mej pieczary. Pierwsze co przyszło mi na myśl to to, że zwyczajnie pójdę o zmierzchu do Oka, zrobię, co mam zrobić i wrócę zadowolony. Wiedziałem, że nic nie będzie proste, ale zadanie jest zadaniem i muszę je wykonać, jeżeli chcę zostać niezależnym mordercą. Niezależność bowiem, była moją domeną. Od chwili porzucenia przez ludzi, dorastałem i wychowywałem się sam, i na własnych błędach zdobywałem doświadczenie. Po dołączeniu do stada miałem świadomość, że staję się zależnym od hierarchicznie wyżej postawionych członków sfory. Jednak nie miałem wyjścia. Samotność doprowadzała mnie do depresji, więc musiałem się podporządkować. Możliwość podjęcia próby stania się niezależnym mordercą, dała mi nową nadzieję – chociaż pod tym względem mogłem pozostać sobą.
Zmrok zapadł nieoczekiwanie. Miałem przemyśleć ciąg działania, którego realizacja, doprowadziłaby do sukcesu zleconego zadania. Jednak nie wymyśliłem nic, zastanawiając się nad życiem. A może to i dobrze? W pierwszej chwili chciałem wykonać zadanie spontanicznie, a teraz przynajmniej wiem, że mam czas na dopracowanie wszystkich szczegółów. Pierwsze, co zrobię, to zwyczajnie dobrze wypocznę. Ułożyłem się więc na zrobionym specjalnie ku temu miejscu i zamknąłem oczy. Niespodziewanie szybko zasnąłem. Niespodziewanie, bo obawiałem się, że nie będę mógł zasnąć.
Noc minęła dość spokojnie, pomijając fakt kilku niegroźnych koszmarów związanych z zadaniem. Gdy słońce stało już wysoko na niebie, ja z uwagą obserwowałem mapę Stada Psich Serc, wyszukując tajemniczych ścieżek, które aktualnie bardzo by mi pomogły. Po wstępnym rozmyślaniu, postanowiłem się przejść.
Spacer nie był długi, i niezbyt owocny. Jedyne, co przyniosłem to lekki prowiant – zając i dwie myszki. Gdy dopracowałem plan i wszystkie przedmioty zapakowałem w kawałek jakiejś skóry, robiąc z niego woreczek, dostrzegłem, że zaczęło już zmierzchać. A to oznaczało rozpoczynające się zadanie. Odetchnąłem głęboko i, zabrawszy woreczek, wyruszyłem w stronę jednej, z odnalezionych na mapie ścieżek. Dróżka ta była ledwo widoczna, a więc i rzadko uczęszczana. Mimo wszystko, nie trudno było podążać jej śladem. Jeszcze daleko przed dotarciem do celu, wyczułem nieznajomą woń. Zachowałem więc ostrożność. Już po chwili, byłem w stanie stwierdzić, że czuję woń dwóch ssaków. Kilka kroków później, byłem już pewny, że będę miał do czynienia z dwoma, dorosłymi i silnymi wilkami. Musiały zrobić tu niezłą furorę, gdyż w pobliżu, nie było czuć żadnych małych stworzeń. Jednocześnie przyszło mi na myśl, że jeszcze kilka dni, a, ze względu na brak pożywienia, wtargnęliby na polanę Stada Psich Serc. Nie mogłem do tego dopuścić. Polanę zamieszkiwali bowiem moi przyjaciele i bliscy sercu towarzysze. Gdy woń była nader intensywna, a ja zacząłem zbliżać się do centrum Oka, zostawiłem pod liśćmi jedną, ze złapanych wcześniej myszek i skierowałem się w bok, w celu okrążenia Oka.
Nie minęło dużo czasu, nim znalazłem się w odpowiedniej odległości, pozostawiwszy drugą zabitą myszkę. Powoli skradłem się w kierunku Oka. Gdy wyłoniłem łeb zza krzaków, rozejrzałem się. Nic dziwnego, że w pierwszej chwili nie zauważyłem dwóch, potężnych basiorów, gdyż ich umaszczenie niemal stuprocentowo zlewało się z kamienną ścianą Oka. Jeden z nich, prawdopodobnie starszy, leżał dość spokojnie, drugi, nerwowo krążył przed nim.
- I co my teraz zrobimy? – powtarzał co chwilę młodszy. – umrzemy z głodu.
- Zamknij się. - zdenerwowany, uderzył młodszego łapą. – już Ci mówiłem bracie, niedaleko zamieszkuje pewna sfora dzikich psów. Pośród traw jej polany, znajdują się norki wielu odmian gryzoni, które aż się proszą o zjedzenie.
- Niby tak, ale jak zamierzasz iść tam polować? Przecież nie pozwolą nam od tak.
- Nie będą musieli. Ich przywódczyni, ta jasna labradorka, nie ma ochrony. Obserwuję ją od dłuższego czasu. Każdy pies, żyje swoim życiem. Wśród ich sfory, nie ma więzi. Każdy robi co chce, ale mimo wszystko doceniają labradorkę. A naszym zadaniem będzie zabicie ją. Ona jest słaba, gdy nikt się nie interesuje Stadem, a z tego, co widzę, coraz więcej psów sobie odpuszcza współpracę. Gdy zabijemy przywódczynię, wprowadzimy własne zasady.
- To niezły pomysł – zaczął, jak głupi, cieszyć się młody.
Po chwili skakania i biegania jak kretyn, młodszy wyczuł zapach martwej myszki.
- Czujesz to? – zagadał do starszego. – Jedzenie! – krzyknął, po czym wbiegł do lasu. Starszy wyczuł podstęp, jednak nie zareagował. Czekał, co przyniesie czas. Ja natomiast, odszedłem w las i wyciągnąłem zająca, układając go na stercie liści, a samemu chowając się w pobliskich krzakach. Nie minęło dużo czasu, nim łakomy młodziak odnalazł największą przynętę. Zaatakowanie go, było wielkim ciężarem dla mnie. Niby mordowałem od zawsze, ale nigdy nie atakowałem pobratymców. Nie zastanawiając się dłużej, bezszelestnie wyskoczyłem zza krzaków. Uderzyłem wpierw łapą w pysk młodziaka, by nie zdążył wezwać brata. Drugą łapą, jednocześnie, pchnąłem jego bark. A gdy stałem na nim, dociskając wilka do ziemi, bez krzty emocji, wgryzłem się w jego szyję. Śmierć przyszła po niego bardzo szybko, a ja napełniłem jego krwią połowę fiolki.
Teraz czekała mnie trudniejsza część zadania. Drugi z basiorów był znacznie większy i silniejszy od tego, którego właśnie zabiłem. Mimo wszystko, skierowałem się w stronę Oka. Nie musiałem się skradać. Nie musiałem nawet dawać o sobie znać. On już wiedział. On już szedł w moją stronę. On już czuł moją woń. On już stał przede mną. Z jego oczu kipiała wściekłość, napędzana wyczuwaną wonią krwią poległego brata, która wręcz kapała mi z pyska. Nie miałem zamiaru bardziej skosztować tej krwi. Byłem opanowany, stałem prosto, a na szyi związany miałem sznurek, z którego zwisała, opierając się o moją klatkę piersiową, fiolka z krwią młodego wilka. Wpatrywaliśmy się chwilę sobie w oczy. Z każdą sekundą, ja stawałem się bardziej opanowany. On natomiast, z każdą sekundą, tracił równowagę duszy.
Po chwili wilk rozpoczął atak. Walka nie trwała długo, bowiem jego gniew, niemalże do zera osłabił jego czujność. Działał instynktownie, prymitywnie, co dało mi znaczną przewagę. Napełniwszy krwią basiora fiolkę do pełna, skierowałem się w stronę polany.
Był środek nocy. Nie chciałem pod żadnym pozorem budzić śpiących kompanów, więc na dłużej zatrzymałem się nad jeziorem. Widząc swe ranne i zakrwawione odbicie w wodzie, postanowiłem się zanurzyć w jeziorze. Fiolkę z krwią pozostawiłem na brzegu. Woda zmyła strużki krwi basiorów z mej sierści, a jednocześnie jej chłód dał ukojenie dla duszy i ciała.
Gdy słońce zaczęło wschodzić, wyszedłem z wody, otrzepałem się i zabrawszy fiolkę, udałem się na polanę. Nie musiałem długo szukać Sathany, bowiem ta, robiła już poranny obchód. Zatrzymawszy się na mój widok, podszedłem powoli. Ukłoniłem się z gracją, a sznurek z fiolką, zsunął się po mej głowie, po czym delikatnie opadła na ziemię.
- Wykonałem zadanie Sathano. – odparłem, po wyprostowaniu się, i czekałem na werdykt.

Nieśmiertelnik

Śnieg chrzęścił pod łapami Chantell, gdy ta truchtała z uśmiechem na pysku polaną. Lubiła to miejsce, czuła do niego sentyment, ale to nie tutaj podążała. Niedawno odkryła pewną grotę za lasem, ale było już zbyt ciemno, aby sprawdzić co kryje; postanowiła więc wybrać się doń teraz, bo wcześniej czasu nie miała. W końcu, jako Nauczycielka szczeniąt musi się nimi zajmować-a trzeba przyznać że zal było jej opuszczać te przeurocze istoty. Teraz jednak suczka znalazła chwilę czasu, i wybrała się w owe miejsce. Przez cały czas nuciła świąteczną piosenkę, choć ten okres minął już dawno. Cóż, taka już była. 
 Ani się spostrzegła, a dotarła na miejsce. Rozejrzała się dokoła, czy nikogo nie ma w pobliżu, i przyjrzała się wejściu. Był to owalny kształt w ziemi, o postrzępionych, kamiennych brzegach. Do środka prowadziły marnie wyglądające schodki, dość koślawe. Nie byłoby się więc czym zachwycać, gdyby się nie było Chantell. Jej reakcji można się domyślić. Jeszcze raz rozejrzała się, i wskoczyła do środka, jak się spodziewała, w kompletną ciemność. W środku było mokro, jej łapy więc wydawały charakterystyczny "ciapowaty" odgłos. Suczka kroczyła więc w rytm piosenki, która wciąż jej towarzyszyła.
 Wkrótce Chantell dotarła do pierwszego rozwidlenia. Płonęły tam dwie pochodnie, oświetlające tabliczkę. 

Gdy tutaj wkroczysz,
Oj, biada tobie,
Bo wkrótce spoczniesz
W zimnym, mokrym grobie.
Odejdź więc prędko, 
Zapomnij już,
Gdyż śmierć nadchodzi,
I jest tuż-tuż. 

Sunia przestraszyła się, i chciała odejść, lecz coś ją od tego wstrzymało. Niejasne wrażenie, ze jednak musi iść dalej. Nie mogła się sprzeciwić, ruszyła więc dalej, skręcając w prawo. Ten korytarz różnił się od poprzedniego; ściany i podłoże były również kamienne, lecz gładkie i śliskie. Marmurowe. Po kilku minutach suczka dotarła do kolejnego rozwidlenia. Tak samo jak poprzednio na ścianie wisiała tabliczka.

A więc wybrałeś
Drogę zatracenia.
Zapomniałeś teraz,
Wszystkie swe wspomnienia.
Już nie ma odwrotu,
Dalej musisz iść,
By odzyskać to,
Co straciłeś dziś. 

Chantell nie poczuła jakiejś specjalnej zmiany, ale postanowiła już jednak wrócić. Jednak kiedy się odwróciła, nie zobaczyła już korytarza którym przed chwilą szła. Byłą tam ściana. To już się jej zupełnie nie podobało. Jednak nie miała już innego wyjścia. Ruszyła na lewo.
Tym razem wszystko było zrobione z żelaza. Gdzieniegdzie padało blade światło pochodni, i dopiero teraz suczka mogła zobaczyć, gdzie jest. Ze ścian wystawały haki, wszystkie zardzewiałe. Do ścian przytwierdzone były łańcuchy. Wtedy jednak korytarz znów się skończył. Suczka uniosła głowę, by przeczytać kolejną tabliczkę.

Teraz wybieraj,
Czy walczyć wolisz,
Czy jak tchórz,
Uciekać powoli.
Albo tu zginiesz,
W męczarniach, głodzie,
Albo się śmierci,
Sprytnie wywiniesz.

 Sunia podkuliła ogon. Chciała jeszcze trochę pożyć, ale który korytarz wybrać? Do tej pory jej wybory były przypadkowe, ale gdyby wybrała inną drogę, nie dotarłaby tutaj? Zwiesiła łeb i rozejrzała się dokładnie. Po raz kolejny wybrała lewy korytarz, był on bowiem srebrny.
Tym razem biegła, gdyż za sobą słyszała jęki. W co też ona się wpakowała! Odwróciła głowę i wpadła na ścianę. Oto na górze widniał kolejny napis. Chan przeczytała go. 

Teraz wybieraj,
Czy prawo, czy lewo.
Myśli pozbieraj,
I ruszaj w dalszą drogę,
Tylko uważaj,
Gdzie stawiasz swą nogę.

Gdzie stawiasz swą nogę? Suczka nie wiedziała co to znaczy. Usiadła na chwilę, jednak nieprzyjemny dreszcz na plecach kazał jej iść dalej. Tym razem wybrała prawo korytarz.
Kiedy weń skręciła, okazało się że jest jasno-niebieski. W ścianach było mnóstwo zagłębień, w każdym leżały diamenty, złoto, biżuteria... Chantell chciała przyjrzeć się jednemu wisiorkowi, gdyż wyglądał znajomo, ale w tym samem momencie coś owinęło się wokół jej łapy. Po chwili uciskowi zawtórowało bolesne ukłucie. Odwróciła wzrok. Na jej kończynie był... wąż! Wyglądał jak zrobiony z czystego złota, z rubinowymi oczyma, jednak syczenie kazało suczce sądzić, że jest jednak prawdziwy. Chwyciła go zębami, te jednak zgrzytnęły nieprzyjemnie. Był jak figura, ruszająca się figura! Sunia chciała go strząsnąć, trzymał się jednak mocno. Musiała iść dalej, z nim. Nie miała wyboru. Co chwila natykała się na jakąś zapadnię, wahadło, czy choćby pułapki jakie myśliwi zastawiają na zwierzynę. Coraz trudniej przychodziło jej omijanie przeszkód, ale w końco dotarła do kolejnego rozwidlenia korytarzy.


Na troski odtrutkę,
Znajdziesz jedynie,
Gdy sama przyczyna
Sprawi ci pobudkę.

-To przecież bez sensu!-szczeknęła Chantell-Ten napis nie ma najmniejszego, choćby tyciego sensu!
Suczka warknęła, a jej głos odbijał się od ścian. Teraz nie miała już nic do stracenia, ruszyła dalej, skręcając w lewo. Lewy korytarz był bowiem oświetlony intensywniej. Co chwila natykała się na drewniane tabliczki lub złote napisy, nie czytała ich jednak. Robiło jej się słabo, miała mroczki przed oczami. Szła jednak uparcie naprzód, mając nadzieję, że jednak wyjdzie na zewnątrz. Wąż uparcie tkwił na jej łapie. Chantell raptownie padła na ziemię, a przed jej oczami pojawił się rubinowy napis.

Tyś swym wrogiem,
Nikt z  nas.
Śmierć przyniosła tobie,
Głupota twa.
Jest jednak iskra nadziei,
Ratunek życia twego.
Przodkowie twi wiedzieli,
Ty wiedzieć będziesz też;
Duszę swą sprzedaj,
W ręce me.

 Chantell zatrzęsła się, i zamknęła oczy. Zaczęła płakać, płakać jak dziecko. Czuła się strasznie, bo rzeczywiscie jej winą było to, że tutaj spocznie jej ciało. Łkała żałośnie nad swym losem, a kiedy brakło jej już łez, uniosła łeb do góry, i wymamrotała:
-Zgadzam się na twoje warunki, na wszystko się godzę, tylko daj mi wyjść stąd żywą!
 Wtedy z jej łapy spełznął połyskujący wąż, i zwinął się w przed nią w koło. Jego złota skóra połskiwała blado, a gdy suczka próbowała go dotknąć, z jego rubinowych oczy buchnął ogień. A z płomieni wyłonił się cień. 

Póki przy sercu,
Nosić go będziesz,
Życie twe,
Będzie trwać.
Lecz gdy go zdejmiesz,
Gdy zagubisz,
Marne chwile będą twe.
Zapamiętaj słowa me,
Nie powtórzę bowiem raz drugi;
Strzeż go jak możesz,
Tylko to wiedz.

Chantell spojrzała w dół. Między łapami położony miała wisior. Wyglądał jak wierna kopia węża, który przed chwilą przed nią był. A może istotnie, to był on? Suczka wstała i założyła nieśmiertelnik na szyję. łapy się jej trzęsły, ledwo łapała oddech. Nagle oświetliło ją jasne światło, i zobaczyła... wyjście! Pognała w jego kierunku, i nim się spostrzegła, pędziła przez las, łapiac w płuca zimowe powietrze.
A wejście do pieczary zniknęło.
*******
Można to chyba zaliczyć do opo na Lo, hm? Przy okazji dołożyłam kilka moich bezsensownych wierszyków, do zestawu z bezsensowną notką. Ale tak, jako ze jestem nienormalna, cała ta przygoda miała miejsce. Nieśmiertelnik ze złotym wężem z diamentowymi oczami... ciekawe. 
Pszypay Chantell ;D

Sekrety czerwonego wisiorka cz.I

Zimno,mróz.Otaczające rozległą polanę drzewa pokryte były migoczącą,białą kołdrą i to ten właśnie kolor dominował,w którą stronę by nie patrzeć.Białe były również krzewy,nie ważne czy to  dostojne  róże,czy
zwyczajne chaszcze ,których wszędzie pełno.Właściwie nawet w tamtym momencie,z nieba sypał delikatny pył,z gracją osiadając na kolejnych gałązkach,
W skrócie:dominował biały i dlatego właśnie tak bardzo rzucał się w oczy zalegający na jednym z powalonych drzew,czarny kłębek,który obserwował coś z tak wielką uwagą,że swoją widoczność miał po prostu w nosie,czy może raczej miała,bo owy kłębek zwał się Alis i był trzy letnią sunią.
 Pociągnęła głośno nosem.Tak,katar to nic przyjemnego.Owinęła się szczelniej ogonem,kuląc trochę bardziej,ale dalej przyglądając się niewielkiemu,czerwonemu wisiorkowi,który kształtem do złudzenia przypominał wilka.Albo wielkiego psa,w sumie było to jej bez różnicy.Bardziej interesowała ją historia błyskotki,którą znalazła na jednej ze stadnych wypraw.Łatwo  się domyśliła,że nie jest ona ot taką sobie zwyczajną ozdobą,głównie dlatego,że zwykłe ozdoby raczej nie próbują udusić noszących.I w środku nocy nie zaczynają od tak sobie świecić.I nie wspomagają halucynacji.No po prostu nie są takie jak ta.Westchnęła.
 -No co ty takiego możesz ukrywać.-szepnęła,stukając pazurem w jego  rdzawą powierzchnie.Zdawało się,że pod wpływem dotyku przedmiot zabłysł na krótką chwilę czerwonym blaskiem,ale szybko pojawił się myśl,że to ze zmęczenia,spowodowanego zapewne zbliżającą się  chorobą.-Szukałam cię chyba we wszystkich możliwych księgach,zwojach i w ogóle wszystkim co mam pod łapą i dalej nic.-Skrzywiła się.Może dać sobie spokój?Przecież ta wiedza w sumie nie jest jej do niczego potrzebna.Może by go wyrzucić?Wyrzucić?Żeby znalazł go ktoś inny,ktoś,kto może nie mieć tyle szczęścia co ona?Nie,nie może tego zrobić.Poza tym,ciekawość by ją zeżarła.
 -Kto może coś wiedzieć?-mruknęła do siebie,spoglądając na jasne niebo,po którym błąkały się szare chmury.
 Pewne szansę ma u tych członków stada,którzy interesują się magią i innymi tego typu rzeczami.Pewne,ale nadal niewielkie,bo w tych ,,tradycyjnych'' księgach poświęconych magii raczej nic na ten temat się nie znajdzie,niestety.Alis chwilo potrzebuje kogoś o niepowtarzalnym podejściu,jednocześnie dysponującego ogromną wiedzą,a oprócz tego mającego swojego rodzaju bzika na punkcie biżuterii.Ale czy zna kogoś takiego?
 -Oczywiście.-zerwała się na równe łapy i niesiona nagłym przypływem energii pobiegła do jaskini.
Znała kogoś idealnego i wybaczyć sobie nie mogła,że nie pomyślała o nim wcześniej.Co prawda mieszkał daleko i nie widzieli się bardzo długi czas,ale miała nadzieję,że jeszcze ją pamięta.Musi spróbować.
 Jakiś czas krzątała się po jaskini,zgarniając do torby potrzebniejsze rzeczy,a przynajmniej te,które za potrzebniejsze uważała.
 Gdy ponownie wyszła na zewnątrz,światem władał wieczór.Powietrze było zimne,a każdy jej oddech zamieniał się w biały obłoczek.Niebo miało granatowy kolor,a przystrojone zostało migoczącymi gwiazdami i pięknym,bladym,roztaczającym bajeczny,magiczny wręcz blask księżycem.W oddali majaczyły ciemne sylwetki Gór,równie dostojnych,co napełniających strachem.Było bardzo cicho,tylko wiatr co jakiś czas ruszał gałęziami drzew,strącając z nich śnieg,a i z polany dało się słyszeć strzępki rozmów.Suczka westchnęła,kierując swe kroki ku Górą..Miała nadzieję,że zdąży wrócić,nim zauważą jej nieobecność.
_________________________
Tak,krótkie,trochę nudnawe i w ogóle zero napięcia,ale chyba aż tak potworne to nie jest...
No na L.O. się nada i szczerze to nie wiem,czy będę je kontynuować.Na razie to tyle.