niedziela, 15 grudnia 2013

Wojna. Część 1 "Przeszpiegi" [Salem]


kursywa - myśli pogrubienie - dialogi
    

  Był środek nocy. Cisza zupełna, poza małym zwierzątkiem pląsającym w runie leśnym i owadami, które nie zasnęły jeszcze na zimę, wciąż denerwowały swoją obecnością...ale poza tym panowała cisza. Przez nią Salem nie mógł spać. Kolejna noc nieprzespana, nudna, monotonna. W jego życiu od dawna nie działo się nic interesującego, poza raną tylnej łapy, którą już wyleczył, poza wydarzeniami stadnymi, które go omijały. Tłumaczył się brakiem czasu, ale co naprawdę robił? Leżał i myślał tak jak w tym momencie. Wstał gwałtownie jakby coś go przestraszyło, lecz to determinacja poruszyła jego ciałem i pchnęła w stronę lasu. Przed nim była jeszcze polana, na której zwykle siedzieli członkowie SPS, gawędząc o różnych rzeczach: ciekawych lub mniej. Tym razem również widział kilka postaci w tym Shadow, Ravel, Leiko i paru innych, którzy siedzieli schowani dalej. Chwilę zastanawiał się czy tym razem do nich nie dołączyć, lecz uznał, że tylko popsułby im dobre nastroje i lepszym wyjściem będzie gdy zajmie się czymś pożytecznym. Ruszył więc przed siebie cicho omijając rozweseloną gromadkę siedzącą przy ognisku.
  Po przejściu kilku kilometrów uznał, że zapuścił się dość daleko by zacząć obserwować uważniej otoczenie, mijał właśnie granicę swojego stada. Mówiono wśród psów, że poza ich terenami można pożywić się dużo obficiej, a więc mieszaniec uznał, że z takiej okazji grzech nie skorzystać. Nie długo musiał szukać tropu gryzoni żerujących nocą pod pniakiem. Podążył za zapachem aż nie znalazł nory pełnej małych zwierzątek, czym zadowolił w pełni swój pusty dotąd żołądek. Zrobił nie małą masakrę wokół dziupli gryzoni więc oddalił się jak najszybciej z tamtego miejsca, nie bacząc już na kierunek ani odległość. Przez długi czas szedł żwawym krokiem jakby ostatnie wydarzenia mogły napawać go dumą. Wciąż oblizując pysk nie zwrócił uwagi na lekko zmieniający się krajobraz, myślał wciąż tylko o jakiś mało ważnych sprawach. W końcu doszedł do błyskotliwego wniosku, że nie wyróżnił się ostatnio niczym w stadzie. Był zwykłym psem. Młodym, zwinnym, szybkim, ale nie przydatnym. Co osiągnął dotychczas? Psy pewnie wiedziały o nim tylko tyle, że często go nie ma i jest jakimś pachołkiem w stadzie. Czuł się omegą, ale z własnej winy, nie miał przecież prawa nikogo obarczać. Już pewnie nawet zapomniał jaką pozycję chciał zajmować w hierarchii. Myśliwy? Niemożliwe, nie dałby sobie rady z większym jeleniem zapewne. Zwiadowca? Coś w tym stylu. To miał być szpieg, posłaniec. Miał ganiać z miejsca na miejsce przemycając informacje, które nie mogły trafić w żadne brudne łapska. Ale jak dotąd nie było okazji do podbudowania swojej reputacji. Na myśl więc przyszło mu: A czemu by tak nie zaimprowizować wydarzenia? Mogło to być jednak niebezpieczne kłamstwo, więc zaniechał. W tym momencie uświadomił sobie, że już od dawna przebywa na obcym terenie. Powinien zachować czujność, a nie myśleć o takich rzeczach. Stanął na moment, rozejrzał się. Ziemia była sucha, marna, bez życia, drzewa rosnące na niej ciemniejsze, mroczniejsze. Wszystko wokół bylo tajemniczo przytłaczające, jakby natura podpowiadała mu co ma robić: że powinien uważać. Salem jednak nie lubił zgadzać się z innymi, jego zdanie zawsze musiało być ostatnim, szedł więc dalej.
  Do jego nozdrzy dotarła woń, której dawno nie czuł. Od razu przed oczami pojawiło się wspomnienie, dawno zapomniane. Środek miasta, rzecz działa się również nocą, ludzie wokół biegali nie wiedzieć czemu, w panice. Nad ich głowami unosił się dym. Spadzisty dach domostwa otoczony był przez jęzory ognia otulające go z każdej strony... W tym momencie Salem instynktownie chciał spojrzeć w niebo lecz drzewa z resztkami listowia nie pozwoliły mu dostrzec dymu. Rozejrzał się więc szukając wokół pagórka lub skały z którego dałby radę coś dojrzeć. Tak się złożyło, że całkiem niedaleko zauważył obrośnięty mchem i błotem głaz, który uznał za przydatny punkt obserwacyjny. Podbiegł do niego czym prędzej, jednak nie łatwym zadaniem była wspinaczka na niego. Po nie dłuższym jednak czasie (a wciąż marnując czas) udało mu się dostać na szczyt podpierając się na nierównościach głazu. Rozejrzał się i na jego szczęście dym był widoczny a co najważniejsze jego objętość wzrastała. po zlokalizowaniu celu pies kilka sarnimi susami zeskoczył z głazu, ostatecznie ciężko spadł czterema łapami na ziemię i odbił się od niej od razu ruszając sprintem przed siebie. Teraz znając kierunek w głowie błądziło mu tylko: Nie zgub się teraz! Salem, skup się! To była jego szansa na poprawienie swoich stosunków ze stadem, na zdobycie szacunku, musiał się postarać, pozwolić wszystkim zmysłom działać. Skoncentrował się w tym momencie na błyskawicznym wyłapywaniu zapachów z otoczenia, lecz jedynym teraz był tylko odór palonego drewna. Po jakimś czasie jednak zaczął wyłaniać się jakiś inny swąd, który był mu dość bliski jednak tym razem wywołał niesmak i obrzydzenie. W miarę jego nasilania dostał mdłości i musiał zwolnić tępa, nie chciał poczuć się źle w najważniejszym momencie więc postanowił rozejrzeć się w międzyczasie. Zdążył wychwycić kilka zwierząt w popłochu oddalających się od miejsca pożaru, on szedł mu dzielnie naprzeciw. Zauważył pierwsze palące się konary, przyśpieszył kroku ignorując smród.
  *Proponuję zapuścić muzykę w tym momencie.*
  Miał właśnie zbliżyć się do centrum gdy usłyszał głośny odgłos za powalonym drzewem. Natychmiast stanął jak wryty, nie śmiał drgnąć. Na ugiętych łapach, z postawionymi na sztorc uszami zaczął kroczyć w kierunku szelestu. Usłyszał rozmowę: głosy oba zwracały się do siebie pytająco, brzmienie miały charczące, nieprzyjemne dla uszu. Salem wyczuł od razu, że nie ma do czynienia z żadnymi sojusznikami. Co mam zrobić? Zauważą mnie jak tylko spróbuję przemknąć obok nich. Chyba że... Rozejrzał się wokół siebie, po chwili szukania znalazł kamień, który dokładnie ujął w zęby i z mocnym zamachem wyrzucił w bok. Kamień może nie poleciał zbyt daleko ale skutecznie odwrócił uwagę dwóch czarnych postaci które wyłoniły się za pnia i zczęły przeczesywać teren warcząc coś niezrozumiałego. W tym czasie pies przemknął za nimi z drugiej strony ukrywając się za krzakami. Jako, że pora roku powodowała szron na powierzchni liści i traw nie był az tak bardzo wyróżniający się z otoczenia. Zmieniło sie to jednak gdy odgłosy ognia stały się głośniejsze i płomienie rozświetliły ciemną dotąd okolicę.
  Własnie zbliżał się wschód słońca, więc Salem dużo gorzej widziałby, gdyby nie otaczał go siejący zniszczenie pożar. Właściwie doszło już do fazy wypalania pierwotnego ognia przez wtórny, więc gorzej już pewnie być nie mogło, natomiast po krótkim czasie przypomniał o sobie zapach, który Salem rozpoznał jako swąd krwi. Śmierć można było wyczuć w całej okolicy. nie tylko wyczuć ale i zobaczył, widział kilka trupów pokaleczonych psowatych. Powstrzymał mdłości, wyzbył się wszelkiej empatii natychmiast i zabrał do pracy. Nie wiedział jeszcze co ma czynić, ale na pewno nie będzie czekał aż dwa koszmarne wilczyska wrócą tu by sprawdzić, czy wszystkich pozabijali. Podszedł do pierwszego trupa, od którego capiło paloną sierścią, z raną otwartą, grymasem cierpienia na pysku. Z pewnością był martwy, Sal nie musiał sprawdzać. Następny leżał niewiele dalej, wyglądał jakby wzywał wciąż pomocy, lecz jego wybałuszone ślepia beznamiętnie spoglądały w nicość, zaszły krwią i nie reagowały na żadne światło. Musiał podchodzić tak jeszcze wiele razy do truchła, nieraz poruszyć nim, stanąć na pogruchotanych kościach, czy odsłonić cielsko spod gałęzi, którymi było zakryte. Wiedział, że czas go nagli, lecz w tym momencie zatrzymał się dla niego. Usłyszał coś, czego prawdopodobnie oczekiwał już od dłuższej chwili. Czyżby życie jeszcze gdzieś krążyło wśród tej ruiny? Podążył za instynktem bacząc by nie wpaść w zasadzkę zostawioną po zbrodniarzach, jednak jedyne co zobaczył do kolejne zwłoki, leżące na polanie otoczonej wypalającym się ogniem, podparte o suchy konar umierającego drzewa. Nadzieja go opuściła. "Jak mogło dojść do takiej katastrofy? I jeszcze nikt nie mial o tym pojęcia....To musiało stać się niedawno, na pewno zaatakowali z zaskoczenia. Ci nieszczęśnicy nawet nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji więc zamiast uciekać - walczyli." Ogarnęła go niesamowita rozpacz. W tym momencie wolał również zginąć, podzielić ich los, zakończyć cierpienia. Naoglądał się zbyt wiele. Skulił się, warknął donośnie w głębi gardzieli nie przejmując się już, czy zwróci czyjąś uwagę....
  Wtem znów do jego uszu dobiegł odgłos cichego skowytu, jęku, który z pewnością wywołany był bólem i cierpieniem któregoś z ocalałych. Zrozumiał to od razu i powrócił wzrokiem do postaci pod drzewem, która uznał za martwą. Podszedł nieco bliżej, jak gdyby miał się czegoś obawiać. Ogarniał go wciąż dym, mógł być nierozpoznawalny i w razie czego uciec. Wtem postać poruszyła się. W sercu Sal'a obudziło się coś. Podbiegł bliżej ale wilk, czy cokolwiek to nie było znów wydał jęk i próbował chyba coś powiedzieć.
 - Kim..jesteś..?
Salem nie odpowiedział. Co miał niby zrobić po tym wszystkim co widział? Odjęło mu mowę. Zastanawiał się pierw czy nie ukrócić po prostu jej cierpienia, nie dając nadziei, pozwalając by zaznała spokoju. Powstrzymał się jednak przez chwilę.
 - Kim jesteś?! - Powtórzyła jeszcze raz jak gdyby sądząc, że nie dosłyszał najzwyczajniej, bądź trafił jej się głupiec.
Salem podjął decyzję. Nie będzie robił jej krzywdy, pomoże jej się stąd wydostać i doniesie stadu o wydarzeniach. Ta myśl, która zaświeciła jasnym blaskiem w jego głowie sprawiła że postawił jeszcze jeden krok w przód i pochylił się do niej, by lepiej słyszeć. Ona znów zawyła, lecz musiał zadać jej pytania.
 - Nie zrobię Ci krzywdy. Co tu się stało? - Spytał w końcu głosem niskim, ostrym, tak by dotarło do niej, że musi te odpowiedzi znać już teraz. Właściwie to sądził, że nie przeżyje zbyt długo a te informacje ewentualnie pozwolą mu awansować. Wilczyca nie odpowiedziała. Wciąż miała minę jakby coś rozdzierało ja od środka. Mieszaniec niewiele myśląc ruszył biegiem w las. Z jej krtani wypłynęło krótkie "Co ty...?"  lecz zamiast odpowiedzi musiała oglądać, jak zostawia ją samą na sam środku pola walki. Salem kiedyś przyglądał się pracy medyków, ostatnim razem jedna ze stadnych foczek leczyła jego nogę, więc wiedział czego mniej więcej szukać. Na szczęście obolałej wilczycy jej pomagier miał pamięć niezawodną, lecz przyniósł jej tylko zastępcze liście, które miały służyć za krótkotrwały opatrunek. Wilczyca patrzyła na niego wciąż trwożnie, nie wiedziała w końcu czy może mu ufać i czy wie co robi. On wiedział tylko częściowo, w każdym razie zatamował strumień krwi wylewającej się z otwartej rany, w której musiał nastawić kości, by mogła z nim wrócić w bezpieczne miejsce.
 - Jak masz na imię? - Spytał gdy tylko uznał, że jest teraz w stanie powiedzieć coś więcej.
 - Terra... - Wydusiła z siebie z głośnym westchnieniem, ni to ulgi, ni to znowuż bólu. - Nie musiałeś tego robić...lepiej zostaw mnie i sprawdź czy ktoś nie ocalał, może da się uratować... - urwała widocznie mając nadzieję, że komuś wyjątkowemu udało się przeżyć. Salem był jednak zmuszony ją rozczarować.
 - Przeszukiwałem ciała. Leży tu kilkanaście, lecz nie wiem ile wilków uciekło. Wiem też, że dwaj napastnicy wciąż patrolują teren, musimy ich ominąć. - Nie pozwalając jej pytać dalej pozwolił podeprzeć się na sobie, pomógł jej wstać a przynajmniej zachować jakikolwiek pion, dopóki nie powrócą jej wszystkie zmysły i nie przypomni sobie jak się chodzi. Musiało jej być naprawdę trudno, nie miało to jednak w tym momencie znaczenia. Najważniejszym było urwać się z tego piekła.
  Ich kroki byly wolne. Nie rozmawiali ze sobą do czasu aż nie przekroczyli granicy do której dochodził smród pozostawiony przez śmierć. Tym razem nie było problemów, gdyż wrogie wilki odeszły nie pozostwiając po sobie śladu obecności. Terra coraz głośniej szurała łapami po ziemi, szła coraz wolniej. Salem byl mniej więcej jej wzrostu, był samcem a mimo to wydawał się być niewiele bardziej masywny i silny. Mimo to zaproponował jej by ją poniósł.
 - Oszalałeś głupcze? Jeszcze czego? Co ty sobie wyobrażasz? - Wydawała się być oburzona, nie znał jednak przyczyny jej zachowania póki nie zdołał spojrzeć jej w ślepia. Zastanawiające było to, że biło od niej niepokojące ciepło. Gdy już wylądowała na jego grzbiecie był pewien, że ma gorączkę i zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy.
 - "Jak koonie w galopieee...uuuu~" - Śpiewała cichutko, głosem przerywanym, melodyjnym lecz jednocześnie przypominała osobę obłąkaną. Zamiast sprawdzić czy wszystko w porządku z jej mózgiem Sal myślał  A co będzie jak ją tu teraz zostawię? Może to jakaś wariatka...jeszcze mnie wyśmieją. A jak się zarażę i przeniosę to na przykład na Szadoła to mnie chyba zabiją. Nie zrobił jednak tego co pragnął z całego serca uczynić, lecz zamiast tego znowu wzmógł tępo i po jakimś czasie melodia Baśki ustała. Terra zasnęła, być może ze zmęczenia, też na pewno pomogło rytmiczne tempo marszu.

***
  Było już całkiem widno. Cheese hasał sobie wesoło po granicach po dopiero co spożytym posiłku, pierwszym tego pięknego poranka. Cóż mogło zakłócić spokój i harmonię w SPS? A no właśnie. Wyczuł znajomy zapach, kierowany ciekawością ruszył w kierunku, z którego dobiegał tupot łap. Więc był to Salem, lecz coś ciążyło na jego barkach, wyglądał na bardzo zmęczonego, oczy miał zagubione, poczerwieniałe, wybałuszone. Patrzył tylko przed siebie, ignorował wszystkie sygnały otoczenia, mówiące że jest już blisko.
 - Sal, co ty tu robisz tak...wcześnie... - Ostatnie słowo wypowiedział dobiegając do niego. Terra na grzbiecie mieszańca poruszyła się raz, a właściwie zadrżała nękana gorączką. Krew i pot z jej ciała lepiły się do sierści zmęczonego pod nią psa. Niewiele myśląc zdjął z siebie ciężkie cielsko i sam spoczął.
 - Stało się coś strasznego. Muszę o tym prędko powiedzieć Radzie. Musisz się nią zaopiekować! - Powiedział tak szybko i niezrozumiale że Cheese przez chwilę zastanawiał się co robić w następnej kolejności. pytać dalej, czy działać?
 - Ale kim ona jest? Co mam zrobić? - Pytał jak gdyby jeszcze nie odnalazł się w sytuacji, lecz groza już zaczynała powodować mi ciarki na całym ciele.
 - Zobacz co z nią jest. Ktoś zaatakował sojusznicze stado, ona jest jedyną ocalałą jaką znalazłem. Myślę, że poza tym co już zdążyła mi przekazać kryje jeszcze wiele niezbędnych informacji. Nie pozwól żeby umarła, a ja pobiegnę sprowadzić pomóc i powiadomić resztę. - Słowa wyleciały z niego w niewyobrażalnym tempie, po czym oblizał kilka razy pysk i ciężko przełknął ślinę na myśl o szaleńczym biegu jaki go teraz czeka. Nie pozwolił nawet by kolega przemyślał decyzję. po prostu wstał na chwiejących się nogach i ruszył. Tym razem znał kierunek oraz wiedział, że Serek da sobie rade z utrzymaniem jej przy życiu. Należało tylko dobiec do polany. Tam na pewno będzie ktoś, kto przejmie pałeczkę. Las stopniowo się przerzedzał, a pies rozpoznawał już okolicę doskonale. udał się wprost na miejsce spotkań członków stada, lecz ku jego zdziwieniu nikogo tam nie zastał. Chociaż zawsze ktoś spoczywał w cieniu lub wylegiwał się niedaleko wody nie miał czasu na poszukiwania. Musiał biec dalej, do stadnych jaskiń i nor. Łapy już odmawiały mu posłuszeństwa. Znajdując się już w miejscu, gdzie powinny odpoczywać psy zawył głośno resztkami sił i czekał na rychły odzew. Jak mógł się spodziewać pierwszy usłyszał do Shadow. Zawsze w gotowości do niesienia pomocy innym i teraz go nie zawiódł. Pytającym wzrokiem badał ciało Sal'a, brudne, śmierdzące, mokre od potu i lepiące się do wszystkiego. W milczeniu czekał na wyjaśnienia.
 - Byłem na przechadzce wokół terenów. Poczułem dziwny zapach... - Salem czuł, że musi opowiedzieć mu wszystko od początku do końca, bo inaczej padną zajmujące cenny czas pytania. - ...jest teraz w lesie z Serkiem - niedaleko granic na północ od polany. Musimy prędko wezwać jakiś medyków do pomocy, on może nie poradzić sobie z nią na dłuższą metę. 
Shad widocznie zrozumiał po zawrócił w stronę psich nor i naraz wybiegło z niej kilka osobników, które widziało już w którą stronę należy się udać by nieść pomoc.
 - Resztę opowiesz mi gdy odzyskasz siły. Rada także musi o tym wiedzieć. Wszyscy muszą. Jest to sprawa w która bez wątpienia musimy się wtrącić. Zwołamy zgromadzenie i wspólnie ustalimy co należy uczynić, gdy tylko Terra będzie gotowa zamienić z nami parę słów.
Słowa te uspokoiły Sal'a. Był pewien że wykonał swoje zadanie, i finalnie uśmiechnął się sam do siebie, czego nie robił z pewnością od dawna. Poczuł wielką ulgę, że w ciągu kolejnych kilku godzin nie będzie musiał nadwyrężać swojego zmęczonego ciała. Nie chciał teraz zawracać gitary o swoim ewentualnym udziale w sprawie i wynagrodzeniu, najwyżej może uda mu się wspomnieć o tym po fakcie... Tym razem sam siebie pokarał. Jak po tym co zobaczył mógł być zdolny do myślenia w tak prymitywny sposób?! Szaleństwo. Szaleństwo nie pozwoliło mi także podnieść się z ziemi. Postanowił odpocząć tu. W miejscu, gdzie czuje się bezpiecznie. Obiecał sobie nie opuszczać terenów w najbliższym czasie, chociaż czuł, że i tak ktoś go do tego zmusi.

Wyprawa na cmentarz. Część 2. [Tasha]

Odkąd wyruszyliśmy towarzyszyły mi takie uczucia jak zapał, ekscytacja, radość i pewność siebie. Poprzedniego wieczoru byłam tak podekscytowana że nie mogłam zasnąć, też obudziłam się  wcześniej i z braku lepszych pomysłów udałam się na miejsce zbiórki. Jednak teraz, gdy krople deszczu biły o mój grzbiet, który nawiasem mówiąc nie był hojnie obdarowany futrem, mój zapał znikł tak jak ciepłe letnie dni jakieś dwa miesiące temu. Im częściej przypominam sobie o tych beztroskich chwilach, tym częściej przeklinam w duchu nasz klimat. Jesień w całym swym pięknie posiada najgorszy pakiet jaki można sobie wyobrazić, a mianowicie deszcz, wiatr i niską temperaturę w jednym i z tym właśnie zestawem musieliśmy się pogodzić podczas naszej wędrówki. Całe szczęście las odegrał rolę naturalnego muru i dachu , co prawda z dziurami, ale jest to lepsze niż nic.
Szliśmy już około dwóch godzin, podczas których ciągle padało, oczywiście z różnym nasileniem, co dawało chwile wytchnienia. Podczas jednej z tych wolnych od „ulewy” chwil napotkaliśmy naszą pierwsza przeszkodę, a mianowicie powalony pień, zapewne spowodowała to burza która miała miejsce kilka dni temu. Ponieważ pień leżał na środku drogi, a po prawej i lewej stronie rozciągały się gęste, nieznane nam krzewy, lepiej było nie ryzykować poparzeń i przejść nad nim. Pierwszy tego wyzwania podjął się Shadow, który pomógł przejść Lenie. Ja byłam następna, początek był prosty wystarczyło oprzeć tylną łapę o jedną z gałęzi, następnie wdrapań się na górę i wydawałoby się najprostszym zejść, jednak tu znów pojawił się znienawidzony przeze mnie deszcz który sprawił, że kora drzewa nie należała do najpewniejszych podłoży i gdy stanie się na nim zbyt pewnie, co niestety zrobiłam, może spowodować upadek.
-Wszystko w porządku? –spytała Justa, która podejmowała wyzwanie tuż po mnie.
-Taa, w porządku to błoto złagodziło upadek…-odpowiedziałam z nutką irytacji, ale też rozbawienia. –Cóż kogoś musiało to spotkać –wstałam, otrząsnęłam się z liści i zrobiłam miejsce reszcie grupy, która nie miała już takich problemów jak ja i przeszła bezpiecznie na drugą stronę, niektórzy może stracili równowagę na moment raz, czy dwa. Gdy już cała nasza wesoła gromadka była po drugiej stronie ruszyliśmy w dalszą drogę.
-Hym…-zamruczała Vivian spoglądając do tyłu na pokonany przez nas pień.
-O co chodzi?-spytał Nack, który zwrócił uwagę na jej zamyślenie.
-O nic tylko…-zatrzymała się na chwile, jeszcze raz analizując upadłe drzewo, co zwróciło uwagę reszty.-Pamiętam że kilka dni temu miała miejsce burza, jednak nie sądzę żeby była na tyle silna by przewrócić to stare, dużo drzewo.
-Hym…-rozległ się pomruk zaintrygowania i każdy z nas wlepił wzrok w dopiero co przebytą drogę.
-Myślę, że nie powinniśmy się teraz nad tym zastanawiać-powiedziała Leiko po chwili ciszy jaka zapanowała.-Nic dobrego z tego nie wyjdzie, a i tak pewnie udzielił nam się nastrój . Drzewo było stare równie dobrze mogło przewrócić się samo z siebie.-wszyscy przytaknęli i kontynuowaliśmy nasz marsz. Rozmowy, jednak jakby przycichły i zapanowała dziwnie napięta atmosfera, która na szczęście trwała niedługo, ponieważ zniknięcie deszczowych chmur i pojawienie się słońca, które prześwitywało przez liście wysokich drzew poprawiło wszystkim humor i kolejna godzina drogi upłynęła na rozmowach, żartach a nawet piosenkach, choć krótkich i nie do końca poprawnie wykonanych to u przymilających podróż.
-Dobrze, dotarliśmy do postoju!-oznajmiło czoło naszego pochodu ku uciesze moim i jeszcze kilku osób, które tak jak ja oczekiwały go już od jakiegoś czasu. Zatrzymaliśmy się na niewielkiej, leśnej polanie. Polana może nie była duża, ale przytulna i idealnie spełniała nasze warunki. Na środku leżało kilka porośniętych mchem głazów ustawionych przez Matkę Naturę w kręgu, jakby były przygotowane specjalnie dla osobników chcących odpocząć lub porozmawiać o czymś ważnym. Na krańcu polany tuż przy linii drzew płyną wąski strumień, który wypływał ze strony przeciwnej do tej, którą weszliśmy. Trawa pod naszymi łapami nie była tak zielona, jak latem jednak dzielnie się trzymała w porównaniu do tej na naszej ojczystej polanie, która już traciła żywe barwy. Atmosferę tej leśnej polany można uznać za przyjemną, a nawet magiczną. Staliśmy w rzędzie przyglądając się temu miejscu lekko zdezorientowani.
-Brakuje tylko króliczków, motylków i sarenek do tego obrazka-powiedział ktoś po mojej prawicy, jednak byłam zbyt skupiona na staniu i wpatrywaniu się w to zadziwiające miejsce by odróżnić czyj to był głos, po tych słowach wszyscy się roześmieli i rozproszyli po polanie. Minęło około pół godziny nim wszyscy napili się do syta i znaleźli w miarę suche miejsce na odpoczynek. Dopiero, gdy siadłam poczułam ile przeszliśmy. Czułam ból w nogach, jednak nie był on silny, jedynie odczuwalny, wiedziałam że pod koniec dnia będzie gorzej i nie ma co teraz narzekać. Rozejrzałam się jeszcze raz po polanie, kątem oka spostrzegłam jakiś poruszający się , ciemny kształt w lesie. Szybko odwróciłam wzrok w tą stronę, jednak las wyglądał tak jak powinien. Spojrzałam po reszcie członków wyprawy, niektórzy mieli podniesione głowy i nastawione uszy inni wpatrywali się w to miejsce, jednakże nikt nic nie mówił, zapewne nie chcieli niepotrzebnie denerwować reszty lub myśleli że tylko im się wydawało lub była to sarna, co było najbardziej prawdopodobne, a co za tym idzie pewnie prawdziwe. Zastosowałam się do tego, nic nie powiedziałam i wróciłam do odpoczynku . Na polanie spędziliśmy mniej więcej półtorej godziny, dla niektórych było to za mało dla innych za dużo, a jeszcze niektórzy uważali ten czas za akurat. Chcąc, nie chcąc trzeba było wstać i ruszyć dalej w nurt przygody. CDN

Wyprawa na cmentarz. Część 1. [Nack]

       Husky przybył na polanę trochę wcześniej niż zamierzał a obserwując szare obłoki radykalnie przenikające siwy nieboskłon, sceptycznie podchodził do zapowiadającej się pogody mającej towarzyszyć im przez większość czasu podróży. Trzymając łeb nisko obrócił lekko pyskowie by upewnić się, że wybranka Jego serca smukłym krokiem idzie obok niego. Nie spieszyło im się, raczej wątpili, że spotkają któregoś ze stadnych towarzyszy w wyznaczonym miejscu spotkania przed wschodem, który był wyznacznikiem czasu ich zgromadzenia. Wyprawa tak oczekiwana przez psowate zgodnie z przewidywaniami miała zająć przy sprzyjających wiatrach kilka godzin marszu przeplatanych odpoczynkiem przeznaczonym na zregenerowanie sił.
     Po przekroczeniu granicy lasu ze zdumieniem omietli spojrzeniem polanę stwierdzając, że większość osobników już się zgromadziła z porannym znużeniem oczekując na przybycie reszty. Podeszli bliżej darując sobie efekt zaskoczenia i już z daleka oznajmiając swoją obecność krótkim serdecznym powitaniem przy akompaniamencie skinięcia łbem. Przysiedli w bliskim sąsiedztwie Shadowa i Leny przerywając krótką konwersacje dotycząca migrowania zwierzyny łownej na północne krańce, błękitnooki przyłączył się do rozmowy szybko wtrącając pytanie dotyczące faktycznej liczby uczestników na wyprawę. Rozmówcy nie zdążyli odpowiedzieć, bo chwilę później dołączyła do nich Tasha, której sylwetka już wcześniej jawiła się wzdłuż brzegu jeziora 
- Czekamy na Vivian i Juste - zakomenderowała podchodząc bliżej ich małego kręgu, najwidoczniej przybyła tu pierwsza i w celu rozgrzania łap udała się na krótki żwawy spacer. Przemyślenia uświadomiły huskyemu Jego obawy o jesiennej chlupie, która niebezpiecznie owinęła się wokół ich terenów. W duchu wierzył jednak, że południe przywita ich nieco cieplejszym ramieniem pozbawionym nagłymi porywami wiatru. Machinalnie przytulił Leiko, jak zwykle gdy stwierdzał, że jest wystawiona na niesprzyjające warunki. Uśmiechnął się kątem pyska i nim zdążył się zorientować dołączyła do nich reszta uczestników z wymalowanym pytaniem na pyskach 
- Jesteście w samą porę, my przybyliśmy za wcześnie - wyjaśnił odpowiadając na ich nieme zapytanie i zerknął na Lenę, która w tym momencie chrząknęła gotowa natchnąć  krótką przemową ich wygłodniałą wyobraźnie. Nie przeliczył się słuchając słów przywódczyni, jako że była znakomitym retorem, wkładając w swe oracje tyle energii, że po facjatach zebranych przebiegł mimowolny nieokiełznany uśmiech łapczywych przygód podróżników. Husky oderwał na chwilę spojrzenie, od labradorki by przenieś stoickie spojrzenie na słuchających, wyłapując owe prawie że szczeniackie gesty radości, tak nie często spotykane w szarości dnia codziennego. Nawet Jego rasowy pobratymiec zmienił wyraz pyska na szeroki uśmiech, podczas przemawiania kremowej towarzyszki.
       Po słowach, nadeszła pora na czyny, jako, że niektórzy niecierpliwie stąpali po ziemi, próbując rozgrzać zziębnięte poduszki czy rozmasować zbolałe mięśnie kręgosłupa. Shadow rozrysował na piaszczystym gruncie mapę, oznaczając najważniejsze i charakterystyczne punkty, które miały doprowadzić ferajnę do celu. Chwilę później ich rysunek obarczony był kolejnymi śladami łap, jako że każdy postanowił dołączyć się do przygotowania szlaku, wyznaczenia miejsc postoju czy wodopoju, kolejne minuty mijały i gdyby nie stanowczość Leiko, godzinami dybali by na temat atrakcji turystycznych podczas wyprawy. Husky słysząc hasło do rozpoczęcia wyprawy odwrócił łba by rzucić ukradkowe spojrzenie na wiarusa, spoglądającego właśnie w Jego stronę jakby przewidując kolejny krok. Kiwnął łbem, zgadzając się na niewypowiedziane myśli Shadowa i ustawił się na końcu, pamiętając, że pilnowanie gromadki leży w Jego naturze i obowiązku. Mimo, iż nikt nie wyznaczał niewidzialnych granic wszyscy ustawili się w pionowym rządku prowadzonym przez Shadowa w towarzystwie Leny, dalej szła Vivian, Tasha i Justa, których kolejność zmieniała się w zależności od prowadzonych przez nie rozmów, zamykający ten pstrokaty korowód Nack i Leiko, co jakiś czas zerkali do tyłu by się upewnić, że nikt nie kroczy w ślad za nimi.
        Minęli jezioro by za chwilę zniknąć w leśnej gęstwinie ich terenów, szli wzdłuż wyklepanej przez łapy ścieżki dyskutując na temat obranej drogi. Zdania były podzielone, jako że jedna cześć wolała drogę dłuższą i bezpieczniejszą prowadzącą wzdłuż linii drzew za to inna preferowała wniknięcie do wnętrza lasu w celu jak najkrótszego czasu dotarcia na cmentarz. Spór trwałby długo, gdyby natura nie postanowiła sama rozwiązać problemu. Nack poczuł jak zimna kropla musnęła Jego czarnej jak smoła trufli, nie chcąc dać wiary w ten kaprys pogody zerknął w bok chcąc znaleźć upewnienie w oczach ukochanej. Leiko również strzygnęła beżowym uchem potwierdzając Jego obawy o mżawce, która chwilę później zwiększyła objętość swych kropel przekształcając się w zwykły jesienny deszcz. Ulewa rozgorzała na dobre zmuszając psowate do wtargnięcia na teren lasu, mimo że z cukru nie byli a nawet niektórzy śmiało chcieli przeciwstawiać się pogodzie, po krótkich przekonaniach zgodnie uznali, że złapanie jakiegoś wirusa nie będzie dobrą pamiątką z wyprawy, która dopiero się zaczęła i już pokazywała mozół swej pracy. Zacięcie w sercach podróżników, jednak nie zmalało a wręcz zwiększyła się ich motywacja obleczona trudem złej pogody...
... ciąg dalszy nastąpi. Tasha oddaje pałeczkę .

poniedziałek, 4 listopada 2013

Blizna, cz. I.

Słońce wędrowało wolno po nieboskłonie, oświetlając rozległe tereny stada. Jak zwykle Samka owczarka niemieckiego wędrowała samotnie, zatopiona w swych własnych, pokręconych myślach. Mijały minuty, a łapy masywnej owczarki dotykały coraz bardziej obcej  jej ziemi. Gdy przystanęła, jej ślepia napotkały przed sobą, ścianę gęstego lasu. Wewnętrzny głos, wręcz krzyczał, by tam nie wchodziła, jednak wszechogarniająca ciekawość, nakazywała jej przestąpić zakazaną granicę. Przełknęła ślinę i ruszyła przed siebie, niknąc w ciemnym lesie. Minęła dobra minuta, nim oczy Volturi przyzwyczaiły się, do mrocznej szaty wywyższającego się drzewostanu. Wysoko nad jej głową, głośne nawoływania kruków, wypełniały korony drzew. Rozglądała się bacznie, wypatrując końca tego mroku, jednak nie widząc najmniejszej szparki między pniami, zagłębiała się coraz bardziej, w nieznane. Nie należała do bojaźliwych zwierząt, jednak struchlała, gdy tuż obok niej przebiegł rosły jeleń. Ruszyła co koń wyskoczy, pędząc na oślep przed siebie. Potknęła się o wystający konar, o mało nie straciwszy równowagi. Zatrzymała się przed skałą, która wyłoniła się z mroku, blokując jej drogę. Głośno dysząc, walczyła o każdy oddech, gdy wtem usłyszała głuchy warkot. Postawiła uszy i wolno obróciła łeb. Z przerażeniem w oczach cofnęła się, opierając się o skałę. Widząc trzy wilki, które wyrosły przed nią, miała ochotę zjednać się ze skałą. Jednak musiała walczyć o swoje życie. Stanęła mocniej na łapach i ukazała kły w obronnym geście. Zniżyła łeb i napięła mięśnie. Troje obcych jej osobników, uczyniło tak samo, jednak Oni nie czekali. Jeden z nich, doskoczył do Samki i kłapnął zębiskami. Machnął wielką łapą, uderzając ją w łeb. Suczka zaskamlała i potoczyła się na bok. Szybko wstała potrząsając łbem, chcąc pozbyć się natarczywego szumu w uszach. Skoczyła ku przeciwnikowi i ugryzła go w kark tuż za uszami. Ten zawył i jął się szamotać z suczką na grzbiecie. Jednak nie dane jej było długo gryźć wilka, gdyż drugi z napastników, uderzył ją mocno w żebra. Przeturlała się pod skałę, z głośnym skowytem. Z trudem uniosła ciało, wtem ostatni z nich machnął łapą, a jego pazury spoczęły na pysku owczarki, pozostawiając na nim głęboką ranę. Przeraźliwy skowyt bólu, rozniósł się po ciemnym lesie. Wilki podeszły na tyle blisko, by Samka czuła ich cuchnące oddechy. Jeden z nich poczuł się na tyle pewny siebie, że postawił nierozważnie łapę, tuż obok pyska suczki. Ta korzystając z okazji wczepiła się na tyle mocno w jego łapę zębiskami, by mu ją połamać i porządnie ją pokaleczyć. Reszta kompanów zaczęła się śmiać z nierozważnego młodzieniaszka, po czym najstarszy z nich, nadepnął na krwawiącą ranę na pysku leżącej przeciwniczki. - Czego ode mnie chcecie? - Z trudem wydusiła z siebie słowa, cedząc je przez zaciśnięte zęby. - Twego mięsa. - Największy z wilków, uniósł łeb i głośno zawył, zwiastując wszem i wobec, że upolowano smakowity kąsek mięsa. Przed oczyma Volturi, stanęli wszyscy jej bliscy. Myślała jedynie, o tym, że już nigdy więcej się z nimi nie zobaczy. Pogodzona ze swą śmiercią, ostatni raz spojrzała na oprawców, by po chwili zamknąć ślepia i wziąć ostatni oddech.
 CDN.

niedziela, 13 października 2013

Zawiłości miłości. Part I.

Spazmatyczny oddech nawiedził postać o słomianych puklach. Metraże torów, jakie kazano pokonać im sprintem były wręcz kolosalne, bynajmniej jak dla kogoś kto na co dzień borykał się z problemami sercowymi. Bardzo poważnymi problemami sercowymi, o których nie wspominał nikomu, gwoli ścisłości. Głupie, nieodpowiedzialne… Takie typowe w swej infantylności… I takie jednocześnie takie niesprawiające trudu. Balansowała po najmniejszej linii oporu, przekładając chore ambicje ponad własne zdrowie. Norma w jej antagonistycznym uniwersum.
- Cama, poczekaj. - sapnęła, machnąwszy na koleżankę zbierającą się do następnego biegu – Muszę złapać oddech… 
               Szatynka obróciła głowę, bezkrytycznym spojrzeniem taksując sylwetkę słaniającej się Bonnie. Chyba zaczęła oswajać się z jej widokiem, w czasie jak ta walczyła o resztki tlenu, tak bardzo potrzebnego każdej istocie żywej. Z resztą, to wszystko zaczynało komplikować się z dnia na dzień coraz bardziej. Nie rozumiała jej oślego uporu. Obie uczęszczały do najlepszej szkoły wojskowej w kraju, zgoda, ale takie nadwyrężanie organizmu ponad miarę mogło kiedyś odbić się czymś gorszym, aniżeli chwilowa duszność. Westchnęła więc pobłażliwie, puszczając ręce wzdłuż ciała.
 - Po prostu biust opada. Parskasz jak dławiony kundel.
               Prawda w oczy kole. Coraz trudniej było chwytać powietrze. Doszło do tego, że Cama była zmuszona odprowadzić przyjaciółkę do trenera. Ten przyjrzał się uważnie pobladłej blondynce i uśmiechnął wąsko z typowym dla siebie powątpiewaniem. Był jednak wyjątkowo ugodowym człowiekiem i tak jak się spodziewano nie robił zbyt dużych problemów. To jest, bardziej nie komplikował im życia.
- To wasza ostatnia lekcja? – zapytał treściwie, krzyżując ręce na torsie obitym w ciężki mundur. Było przecież tak gorąco… Współczucie samo chwyta za serce na taki widok.
- Tak jest, sierżancie. – padła chóralna odpowiedź.
- Więc idźcie do domów. Na jutro chcę usprawiedliwienie. – mruknął, przez moment taksując wzrokiem dziewczęta. – Od każdej z was. – dodał, ruchem podbródka wskazując Camę. – A wy ją odprowadzicie, rekrucie.
- Tak jest! – obustronny salut przypieczętował niepisaną umowę. Nie ukrywajmy, jasnowłosa czuła się jakby ją walec przejechał, potem cofnął poprawić niedoskonałość i jeszcze raz przejechał. Ciśnienie poderwało krew pod same skronie, atakując zdezelowaną postać cholerną migreną.
               Z osłupienia wyrwał ją dopiero pisk opon i nagły ból ramienia. Wraz z warknięciem wściekłego kierowcy. 
- Jak łazisz!? – ale jaki to był przejmujący dźwięk… Zimny dreszcz przemaszerował po jej kręgosłupie w brutalnym kontraście do obecnego ukropu. Żaden inny mężczyzna na Ziemi nie mógłby poszczycić się bardziej pociągającym, wpadającym w wibracyjną nutę, głęboko zachrypniętym barytonem. To prawie jak dostać piłką w łeb od samego Davida Beckhama! Zdolne zamroczyć przeciętnego człowieka na ulotną chwilę. Woń palonej gumy uniosła się w powietrze, mącąc wszechobecny odór spalonego słońcem asfaltu.
- Ja… Ja… - próbowała zacząć, jednak jej wysiłki spełzły na niczym. Westchnęła więc ciężko i zacisnęła mocno pobladłe wargi w czasie, jak jej przyjaciółka zadecydowała zawlec ją z powrotem na bruk. Cała żałość jasnowłosej postaci uleciała w pobłyskujących kącikach oczu, gdzie ledwo zauważalnie tliły się łzy bezsilności. Sapnęła ze złością, odtrąciwszy od siebie ramię Camy. Ta wzniosła tylko ręce w defensywie, nie chcąc już niczego więcej. – Przepraszamy. – rzuciła w imieniu ich obu. Grunt to to, że były już bezpieczne na chodniku, z dala od warczącego silnika. Bonnie zdążyła jedynie zwrócić uwagę na twarz mężczyzny, który wpierw zmierzył je całe górnolotnym spojrzeniem ciemnych oczu, a potem zakląwszy siarczyście na własną nieuwagę wcisnął pedał z taką siłą, że opony zawirowały bezsilnie, nim pchnęły wóz w dalszą drogę. Czarna bestia wkrótce zniknęła im z oczu. Blondynka jeszcze długo nie mogła oderwać wzroku od punktu, gdzie po raz ostatni widziała auto. I przerażająco przystojnego mężczyznę, który je prowadził. Pokręciła nosem do własnych myśli, rzucając przyjaciółce niepoukładane pod każdym względem wejrzenie. Pragnęła już tylko, aby ten dzień dobiegł końca.
``~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~’’ Pierwsza część z głowy, przepraszam za dość mizerną długość. Mam zamiar pisać dalej, ale najpierw wolałabym wiedzieć, czy ktokolwiek to przeczyta. Wytrwałym gorąco dziękuję.

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Część VII

Obudził mnie krzyk dobiegający z kuchni. Od razu wstałam i pobiegłam by zobaczyć co się tam dzieje. Gdy weszłam tam zauważyłam, że mama krzyczała na Fabiana, a gdy chciałam ich uspokoić usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami. Mama usiadła na krześle załamana, a Fabian sobie wyszedł. Super, jeszcze tego tu brakowało. Nie dość, że Fabian narobił mi niezłych kłopotów w szkole, to jeszcze z mamą pokłócił się, a ja? Ledwo już wytrzymywałam humorki swojego brata.
-Mamo co się stało? Dlaczego tak krzyczałaś? -Spytałam przerażona.
Mama naprawdę nie wyglądała za dobrze, miała łzy w oczach. Musiałam dowiedzieć się co jest grane.
-Spytałam się go jak tam w szkole, a on jak gdyby nigdy nic zaczął stukać ręką o blat i bulwersować się. Nie wiem co w niego wstąpiło. Może Ty wiesz? -Zerknęła na mnie.
Może i wiedziałam, ale nie mogłam przecież wydać swojego brata. Z drugiej strony nie pozwolę też, aby Fabian traktował tak mamę i innych, bo jakaś dziewczyna go zdradziła. Wymyśliłam coś szybko.
-Mamo, Fabian dorasta i wiesz, że ma te swoje humorki. Pamiętasz jak też tak miałam, gdy byłam w jego wieku? Po prostu dostał złą ocenę w szkole i poklócił się z kimś, a z kim to nie wiem.
Mama przyglądała mi się jeszcze przez dłuższy czas, ale zanim zdążyła coś powiedzieć to znikłam już z jej oczu, gdyż poszłam do toalety przyszykować się do wyjścia. Miałam dzisiaj spotkać się Sarą, ale gdy przeczytałam jej sms'a to aż zamurowało mnie. Sara naprawdę zmieniła się odkąd jest z Andre. Ciągle nie miała zbytnio czasu dla mnie, swojej najlepszej przyjaciółki, gdzie zawsze spotykałyśmy się w sobotę i rozmawiałyśmy dosłownie o wszystkim. Martwię się, że wpadnie w złe towarzystwo, nawet w dzisiejszym sms'ie napisała, że idzie na dyskotekę ze swoim chłopakiem. Skoro ta nie ma dla mnie czasu, postanowiłam umówić się z Sylvią. Jednak wiedziałam, że nie mogę jej o wszystkim powiedzieć.
Poszłam tam gdzie zwykle spotykamy się, konkretniej w stronę niewielkiego mostu.
-Hej! -Sylvia zauważając mnie podeszła nieco szybszym krokiem.
-Cześć. -Odpowiedziałam cicho.
Poszłyśmy przejść się po parku. Sylvia ciągle coś opowiadała, a ja głównie milczałam, nawet nie wiem o czym zbytnio mówiła. Ciężko mi było skupić się. Nic dziwnego, skoro nic mi się nie układa. Fabian wyżywa się na wszystkich w domu, Sara wpadła w złe towarzystwo, a Martin... pewnie jest gdzieś teraz z Mery świetnie bawiąc się. Najgorsze było to, że nie mogłam o tym wszystkim powiedzieć Sylvii. Tylko Sarze zwierzam się dosłownie z wszystkiego, ale podejrzewam, że skończy się to. Odpłynęłam myślami gdzie indziej zupełnie zapominając, że jestem z Sylvią na spacerze. Usiadłyśmy na ławce i nagle dostrzegłam znajomą posturę chłopaka. To był Andre, ale nie z Sarą.
-O mój Boże. -O mało co nie krzyknęłam, musiałam powstrzymać się.
-Co? -Sylvia spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
Cały czas lustrowałam wzrokiem Andre i dziewczynę, która zupełnie nie przypominała Sary. Nie, no. On ją zdradza. Właśnie objął ją i czule pocałował. Myślałam, że podejdę tam i strzelę mu w twarz. Musiałam pożegnać się z Sylvią i pójść do Sary powiedzieć jej wszytko. Kilka minut później byłam już pod domem Sary. Czekałam aż ona wyjdzie myśląc ciągle o tej sytuacji.
-Siemka! -Uradowana Sara podeszła do mnie.
-Cześć. Słuchaj widziałam Andre i...
-I co z tego? -Przerwała mi Sara w połowie zdania.
-Nie chcę się wtrącać, ale Andre był z jakąś dziewczyną z którą obściskiwał się.
Wzięłam głęboki oddech patrząc na przyjaciółkę. Wiedziałam, że zaraz rozpłacze się, gdyż jest tak samo wrażliwa jak ja, byłam przygotowana nawet by ją pocieszyć, lecz tym razem tego nie zrobiła.
-Mogla to być jego siostra albo kuzynka, on mnie nigdy nie zdradzi! Obiecywał mi to nawet. Nie zniszczysz mi związku, Kate. -Spojrzała na mnie dosyć surowym spojrzeniem.
-Nie wierzysz mi? -Spytałam.
-Wybacz, ale nie, muszę iść, gdyż za godzinę jestem umówiona z Andre.
Zawróciła się do domu, a ja aż zbladłam. Musiałam aż usiąść na ławkę by to wszystko przemyśleć. Przecież nie chciałam jej zniszczyć związku, tylko powiedziałam jej to co widziałam. Przyjaciółki mówią sobie wszystko. Pomyliłam się co do niej i jednak miałam rację, że zmieniła się. Szkoda, że mi nie wierzy, ale mam nadzieję, że w końcu ocknie się  i przejrzy na oczy. Czuję, że straciłam przyjaciółkę. W tym momencie zrobiło mi się smutno, że aż sięgnęłam po chusteczkę wycierając łzy. Nie chciałam wracać do domu. Wstałam i poszłam przed siebie. Samotny spacer może dobrze zrobi. Naprawdę nie miałam ochoty rozmawiać z kimś, chciałam być sama.
Idąc ulicami miasta rozglądałam się tylko na boki. Akurat przechodziłam obok fryzjera, gdzie zauważyłam Mery, a obok niej siedział Martin. Nie no, jeszcze tego widoku mi brakowało. Chwilę przyjrzałam się Martinowi no i wpadłam. Zauważył mnie, podszedł do Mery szepnął coś i skierował się w stronę wyjścia. Szybko odwróciłam się tyłem zerkając w komórkę. Może mnie nie pozna, zaczęłam powoli iść, gdy nagle usłyszałam znajomy głos.
-Kate! -Krzyknął Martin biegąc w moją stronę.
Jego głos zawsze rozpoznam. Głupio byłoby iść dalej udając, że nie słyszę, a jeszcze gorzej uciekać. Skoro wpadłam, to musiałam teraz z nim rozmawiać, a naprawdę nie miałam na to ochoty. Jeszcze jak widziałam tą całą Mery. Normalnie we mnie gotowało się coś w środku, czułam, jak serce mi łomocze, nie wiedziałam co mam zrobić.
-Cześć. -Powiedziałam patrząc na niego.
-Hej, wszystko w porządku? Co tam? -Spytał.
Cały czas patrzył się na mnie, a ja myślałam, że spalę się ze wstydu. W dalszym ciągu wstydziłam się tej ostatniej sytuacji jaką narobił mój brat. Od tamtej pory nie widziałam Martin'a, więc byłam mile zaskoczona, że pobiegł za mną.
-Wszystko okej. Wybacz za tą sytuację z bratem, przegiął, wiem. -Speszona odwróciłam wzrok.
Martin cały czas patrzył się na mnie. Bałam się Jego spojrzenia, bałam się tego że coś źle powiem i bałam się w ogóle wszystkiego.
-Nic nie szkodzi. Co robisz w środku miasta zupełnie sama? To do Ciebie niepodobne.
W sumie racja, co ja mogłam robić sama w wielkim mieście? Powiem, że przeszłam się bo nie chciałam rozmawiać z Sylvią, po tym co zobaczyłam w parku, a Sara się na mnie chyba obraziła? Bez przesady, musiałam coś wymyśleć na poczekaniu.
-Wracam od koleżanki, a Ty? -Uśmiechnęłam się lekko patrząc w Jego niebieskie oczy.
Nie wiem czemu, ale Martin poprawił mi humor i przez chwilę naprawdę zapomniałam o problemach i o Mery. Może Martin tak na mnie działał? Nie wiem.
-Jak widzisz byłem z Mery u fryzjera, prosiła bym potowarzyszył jej. -Odpowiedział.
Uśmiech z mojej twarzy znikł. Ciągle tylko Mery i Mery, nie chciałam o niej słyszeć a co dopiero na nią patrzeć. Może serio jest z nią? Może powinnam Go o to spytać? Miałam mnóstwo pytań w myślach, lecz żadnego z nich mu nie zadałam. Pomyślałam sobie, że sam powie, nie będę w końcu nahalna.
-To fajnie. Wybacz, ale muszę już iść. -Widziałam jak Mery płaci i wiedziałam, że zaraz wyjdzie, musiałam szybko iść stamtąd. Powoli zaczęłam iść.
-Kate?
-Tak? -Usłyszałam swoje imię i natychmiast odwróciłam się by spojrzeć pytająco na Martina.
-Trzymaj się. -Powiedział odprowadzając mnie wzrokiem.
-Dzięki, Ty również.
Poszłam dalej czując na sobie wzrok Martina, słyszałam z oddali głos Mery i udałam się w stronę domu. Naprawdę chciałąm przytulić się do Niego i może nawet bym to zrobiła, ale odrzucało mnie to, że był z Mery u fryzjera i w ogóle ta cała sprawa jest niewyjaśniona. W dalszym ciągu nie wiem kim jest dla Martina. Wróciłam do domu wieczorem lekko zmęczona. Poszłam do kuchni coś zjeść, gdy nagle usłyszałam głos Fabian'a.
-Możemy porozmawiać? -Usiadł na krześle wyczekując na odpowiedź.
Ciąg dlaszy nastąpi:
-Co Fabian ma do powiedzenia Kate?
-Co stanie się z Sarą?
-Co się wydarzy?
W skrócie dla tych co nie wiedzą o co chodzi w opowiadaniach:
Kate mieszka w miasteczku w jednorodzinnym domu z mamą, tatą i bratem Fabianem. Chodzi do 1kl liceum, gdzie poznaje swoich znajomych z klasy: Katię, Sylvię, Martin'a i Allexandrę. Od razu wpada jej w oko Martin, ciemnobrązowy chłopak o niebieskich oczach. Będąc na imprezie u Sylvii Kate przytuliła Martina, lecz kilka dni później widzi go z niejaką Mery, której nie trawi. Kate mówi swojej młodszej o rok przyjaciółce Sarze o zauroczeniu do Martina i o Mery, którą poznała w sklepie gdy była z Sylvią i Katią. Sara poznaje Andre, który od jakiegoś czasu jest jej chłopakiem. Tego samego dnia kiedy Kate poznaje chłopaka przyjaciółki z którą miała iść na szkolną imprezę spotyka tam Martina, zupełnie samego. Dochodzi do rozmowy, lecz niestety przerywają tą rozmowę krzyki dobiegające z korytarza. Kate zauważa tam swojego młodszego brata Fabiana, który zaczął bić się z chłopakiem, uczący się w liceum. Szybko odciąga brata i wyprowadza go ze szkoły, towarzyszyjej przy tym Martin. Martin proponuje swoją pomoc, lecz Kate odrzuca ją i natychmiast idzie do domu z nieznośnym bratem. Nazajutrz Fabian staje się coraz bardziej agresywniejszy, nawet w stronę mamy, która próbowała z nim porozmawiać, gdyż o niczym nie wiedziała, jednak Kate uspokaja ją mówiąc, że ten dostał złą ocenę w szkole. Kate idzie przejść się do parku z Sylvią, gdy nagle zauważa Andre- chłopaka Sary z inną dziewczyną. Od razu idzie powiedzieć o tym przyjaciółce, lecz ta nie wierzy w podejrzenia Kate. Zmartwiona Kate wybiera się więc na samotny spacer aż dochodzi do miasta, gdzie zauważa Mery siedzącą u fryzjera, Martin jej towarzyszy. Zauważając Kate chłopak szybko wybiega i rozmawia z przygnębioną Kate.
[Witam wszystkich po wakacjach :3 Z góry przepraszam za wszelką nieobecność, gdyż szkoła, praktyki i ostatni rok, który kończy się maturą. Ale nie martwcie się, jestem na bieżąco ze sprawami stada i mam zamiar napisać notkę organizacyjną by wyjaśnić parę spraw. Najpierw więc chciałabym porozmawiać z osobami z Rady Starszych. Co do opowiadania, to mam zamiar je kontynuować tak jak to robiłam dotychczas i mam nadzieję, że Wam podoba się w dalszym ciągu i jesteście ciekawi co będzie dalej. Dziękuję za dotrwanie do końca i czekam na Wasze opinie. :3 Dobranoc. ]

Zawiłości miłości. Part II.

        Muzyka dudniła w skroniach rozsadzając świadomość. Świat wokół wściekle wirował. Rozpływał się w jej destrukcyjnym tańcu. Oddychała wyraźnie, mierząc kolejne ciosy. Zacisnęła szczęk, bo potężny wór nie był jej pokorny. Nie chciał ustąpić pod naporem małych pięści niezależnie od tego, ile serca włożyła w uderzenie. Drżał jedynie jakby w spazmach śmiechu, uwieszony stabilnie u sufitu. Warknęła gniewnie, przerzucając zręcznie środek ciężkości z jednej nogi na drugą, gdy wprawiała ciało w ruch śrubowy. Pięta zaświeciła przy okrutnej maszynie, aby zdusić ją w potężnym kopniaku z półobrotu. Siłę czerpała z ciężaru całego ciała. Dopiero wtem przeciwnik wygiął się na hakach, aby ze zgrzytem przesunąć parę metrów w bok. Złapała równowagę za uszy, stając znów twardo na nogach. Uniosła jedną z dłoni, aby otulić ją palcami drugiej. Ogień trawił obie ręce, jednak był zdecydowanie lepszy od nic nierobienia. Krew przeżarła świeży opatrunek. Zrobiła miazgę z knykci przy okazji ćwiczeń. Kark wyjątkowo odsłonięty błyskał w sztucznym świetle. Oblana potem chwyciła po butelkę mineralnej, chcąc zaczerpnąć ukojenia. Ciecz sperliła się w kąciku ust, aby spłynąć po brodzie i szyi w głąb dekoltu. Zadygotała nieprzyjemnie. Schłodzona woda w tak ciepłym miejscu to zdecydowanie zły dotyk. 
        Brwi zawadziły o czoło, gdy odsuwała gwint od uchylonych warg. Na dole rozległ się łomot. Zwróciła wzrok w stronę okna, a źrenice sięgnęły nieba w zażenowaniu. Matka znów wywaliła coś z kuchennej szafki. Ostatnio wszystko leciało jej z rąk... No to pierwszy raz w życiu miały ze sobą cokolwiek wspólnego. Zdecydowała, że pokaże się w kuchni. 
- Pokaleczysz się... - mruknęła, spoglądając z ukosa na kobietę zbierającą z kafelek odłamki stłuczonej porcelany. Cennej niegdyś. Teraz nie miała najmniejszego znaczenia rozbita na dziesiątki mikroskopijnych kawałków. Ciężki wzrok spadł na jej jasną twarz. Wyrażał tak wiele emocji naraz, że wzbudził obrzydzenie w nastoletnim sercu. Jasnowłosa obróciła się na pięcie, jak maszyna kierując z powrotem do swojego pokoju. Nie, nie miała zamiaru pomóc rodzicielce w sprzątaniu. Nie czuła takiej potrzeby.
         Zadzwonił telefon, wywnioskowała to po wibracji rozbijającej się o parapet. Nie miała ochoty odbierać, nawet jeśli miałoby to kolosalne znaczenie dla wybuchu Apokalipsy. A jednak coś ją tknęło. Komórka zbyt irytująco miotała się po hartowanym drewnie. Wyciągnęła ramię jakby aparat miał ją pożreć. Jeszcze mniej chętnie zbliżyła go do ucha, zbyt ciężko było włączyć głośnomówiący.
- Słucham. - rozległ się jednostajny głos. Do pełni zmechanizowania brakło jej jedynie pozgrzytujących natrętnie trybików.
- Craig robi imprezę w Starbucks! Musisz koniecznie przyjść.
Pożałowała, że uciszyła telefon. Po stokroć wolała już jego brzęczenie od głośnej potańcówki.
Nic nie muszę, Cama. Wiesz o tym.
- Zrzędzisz, kochana! Zaraz po ciebie wpadnę.
- nie pytała o zgodę.
- Ani mi się waż... 
Bonnie zaczęła z pasją godną niejednego muzyka, lecz stłumił ją sygnał urwanego połączenia. Ze złością cisnęła komórkę na łóżko. Odbiła się od materaca, z łoskotem spadając na podłogę.
- Szlag by cię trafił! - jak domniemana przyjaciółka mogła postawić osobę tak niecierpiącą ludzi w podobnej sytuacji. Nie pozostało więc nic, jak wziąć prysznic i zatracić się w kojącym szumie wody. Spłukać z siebie wszelaką złość, by powitać świat z kolejną porcją fałszywego śmiechu, dobrej miny naszpikowanej sztucznością po krańce ust. Ci co za dnia się cieszą często w nocy płaczą, to odwieczna prawda. Samotność towarzyszką życia. Nie była wyrzutkiem, miała przyjaciół. Lubiła z nimi wyjść, pośmiać się, zapomnieć o szarej rzeczywistości. Jednak kiedy wracała w mury domu, z szeroko otwartymi ramionami witała ją właśnie ta dusząca pustka, którą zaleczała wysiłkiem. Namiętnie romansowała z workiem treningowym, tuląc sztangę do piersi. A w nocy kotłowała się w pościeli, z psim zacięciem odtrącając od siebie ramię samotności. Jednak to nie było takie proste. Odtrącona kobieta, nawet ta będąca tylko wytworem twojej wyobraźni, staje się nagle nieznośna i natrętna. Obracając doń plecami czujesz, jak pazurami orze ci łopatki, nie dając spać. Złościsz się i zwalasz wszystko na bezsenność. Ale wiesz, że mimo wszystko jest inaczej.
        Blondynka wyszła z kabiny, otulając się czarnym, puchatym ręcznikiem. Uwielbiała go i jego ogólną miękkość. Obejmował skórę jak najdelikatniejszy kaszmir, a kaszmirem przecież nie był. Zgrabna imitacja. Agresja ulotniła się z niej w spokoju czterech ścian, pozostawiając uśmiech przyczajonego tygrysa. Wtedy przyszła Cama, aby przygotować przyjaciółkę do wyjścia. Nie ma to jak piątek wieczór. I było cicho. Mimo wzajemnej obecności żadna nie ważyła się wypowiedzieć słowa. Cudownie milczały w swoim własnym towarzystwie.
                                                                          

                                                           
                                                         ... a gdy było już po wszystkim.


- Zwalisz wszystkich z nóg, kochana! - tylko Cama potrafiła tak świergolić. Jej głos z pewnością oscylował na częstotliwości dostatecznie wysokiej, aby bezproblemowo przewiercić się przez mózg i skronie słuchacza. W tym przypadku ofiarą była Bonnie.
- Jakbym niedostatecznie potrafiła przywalić... - ton jeszcze przez chwilę stłumiony był i gardłowy niczym warkot wilka. Jednak postać z prostownicą w dłoni nijak się tym nie przejęła. Wpatrywała się w swoje dzieło, okrywając zachwytem.
- Jesteś śliczna! - piszczała w miernej kontynuacji hymnu.
- Z tą tapetą na twarzy? Z pewnością.
- Przestań, na twarz nałożyłam ci tylko krem. Masz suchą skórę.
- A co mam na oczach?
- Eyeliner, cień, trochę tuszu...
- To już brzmi jak dobry skład bomby chemicznej. -
musiała podnieść się za stołka, aby stanąć przy lustrze. Rzadko podchodziła do siebie od strony czysto estetycznej, choć musiała przyznać, że było na co popatrzeć. Choć nie należała do tych przesadnie wysmuklonych i długonogich, z pewnością miała czym oddychać i na czym usiąść w miarę możliwości. W końcu gdy uprawia się sport obfity biust staje się utrapieniem. Bonnie cieszyła się ze swoich proporcji, co w wieku nastoletnim zdarza się bardzo rzadko. Ładne wcięcie w talii wyeksponowane czernią dopasowanej sukienki. Szerokie biodra nadające nieco kokieteryjnej pikanterii. Materiał opijał się kusząco na jasnych udach, a obcas modelował łydki. Było idealnie... Póki nie zacznie chodzić i nie połamie nóg. Dwunastki na początek to nie najlepszy start, jednak zawsze chwaliła się swoim wyczuciem równowagi. Dziś podda ją oficjalnej próbie.
        Zagryzła wargę, układając palcy na słodko zaokrąglonych biodrach. Materiał sukni opierał się na piersi. Dobrze jej było w czerni. Na prawdę fajnie kontrastowała z alabastrową skórą. Mocny makijaż też odrywał się od jasnych włosów, teraz przerażająco prostych, sięgających za łopatkę.
- Podoba mi się. - stwierdziła z westchnieniem ulgi, oglądając własne odbicie z ciekawością zwierzęcia. Pierwszy raz w życiu mogła spokojnie sobie powiedzieć "jestem ładna" i nie wybuchnąć śmiechem goryczy.
- Idziemy na pieszo?
- Zgłupiałaś? Chłopaki od godziny czekają na dole.
Strach zaświecił w oczach Bonnie. Jak to, chłopaki? I zobaczą ją taką odstawioną? Śmiech na sali gwarantowany.
- Wiesz, ja bym się chyba wolała przejść...
- W tych butach? -
zadrwiła Cama i bez pardonu pociągnęła przyjaciółkę za sobą na dół. Nikt nie pytał, dokąd idą i kiedy wrócą. Nikogo to nie obchodziło, w końcu mieli własne sprawy.

        Cholerne szpilki. Cholerna sukienka. Bała się w niej wsiąść do auta. I dlaczego miała takie perfidne wrażenie, że siedzący w fotelu obok Darren miast uważać na drogę, usilnie próbował wcisnąć się oczyma między jej nogi. Zacisnęła kolana w niemej panice. Całe to bycie "ładną" było stanowczo przereklamowane. Splotła ramiona na piersi, jedną z dłoni przykrywając bolący kark. Była zbyt spięta.
       
        Obudziła się w obcym pokoju, lecz nie czuła strachu. Nie bała się podświadomie, zupełnie jakby była w miejscu zupełnie bezpiecznym. Ponadto była ubrana, co świadczyło o tym, że nie zrobiła nic lekkomyślnego. Nieprzytomnie wierciła dziurę w suficie. Zamglone oczy widziały tylko czarne smugi.  Nie pamiętała, jak było na zabawie. Może zbytnio się upiła, albo za mocno przyłożyła głową w ścianę. Tak strasznie rozsadzało jej łeb... Niemożliwe żeby była skacowana, dałaby sobie ręce uciąć że nie wypiła nic poza mineralną, którą ciągle nosiła przy sobie. Zmrużyła powiek, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, ale każde kolejne podejście odbijało się niesamowitym cierpieniem mentalnym. A ponoć myślenie nie boli. Oddychała powoli, a pierś unosiła się i opadała miękko na miarę tchu. Niewyraźny obraz zaświecił przed oczyma.
        Wracały z Camą do domu. Właściwie tylko Bonnie wracała, bo Camę trzeba było wlec po bruku. Wtedy ktoś je zaczepił. Chyba od strony rewersu, bo nie pamiętała twarzy. Sapnęła cicho, usiłując odświeżyć umysł, ale to w niczym nie pomagało. Spojrzała na siną kostkę i obdarte udo. No tak, przewróciła się, gdy złamała obcas! A złamała obcas, bo napastnik próbował przyprzeć ją do ściany. Czasami mało trwała chińszczyzna potrafi zrujnować człowiekowi życie. Poczuła ścisk w żołądku, jednak brnęła dalej we wspomnienie nocy wczorajszej. Chyba próbowała walczyć, bo nagle nieokreślony ogień objął jej ramiona. Obejrzała je. Były sine tak jak skręcona noga. Chyba była skręcona. Oby była skręcona, mówiła sobie po cichu. Cama krzyczała, ale krzyczała daleko. Czyżby uciekała? Nie, nie, Cama wołała o pomoc ale ulica śmiała się jej w twarz okropną głuchotą.
Bonnie wymierzyła cios i trafiła mężczyznę w krtań. Właściwie to nie dało się zablokować dłoni, ciskała więc pięściami na prawo i lewo w niekontrolowanej furii, a gniew dał jej siłę. Siłę tak wielką, że przeciwnik sturlał się z niej rzucając mięsem. Zaraz... Wcale się nie stoczył, został odciągnięty.
        Drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów, a ślepia poczerniały ze strachu. Wrzasnęła, nim ujrzała twarz. Miała dziką chęć wydrapać drogę ucieczki w betonowej posadzce, na której tłukło się szkło.
Najwidoczniej nie tylko ona była w szoku. Wreszcie źrenice wielkie jak na haju napotkały oczy porażająco przystojnego kierowcy z wczoraj, uśmiechnął się blado. Niósł jej śniadanie. Obiad. Kolację? Oddychała szybko, a mózg pracował na najwyższych obrotach.  Miała wrażenie, że za moment odleci. I wtedy o jej uszy otarł się ten wibracyjny głos.
- Szybko się ocknęłaś... 

wtorek, 30 lipca 2013

Pamiętniki z wakcji. Odcinek 1.

Na Grankanarię przylecieli dwaj przyjaciele. Shadow i Ravel postanowili zabawić się i wypocząć. Koledzy mają nadzieję, że poznają fajne dziewczyny. Od razu poszli do hotelu, by rozpakować się. Włożyli krótkie spodenki i wyruszyli na plażę, by rozejrzeć się po okolicy.
Shadow wypowiadający się do kamery: "Od kiedy tu przyjechałem nie mogę opędzić się od pięknych laseczek. Na pewno jakąś tu znajdę!"
Ravel wypowiadający się do kamery: "Takiej okazji nie mogę przegapić! W końcu trzeba się zabawić"
Na plaży Shadow od razu zauważył dwie dziewczyny grające w siatkówkę. Postanowili do nich podejść.
-Eem. Hello girls, how are you? -Spytał Shadow.
-Popatrz Anglicy!. -Dziewczyny zaśmiały się.
-Jacy tam Anglicy, jesteśmy Polakami! -Orzekł Ravel.
Chłopacy od razu znaleźli wspólny język z dziewczynami i Shadow udał się po drinki do pobliskiego baru, a Ravel został z nimi.
-Ravel jestem, zapomniałem się przedstawić.
-Lena. -Podała rękę.
-Havran. - Brunetka uśmiechnęła się.
Dziewczyna o kruczo-czarnych włosach od razu wpadła Ravel'owi w oko. Chłopak od razu zaczął zagadywać do niej, wnet kiedy wrócił Shadow.
Ravel wypowiadający się do kamery: "Havran od samego początku spodobała mi się i ten jej uśmiech! Nie no zwaliła mnie z nóg."
-No no wróciłem dziewczyny! Ravel patrzę, że ty już zacząłeś podrywać. -Zaśmiał się ironicznie.
-No a jak! czasem trzeba!
Ravel wziął drinka i podał Havran. Dziewczyna uśmiechała się cały czas do Ravel'a. Widać, że spodobali się sobie.
-Jak dwie niewiasty mają na imię? Nazywam się Shadow.
-Lena. -Brązowowłosa dziewczyna podała mu rękę.
-Bardzo miło mi poznać. -Ujął Leny rękę w swoją i pocałował lekko w dłoń.
Lena wypowiadająca się do kamery: "Jeszcze nigdy nie widziałam tak czarującego chłopaka jak Shadow."
Shadow wypowiadający się do kamery: "Lena zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, te jej wielkie oczy to było dopiero coś!"
Wszyscy po wypiciu drinka zagrali w siatkówkę. Shadow był w drużynie z Leną, a Ravel z Havran. Po skończonej grze wszyscy pobiegli w stronę wody, by popływać, nie obeszło się bez oblewania wodą i  przewalania w wodzie. Kiedy już wyszli usiedli na piasku. Wtem Ravel coś zaproponował.
-Słyszałem, że dzisiaj wieczorem jest impreza, może wpadniecie? Z Shad'em na pewno wybieramy się. -Zerknął wpierw na Havran, a później na Lenę siedzącą obok Shadow'a.
-Z miłą chęcią, co nie Lena? -Havran od razu zgodziła się.
-To spoko. -Ravel wyszczerzył się obejmując ręką Havran.
Havran wypowiadająca się do kamery: "Ravel był taki słodki! Nie dość że był ciemnym brunetem to jeszcze był taki romantyczny! Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia."
Wszyscy rozeszli się, koledzy wrócili do hotelu by przebrać się na imprezę. Shadow rozmawia z Ravel'em.
-Ty słuchaj ja mam nadzieję, że nie spotkam tu Szelmy. -Uśmiech z twarzy Ravel'a znikł.
-Brachu coś ty! Co niby miałaby robić tu twoja była? Daj spokój, wyluzuj. -Shadow poklepał go po barku.
Nastał wieczór, kumple wybrali się do Night Clubu, gdzie umówili się z dziewczynami. Ravel od razu zauważył swoją wybrankę siedzącą przy stole, lecz Leny nie było. Shadow podszedł z Ravel'em do Havran.
-Siemka! -Ravel dał buziaka w policzek.
-Hej! -Havran odłożyła kieliszek.
Shadow wypowiadający się do kamery: "Leny nie było! Czułem się jak piąte koło u wozu. Nie wiedziałem co mam robić. Nawet nie mam jej numeru telefonu."
Zdołowany Shadow wyszedł z klubu, bowiem nie chciał przeszkadzać zakochanym. W drodze do hotelu zauważył Lenę, szybko do niej podbiegł.
-Cześć! -Powiedział lekko zdyszany.
-Hej, przepraszam, że nie przyszłam, ale wypadło mi spotkanie z koleżanką, dopiero teraz wracam i miałam przebrać się oraz wpaść do klubu. Wybacz. -Lena odwróciła wzrok.
-Nie ma sprawy, może przejdziemy się po plaży? -Zaproponował Shadow.
-Chętnie. -Powiedziała z uśmiechem na twarzy.
Udali się w stronę plaży. W tym samym czasie Ravel bawi się w najlepsze z Havran. Tańczą na parkiecie, świetnie dogadują się, czego chcieć więcej? Ravel będąc przytulony do Havran zauważył znajomą dziewczynę. To była Szelma.
-O fuck. -Powiedział.
-Hm? -Havran spojrzała na niego ze zdziwieniem.
Ravel wypowiadający się do kamery: "O nie! Szelma jest tu, czyli musiała też przyjechać! Nie mogę tu dłużej zostać!"
Zmieszany Ravel pociągnął Havran za rękę wychodząc z klubu. Nie mógł dłużej znieść tego, że Szelma tu przyjechała.
- O co chodzi Rav? -Dziewczyna zdezorientowana tą całą sytuacją puściła jego rękę stając na środku chodnika.
-Później ci to wytłumaczę, a teraz chodź! -Powiedział nieco głośniej.
Nagle z klubu wyszła blondynka z długimi włosami i mocnym makijażem, to była Szelma. Podeszła do Ravel'a próbując go wpierw pocałować a potem przytulić.
-Hej kochanie, po raz kolejny spotykamy się! -Pogładziła Ravel'a po głowie.
-Czy ktoś mi może coś tu wytłumaczyć? Ravel, mówiłeś, że nie masz dziewczyny. Jesteś okropny! -Havran wkurzyła się.
-To nie tak jak myślisz, to moja była. -Zaczął tlumaczyć się, lecz przerwała mu w tym Szelma.
-Ravel nie pamiętasz jak przysięgałeś mi wieczną miłość? -Spytała Szelma.
Havran widząc, że Szelma odłożyła drinka, wzięła go i wylała prosto na Rav'a odbiegając. Szelma śmiała się z całej tej sytuacji, a Ravel poczuł się okropnie.
Havran wypoiwadająca się do kamery: "Okłamał mnie, jak mógł!"
Szelma wypowiadająca się do kamery: "Skoro już go tu spotkałam, to wiedziałam jak zemścić się! I dobrze mu tak, skoro mnie tak traktwał."
Ravel wypowiadający się do kamery: "Jak ta debilka mogła! Śledziła mnie czy co? A Havran? Nie dała mi dojść nawet do słowa"
Przez kilka minut Ravel kłócił się z Havran, lecz w pewnym momencie machnął ręką i poszedł do hotelu. Shadow i Lena spędzają czas chodząc po plaży. Nagle dzwoni telefon Shadow'a, to był Ravel.
-Przepraszam muszę odebrać, Ravel dzwoni. -Wyjął komórkę z kieszeni.
Lena wypowiadająca się do kamery: "Shadow wydaje się miłym chłopakiem, chciałabym go poznać lepiej!"
-Halo? Co jest? -Spytał.
-Siema, słuchaj ona tu jest, tak ona! -Ravel krzyczał do słuchawki.
-Przestań się drzeć! Szelma?! Co Ty gadasz. -Zdziwił się nieco Shadow.
-Pogadamy jak wrócisz, cze. -Ravel rozłączył się.
Shadow wypowiadający się do kamery: "Ravel zadzwonił w nieodpowiednim momencie! Rozumiem, że to mój kumpel, ale mógłby wstrzymać się z tym. Wstyd mi za niego, a Lena zapewne wszystko słyszała."
Shadow pokręcił tylko głową i dalej spacerował z Leną tłumacząc jej zachowanie Rav'a. Stwierdził iż kolega jest często dziwny. Zrobiło się nieco zimniej. Shadow nałożył swoją bluzę Lenie, a następnie przytulił się do niej. Oboje spoglądali w wielki oświetlający ich księżyc. Później Shadow odprowadził Lenę, a sam poszedł do hotelu, gdzie zastał śpiącego Ravel'a.
******
Hah, w końcu coś naskrobałem <D Serek napisze kolejną część odcinka. Jak wam podobało się? Śmieszne czy nie? xD Chcecie więcej? Pisać!

piątek, 12 lipca 2013

Nowe pokolenie, zaspokaja pragnienie natury


Ogromna płonąca kula wychodząca za choryzontu pobudziła wszelkie organizmy nastających terenów Stada Psów. Tego dnia Amstaffka obudziła się wraz z śpiewającymi ptakami budący las do pobudki. Wstała z posłania rozprostowala nogi i ziewneła leniwie. Wyszła przed jaskinie i spojrzała na wschód słońca. Ciemno niebieskie niebo rozdzierały długie promienie słoneczne przybierajac niebu coraz błęktniejszego koloru. Paleta barw zimnych lecz nie wszystkich pojawily sie niedaleko wschodzacego slonca. Suczka uśmiechneła się w duchu i ruszyła po kamiennych " schodach" ku małej rzczce. Gdy doszła spojrzała w odbicie lustrzane w tafli wody. Chwile sie patrzyła po czym westchneła i weszłapowoli do jeszcze zimnej wody gdzie odświeżyła swoje cienkie wlosy. Wychodząc z wody słońce zaczeło promieniowac pełną mocą. Wyskoczyla ma brzeg gdzie sie wytrzepala i szybko wyschla.

Po porannym śniadaniu miała zamiar przybyć na polane lecz instynkt pokierowal ją ku lasu. Szła wolnym krokiem nasłuchując ćwiergot ptaków pisk wiewiórek ryk niedzwiedzi. Przeszła jeszcze pare metrów i usłyszała ciche szczekanie. Zdziwiona nagłym zjawiskiem zaczeła nasłuchiwać gdzie znajduje się źródło cichego szczegania. Wskoczyła w prawno na krzaki pozniej oddalila sie z okolo 3 metry i usłszała że głos się oddalił. To stwierdzając wyskoczyla znów na ścieszke nasłuchiwając. Zdenerwowana tym że nie zna kierunku, a raczej zgubiona tym, że w tej chwili jest cisza i roznosi się straszliwe echo podążyła prosto. Okazało to się dobrą stroną ponieważ gdy zaszła w zakręt zobaczyła szczenię około 2 miesięcy które się wręcz czołgało. Suczka odrazu podbiegła do szczeniaka. Odrazu wyczuła zapach krwi. Wzieła szczenie w 
Rico
pysk i weszla w krzaki uwarzajac na szczenie i byc ostrozna. Nie opodal jej ujzala niedzwiedzia rozrywajacego cialo dosc dużego psa. Żal jej sie zrobilo szczeniecia. Szybko wylazla z krzaków i ruszyla wielkim pędem do swej jaskini. Widząc że szczenie ledwo co otwiera oczy do malutkiej miseczki nalała mleko, a do drugiej dała mieso. Bojąc się o szczenie wsadzila jego maly pyszczek by zaczeło pić. Kamień z serca spadł jej gdy zobaczyla że szczeniak zaczną pić mleko. Ucieszona podsunela mu kawalki mięsa który pożarł jak by nie jadł nic od 2 dni. Suka właśnie tak przypuszczała. Że jego matka ruszyła zdala od stada by znaleść pożywienie, a małe szczenie za nią podążyło w ukryciu. Długą wędrówką było zmęczone po czym ujrzało, niedzwiedzia który chcią go zaatakowaćale matka spojrzała szczenie zanim zostalo przytloczone łapoł żuciła się na niedzwiedzia a ten okazałbyć za silny lub suka juz byla za slaba. Przegrała tą walke zdychając. Niedzwieć rozszarpał sunie gdy ujżał że szczenie ucieklo. Usłyszała głosy ziewania co ją wyrwało z zamyślenia. Widząc szczenie które po zjedzeniu całego mięsa ziewneło i ułożyło sie spać. Amstaffka uśmiechneła się w duchu. Wziela szczenie do pyska i położyła je na jej posłaniu. Uśmiechneła się po czym położyła się koło niego. 

Nadeszła noc. Jaskrawe białe gwiazdy dawały tajemniczą osłone niebu, a tarcza księżyca oświetlała droge. Sunia wstała z posłania i szuszłana "balkonik" tam przysiadla i spojrzała na słodko śpiące szczenie. Uśmiechneła się w duchu po czym spojrzała w gwiazdy. - Tylko powiedz mi.- powiedziała w myślach- Co mam twojemu synowi powiedzieć jeśli zapyta o ciebie. - wtem promień odbity od księzyca runa prosto na droge w kierunku lasu. - Dobrze, jak sobie życzysz tak poczynie- szeptneła po czym ruszyła ku śpiącemu szczeniakowi. Ostrożnie sie położyła i zasneła. Następnego przedwczesnego ranka suka się obudzila. Widząc że mały jeszcze śpi poleciałą szybko się wykąpaći złowić jakąś zwierzyne. Poszczęściło się jej. Zapolowała udanie na jelenia. Gdy przyszła szczenie już powoli otwierało oczy. Uśmiechnięta ze jej się udało  przyjść z jedzeniem zanim się mały obudzi szybko podeszła do niego i oczekiwała jak wstanie. Nie musiała długo czekać. Szczenie otwarło oczy.
- Cześć - Uśmiechneła się sunia - Wreście wstałeś. Dobrze, że zdązyłeś coś zjeść inaczejbyś padł. - powiedziała przyjaznie.
Szczenie bylo lekko przestraszone.
-Nie bój sie mnie. Nic ci nie zrobie. Znalazłam cię wczoraj w lesie. Nie mogłam cię tak zostawić. Zaufasz mi ? - spojrzała na szczeniaka pytająco oraz i przyjaznie.
Szczenie przełkneło ślinie i powiedziało
-Tak zaufam pani. Ale czy pani wie gdzie jest moja mama? - rzekł idąc za suczką ku mięsu.
-Niestety... - powiedziała cicho i smutno- Twoja mama nie żyje .... - powiedziała powoli i widząc ze szczenie zaczeło płakać przytuliła je do siebie.- No już już nie płacz. Wszystko będzie dobrze.- spojrzała na szczenie które wtulało się w jej ciepło-zimną skóre i gorzko szlochało. Gdy wreszcie przestało ta z żalem się zapytałą. - - A powiesz mi jak masz na imie ? -
Szczenie z szlochem odpowiedział - Diskrot Ricorina de Lefir
Ładne imie. Jak będę mogła to bd na cb nazywać Rico. A teraz już nie płacz.- uśmiechneła się delikatnie - Ja Jestem Allex. Może głodny jesteś?- spytałą dajac miske z miesem jelenim.
- Tak... - powiedział smutnie .
Suka posmutniała tak samo. Szczenie nie za chętnie jadło.
------------------------------------------------------------
Od Autora
No nudziło mi sie wiec napisałam małę opowiadanie rozpoczynajace przygode z małym Rico.
Dalej mam częściową nie obecnoć bo ja nie wiem kiedy następnym razem wbije na czat ;lub cos napisze na blogu.
Ort itp nie zwracajcie uwagi lub na brak przecinków i spacji . Mam dziwną klawiature.

Your voice feels like home

Wszystko może się zdarzyć.
Co to takiego?
Z jaskini wyłoniła się szczupła, obdarzona karmelowym futrem suczka, orzechowymi ślepiami lustrując krajobraz, jaki się przedeń malował. Nadeszło lato, natura w pełni obudziła się do życia, gotowa zaskakiwać swym pięknem. Coś jednak nie grało. Wszystko było takie... zwyczajne. Przeciętne, znane, aż wreszcie, nudne. Samica wychodziła ze swej groty co dzień, widując to samo miejsce, zmieniające się tylko pod wpływem warunków pogodowych, czy pory roku. Jak ona nienawidziła swojego życia, które było równie ciekawe, co oglądanie ślimaka próbującego przedostać się z jednej strony ścieżki, na drugą. Każdego dnia spotykało ją to samo: Musiała wpierw się obudzić, wstać, wyjść ze swej kryjówki, udać się nad jezioro w celu zaspokojenia pragnienia, następnie zapolować, by nasycić swój głód, jak i znaleźć do jedzenia coś, co będzie tolerować i lubić jej córka. Tak, została sama. Niegdyś miała partnera, lecz jakim partnerem śmie się nazwać samiec, który obiecuje miłość, wierność i zadbanie o rodzinę, a w chwili trudności odchodzi, nie starając się nawet załagodzić sytuacji i zawalczyć o własną rodzinę, której mydlił oczy swym obiecaniem? Suczka nauczyła się więc żyć sama, a radzenie sobie w życiu było dla niej niewielką trudnością. Lecz zależało to od sytuacji, bowiem każdy miewa dni, w których poza poddaniem się nie ma lepszego rozwiązania. 
Znów przechodziła wzdłuż bujnych zarośli, które w letnią porę zdążyły przybrać kilku centymetrów. Jak zwykle przeciskała się pod powalonym konarem masywnego drzewa, a następnie przeskakiwała przez rwący strumyk, by wreszcie dotrzeć nad jezioro, gdzie zaś jej język posmakować miał wody, która z dnia na dzień smakowała coraz nudniej. 
W każdej chwili mogę zmienić bieg swego życia. Odejść gdzieś daleko, poznać nowe miejsca, może nawet ujrzeć swe lico w oczach śmierci?
Oderwała teraz ukojony przypływem wody pysk od zbiornika, oblizując wargi, by zapobiec ucieknięciu najmniejszych chociażby kropelek, które zazwyczaj spływały wzdłuż jej szyi, powodując niemiłe uczucie, które zmuszało ją do otrzepania się. Teraz powinna iść w kierunku polany, by zapolować. Lecz tak się nie stało, bowiem w dziwny sposób jej łapy poczęły pracować szybciej niż sam umysł i zdrowy rozsądek. Ruszyła w stronę lasu, przedzierając się przez rzędy stojących jak mur drzew. Po godzinie, ujrzała drzewa, których jej oczy jeszcze nie widziały. Wiewiórki, które skakały po ścieżynach, na których jej łapa jeszcze nigdy nie postała. Aż w końcu, wydostała się, znajdując się w miejscu, którego prawdopodobnie nigdy by nie ujrzała, gdyby nie jej ciekawość, jak i znudzenie własnym życiem. Była bowiem nad wodospadem, na skale, z której skok uśmierciłby nawet najsilniejsze zwierze na świecie. Samka podeszła bliżej, łypiąc na obce miejsce błyszczącymi oczyma. 
Mogłam tutaj zawitać wieki temu. Przerwać pasmo przewidywalności i wciąż tych samych zdarzeń w moim życiu.
Wtedy usłyszała czyjeś kroki. Były one wolne, jednak jakby każdy z nich był przemyślany. Postać, która wyraźnie zbliżała się do niej od tyłu, dokładnie wiedziała, gdzie i w jakim celu przybyła. Suczka odwróciła się, a widok jaki zastała, nie znajdował się nawet w jej najśmielszych snach.
- T-tata? - odezwała się niepewnie, widząc przed sobą rosłego basiora o widocznie dawno posiwiałej kufie. Wiedziała, że nie widzi go po raz pierwszy. Znała go doskonale, a zawdzięczała mu więcej, niż potrafiłaby sama dać. 
- Witaj, skarbie - odezwał się pies głębokim barytonem, przyglądając się suczce, która ledwie trzymała się na własnych łapach, widząc go przed sobą. - Dokąd Ci tak spieszno?
- Sama nie mam pojęcia. Musiałam uciec na moment od swojego życia. Czasem... czasem ma go dość - odrzekła, po czym bez zawahania podeszła do samca, wtulając pysk w jego miękką szyję. W zamian oczywiście otrzymała trochę czułości w formie uścisku od kochanego staruszka. 
Benjamin - bowiem tak zwał się jej ojciec - był dla niej najważniejszą osobą w życiu. Jej jedynym wsparciem, jak i zawsze najlepszym przyjacielem. Dlatego też tak za nim tęskniła.
http://images03.olx.pl/ui/7/78/05/1369994687_514657305_1-Zdjecia--Nestea-czekoladowe-cudo-sunia-w-typie-red-border-collie.jpg- Nie masz się o co martwić. Wiesz, że zawsze jestem dla Ciebie i wkładam wszystkie swe siły, byś miała jak najlepsze życie. Czasami jednak to nie wychodzi, lecz to już wiesz sama - pies odpowiedział na słowa córki, nie puszczając jej z uścisku. Nie miał z nią kontaktu przez wiele lat. - Nikt nie może żyć w sposób idealny.
- Osoby po przejściach bardziej doceniają to, co mają - odrzekła, pociągając nosem. Nie mogła powstrzymać się od uronienia łzy. Któż bowiem przy takim spotkaniu po latach, odmawiał by sobie wzruszeń? Niecodziennie spotyka się swojego ojca, z którym straciło się kontakt lata temu.
- Otóż to. Zaś jak miewa się Twoja rodzina? - padło kolejne pytanie, na które suczkę dopadło nieznane uczucie, malujące się w środku.
- Nie do końca tak, jak to sobie wyobrażałam za młodu. Mam jednak córkę, Ruby. Partner niestety odszedł, wciąż nie wiem dlaczego tak łatwo zdecydował się nas zostawić. Było... wciąż jest mi trudno, lecz staram się nie żyć przeszłością - odpowiedziała, czując jak słone łzy spływają po jej pysku, roztrzaskując się o ziemię na miliony kawałeczków. - Stado ma się dobrze. Ale... co z mamą?
- Nie powinnaś o nią pytać. Wiesz, jak Cię traktowała. Niech nas nie interesuje, co teraz się z nią dzieje. Ale na pewno powinna żałować, że wyrzekała się tak wspaniałej córki - samiec powiedział, pocieszając samicę. Zaraz po tym, zdjął swą łapę z jej karku, po czym ujął drugą jej pysk, patrząc prosto w jej zapełnione łzami ślepia.
- Tato.. chcę, żebyś został. Poznasz Ruby, ona.. tak by się cieszyła - wydukała, nie przestając patrzeć w oczy ojca, który uśmiechnął się doń ciepło.
- Nie mogę z Tobą pójść. Ja muszę bowiem wracać tam- powiedział, wskazując na niebo. - A Wasze miejsce jest tutaj - dodał, głaszcząc delikatnie łeb samicy, po czym złożył na nim pocałunek. Zaraz po tym, już go nie było. Zniknął, zostawiając po sobie jedynie znajomy zapach, jak i unoszący się w głowie suczki głos, który zdawał się nie odchodzić przez długi czas.
___________________________________________________________
Tak więc, hura! Zebrałam się i skleciłam opowiadanie! W ten sposób pragnę pokazać, iż wciąż żyję, lecz pisać widocznie nie umiem, również w dalszym ciągu. Wszystkim, którzy przeczytali nie tylko dziękuję, ale też gratuluję wytrwania do końca. Miło by było zobaczyć kilka komentarzy, abym wiedziała, że kogoś w ogóle obchodzi to, co z siebie daję.
Tak więc, dziękuję, a i na zdjęciu znajduje się oczywiście ojciec Luffiery, w sensie, tak wyglądał.

sobota, 22 czerwca 2013

Jedno spojrzenie, a setki myśli w głowie. Cz. VI.

Nastał piątek. Dzień zaczął się od tego, że nie poszłam do szkoły. A to dlaczego? Gdyż najdzwyczajniej w świecie nie chciało mi się tam iść. Dzisiaj impreza, o nie! Niezbyt mi się chciało na nią iść, ale skoro Sara nalega, to specjalnie dla niej pójdę. Nie rozumiem czemu tak bardzo chce bym poszła na tą imprezę, przecież będzie tam ze swoim chłopakiem Andre. A ja co? Mam robić za przyzwoitkę?
Wstałam w samo południe, spałabym dłużej, gdyby nie to, że zadzwonił do mnie telefon. Mogłam spodziewać się, że to Sara, przecież ona uwielbia wydzwaniać do mnie w najmniej odpowiednich momentach.
-Halo?
-Jakie halo?! Siema, szykujesz się tam na imprezę? -Spytała.
Słychać było, że Sara ma dobry humor, jej ekscytacja tą imprezą zaczęła mnie coraz bardziej denerwować.
-Nie szykuję się. Dopiero zaczyna się o dwudziestej to dlaczego mam stroić się już o dwunastej w południe? -Spytałam z lekkim oburzeniem.
Zapomniałam, Sara zawsze szykowała się z sześć godzin przed imprezą, ale mi naprawdę wystarczy półtorej godziny by móc pomalować się, ubrać i uczesać. Z resztą nie mam po co stroić się. Porozmawiałyśmy tak z pół godziny i w końcu powiedziałam jej, że kończę wymyślając, że muszę iść do sklepu i posprzątać w domu. Naprawdę nie chciało mi się już słuchać jej jaka to ona szczęśliwa. Mimo wszystko cieszę się, że układa się w jej życiu, ale nie lubię jak cały czas mówi o tym swoim Andre. Zastanawiało mnie jedno, czy Martin też zjawi się w szkole wieczorem. Wiedziałam, że Katia i Sylvia nie idą na tą imprezę, a szkoda. Sara będzie zajęta chłopakiem, a ja nie będę miała nawet do kogo odezwać się. Miło by było gdyby wpadł, może byłaby szansa porozmawiać w końcu sam na sam i dowiedziałabym się kim jest tajemnicza Mery?
Właśnie Fabian wrócił ze szkoły bardzo zdenerwowany. Rzucił plecakiem i trzasnął drzwiami zamykając się w swoim pokoju. Musiało coś się stać, a to że mój brat to tym bardziej musiałam dowiedzieć się czemu jest taki wkurzony i co się stało. Zapukałam do jego pokoju, a kiedy pozwolił mi wejść weszłam widząc jak leży na łóżku. Niemalże miał łzyw oczach. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Jeszcze niedawno był taki wesoły, weselszy ode mnie, a dzisiaj okazuje się, że to ja mam lepszy humor niż on. Cóż, spojrzałam na Niego.
-Co się stało? -Spytałam.
-Nic. Powiedz mi dlaczego dziewczyny są...
Wiedziałam, że chciał zakląć, temu szybko przerwałam mu dalej nie wiedząc o co chodzi.
-Fabian, dlaczego jesteś taki wkurzony? Wiesz, że siostrze możesz zawsze powiedzieć.
-Zdradziła mnie. Wystarczy. -Walnął pięścią w poduszkę.
-Olej ją i tyle. -Probowałam go uspokoić.
Fabian dalej przeklinał, nie mogłam tego sluchać. Wyszłam z pokoju mówiąc, żeby uspokoił się i zapewniłam mu, że nie ma co przejmować się dziewczyną. Z drugiej strony, czy mój brat dojrzewa? Nigdy nie widziałam go w takim stanie, ani nie mogłam sobie wyobrazić że miał dziewczynę.
Rodzice wrócili z pracy i mama zrobiła obiad, Fabian jak zwykle nie miał ochoty jeść obiadu. Mama zaczęła wypytywać mnie o Niego. Nie mogłam wydać brata, więc powiedziałam, że jest wkurzony i że dojrzewa. Mama uśmiechnęła się do mnie lekko, a ja gdy zjadłam obiad poszłam malować się i ubierać. Końcówki włosów podkręciłam lokówką, które fajnie opadały mi na ramiona, ubrałam bluzkę, spodnie i wzięłam czarny sweterek, gdybym miała późnym wieczorem wracać. Z Sarą umówiłam się pod moją szkołą.
Wyszłam z domu parę minut po 19 idąc w kierunku mojej szkoły. Piechotą idę z czterdzieści minut, dlatego też nie pojechałam dziś autobusem. Słuchałam sobie mojej ulubionej piosenki, gdy nagle zauważyłam dziewczynę o blond, kręconych włosach. Ubrana była w czerwoną sukienkę i miała buty na obsasach. Wydawało mi się, że skądś znam tą dziewczynę i nie myliłam się. To była Mery, ale gdy zauważyłam to co po chwili się działo normalnie zdziwiłam się. Stała obok jakiegoś domu, po chwili wyszedł wysoki chłopak i pocałowali się na przywitanie. Chwilę przyjrzałam się im i poszłam dalej. Wiedziałam, że to nie był Martin, bo ten chłopak miał brązowe włosy.
Po kilkunastu minutach byłam już pod szkołą. Wielki tłok przeraził mnie, wiedziałam, że w nim nie znajdę Sary i chłopaka. Wzięłam komórkę i zadzwoniłam do niej.
-Hej, gdzie jesteś? Ja już pod szkołą.
-Chodź pod palarnię, my tam stoimy. -Powiedziała rozłączając się.
Palarnię? Czy ja dobrze słyszę? Przecież Sara nigdy nie paliła i nie pali, poszłam w tamtym kierunku. Machnęła do mnie ręką. Jej chłopak Andre palił, a ona tylko stała obok. Jeszcze tego brakowało, by i ona zaczęła palić, chociaż z nią nigdy nic niewiadomo. Kiedy już skończył palić weszliśmy w końcu do szkoły. Na głównym korytarzu był tłum ludzi, lecz nie widziałam nikogo znajomego, chociażby z pierwszych klas. Wszyscy byli ze starszych i czułam się trochę młodo przy nich, już nie wspomnę o Sarze, która jest rok młodsza ode mnie, ale była z chlopakiem z drugiej klasy, to jakoś mnie to nie dziwi. Na ścianach były porozwieszane balony i jakieś plakaty, muzyka grała głośno, było dosyć ciemno, tylko świeciło się od kolorowyh reflektorów. Widziałam już w oddali tańczących chłopaków z dziewczynami. Coraz bardziej chciałam stamtąd wyjść, nie dość, że nie bylo nikogo znajomego to jeszcze po chwili Sara nagle zniknęła gdzieś z tym chłopakiem. Pomyślałam sobie, że nie będę im przeszkadzać i podeszłam do jakiegoś okna patrząc przez nie.
Odwróciłam się tyłem do okna i zauważyłam Martina idącego po korytarzu. Serce zaczęło mi bić szybciej, nie odrywałam od Niego spojrzenia. Podszedł do mnie i zagadał.
-Witaj, a Ty co tu tak sama stoisz? -Zapytał zerkając na mnie.
-Hej, o to samo mogłabym Ciebie spytać. -Szybko odwróciłam wzrok.
-A tak wpadłem, myślałem że kogoś znajomego spotkam i spotkałem Ciebie. -Uśmiechnął się do mnie.
Myślałam, że spalę się ze wstydu. Cały czas patrzył się na mnie, a ja bałam się mu spojrzeć prosto w oczy.
-O widzisz, ja tak samo. W sumie przyszłam tu z koleżanką i jej chłopakiem, ale ulotnili się gdzieś i tak oto zostałam sama, miałam zamiar wracać zaraz do domu. -Powiedziałam spokojnie.
-Ciekawie, ale jest już dosyć późna pora, mógłbym Ci potowarzyszyć jeśli byś chciała. -Zaproponował.
Byłam w szoku, że chciał mnie odprowadzić do domu. Nawet to było miłe z Jego strony, był taki słodki i mielibyśmy okazję porozmawiać.
-W porządku, zgadzam się. -Uśmiechnęłam się rumieniąc.
Musieliśmy przez ten tłum przeciskać się, a kiedy szliśmy korytarzem nie wiedziałam co mam powiedzieć, więc wyskoczyłam z niejaką Mery.
-Widziałam Mery z jakimś chlopakiem jak szłam do szkoły. -Powiedziałam zerkając na Niego.
-Mery z chłopakiem? -Zdziwił się.
-Tak, a coś się stało? -Zapytałam zaniepokojona.
-Nie nic.
Przeniósł wzrok na podłogę i szedł zamyślony. Byliśmy już przy wyjściu, lecz nagle usłyszeliśmy jakieś stuknięcie, a inni zaczęli krzyczeć i pogwizdywać. Zawróciliśmy się, by zobaczyć co się stało. To co tam ujrzałam przeraziło mnie. Fabian zaczął bić się z jakimś chłopakiem z trzeciej klasy. Zupełnie nie wiedziałam jak on tam się znalazł, skoro nie chodzi do tej szkoły, a impreza była tylko dla uczniów naszej szkoły i ich osób. Sara weszła z Andre, gdyż pozwolili jej ze względu na to, że Andre przyjaźni się z organizatorem tej imprezy to mu pozwolił by przyszedł z nią.
-Fabian! -Krzyknęłam przeciskając się przez ten tłum.
Odciągnęłam go od tamtego chłopaka. Tak myślałam, że chodziło mu o to, by nakopać tamtemu za to, że jego dziewczyna zdradziła Fabiana.
-Puść mnie! -Zaczął wyrywać się.
-Oszalałeś? -Krzyknęłam szarpiąc go jeszcze mocniej.
Poszliśmy w stronę wyjścia ze szkoły. Martin szedł obok Nas. Tak mi glupio było za mojego brata, ośmieszył się nie dość że przy całej mojej szkole to jeszcze mnie w to wciągnął. Miałam pozwolić mu bić się z tamtym? Stanęliśmy przed szkołą na schodach.
-Idziemy do domu! -Powiedziałam uniesionym głosem.
-Może pomóc? -Wtem odezwał się Martin.
-Nie, dzięki. Musimy iść, cześć. -Poszłam z Fabianem.
Przegapiłam okazję tylko i wyłącznie przez tego głupka! Byłam wściekła na siebie i przede wszystkim na Fabiana. I co ja teraz powiem Martinowi? Wybacz za mojego brata? To byłoby kompletnie głupie. Nawet nie miałam czasu zastanowić się, dlaczego Martin tak dziwnie zareagował, gdy powiedziałam mu, że widziałam Mery z innym.
Wróciliśmy do domu, rodzice na szczęście już spali. Fabian poszedł do swojego pokoju, a ja do toalety. Byłam tak wkurzona, że gdy poszlam już do swojego pokoju od razu zasnęłam.


Ciąg dalszy nastąpi:
-Co odkryje Kate?
-Czy Martin coś ukrywa?
-Jak dalej się to wszystko potoczy?

[ Tą część opowiadania chciałabym zgłosić do konkursu. :3 i jak podobało się Wam? Mówiłam, że w tej części będzie się działo. :D Ciekawi co będzie dalej? A może domyślacie się co będzie w kolejnej części? Piszcie swoje opinie i komentarze :D To wszystko już niedługo. ]