sobota, 18 sierpnia 2012

Me serce bije i tak na pewno.

I.Akt pierwszy- nuty pochodzące z serca.
Wolnym chodem kroczyłam terenami SPS, podziwiałam matkę naturę, że ma do tego taką smykałkę oraz podziwiałam SPS'owiczów, że pielęgnowali jej dzieło. Zatrzymałam się dopiero na piaszczystych terenach. Moje łapy zatapiały się w sypkim złotym piasku. Odetchnęłam szczęśliwa, nic więcej nie potrzebowałam od życia.Przysiadłam na tylnych łapach, krajobraz był bezcenny, zachodzące słońce za horyzontem. Błyszczące jaskrawe słońce tonęło w falach błękitnego morza. Uśmiechnęłam się sama do siebie.Owinęłam delikatnie łapy ogonem przypatrując się błękitnym falom unoszącym białą pianę.W tle widać było ptaki cieszące się z życia, szczęśliwe krakały dla ukojenia wzburzonych fal. Uspokajały je. To zjawisko było piękne.I pomyśleć, że to mój dom, że tu mieszkam, stąd pochodzę. Odetchnęłam wolno i położyłam się na złocistym piasku, który skrywał w sobie różne muszle, te połamane i te w całośći oraz kawałki błyszczących bursztynów w odcieniach podpalanego hebanu.Podpasowały się moim ślepiom.Zamknęłam oczy i..zasnęłam.
II.Akt drugi-napietą struną me ciało jest.
Poczułam się błogo, jakbym była w innym świecie...A jednak byłam w innym.Gdy otworzyłam wolno zmęczone hebanowe ślepia nie widziałam już morskich fal, zachodzącego słońca i śpiewających ptaków.Widziałam czarne zeschnięte drzewa, puste doły bez jezior, bez wody, umarłe rośliny i twardą czarną glebę. Niebo było zasłoniętę czarną mgłą, która otaczała wszystko dookoła.,,Gdzie ja jestem?'' zadawałam sobie te pytanie bez przerwy. Z łatwością podniosłam się z ziemii, której urok nie przyciągał mojego wzroku.Byłam ciekawa, fakt, i to mnie wpędzało w kłopoty.Rozejrzałam się uważnie stawiając przed sobą niepewne kroki. Co raz szybciej wtapiałam się w tło gęstej ciemnej mgły. W powietrzu unosiła się woń spalin, która strasznie drażniła moje nozdrza.Stawiałam wolne kroki.W mgle dostrzegłam zarys gór. Odetchnęłam wolno kuląc uszy. Mimo wielkiej niepewnośći ruszyłam w jej stronę.W pewnym momencie wędrówki zatrzymałam się, mgła wolno odchodziła, a ja widziałam górę w całej okazałośći.Westchnęłam i przeskoczyłam wąską rzekę, w której płynęła czarna ciecz. W górze wyryta była jaskinia, przy jej wejściu stał posąg smoka.
III.Akt trzeci-szukam naszej drogi, chwili szczęśćia.
Szłam wolno wąską skalną ścieżką, pod którą znajdowała się przepaść. Na ścianach groty widziałam różne rysunki, nie należące do arcydzieł.Zatrzymałam się gdy usłyszałam cichy szelest, odgłos wody, jednak gdy oddalił się ruszyłam ponownie.Robiło się coraz chłodniej, a ja traciłam nadzieję, że coś jest na końcu.Poczułam zimny śnieg, spuściłam wzrok. Naprawdę szłam po śniegu. Gwałtownie rozejrzałam się, skalne ściany skryły się lodem, a obrazy zakończyły się. Przełknęłam ślinę i usiadłam na zadzie.Znów usłyszałam szelest i szum wody.Postanowiłam wstać i ruszyć dalej, ale..ale nie mogłam. Przykleiłam się do zimnej ściezki skrytej lodem. Westchnęłam próbując najróżniejszych sposóbów ucieczki.Szelest zbliżał się.Przestraszona coraz gwałtowniej próbowałam się wydostać.Słyszałam coraz głośniejszy szum, któremu towarzyszył okropny chichot.Nie poddałam się. Widziałam w tle cień, cień nie znanej mi sylwetki. Szła w moją stronę. Robiło się coraz chłodniej, poczułam, że tracę wolno siły i ochotę do życia. Moje ciało wolno zmeniało temperature. Czułam jak zamarzam, czułam jak kończę swój żywot.Nerwowo próbowałam wstać, na marne tylko się wysilałam.
IV.Akt czwarty.-me serce bije i nie zatrzymasz go.
Otworzyłam wolno oczy. Było mi cieplej, lecz wciąz czułam chłód na swoim ciele. Rozejrzałam się uważnie, miałam przed sobą rozmazany obraz. Starałam się wstać, ale nie miałam zbyt dużo siły na to.Ułożyłam łeb na łapach, obraz był wyraźniejszy. Moje hebanowe ślepia śledziły wszystko dookoła. Ciekawe, gdzie się znajduję.Zauważyłam, że jestem w czyjeś jaskini uścielonej śniegiem, który przebijany był przez przebiśniegi.Obok mnie leżał martwy zając, jednak nie byłam głodna i nie skorzystałam z okazji. Przycisnęłam szczęki i z trudem wstałam. Wolnym chwiejnym krokiem ruszyłam do wrót jaskini. Przed sobą widziałam czyjąś sylwetkę, zapewnę basiora. Nie miałam ochoty na walke czy też potyczki. Usiadłam nieopodal niego bacznie obserwując go.
Trwałam w milczeniu. Przyglądałam się jego białej sylwetce. Był wyrośnięty, a jednak miał posturę zwykłego psa husky. Jego oczy były dwu kolorowe, jedno było rozpalające hebanowe natomiast drugie chłodne niebieskie. W pewnej chwili usłyszałam jego głos, który odbił się echem o ściany jaskini.
-Przyciągasz gniew, lecz za nic mam twą niewinność. A to Ci nie pomoże.
Ukazałam rząd rekinich zębów w ostrzeżeniu, że mogę go zabić. Nie zwrócił na mnie uwagi. Gdy się odwrócił ujrzałam go w całej okazałośći, przyglądał mi się dwu kolorowymi znużonymi ślepiami bez żadnego zainteresowania.
-Zachowaj to na później.-Uspokoił mnie swoim łagodnym tonem.-Na obronę swojego serca.-Odparł tylko, a ja zmrużyłam oczy nie zadowolona.
-Dziękuje, ale ja wracam.-Prychnęłam i ruszyłam przed siebie. Mgła znów unosiła się nad teren zasłaniając mi drogę. Krakanie towarzyszyło mi przez całą drogę.Było ciemno, ciemność moim stróżem. Wolno staczałam się i wkraczałam w otchłań bezdenną.
V.Akt piąty-jak dziki zwierz jestem czujna.
Nagle usłyszałam wrogie powarkiwanie, szczekanie i wycie wilków.Przestraszyłam się gdy zauważyłam w cieniu czerwone lśniące oczy i rząd kłów ubrudzonych krwią.Postać skoczyła na mnie i wgryzła się w mój brzuch. Zawyłam żałośnie z bólu. WIedziałam, że się nie wydostanę, a jednak mój instyk kazał mi walczyć w obronie.Zrzuciłam bestię z siebie. Z mojego brzucha wolno sączyła się krew.Wszystkie bestie rzuciły się na mnie, jedna ugryzła mnie w łapę, druga wgryzła się w moje ucho.Poczułam się rozdarta, atakowana.Jednak..nie skomlałam, nie wyłam. Pogodziłam się z losem.Leżałam tam rozdzierana przez zwierzyny, z mojego ciała sączyła się krew. Na czarnej glebie została po mnie czerwona plama krwi. Nagle usłyszałam skomlenie, otworzyłam ślepia. Na niewyraźnym tle widziałam go. Widziałam tamtego białego basiora, atakował ich, zabijał bez litośći...Był moim przeciwieństwem, nie umiałam nawet muchy skrzywdzić.Widziałam jak zabijał ich. Zabił wszystkich. Schylił się nade mną i patrzył się na mnie z politowaniem, którego nie potrzebowałam.Widziałam w jego oczy gniew, że dałam się tak łatwo, że nie walczyłam.Nie patrz tak na mnie, idź stąd, zostaw mnie. Przeżyję. Wolno zamknęłam oczy miałam przed sobą tylko czarne tło.Nie widziałam już jego uspokajających ślepii...Proszę spójrz tak na mnie jeszcze raz, bym mogła wyrwać się z paniki.
"Mówiłeś mi, że przyciągam gniew, że za nic masz mą niewinność. Kazałeś mi trudną drogą iść, za stróża mieć tylko ciemność. Patrzyłeś jak wolno staczam się i spadam w otchłań bezdenną. Widziałeś jak mieszam z winem krew, by obłaskawić codzienność. Me serce bije i tak na przekór dniom gdy ciągle czuję Twój gniew nade mną. Me serce bije i nie zatrzymasz go. Me serce bije i tak na pewno."

Szkolne życie Leny i innych. cz. II

-I co idziecie na imprezę? – Spytała Carmell.
Kolejny dzień. Właśnie jestem w szkole i rozmawiam sobie z dziewczynami. Nie wiem czemu, ale jakoś nie cieszę się tak jak Carmell z okazji tej sobotniej imprezy. U Izis też nie widzę zafascynowania na twarzy. Bueno gdzieś poszła, zapewne zapisać się do samorządu uczniowskiego, a Carmell nas dręczy pytaniami. Nie wiem co Carmell widzi w tej całej imprezie, ale myślę, że to by poznać jak najwięcej osób. Zawsze lubiła być w centrum uwagi. Nie to co ja.
-Ja pójdę, ale pod warunkiem, że dzisiaj Ty, Bueno i Izis przyjdziecie do mnie po lekcjach i pomożecie mi wybrać w co mam się ubrać na jutro.
Izis tylko przytaknęła, a Carmell jak widać ucieszyła się, że idę.  Po chwili przyszła do nas Bueno  z namalowanym uśmiechem na twarzy.
-Jest! Dostałam się. Będę w samorządzie uczniowskim. Oraz pomogę w przygotowaniu do jutrzejszej imprezy. A wy idziecie? –Skierowała wzrok na mnie i Izis
-Tak idziemy.-Odpowiedziałam jej za nas obie.
-To świetnie.
Zastanawiałam się, dlaczego odpowiedziałam za Izis, skoro ona swojego zdania nie wyraziła? Pokręciłam lekko głową i musiałam jeszcze poinformować Bueno o dzisiejszej zabawie w modelki u mnie.
-No więc Bueno po lekcjach idziemy do mnie, musicie mi doradzić w co mam się ubrać.-Powiedziałam z nutką obojętności.
Zadzwonił dzwonek  na lekcje. Carmell jeszcze dokańczała rozmowę z Bueno  o czymś tam i nagle szybko pobiegła w stronę sali. Wpadła na jakiegoś wysokiego, brązowowłosego chłopaka. Zaśmiałyśmy się wszystkie i przyspieszyłyśmy kroku by dołączyć do Carmell. Ona zaś zaczęła rozmawiać z tym chłopakiem. Chciało mi się śmiać, ale musiałam powstrzymać się.
-Wybacz, że wpadłam na ciebie. To było niechcący.-Powiedziała cicho do starszego chłopaka.
-Nic się nie stało, jestem Ravel.- Spojrzał na każdą z osobna wodząc wzrokiem.
Na twarzy Carmell można było zauważyć zawstydzenie. Ciągle wpatrywała się w niego. Widać, że się jej spodobał. Na początku speszyła się, nie wiedziała co powiedzieć, ale po chwili wreszcie przełamała się i przedstawiła mu nas.
-Ja jestem Carmell, a ta po mojej lewej to Bueno, obok niej Lena i Izis.  -Wskazywała ręką na nas.
Powiedziałam tylko krótkie i przelotne cześć zauważając naszą nauczycielkę od historii. Widać było, że jest zła, gdyż minęło już dobre pięć minut po dzwonku na lekcje. Z tego co wiem to ta kobieta nie lubi jak ktoś się spóźnia.  No i zaczęło się.
-A panienki to sobie urządzają flirty na korytarzu, jak już był dawno dzwonek na lekcje. Proszę do sali.
Ale było mi głupio. Drugi dzień szkoły, a my już wpadłyśmy w niezłe kłopoty. Carmell zakochała się, historyczka na nas drze się, Bueno wstąpiła do samorządu uczniowskiego , Izis chyba się na mnie obraziła, a ja? No właśnie.
Poszłyśmy do sali. Wiedziałam co się tam szykuje. Czułam tam każdego wzrok wlepiający się w naszą czwórkę. Usiadłam do ławki i czekałam, aż nauczycielka zacznie coś mówić. Nie myliłam się. Nie dość, że przy całej klasie zaczęła mówić, iż na przerwach flirtujemy to jeszcze niezłego przypału zrobiła Carmell, biedna ona współczuję jej. Normalnie czekałam aż skończy się ta lekcja. Nie dość, że była przynudzająca, szczególnie jak ta baba ją prowadziła, to jeszcze przez drugie pół lekcji pisaliśmy w zeszytach. W sumie  szybciej to zleciało. Całe szczęście, że zadzwonił dzwonek na przerwę. W końcu do domu.
Wracałam sobie z dziewczynami. Carmell jak zwykle zaczęła opowiadać o tym chłopaku co się z nim zderzyła na przerwie. Nie dość, że go nie znała to już miała w głowie tysiące myśli związanych z nim.
-On jest przecudny! Widziałyście jak się na mnie patrzył? –Mówiła to z wielkim  zafascynowaniem.
-Oho ktoś tu chyba się zakochał.  -Wtrąciłam się jej w połowie zdania.
-Ravel, a te jego imię. Ah. Normalnie żyć, nie umierać. Lena, dziewczyny on musi być mój. Musi rozumiecie?! –Popchnęła mnie lekko.
Nic nie odpowiedziałam jej. No tak. Carmell teraz będzie nam ciągle mówiła o tym chłopaku, a mi się nawet nie chce na te tematy rozmawiać. W sumie to nie wiem czemu. Odetchnęłam z ulgą gdy już doszłyśmy do mojego domu.
-Cześć mamo. Przyprowadziłam dzisiaj koleżanki, idziemy na górę.  –Powiedziałam przelotnie wchodząc po schodach do swojego pokoju.
Każda z dziewczyn przywitała się z moją mamą i też poszły za mną. Gdy już weszłyśmy do pokoju to włączyłam radio, by nie było aż tak cicho i otworzyłam swoją wielką, biało szarą szafę. Stałam przy niej jak wryta, lecz po chwili odwróciłam się do dziewczyn.
-No i co mam nałożyć? Sukienka, spodnie, spódnica?  -Spojrzałam na każdą.
Pierwsza jak zwykle wyrwała się Carmell i od razu szybkim  krokiem podeszła do mojej szafy ściągając jedną z fioletowych sukienek. Zerknęłam na nią krzywo. Mam się w to ubrać? Powiedziałam sobie w myślach. Sukienka była niby ładna, ale nadawała się bardziej na jakąś uroczystość. A to tylko impreza szkolna, po co mam się tak stroić.
-Nałóż to. Będziesz wyglądać w niej wystrzałowo.  -Carmell przykładała do siebie sukienkę.
Jako druga do mojej szafy podeszła Bueno i wyjęła z niej czarne leginsy oraz krótką jeansową spódniczkę. Przymierzyłam to co podała mi Bueno i niezbyt pewnie czułam się w tym. Przeglądałam się w lustrze pytając przyjaciółki.
-Może być? Bo sama nie wiem.  –Zerknęłam na nie.
-Myślę, że w sukience fajniej byś wyglądała.  -Rzekła Carmell trzymając dalej sukienkę.
-Mi się podoba. -Powiedziała krótko Izis.
-Tak! Nałóż to. Wyglądasz w tym ślicznie. Do tego jakaś fajna bluzka, włosy podkręcisz, nałożysz ten naszyjnik srebrny i kolczyki. –Przytaknęła Bueno doradzając mi.
Może i faktycznie miała rację. Mogłabym pójść w tej spódnicy i leginsach. Nie byłoby tak źle. W każdym bądź razie naprawdę jestem wdzięczna Bueno, za to że mi pomogła. Gdyby nie ona to zapewne zostałoby na tym, że poszłabym w zwykłych spodniach.
Pół godziny później każda z dziewczyn poszła. Odłożyłam swoje jutrzejsze ubranie i położyłam się spać.
Nastała sobota. Dzień pełen wrażeń, jak dla mnie. Ciekawo czy miłych, czy też nie. Z rana poszłam z mamą na zakupy, a po południu przyszła do mnie Izis. Była w zwykłych białych spodniach, czarnej bluzce i czarny sweterek. Jej włosy blond fajnie opadały na ramiona. Wyglądała tak naturalnie. Ja byłam już podmalowana i ubrana. Izis podkręcała mi włosy rozmawiając ze mną.
-Mam złe przeczucia. Myślę, że coś może się stać na tej imprezie. -Powiedziała bez żadnego entuzjazmu.
Pomyślałam sobie, że Izis przesadza, chociaż mogła mieć i odrobinę racji. Nigdy nic niewiadomo co tam może się wydarzyć. Spoglądałam w lustro patrząc jak Izis podkręca mi lokówką włosy i zamyśliłam się. Gdy już zrobiła mi fryzurę to czas było wychodzić. Było wpółdo ósmej. Impreza jest na ósmą, ale musiałyśmy być trochę wcześniej bo jeszcze spotkać się z Carmell i Bueno. Wyszłyśmy z domu. Spojrzałam na ściemniające się niebo i zachodzące słońce. To będzie się działo. Powtórzyłam w myślach idąc obok Izis. Rozmawiałyśmy głównie o szkole jak i o imprezie.
Nagle spotkałyśmy Carmell w rózowej rozłożystej sukni, a na włosach miała opaskę z diamencikami. Podeszła do nas uradowana i przytuliła nas na przywitanie.
- Hej. Wyglądasz nieziemsko.  -Powiedziałam uśmiechając się serdecznie do niej.
-To prawda. Ślicznie wyglądasz. A gdzie Bueno? –Spytała Izis.
-Dzięki wam. Dzwoniła do mnie i mówiła byśmy szły same, bo ona tam przygotowuje coś i pomaga w organizacji imprezy.  –Odpowiedziała Carmell odgarniając włosy.
Faktycznie. Bueno jest w samorządzie uczniowskim. Zupełnie mi to wyleciało z głowy. Doszłyśmy na miejsce i pewien starszy chłopak, chyba z trzeciej klasy, nie wiem nie znałam go założył nam przy wejściu kolorowe opaski na ręce. Dlaczego? Ponieważ wstęp jest tylko dla uczniów z naszej szkoły i nie chcieli zapewne jakiś nieznajomych. Rozglądałam się dookoła. Impreza odbywała się na podwórku szkolnym. Można powiedzieć że obok boiska. Wszędzie paliły się kolorowe światełka, na drzewach były powieszone ozdoby jak i baloniki, a na samym środku była ogromna scena. Na uboczach był poczęstunek i krzesła by usiąść. Nim się rozejrzałam, a Carmell pobiegła już do jakiś dziewczyn z naszej klasy. Chyba dostrzegłam Allie w zielonej bluzce. Bueno dalej nie widziałam, więc poszłyśmy z Izis usiąść i nieco odpocząć. Coraz więcej ludzi zbierało się. Dużo nieznajomych twarzy było.
-I jak ci się podoba impreza?  -Spytałam Izis
-Może być jak na razie. – Odpowiedziała
Nagle zapaliły się światła nad sceną i wszedł na nią chłopak o czarnych włosach i  średniego wzrostu w garniturze. Wszyscy zaczęli krzyczeć na jego widok i klaskać.
-Witam serdecznie wszystkich na naszej imprezie szkolnej. Nazywam się Renoir von Reinmar i jestem przewodniczącym samorządu uczniowskiego. Gwarantujemy dobrą zabawę i zapraszamy na koncert „The Boys” naszych chłopaków ze szkoły. Życzę udanej zabawy i zapraszamy już ich na scene.
Chłopak zszedł ze sceny i nagle zaczęli śpiewać . Dostrzegłam Bueno rozmawiającą z tym przewodniczącym.
-Patrz Izis! Bueno tam jest. Chodźmy do niej! –Wstałam i już skierowałam się w stronę Bueno, ale nagle ktoś złapał mnie za rękę. To była Izis. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Spojrzałam na nią pytająco.
-Nie idź tam. Nie widzisz, że rozmawiają? Po co im przeszkadzać. Może podoba się on dla Bueno, więc lepiej zostańmy tutaj.
W sumie Izis miała rację. Po co było przeszkadzać. Bueno też wyglądała niepowtarzalnie. Miała krótką zwiewną sukienkę w kwiatki i ładnie upięte włosy. Siedziałam dalej z Izis zerkając na innych ludzi. Nagle do Izis zadzwonił telefon.
-Tak? Co się stało? Zaraz będę.  -Odłączyła się.
-Coś się stało?  -Spytałam się jej.
-Słuchaj Lena, ja muszę iść. Przepraszam, że cię tutaj zostawię samą, ale naprawdę to ważne. Coś się stało w rodzinie. Mama nie chciała mi powiedzieć o co chodzi. Wybacz.
Gdy chciałam coś powiedzieć, ona już odbiegła. Biedna Izis. Myślałam czy by nie pójść za nią, ale jednak zostałam.
Siedzę sobie tutaj całkiem sama. Miałam już dosyć tego siedzenia w jednym miejscu, więc przeszłam się nieco bliżej sceny. Chciałam znaleźć kogokolwiek znajomego, lecz niestety nie znalazłam. Jakaś dziewczyna zaczepiła się i wpadła wprost na mnie.
-Uważaj jak chodzisz. -Powiedziała ze zdenerwowaniem.
Spojrzałam tylko na nią i poszłam dalej. Stałam pod sceną i patrzyłam się na nią. Wybiła północ. Fajerwerki wystrzeliły w górę. Każdy zaczął krzyczeć. Zerknęłam w niebo wpatrując się.
-Witaj.  -Powiedział do mnie męski głos.
W następnej części:
-Kim jest tajemniczy chłopak który rozmawia z Leną?
-Czy Carmell i Bueno zakochały się?
-Co się stanie z Izis?

Szkolne życie Leny i innych. cz. I

Obudziłam się o siódmej rano. Dzisiaj pierwszy dzień w nowej szkole. Za późno wstałam, zdecydowanie za późno.  Miałam na ósmą. To zdecydowanie za mało czasu dla mnie by naszykować się. Szybko zbiegłam po schodach na dół i całe szczęście, że śniadanie było już gotowe. Uśmiechnęłam się do mamy jedząc kanapki z masłem orzechowym. Biegałam w tą i z powrotem czesząc swoje długie, proste, brązowe włosy. Pożegnałam się z mamą, toteż musiałam już wychodzić do szkoły.
-Pa mamo.- Zamknęłam drzwi za sobą radośnie idąc do szkoły.
Ciągle zastanawiałam się jak to będzie w nowej szkole. Czy kogoś poznam.? Czy będą mili nauczyciele.? Tego nie wiem, ale pocieszające jest to, że ze mną w klasie będą moje trzy najlepsze przyjaciółki. Carmell, Izis i Bueno. Od dzieciństwa przyjaźniłam się z nimi. Zawsze mogłam na nie liczyć i na nich polegać. Dochodziłam już do dużego czerwonego budynku a na nim było napisane Liceum Imienia Alberta Einsteina. Ujrzałam tam dużo nowych osób. Nikogo nie znałam. Postanowiłam wejść do szkoły i nim się rozejrzałam podbiegły do mnie przyjaciółki.
-Hej Lenka!- Carmell krzyknęła do mnie podekscytowana.
-Cześć wam.- Przywitałam się z każdą z osobna.
Pierwszy dzwonek na lekcje. Zapoznanie się z nową klasą, wychowawcą. Zawsze byłam ciekawa kto będzie uczyć się ze mną w klasie. Ruszyłyśmy głównym korytarzem do Sali 203. Dziewczyny ze starszych klas patrzyły się na mnie. Bueno i Carmell uśmiechały się do każdego. Zauważyłam, że Carmell pomachała do jakiegoś brązowookiego chłopaka. Cała Carmell zawsze lubiła podrywać chłopaków. Gdy weszłyśmy już do Sali usiadłyśmy w ławkach. Ławki były niestety pojedyncze, ale Carmell usiadła w pierwszej w rzędzie pod oknem, ja usiadłam w czwartej w drugim rzędzie, za mną usiadła Bueno a w rzędzie pod ścianą w drugiej ławce usiadła Izis. Lekcja się zaczęła. Weszła kobieta w okularach z niewyraźnym uśmiechem na twarzy, ale i tak wydawała się być miła.
-Dzień dobry nazywam się Meg Valenrie i będę waszą wychowawczynią. Uczę j. polskiego i hiszpańskiego. Hiszpański was nie obowiązuje w pierwszej klasie, więc teraz każdy z was zacznie przedstawiać się.
No tak nie mam co robić tylko przedstawiać się. Pomyślałam i rozejrzałam się po nowych osobach. Na każdego patrzyłam uważnie aż usłyszałam czyjś głos. Tak to była Carmell.
-Jestem Carmell la Devon. Interesuję się końmi, lubię rysować. Znam się z Leną, Bueno i Izis.
Usiadła uśmiechając się i już zapoznała się z nową koleżanką o imieniu Allie. Allie wyglądała raczej na spokojną dziewczynę, tak z pozorów. Aczkolwiek nie znałam jej, ale miałam nadzieję że zapoznam się ze wszystkimi z klasy. Zamyśliłam się na chwilkę i nagle usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się, a to była Bueno. Zaraz ja będę, o nie. Nie wiedziałam co o sobie powiedzieć. Nasłuchiwałam co mówiła Bueno.
-Nazywam się Bueno la Karte i bardzo chciałam dostać się do tej szkoły. Dlaczego.? Dlatego, że słyszałam wiele dobrych opinii o niej oraz dowiedziałam się od znajomych, że są ciekawe zajęcia pozalekcyjne na które pragnę uczęszczać. Chciałabym wstąpić do samorządu uczniowskiego klas pierwszych i zająć się organizacją konkursów, bo mam już parę pomysłów, ale wpierw czekam na przyjęcie mnie. We wcześniejszych szkołach byłam organizatorką balów, wycieczek i innych tego typu rzeczy. Nikt na to nie narzekał, a raczej wręcz przeciwnie.
Po tych słowach przyszła pora na mnie. No to pięknie- pomyślałam i kiedy skapnęłam się, że połowa klasy na mnie patrzy, odgarnęłam swoje czekoladowo brązowe włosy i zaczęłam mówić.
-Jestem Lena. Interesuję się muzyką, zwierzętami i w wolnych chwilach lubię biegać. Również chciałabym wstąpić do samorządu uczniowskiego klas pierwszych.
Speszyłam się, nie wiedziałam w ogóle co mam mówić. Nie lubię wypowiadać się na forum całej klasy, szczególnie jak znałam tylko Izis, Bueno i Carmell. Oczywiście cały mój rząd już wypowiedział się, więc teraz czas na Izis. Zerknęłam w jej kierunku uśmiechając się do niej lekko.
-Witam. Mam na imię Izis i pasjonuję się jazdą konną oraz uwielbiam rysować konie. Lubię też czytać książki i pomagać innym. Chciałabym wstąpić do wolontariatu i chodzę do pobliskiej stajni.
Blondwłosa dziewczyna usiadła i tak oto zadzwonił dzwonek na przerwę. Carmell jak zwykle wybiegła szybko z sali jako pierwsza a ja z Bueno i Izis przechadzałyśmy się po szkolnym korytarzu czytając ulotki. Nagle do nas podbiegła uradowana Carmell trzymając w ręku jakiś papierek.
-Słuchajcie dziewczyny. W tą sobotę odbędzie się ognisko szkolne na cześć przywitania nowego roku szkolnego. Wstęp tylko dla uczniów z naszej szkoły. Idziecie? Będzie światełko do nieba o północy, mnóstwo atrakcji, koncert i masa chłopaków.
Spojrzałam na Bueno i Izis. Czekałam aż coś odpowiedzą.
-Ja z chęcią przyjdę. –Powiedziała Bueno uśmiechając się.
Milczałam z Izis wymieniając dziwne spojrzenia. Przecież na takie imprezy przychodzi się raczej z kimś, a nie tak samym. A z kim ja miałam przyjść skoro ledwo co swoją klasę dopiero poznałam , a mam się bawić przy całej szkole.? Nie wiem czy pójdę. Wtem Carmell szturchnęła mnie i Izis pytając.
-No chodźcie! Co wy takie markotne? Impreza będzie to trzeba korzystać, a nie…
Spojrzałam na nią z politowaniem. Nie mogłam przecież odmówić przyjaciółce. Bueno i Carmell idą, Izis myślę, że też by poszła więc co mi szkodzi pójść.
-Dobrze przyjdę, ale nie obiecuję, że zostanę do końca.- Uśmiechnęłam się sztucznie.
Izis nic nie odpowiedziała. Mam nadzieję, że ona chociaż pójdzie, bo Carmell jak to Carmell szalona i pobiegnie zaraz zapoznawać się z innymi, Bueno pewnie będzie organizatorką czegoś tam, a ja nie chcę zostać sama wśród ludzi. Dziwnie bym się czuła, ale cóż.
Po lekcjach wróciłam do domu. Nie chciało mi się rozmawiać z mamą, więc poszłam na górę do swojego pokoju i położyłam się myśląc. To już za dwa dni. A nawet nie wiedziałam w co się ubrać. Po chwili wstałam i podeszłam do szafy otwierając ją. Miałam dylemat: Nałożyć sukienkę, spódnice czy zwykłe spodnie? Mamy nie chciałam pytać o poradę, bo zaraz by wypytywała co, gdzie i jak, a nie chce mi się zbytnio tłumaczyć, z resztą jakbym tłumaczyła o co chodzi to mama pomyślałaby, że stroję się dla jakiegoś chłopaka. Jutro w szkole zapytam dziewczyn jak ubierają się. Albo wiem. Zaproszę je po lekcjach do swojego domu i pobawimy się w casting na modelkę. Brzmi dziwnie, ale może być całkiem zabawnie.
Dobra. Zamknęłam szafę. Na dzisiaj to wszystko idę spać. Czeka mnie jutro ciężki dzień.
W następnej części:
-Czy Izis pójdzie na impezę szkolną?
-Co się wydarzy na imprezie?
-Czy Lena będzie zadowolona z imprezy szkolnej?

Zabierz mnie tam, gdzie nie kończy się świat.

Sam tytuł już chyba zdradza o czym będzie. Chciałam dodać, bo dawno nic nie pisałam, a to opowiadanie pochodzi z mojego drugiego bloga. Jest on nowy i ma mało czytelników, a więc chciałam podzielić się tym opowiadankiem z Wami. Mam nadzieję, że będzie się Wam podobało.
Podkład: http://www.youtube.com/watch?v=LGUXIX7uuSc [Może trochę nie pasuje, ale jestem zauroczona tą melodią <3]
Obudziłam się wcześnie rano. Nie wiem dlaczego, ale tak już niestety mam... Po nieprzespanej nocy mam tylko jedną ochotę - pójść do stajni i odpocząć. Ale niestety dzisiaj jest piątek. I trzeba iść do szkoły.
- Jakoś wytrzymam dzisiejszy dzień... - mruknęłam i powoli zwlokłam się z łóżka.
Zaścieliłam je dokładnie, co by mama nie denerwowała się od samego rana. Zeszłam po cichu na dół i poszłam do łazienki wziąć poranną kąpiel. Po kilkunastu minutach byłam już gotowa do wyjścia. Z racji tego, że mieszkam kawałek za miastem, musiałam już wyjść z domu i kierować się powolutku w stronę znienawidzonego przeze mnie budynku.
Wyszłam z domu zarzucając torbę z książkami na ramię. Wiał lekki wiaterek, co spowodowało rozwianie moich blond włosów. Zaśmiałam się po cichu i ruszyłam w stronę miasta. Szosa nie była zbyt wygodną drogą do pokonania, ale lepsza taka niż błoto w lesie.
Po kilkunastu minutach weszłam do miasta. Latarnie jeszcze się paliły na ulicach, bo było ciemno niczym w norze. Rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu jakichś ciekawych obiektów. Niestety nic interesującego nie znalazłam. Moja droga do szkoły zazwyczaj nie wygląda tak jak dzisiaj. Normalnie nie chodzę przez parki i nie włóczę się przez pół miasta. Dzisiaj po prostu miałam na to ochotę.
W końcu dotarłam na miejsce. Stanęłam przed owym budynkiem i skrzywiłam się niesmacznie.
- Całe szczęście, że dzisiaj już ostatni dzień szkolny, a potem weekend... - westchnęłam po cichu i weszłam po stromych schodach.
Popchnęłam mocno drzwi i weszłam do środka. Tutaj jak zwykle panowało zamieszanie, wielki gwar i zgiełk. Pokręciłam głową i powędrowałam w stronę szatni. Nagle przez myśli przeleciała mi pewna sprawa - za chwilę zobaczę się ponownie z moimi "koleżankami" z klasy. To była chyba jedyna tak znienawidzona przeze mnie rzecz. Zacisnęłam szczękę i zeskoczyłam ze schodów prowadzących do szkolnej szatni. Weszłam do pomieszczenia i podeszłam do szafki nie witając się z nikim. Mojej przyjaciółki jeszcze nie było.
- Ech... Nino, nie zostawiaj mnie dzisiaj. - spojrzałam na jej pustą zamkniętą szafkę i zdjęłam swój płaszcz. Powiesiłam na wieszaku w szafeczce i zamknęłam ją dokładnie na zamek.
Oparłam się rękoma o ścianę i zamknęłam oczy. Przede mną kolejny dzień patrzenia jak inni się dobrze bawią. Kolejne osoby, które będą wyprowadzały mnie z równowagi. Kolejne sytuacje, gdzie będę musiała okazać się wytrwałością. Odkleiłam się od ścianki i wyszłam z szatni biorąc za sobą swe książki.
- Nie mogę dać sobą tak pomiatać! - powiedziałam po cichu tak, aby nikt mnie nie usłyszał.
Weszłam na pierwsze piętro czyli tam, gdzie miałam mieć pierwszą lekcję. Ławki na holu były puste więc usiadłam i oparłam łokcie o kolana, a brodę o dłonie czekając na przyjaciółkę, która za chwilę miała się pojawić. Nagle w mojej kieszeni zabrzęczał telefon. Wyjęłam go śmiejąc się po cichu.
- Znowu zapomniałam Cię wyciszyć... - otworzyłam klapkę i przeczytałam SMS'a, który właśnie wysłała do mnie Nina. Brzmiał on tak:

"Diana, wybacz mi, ale źle się czuję. Nie będzie mnie dzisiaj w szkole. Przepraszam."

Z mojej twarzy nagle znikł lekki uśmiech. Spojrzałam przed siebie i schowałam komórkę do kieszeni. Do moich oczu zaczęły powoli napływać łzy, ale w ostatniej chwili powstrzymałam się od płaczu.
- Dlaczego akurat dzisiaj? No cóż... - wstałam z ławki i zeszłam na dół.
Miałam jeszcze dziesięć minut zanim rozpoczną się lekcje. Poszłam więc do bufetu kupić sobie jakiś napój i coś do jedzenia. Kiedy wychodziłam ze sklepiku natknęłam się jak zwykle na trójkę dziewcząt z mojej klasy. Uśmiechnęły się sztucznie i minęły mnie z dziwnym śmiechem. Jedna trąciła mnie ramieniem o mało co mnie nie wywracając. Spojrzałam na nią jak na idiotkę, wzruszyłam barkami i poszłam dalej w swoją stronę.
Dzwonek - ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam. Ruszyłam pędem w stronę klasy. Na szczęście się nie spóźniłam. Pierwszą miałam biologię, więc nudzić się nie nudziłam.
Lekcje mijały jedna po drugiej spędzane w samotności. Nie wiem czemu, ale nikt ze mną nie rozmawiał. Mam w klasie pewną dziewczynę, która jeździ konno, ale nigdy ze mną nie potrafiła normalnie o tym porozmawiać. Zawsze się wywyższała ode mnie.
- No cóż... Jeszcze tylko dwie lekcje i będę mogła iść do Thalera. - uśmiechnęłam się do siebie i wstałam z ławki.
Ruszyłam w stronę klasy od historii. Nie doszłam jeszcze do rogu, kiedy usłyszałam rozmowę dziewczyn z naszej klasy. Postanowiłam nie pokazywać się im na oczy, dopóki nie skończą rozmowy.
- Wiecie co? Organizuję urodziny. Jak myślicie, kogo zaprosić? No oczywiście Was. - zaśmiała się w tym momencie. Była to chyba Amanda - najbardziej lubiana osoba w szkole.
- Nie wiem. Ale na pewno zaproś jakichś chłopaków. - zaproponowała wyższa od niej.
- To jest pewne. - Amanda potwierdziła jej wypowiedź.
- Ale nie zapraszaj Diany... - skrzywiła się dziewczyna stojąca obok niej.
W tej chwili coś mnie zabolało. Stanęłam jak wryta. Stałam przytulona do ściany i słuchałam o tym, że nie jestem lubiana w szkole. Po prostu bosko!
- Ona jest jakaś dziwna i w dodatku pewnie będzie tylko gadać o tych koniach...
- Wiesz co? Masz rację Martyna. Nie zapraszajmy jej. Zobaczymy co powie, kiedy wrzucimy fotki do internetu, a na nich będzie cała klasa tylko jej nie. - zaśmiały się wszystkie po wypowiedzi Amandy.
Do oczu napłynęły mi łzy. Wyszłam zza rogu szybkim krokiem, aż w końcu zaczęłam biec. Popędziłam w stronę wyjścia ukrywając twarz w dłoniach.
- Myślicie, że to usłyszała? - powiedziała Amanda cichym głosikiem.
I tyle usłyszałam o czym rozmawiały - wystarczająco dużo. Wybiegłam ze szkoły jak poparzona. Pobiegłam na najbliższy przystanek autobusowy. Weszłam do pojazdu cała zapłakana i usiadłam gdzieś z tyłu. Zamknęłam oczy i zaczęłam myśleć.
"Dlaczego jestem taka nielubiana? Czy to tylko dlatego, że kocham konie? Czy może dlatego, że jestem dziwna?"

Po kilkunastu minutach autobus zatrzymał się na pętli - ostatnim przystanku. Wysiadłam zła na chodnik i poszłam w stronę stajni, gdzie czekał na mnie Thaler. Weszłam do stajni niczym burza. Rzuciłam plecak gdzieś w kąt i podeszłam szybko do boksu mojego wałaszka, który ciekawsko wyglądał ponad drzwiami swego mieszkanka. Otworzyłam pospiesznie drzwi i podeszłam do konia zamykając za sobą boks. Przytuliłam się do jego szyi i zaczęłam szeptać:
- Jak to dobrze, że choć Tobie mogę wypłakać się w grzywę. Mogę powierzyć Ci największe sekrety, a Ty i tak ich nikomu nie wyjawisz... - zaczęłam po cichu łkać.
Thaler tylko parsknął po cichu tak, jakby rozumiał co do niego mówię. Odeszłam kawałek od niego mając głowę spuszczoną w dół. Spojrzałam konikowi w oczy i uśmiechnęłam się delikatnie do niego.
- Skoro już uciekłam z dwóch lekcji to co powiesz na mały teren na plażę kochany? - pogładziłam go po szyi i pobiegłam do siodlarni otworzyć szafę ze sprzętem mego konia.
Wróciłam po kilku minutkach ze szczotkami, siodłem, ogłowiem i czaprakiem w ręku. Zaczęłam czyścić sierść Thalera delikatnymi ruchami. Po kilkunastu minutach koń był gotowy do wyjścia. Wyprowadziłam go przed stajnię i wsiadłam szybko na jego grzbiet. Nagle przyszła pani Marta - właścicielka stajni.
- A Ty Diano nie w szkole? - uśmiechnęła się do mnie jak to miała w zwyczaju i pogładziła Thalera po szyi.
- Uciekłam. - odpowiedziałam krótko.
- A co się stało? - zapytała lekko zdziwionym głosem.
- Mam mały kryzys Proszę Pani. Muszę odreagować to wszystko - ten cały zgiełk szkolny... Chyba rozumie Pani? - spojrzałam na Panią Martę zapłakanym wzrokiem.
- Rozumiem. Ale mam nadzieję, że opowiesz o tym wszystkim swoim rodzicom. Nie chcę, aby się o Ciebie martwili. W przeciwnym razie sama do nich zadzwonię.
- Powiem, powiem. - uśmiechnęłam się delikatnie i dałam Thalerowi delikatną łydkę.
Ruszył posłusznie do przodu. Pani Marta uśmiechnęła się do mnie i pomachała mi na pożegnanie. Zniknęła w budynku stajni. Ja skierowałam chód konia w stronę leśnej ścieżki prowadzącej na plażę.
Po chwili przyspieszyłam konia do kłusa.
- Pięknie dzisiaj chodzisz. - poklepałam go po szyi, a ten zarżał radośnie. - Co powiesz na mały galop po leśnej ścieżce? - zaśmiałam się po cichu i dałam ponowną łydkę.
Koń bez oporu przeszedł w mięciutki galop, a ja pewnie siedziałam w siodle. Po chwili wyjechaliśmy już na plażę.
- Zwolnij kochany. - uśmiechnęłam się do niego i zwolniłam Thalera do stępa oddając mu trochę wodze.
Pokierowałam go w stronę wody. Zatrzymał się tuż przy falującym morzu. Pochyliłam się do przodu, aby wtulić się jeszcze raz w szyję Thalera. Tak też uczyniłam. Ten zarzucił łbem do góry po czym pochylił w dół. Był ciekawy falującego morza.
- Mogłabym tak całą wieczność... Ale niestety dzień nie jest wieczny. - westchnęłam siadając z powrotem w siodle.
Ruszyłam powoli jadąc wzdłuż linii brzegowej morza. Chciałam jeszcze pogalopować trochę. Kiedy dałam konikowi łydki ten dziwnie się zatrzymał rozglądając się dookoła niespokojnie.
- Thaler, nie bój się. - zaczęłam gładzić go po szyi.
Jednak to nic nie dało. Zaczął "drobić" kroki w miejscu po czym uniósł przednie nogi ku górze. Oddałam mu wodze, aby nie spaść i przytrzymałam się mocniej nogami.

"Właśnie Thaler stanął dęba. Co by było gdybym spadła?"

Zamknęłam oczy, a koń opuścił kopyta. Wyrwał galopem biegnąc wzdłuż plaży. Pochyliłam się do przodu trzymając wodze w prawej dłoni. Ponownie zamknęłam oczy przytulając się do gorącej szyi Thalera.
-Zabierz mnie tam, gdzie nie kończy się świat Thaler... - szepnęłam mu na ucho i wtuliłam się mocniej w jego szyję.
Tak - właśnie pozwoliłam się ponieść koniu. Był to trochę nierozważny ruch. Przecież w każdej chwili mogłam spaść i w najgorszym wypadku się połamać. Koń by uciekł i nigdy bym go już nie zobaczyła. Albo mogłam zwyczajnie się zgubić. Odpędziłam od myśli takie czarne scenariusze. zaczęłam zastanawiać się ile już Thaler przebiegł. Po krótkiej chwili parsknął zmęczony i się zatrzymał. Byłam cała spięta. Otworzyłam oczy i usiadłam w siodle. Rozejrzałam się dookoła. Nagle sobie uświadomiłam, że przed koniem ktoś stał. Wychyliłam się lekko w prawo i zobaczyłam kto głaskał mojego konia. Mianowicie był to wysoki, szczupły chłopak z kruczoczarnymi włosami i niebieskimi oczyma. Uśmiechał się ciepło w moją stronę gładząc Thalera po pysku. Zacisnęłam dłonie na wodzach.
- Masz bardzo płochliwego konia. - rzekł chłopak mniej więcej w moim wieku.
Ja niestety nie mogłam z siebie wydusić słowa. Po krótkiej ciszy dałam znak Thalerowi, aby ruszył do przodu. Spojrzałam jeszcze raz na osobę, która właśnie odsunęła się na bok chowając dłonie w kieszeniach swego długiego czarnego płaszczu. Uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Wybacz, ale muszę już wracać. - dałam znak Thalerowi, aby przyspieszył do kłusa.
Czułam, że chłopak na mnie się patrzy.

"Kim on właściwie był? I co robił przy Thalerze? Czy to właśnie nieznajomy zatrzymał mojego konia?"



Koniec części 1.
_________________________________________
Streszczenie - opowiadanie opowiada o szesnastoletniej dziewczynie imieniem Diana, która kocha konie. Więcej dodawać nie muszę. Opowiadanie pochodzi z mojego bloga: http://memories-of-the-day.blog.onet.pl/

Listen To The Rain.

Na wstepie, chcialabym powiedziec, ze to opowiadanie ani troche nie jest powiazane z SPS. Dziekuje za uwage.
_______________________
Muzyka? Bardzo chetnie.

Deszcz uderzal o okno malego domku. Wysoka postac, z dlugimi blond wlosami przygladala sie calemu zdarzeniu. Odagarniajac co jakis czas wlosy do tylu, nucila cos pod nosem. Na jej bladej twarzyczce widnial delikatny usmiech, a lodowate dlonie byly pomlowane... Krwia?

Tego samego dnia, poranek.
Sacrifice, z pozoru normalna pietnastolatka, tego dnia nie miala isc do szkoly. Powodem tego byla jej choroba, ktora dzisiaj ja wrecz zmusila do zostania w domu. Tak, Sacrifice cierpi na schizofremie. Chorbe, ktora towarzyszy jej od dziesieciu lat, nigdy nie ustapila, jedynie leki czasem dzialy... No wlasnie, czasem. Zamknieta w swoim pokoju, otulona pierzyna zaczela nucic. Ciezko dyszala, rozpaczliwie sie rozgladala, po chwili zaczela krzyczec. Do drzwi natychmiast przybiegl pies, ktory zaczal je drapac, wydajac z siebie ciche szczekanie. Blondynka nieco sie uspokoila, slyszac przyjaciela, oparla sie ze spokojem o sciane.

Cisza...
Warczenie...
Krzyk...

I znowu to samo. TO wrocilo. Jednak inne niz kiedys, wieksze, straszniejsze. Oczy przekrwione, niczym krew. Odsunela sie. Zaczela krzyczec, nie wiedzac co robic. Wsadzila reke pod poduszke, szukajac czegos. Strach w jej oczach nie ustepowal, a wzmocnil sie, slyszac jak ktos wchodzi po starych, skrzypiacych schodach. Krzyk, ponowny. Drzwi z hukiem sie otworzyly, a do pokoju natychmiast wbiegl pies. Krepej budowy facet, otworzyl okno. Psina zaczela lizac dziewczyne po rekach, dajac jej przy tym uczucie bezpieczenstwa. Oczy, niczym szklo sledzilo kazdy ruch faceta, ktory tylko na nia spojrzal. Z jego strony dalo sie uslyszec ciche westchniecie, skierowal sie do drzwi. Za nim tylko ciche, zamkniecie drzwi... Blondynka odgarnela wlosy z twarzy, a glowe ulozyla na poduszce, marzac o czyms. Piecho ulozyl leb przy jej brzuchu, co jakis czas oblizajac pysk. Zasneli...
Po okolo trzech godzinach, Sacrifice obudzila sie. Ze swojego lozka wchodzila ostroznie, aby nie obudzic psiny, cmoknela ja w pysk.
- Wykreuje dla nas lepszy swiat... - Usmiechnela sie pod nosem.
Psychiczna? Z cala pewnoscia. Podeszla do szafy, i zaczela szukac w niej czegos. Po chwili wyjela z niej cos a'la plaszcz. Zamknela cicho drzwi za soba, i zeszla na dol. Zaczela sie rozgladac. Mezczyzna jak zwykle spal.
- Zrob to, nic Ci nie zrobia... - Ktos szeptal. Na bladej twarzyczce namalowal sie tajemniczy, a zarazem straszny usmiech. Weszla do kuchni, szukajac czegos w szafkach. W jednej z nich zablysl pewien przedmiot, dziewczyna zanurzyla dlon w szafce i wyciagnela owe cos.
Zaczal padac deszcz, ktory uderzal w okno. Dziewczyna zaczela zblizac sie w strone mezczyzny, majac nieobecny wyraz oczu.
- Zrob to... Zrob to... - Ponaglal ja glos. Ta na jeszcze chwile sie zawahala. Jednak wtedy to sie stalo. Wbila noz w bark ojca.
Krew zaczela sie wylewac z niego. Ten, zaczal krzyczec. Wyjela noz, i wbilago znowu. Mezczyzna byl bezradny, padla na ziemie po kilku takich ciosach.
Dziewczyna Rzucila noz na ziemie, krzyknela, a z jej oczu zaczely wylewac sie gorzkie lzy. Dlaczego to zrobila.
- Nie placz, zrobilas dobrze... - Pocieszal ja glos, a ona podobiegla do okna.
Uderzyla piescia w nie, i zaczela plakac. Dlaczego, dlaczego go posluchala? Wtedy spojrzala w swoje odbicie... Usmiechnela sie.
___________________________________
Te opowiadanie, nie ma na celu obrazach schizofremikow czy ludzi o podobnych chorobach. Wiec bylabym wdzieczna, gdyby nikt tak nie myslal.
To tyle z mojej strony.

Slon <3

Opowieść o Sucharze. cz.2

Sekundy grozy...

Suchar trzymał zaciśniętą dłoń na klamce tak,
że pobielały mu paliczki palców. O dziwo nie
otwierał drzwi. Wolna ręka dygotała. Cały
zalany był potem, nawet zębami zgrzytał. Myślał.
Potrzeba stawała się coraz silniejsza z każdą
sekundą. "Dla Mamy, Dla Taty, dla..." mówił sobie
w myślach, lecz nagle ogarnął go tak silny ból brzucha,
że o mało co nie upadł. Prawie puścił klamkę, kiedy
oparł się o ścianę, pojękując z cicha. Tymczasem
ludzie zbierali się ze wszystkich zakątków autobusu,
by zobaczyć wyczyny śmiałka.
-Dajesz Suhar! - krzyknął Norek.
-Wiekopomna chwila! - dodał Gumiś.
Wszyscy szemrali między sobą, tymczasem Suhar
jęczał i byłby walał się po podłodze, gdyby nie
przeszywający ból brzucha. Stał więc i pojękiwał
z głośno. Ból narastał z każdą chwilą...
-O.. Od.. suńcie się.. llepie..j yyy..! -wyjęczał Suchar.
Towarzystwo zaczęło chować się za siedzeniami,
patrząc z ciekawością na niego. Do oczu Suchara
napłynęły łzy. Ponownie zacisnął dłoń na klamce.
Tym razem przekręcił ją! Uchylił drzwi, ale po chwili
odskoczył w tył, walnął o ścianę autobusu i upadł krzycząc
tak przenikliwie, że szyby zatrzęsły się w ramach...
-Paaaająk! Paaaaaaaaająk! - krzyczał, omdlewając ze
strachu. Zapomniał już o bólu, strach był silniejszy.
W całym autobusie rozległy się krzyki... głównie Suchara.
Powietrze wewnątrz zastąpił smród tak przeraźliwy, że kierowca
zjechał na pobocze hamując z piskiem opon. Ze szpary
wybiegło kilkanaście wielkich żuków. Nagle drzwi się otworzyły.
Wszyscy wybiegli z krzykiem. Dla Suchara było za późno... Zemdlał.

Czy Suchar się przebudzi? Co się stanie dalej?
Odpowiedź znajdziecie w następnej części opowiadania!

Opowieść o Sucharze. cz.1

Opowieść oparta na faktach...

Działo się to niedawno, a mianowicie w te
wakacje, kiedy to niejaki Darek postanowił
wyjechać na kolonie. Znany był z nieznanych
powodów jako Suchar. Z zacieszem na ryju
wsiadł do autobusu. Zajął miejsce przy oknie,
a obok niego zasiadł człek, na którego mówiono
Cichy. Za nim siedzieli Norek i jego kumpel Gumiś,
Krzychu i Mikołaj-kotożerca. Autobus ruszył, a
podniecony Suchar wlepił twarz w jeszcze
zaparowaną szybę. Jechali już dobrą godzinę,
we wnętrzu autobusu panował gwar, a zewsząd
nadlatywały ziarna słonecznika i po podłodze
walały się rozmaite przedmioty. Suchar ziewnął
szeroko, wyjął z kieszeni komórkę i zaczął grać
w Snake'a w starej wersji. Tak minęło kolejne pół
godzin, a kiedy Suchar miał właśnie pobić swój
rekord, nagle poczuł, że natura go wzywa.
Przełknął ślinę, wiedząc, że następny postój
będzie za kilka godzin. Złapał się za brzuch, który
zaburczał przeraźliwie, tak, że Cichy, jego sąsiad,
spojrzał na niego ze strachem. Suchar przestąpił z
nogi na nogę. Niespodziewanie wpadł na pomysł,
który przeraził go w takim stopniu, że po jego plecach
przebiegł dreszcz. Wstał, skręcając się dziwacznie.
"Ta podróż wymaga poświęceń.." - pomyślał. Wiedział,
że już dłużej nie wytrzyma. Poczołgał się więc z ponurym
spojrzeniem przez wąski korytarz autobusu, dążąc do
tzw. Tajemnej Krypty, czyli małego pomieszczenia, w którym
mieściła się niewielka... toaleta. Można było z niej korzystać
tylko w nagłych przypadkach, ale jak sięgam pamięcią, nikt
nigdy nie odważył się tam wejść. Suchar stanął przed drzwiami
i złapał za klamkę....


Co spotka Suchara za drzwiami? Co się z nim stanie?
Z tego Suchar może nie wyjść cało...

...TO BE CONTINUED...

Mysli przelej na kartkę. IX.

Dlaczego wciąż jest mi źle?
Nie poznaję tych emocji.
Na razie daję radę, ale
mimo wszystko - czegoś brak.
Szkołę uczuć doświadczam dzisiaj
ciężkie jest to , wszak
nikt nie wspomniał, iż będzie lekko,
bowiem ego cierpi ździebko.

Nie poznaję tych emocji,
nie poznaję także siebie.
Nie chcę patrzeć już na Ciebie,
ani w rąbek oczu Twoich.

Kiedy się poddaję,
znów nowe uczucie doznaję
i trwa to tylko chwilkę
bo zaraz zduszam to chłodem.

Nie oczekuję pomocy
od nikogo.
Sam muszę przez to przechodzić.
Ale gdy skończę -
z podniesionym łbem będę chodzić.

~
Trudno określić mój stan,
gdyż przelana myśl
jest tylko cząstką mej osobowości.

Ravel nie krzycz już się udzielam. >:c

Myśli przelej na kartkę. VIII.

Tyle pytań, bezsensownych i niepotrzebnych.
Tyle pytań, które i tak nic nie zmienią.
Tyle osób przez to odepchniętych,
'niby' coś odmienią,
ale tak na prawdę pozostawiają wspomnienia marne.
Wystarczy czasem ździebko pomyślunku,
do innych szacunku,
szczerości prawdziwej
nie; wypowiedzi zawiłej.

Zmieńmy się w środku, dla siebie i innych
zostawmy tych winnych,
wybaczmy wszystkim
i zacznijmy od zera.
reszta, która przestała wierzyć,
niech się w czeluściach piekła poniewiera.

Trzeba zmienić na przyszłość nastawienie!
Ot, takie moje drobne zwierzenie...

I nic więcej nie chciałbym dodać do skromnej wypowiedzi o teraźniejszym wyglądzie stada. Trochę wiary w ludzi nie zaszkodzi...!

Prosiłbym również o zmianę zdjęcia na to. Dziękuję za uwagę.

Wierszyk o SPS.

***
Stado psich serc to takie coś,
gdzie każdy ma swą własną kość
tu są góry, pola, lasy, doły
tutaj wszyscy mają fioły
każdy swoje hobby ma,
a na wszystko inne sra
nie bądź debil wejdź na flasha
tam już czeka pyszna kasza
wszystko w koncu ma swoj kres
tylko SPS w porzo jest
***

Myśli przelej na kartkę. VII.

Zamknij oczy i śnij.
Ja będę tuż obok.

Widzę w swoim śnie obłok,
z niego wyłania się twarz Twoja,
wtem,
ręka moja
wędruje ku Tobie..
sam nie wiem co robię.
Zaczyna być przyjemnie,
lecz nagle -
dobrze, że nie sypiasz beze mnie,
bo nagle się budzę
i widzę, że tulisz mnie mocno.
Często marudzę,
że mam Cię za mało,
a tyle by się chciało -
z Tobą wszystko
i jeszcze więcej.

Modliłem się dużo, by sny się spełniły
a jeżeli to nie wykonalne - by się takowe nie śniły.
Jednak ktoś wysłuchał pragnień serca
i teraz ze szczęścia aż mnie skręca!
Oby było tak jak najdłużej,
pięknych chwil - jak najwięcej powtórzeń
aby żyło się nam razem szczęśliwie,
oraz gorliwie..



Dla Ciebie.

Myśli przelej na kartkę. VI.

Wigilii moc, niechaj zachwyci nas,
w ten piękny, rodzinny czas.

Liczę na jakiś cud,
nie wiem skąd;
Chciałbym Ci życzyć po prostu
Wesołych Świąt.
Aby były one wspaniałe.
Mimo, iż prezenty pochowane,
znalazły się pod choinką.
Aby te święta były jak w bajkach -
malowane.
Ciepłe, udane i pełne miłości
bez zbędnej złości,
za to pokojowo nastawione
przyjaźnią zjednoczone.
Ja natomiast proszę o przebaczenie
w tym co zawiniłem,
Przyjacielu Drogi.

A kiedy przyjdzie nowy rok,
niech żyje Ci się lepiej,
niechaj krok w krok
prześladuje Cię szczęście.

Jeszcze raz więc krzyknę głośno:
Wesołych Świąt!
Marzeń moc,
niech spełni się,
w tę magiczną noc.


- Dla całego SPS od Alathena. A dla osoby bliskiej mojemu sercu prezent. Ona wie o kim mówię. :>

Gdzieś na końcu świata.

Ciemność nocy moją drogą
gwiazdy blask busolą
mrok mym sprzymierzeńcem
sama na tym świecie
patrząc w horyzont
tęsknie..
W dalekiej przyszłości los krwawe ślady zdziera
wspomnienia wracają ,a w sercu nadzieja
że kiedyś stare czasy powrócą choć na tyle
bym mogła głuchy płacz....zamienić w marzeń chwile.
Justa.
~

Wiersz o Felinie.

Na prośbę Felinki. D:
Felina mnie o ten wiersz wiecznie prosi,
Więc na zboczony utwór się wynosi!
To będzie niestosowne, uwierzcie moi mili,
Jeśli wam to przeszkadza, nie traćcie ani chwili
i opuście to pomieszczenie, znaczy polanę,
A wtedy piwko jakieś zostanie rozlane.
I co wy do cholery macie za fetysz z Księciem Małym?
Nie lepiej się interesować zboczonym Zlewem Wspaniałym?
Czekajcie... Przecież to miał być wiersz o Felinie...
Lama ze mnie, wiem. Przy mnie pamięć ginie.
Dobra więc.. Dawno, dawno temu
kiedy na świecie jeszcze nie było dżemu.
(Pewnie Hazel wielce oburzony
Czyta te o dżemie kulfony.)
Felinka mieszkała sobie w norze,
Zatopionym gdzieś głęboko w borze.
Codziennie jadła kanapkę z serem.
Ser kazała do niej przysyłać kurierem!
A kurierem był zazwyczaj przystojna psinka,
którego sama wybierała nasza Felinka!
I w jej głowie się rysowały różne, niecne plany,
Żeby z kurierem zjeść placek kartoflany.
Ale to nie wystarczało naszej małej Felce...
A ja zmartwiony tą wieścią jestem wielce:
Nie mam już weny, wybaczcie mi,
A dalsze zakończenie wymyślisz ty!

Myśli przelej na kartkę V.

Otwieram stare już ślepia
i widzę wschód.
Oto witam nowy dzień,
czuję się jakbym wszystko mógł.
Wstaję, a zaraz opieram się o pień;
Myślę, że olśniło mnie.
Piękny pomysł właśnie narodził się.
Nie zwątpię w swoją marzeń moc,
dopóki nie zapadnie noc
bo potem następny będzie dzień
i wszystko od nowa zacznie się.
Coraz to mocniej słońce przez chmury się przedziera
walczy z nimi, jakby to była tej gwiazdy sfera.
Po zaobserwowaniu tego, uświadomiłem sobie wreszcie,
że warto do samego końca walczyć.
Matka zawsze mówiła - "wysoko mierzcie,
przeszkód się nie strzeżcie."
Dziękuję za wiarę, którą mnie napełniono.

A to dopiero początek dnia...

Z uśmiechem opuściłem las.
Przed siebie idę.
Cieszyć należy się z życia swojego,
Obojętnie czy nie mamy tego i owego.
Zawsze możesz je zmienić raz, dwa!
Cóż to, czyżby czarne myśli
opuściły już mnie?
Chyba goście weseli do mnie przyszli;
których zwą optymizmem.

Rozpędzam się niczym wiatr
w polu pustym.
Chciałbym pędzić sobie ot tak,
gdzieś w nieznane.
Moje serce niczym wezwane,
rwie się w piersi,
pełne emocji się wierci!
Wbiegam na górkę,
mijam kolejną chmurkę.
Stanąłem. I patrzę na świat.
Ci na dole - drobni jak mak,
ledwo ich widać przez chmury kłębie.

Stoję przy dębie,
na którym jest coś wyryte,
lecz czasem zmyte,
tak przypuszczam.
Jest to coś na kształt serca, coś bardzo starego
mój rozum nie pojmuje tego.

Pora na nowe doświadczenia,
tym razem - zero zwątpienia.
Przeszkody życiowe przeskakiwać musisz.
Jeżeli nie wychodzi - siebie nie zmusisz,
do robienia czegoś, czego nie lubisz.
W siebie wierzyć trzeba
aby ujrzeć błękit nieba,
który da Ci siłę
od samego Boga.
Niech nie zwycięży nad Tobą trwoga!
Próbować trzeba, zapamiętaj..

Potykam się i spadam w dół II.

Spotkałam marzycielkę.
Wymyślała różne historie.
Jakie one były?
Zawsze radosne.
Zawsze kolorowe.
Gdy pisała..
Miała w myślach jedno zdanie.
Czy to się kiedyś stanie?
Myślała nad nim całe dnie.
Jej wszystkie marzenia
Tkwiły na białej kartce.
Chciały w końcu wyjść.
Chciały zmienić świat.
Pokazać jakie są pełne radości.
Myślały tylko o jednym..
Zmienić świat..
Na lepszy.

Potykam się i spadam w dół.

Znów się obudziłam.
Znów usłyszałam ten sam szelest liści.
Znów widziałam bliskich.
Wstałam i poszłam przed siebie.
Potykając się czasami o kamienie..
Nie myślałam o nich zbyt bardzo.
Miałam tylko jeden cel.
Jestem stanowcza.
Dążę do celu.
Wymyślam historyjki.
Co będzie dalej?
Czy znowu potknę się o kamień?
Czy znowu..
Czy kolejny raz poczuję..
Smutek i przerażenie?

Myśli przelej na kartkę IV.

Idę samotnie,
gdzieś pośród lasu.
Nie ma w okół mnie hałasu..
Jest cisza.
Brakuje Twego Śmiechu uciesznego,
potoku słów,
uśmiechu mego.
Potem kolorowych snów,
nadziei na kolejny dzień..
Dlaczego się tak skończyło?
Czy musiało?
To co mnie kiedyś bawiło -
przestało.
To co mnie kiedyś koiło -
już nie jest tym, czym było.
Teraz się wszystko zmieniło.
Ty o tym zadecydowałaś,
przy okazji serce mi złamałaś..

Siedzę samotnie,
pośród osób uśmiechniętych,
noszę maskę markotnie
tracąc wspomnienia bezpowrotnie.
Staram się zapomnieć o tym co było
i o tym,
co się nie narodziło.
Żałuję bardzo mocno,
w sobie,
w środku.
I co więcej, nie mam już na to siły.
Czarne myśli mnie powiły -
skutecznie mnie zniszczyły.
Czy Ciebie też to przybija,
Cara mia*?
Długo na odpowiedź, czekać
nie muszę.
Na swoje blade myśli się pokuszę;

Nie możemy żyć zgodnie,
jak kochanków para.
Nie! Moja droga życiowa na przekór mnie,
chce być szara.
Bo po prostu tak musiało być.
Czy muszę w tej rzeczywistości żyć?!
Obudź mnie, proszę, szybko,
póki nie zatraciłem się w niej na stałe,
Pośpiesz się, póki nic nie znikło
z mego serca.
Gdy zaś nie chcesz tego zrobić;
zdmuchnę skierkę uczucia,
i zakończę te nudne już snucia.

_______________________________________________________________
Ale długi. o_o'
* Cara mia - moja droga.

Myśli przelej na kartkę III.

Zaciskam pięść i idę dalej,
spoglądając przed siebie.
widząc obraz coraz malej
wyraźnie,
szukam pośród tłumu Ciebie.
W głowie zadając sobie pytań wiele,
Powiedz mi proszę, mój Aniele,
dlaczego pozostawiasz mnie samego?
Poszukuję głosu Twego.
Mój świat powoli się załamuje,
ale Ty nic o tym nie wiesz.
nikt go już nie zbuduje,
wspomnienia bierz,
w nic nie wierz,
wszystko się rujnuje...
Nie upadnę. Nie tym razem,
może Ty to tak odbierasz.
Wewnętrzny głos mówi - umierasz,
ale ja się nie poddaję.
Próbuję w ciąż i jeszcze raz;
jeżeli się nie uda, teraz powiem - pas.
Nagle w tłumie, widzę Cię.
Odpowiedz mi na jedno pytanie;
Czy kochasz mnie?...

Myśli przelej na kartkę II.

To wszystko, co zbudowane
jest z małych, niewidzialnych materii..
To wszystko, jest namalowane
pędzlem natury.
Raz pojawia się, a zaraz znika
wodą zmyta.
Nawet te codzienne rzeczy,
Ten kto nas kaleczy
Ci co są nieznośni
i Ci radośni
są po to, abyś w życiu nudno nie miał.

Jak motyl z kokonu, wkroczyć w piękne barwy
Jak słońce zza chmur wychylające się...
Odrodzenie, czy to właściwe słowo?
Nie jestem w stanie opisać tego słowami
Tego, co dzieje się w okół nas
Cała natura odbita w Twoich ślepiach,
niczym w lustrze.
Zadaj sobie w reszcie to pytanie;
Jeśli już istnieję
to w jakim celu?

Nadzieja, która buduje skrzętnie skrzydła
Życie, które je niszczy raz za razem
Szczęście, które trafia się rzadko
I radość, którą możesz zdobyć przez małe rzeczy -
One właśnie pomagają.
Spełnić ten cel, po który tutaj zesłanyś.
Możesz dokonać rzeczy niedokonanych,
pamiętaj...


________________________________________________________________________________
Nie jest to wiersz. Są to szczere myśli przelane tutaj, do Was skierowane.
"-Co autor miał na myśli? 8D"
Mianowicie... Niektórzy pewnie myślą, że namieszałem, ale w cale tak nie jest. Jest to stopniowe opisywanie sytuacji życiowej zmieniającego się w lepsze. Filozoficzne myślenie, kontrast i porównania, to główne punkty, do których chciałem się odnieść. Nie można się cały czas dołować, prawda?...
Inspiracją był ten krótki film.

Myśli przelej na kartkę I.

Widzisz mnie codziennie,
Różne uczucia we mnie.
Lecz czy znasz mnie na tyle,
aby oceniać?
Ja sam o sobie nie wiele wiem.
Nie wiem sam kim jestem.
Nie wiem którą drogą podążać mam
A to wielki kram.
Pomóż mi wybrać, bo ja już
nie daję rady.
Przebywać w codzienności i w niej też się gubić
Nie chcę jej polubić.
Chcę w końcu z sensem bytować
Aby w szczęściu na świecie egzystować;
Żeby w końcu uśmiechać się do życia
I przyznam się bez bicia,
że po prostu brakuje mi Ciebie.
Ach, potępiam siebie!
Za to, że dałem sercu się otworzyć
na świat
I większe uczucie stworzyć
A teraz uschnąć, jak kwiat.
Teraz wszystko się zmieniło
szczere pustki we mnie.
to co się pojawiło
zgaszam raz za razem.
Aby znów zawodu nie doświadczyć...
Bez uczuć żyć, dla władczyń
Bez uczuć żyć, bez uczuć umierać
I nigdy niczego nie pozbierać.

Pustka.

 Pustka...
Coraz ciszej,coraz niżej..
Na dno staczam się..
Ukochany mnie zostawił..
Z pustką w sercu tkwię..

Bez nadzieji,w beznadzieji..
Serce mi się łamie..
Ponoć kochał..
No a dziś?Okazało się że kłamie..

Szczerze?Odejść chciałam..
Lecz SPS ważniejsze jest..-zrozumiałam
Od decyzji tej Lena mnie powstrzymała
Stado usunąć chciała!!!

A teraz już zrozumiałam..
-SPS to rodzina wielka,cała i oby na wieki taką pozostała

Urodzinowo Ines.

Więc czego by Ci życzyć, oto jest pytanie..
To jest przecież trudne, jak masłem smarowanie.
Może Ci niech Bieber nagi tańczy na stole!
Czekaj, co ja Ci zażyczyłem? O ja piehdolę!
Nie to miałem powiedzieć, przebacz mi proszę,
No i oczywiście to ja winę ponoszę.
Za niestosowne życzenia o Biebierze gołym,
Ale aby twój humor uczynić wesołym,
zaraz Ci inne życzę życzenia.
Więc.. niech Ci się spełnią wszystkie marzenia.
Yy... nie mam weny już, więc kończę wiersz,
a teraz się ulatniam niczym z tyłka pierd. ._.
~Zefszon. :3

Urodzinowo Lenie.

Oho, alpha naszego stada, ma dziś urodziny,
więc to dla niej te z życzeniami wypociny,
składam największe życzenia dla Leny,
ale co dalej? Coś nie mam weny!
Niech więc Doda zaśpiewa dla Ciebie,
a jeśli jej nie lubisz, to poczuj się jak w niebie,
zabijając Bieber'a, to twój prezent ode mnie,
A jak nadal z tymi życzeniami jest źle,
życz sobie czego tylko chcesz,
i podpisz mnie pod tym też,
aby nie było, że życzysz sama sobie,
no i znowu nie mam weny, cholera, dalej nie robię.
Wybacz mi, że ten wiersz jest taki słaby,
dzisiaj nie mam pomysłu na niego, to przez te żaby. (wtf o.o)

40 małych pszczółek.

40 małych pszczółek
Mieszkało w lesie pod drzewem,
a jedna byłą mizerna, zostało 39.
39 pszczółek zaprzyjaźniło się z łosiem,
a jednej łoś nie lubił, zostało 38.
38 pszczółek klepało jesienną biedę,
i jak się łatwo domyślić, zostało 37.
37 pszczółek zimą nie miało co jeść,
i że tak zażartuję, zostało 36.
36 pszczółek poleciało pod piec,
jedna tam wleciała, zostało 35.
35 pszczółek robiło ostre manewry,
jedna nie wyrobiła, zostały 34.
34 pszczółki poleciały na bzy,
jedna się zgubiła, zostały 33.
33 pszczółki kamyki zaczęło nieść
Jedna drugą nim zdzieliła zostały 32.
32 pszczółki chciało zrobić dyskotekę
Pająk rozwiał fantazje, bo zostało 31.
31 pszczółek czekało od rybek wieści
Jedna się rozmyśliła i chyba zostało 30.
29 pszczółek poleciało na łąkę,
jedna wpadła pod kosiarkę zostało 28.
28 pszczółek porwał pszczelarz Edek
Jedna go ugryzła zostało 27.
27 pszczółek mieszkało w lesie pod listkiem,
przyleciała wrona, wydziobała wszystkie
Być może w tym wierszyku, optymizmu jest mało,
ale przynajmniej więcej niż się zapowiadało.
(współautorzy: Aqua, Geruna, Nivette).

Nocna Wena.

Idę sobie w świetle księżyca, nocami,
Mój wzrok karmiąc nieba gwiazdami.
Za dnia obserwuję chmury i słońce piękne,
Ale to w nocy, księżyc ocieka wdziękiem.
Jego poświata, spadająca na krople rosy,
Przynosi oczom i ustom milion rozkoszy.
Jak zwykle usiadłem, na miękkim piasku,
Oczy me zaślepły gwiazd łuny blasku.
I tak rozmyślałem, o swoim bycie:
"Czemu tyle przeszkód daje mi życie?"
No cóż, nieważne, trzeba cieszyć swe oczy,
Oglądając świat wokół, co niebo toczy,
Co w górze jest, w nieustannym ruchu,
Z jego chmur przybędzie śnieżnego puchu,
Czasem deszczu, czy też gradobicia,
Co wejdzie pod koszulkę, szukając ukrycia.
Rozpuści się, krople pociekną po skórze,
Wzdrygnę się, jakbym kolczastą dotknął różę.
Powiadam wam, świat ma wad wiele, aż zachwyt budzi,
Zarówno jak i zalet, niezauważanych przez ludzi.
~~ Zefszon :3

Refleksja. cz.1

„Refleksja”
Pewnie nie raz zastanawialiście się, co to w ogóle jest miłość. Miłość, to zjawisko bardzo rzadko spotykane. Takie, które – jak wszystko inne zresztą – wymaga od Nas poświęcenia i pielęgnacji.
Poświęcenie.
W miłosnym aspekcie rozumiane jako zaangażowanie.
Miłość jest ślepa.
Skąd wiem.?
Bo próbowałem.
Jest gorzka.
Bolesna.
Tęskliwa.
Bezsensowna.
I.. Bezinteresowna.
By jednak „miłość” stała się kochaniem właściwym, potrzebujemy zaangażowania drugiej osoby.
Jej poświęcenia.
Ciepła.
Bliskości.
A taką osobę, bardzo trudno jest odnaleźć.
Znaleźć w Wielkim Misterium, które potocznie nazywamy „Światem”.
Nie ma sprawiedliwości.
Jest Życie.
A Życie nigdy nie było łatwe.
I miłość tego nie zmieni.
Nie wyzwoli Nas
Nie uratuje.
Bo:
- Idealna;
- Niezniszczalna;
- Wieczna;
- Romantyczna;
- Poetycka;
Taka miłość nie istnieje.
Istnieje tylko miłość oparta na pożądaniu,
Miłość namiętna, i szalona.
Polegająca na pragnieniu drugiej osoby, i jej ciała.
Posiadaniu jej.
Jej bliskości.
A potem?
Jakie potem?
Potem koniec.
Czego koniec?
Koniec „miłości”.
Tylko żal.
Ból.
Rozpacz.
Tęsknota,
I gorycz.
I mógłbym znaleźć jeszcze tysiąc podobnych słów, ale to nie jest potrzebne.
Bo niektórzy rozumieją.
Żal w sercu,
Otępiałą duszę,
Zamglone oczy,
Apatyczną aurę.
A inni?
Inni nie potrzebują.
Są kochani;
Albo zbyt głupi, by zrozumieć
To, co tutaj widzą.
Niech zapadnie im w pamięć,
Wryje się w serca,
Wypali oczy,
I skruszy kości.
Niech zabija.
Bo tylko po to jest miłość.
Żeby niszczyć.
Niszczyć wszystko, co dobre.
A złe wzmacniać,
I nasilać.
To, co w Nas rośnie.
Kiełkuje struta,
Skażona nienawiścią winorośl.
Mami Nasze umysły,
Pęta Nasze serca,
Zamyka oczy,
I krzyżuje łzy;
A otwiera ramiona.
Szkoli młodych morderców,
Zabójców.
Zabójców wszystkiego, co dobre.
Wychowanków miłości.
Bo tym jest właśnie miłość,
Cichym zabójcą.
Ona Ci nie pomoże,
Ona Cię zniszczy.
Wpędzi w nałogi,
W Życia rozłogi,
Rozpierdoli przyszłość.
Zniszczy przyjaźnie,
I Rodzinę.
To, co w życiu Ważne.
Bo to,
To jest właśnie miłość.
Miłość wpędza do grobu.
Wpierw ofiarując,
Miłosne uniesienia,
Ciche westchnienia,
Czarujące spojrzenia…
Namiętne pragnienia.
I ból.
Ból.
On rośnie w Nas z każdym dniem Życia,
Które straciło sens.
Właśnie przez nią.
Przez miłość niespełnioną.
Jebać miłość!
Trzeba wierzyć, i umieć dostrzegać niedostrzegalne.
Patrzeć na Świat mądrymi oczyma.
Z trzeźwym umysłem,
I hożym ciałem.
Czekać na Nowy Dzień.
Nowy Dzień postrzegam jako Śmierć.
Bo tylko ona coś zmienia.
Śmierć jest łatwa,
Bezbolesna.
Czy zawsze?
Nie. Nie zawsze.
Mimo wszystko, wiem;
Życie jest trudniejsze.
Właśnie dlatego,
Tylu śmiałków,
Którzy zaczerpnęli chwilowego szczęścia,
Owej miłości.
Kończy z poderżniętym gardłem,
I zranionym sercem,
Zranionym do żywego.
Martwym.
Kończy ze zeschniętymi łzami,
Na policzkach.
W połowie spijanymi przez pętlę.
Pętlę na szyi,
Nałożoną przez zauroczenie.
Która od dawna się zaciskając;
Nareszcie zamknęła usta,
Zwarła powieki.
I wydarła z nozdrzy tchnienie życia.
Ofiarowane Nam kiedyś przez Boga;
Szóstego Dnia od Powstania Świata.

Niemiłe zdarzenie cz.II

Obsada:
Cheese- opowiadający
Akyes- ojciec
Lori- matka
Grim- córka
Rainfall- nauczycielka
Fanta- psycholog
Alathen- znajomy Grim
Li- koleżanka Grim
Lionel- kolega Grim

W poprzednim odcinku: Grim wracając ze szkoły zachowuje się przez najbliższe kilka dni nieznośnie. Lori nie może dojść do porozumienia z córką. Następnego dnia Grim nie idzie do szkoły. Lori w końcu wybiera się do szkoły, miejąc nadzieję, że czegoś się dowie, lecz niestety nie dowiedziała się niczego. Zdenerwowana matka wraca do domu i nie zastaje córki w domu. Wkrótce dzwoni do koleżanki Grim- Li.
-Halo? Kto mówi?- Odbiera koleżanka Grim- Li.
-Dzień dobry jestem mamą Grim i z tego co wiem to jesteś jej najlepszą koleżanką z klasy. Czy mogłabyś mi powiedzieć co się ostatnio dzieje z Grim?
-Jak to co? Wszystko jest z nią w porządku. -Odpowiedziała Li spokojnym głosem.
Lori wkurzyła się. Nic nie było w porządku. No jak mogło być skoro Grim nie wróciła nadal do domu i nie chodzi do szkoły a co gorsze nie chce powiedzieć. Matka rozlączyła się i rzuciła komórką na łóżko. Usiadła zdesperowana nie wiedząc co robić.
Lori wypowiada się do kamery: Nie wiem co robić, nadal nic. No cóż czekam.
Minęła godzina. Grim nadal nie ma, lecz Akyes wrócił z pracy. Wszedł do pokoju zmęczony i polożył się ja tapczanie. Lori podeszła do niego wściekła.
-A Ty co? Nawet się nie przywitasz tylko rozpłaszczysz swoją dupę i już do telewizora.- Usiadła obok niego kiwając głową.
-Jestem zmęczony! Gdzie obiad?!- Spytał oburzony Akyes.
-Może spytałbyś gdzie nasza córka jest? To chyba ważniejsze od obiadu. Ja tu godzinami siedzę i płaczę a ty mi z takim tekstem wyskakujesz, że gdzie obiad.
Akyes przekręcił się na bok i zasnął.
Lori wypowiada się do kamery: Do tego głąba też nic nie dociera. Zapiszę go chyba na terapię do psychologa bo normalnie nie wytrzymam już w tym domu! Czuję się tu jak w wariatkowie.
Po kilku godzinach wróciła Grim do domu. Jak zwykle poszła do swojego pokoju i zamknęła się w nim. Przypominamy, że dziewczyna ma 14 lat. Lori natychmiast wstała i szybkim krokiem weszła do pokoju Grim nie pukając. Usiadła obok niej, lecz ta znów nie chciała z nią rozmawiać.
-No moja droga panno należą mi się wyjaśnienia. Gdzie byłaś?-Spytała matka.
-Nie twoja sprawa.-Grim wzruszyła ramionami włączając komputer.
Lori wyłączyla z kontaktu wtyczkę i usiadła by ponownie zacząć rozmowę.
-A właśnie, że moja bo jestem twoją matką i denerwujemy się z ojcem. Gdzie się podziewalaś? Odpowiesz?-Spojrzała na córkę błagalnym wzrokiem.
No i błagalny wzrok Lori zadziałał. Wreszcie Grim odważyła się powiedzieć gdzie była, lecz dlaczego nie chce chodzić do szkoły nie powiedziała.
-Byłam u Lionel'a- kolegi z klasy, spisywałam lekcje.- Uśmiechnęta Grim wzięła komorkę i zaczęła pisać smsy.
Lori spojrzała na nią dziwnie zastanawiając się co ją tak śmieszy. Nie wiedziała nadal o co chodzi więc zaczęła wypytywać o szkołę.
-A co ze szkołą? Co tam się stało? Powiesz mi?
-Nic ci nie będę mówić, możesz już sobie iść?-Grim podniosła ton.
Kobieta bez wahania wyszła z pokoju. Ujęliśmy w kamerze zdziwioną Lori.
Lori wypowiada się do kamery: Jest lepiej, ale wciąż nienajlepiej. Lionel? Nigdy mi nie mówiła o chłopakach. Muszę się czegoś więcej dowiedzieć. Mam nawet pewien pomysł.
Nazajutrz Lori pojechała ponownie do szkoły. Musiała o coś poprosić wychowawczynię. Klasa Grim pojechała dzisiaj na wycieczkę. Grim też pojechała. Wreszcie Lori weszła do szkoły i znalazła na korytarzu nauczycielkę.
-Dzień dobry, ja przepraszam, że panią znów nachodzę ale teraz to już naprawdę pilna sprawa.
Lori miała nadzieję, że nauczycielka pomoże jej.
-Witam ponownie. A cóż takiego się stało?- Rainfall zerknęła na matkę.
-Chodzi mi o to czy mogłaby pani podać adres Lionel'a? To jest bardzo ważne, bo tylko od niego będę mogła dowiedzieć się co dzieje się z Grim.-Przełknęła ślinę Lori.
Nauczycielka pokiwała głową przecząco.
-Wybaczy pani, ale nie mogę od tak sobie podawać adresu bez zgody. Mogę co najwyżej podać numer komórkowy mamy Lionel'a, bo w dzienniku mam zapisane, ale tak to nie.
Lori ucieszyła się. Od ponad czterech dni naprawdę pojawił się uśmiech na jej twarzy. Zatem zapisala numer i podziękowała Rainfall.
-Dziękuję. Jest pani wielka! Przepraszam za kłopot. Do widzenia.
Nauczycielka odprowadziła wzrokiem ucieszoną kobietę.
Lori wypowiada się do kamery: Udało się! Teraz tylko muszę zadzwonić i spotkać się. Obym się czegoś dowiedziała.
Wychodząc ze szkoły Lori zadzwoniła do mamy Lionel'a.
-Dzień dobry jestem mamą Grim. Nasze dzieci przyjaźnią się z tego co wiem, czy miałaby pani chwilkę czasu by porozmawiać? Chciałabym się czegoś od pani dowiedzieć.
Mama Lionel'a zamilkła przez chwilę, lecz okazała się tak miła, że zaprosiła Lori do domu. Ta zaś pojechała od razu.
Pół godziny później. Lori weszła do domu Lionel'a i rozgościła się siadając na kanapę, a mama Lionel'a przyniosła gorącą herbatę i zaczęłu rozmawiać.
-Więc przyszlam tu po to, bo może pani syn coś dla pani mówił czy coś niedobrego dzieje się dla mojej córki w szkole? Może dokucza jej ktoś? Nie wiem sama. Córka nie chce rozmawiać w domu ze mną ani z mężem.-Lori mało co się nie popłakała.
-Mhm. Lionel tylko wspominał o tym, że bardzo lubi Grim. Nic złego nie mówił na pani córkę. Może pani chciałaby sama z nim porozmawiać? Z tego co wiem to zaraz powinien wrócić z tej wycieczki.
Lori uśmiechnęła się ponownie.
-Z przyjemnością, o ile to nie byłby kłopot.
Godzię później. Lionel wraca z wycieczki i jest zdziwiony tym, że mama Grim siedzi u nich w pokoju. Grzecznie wita się z Lori.
-Dzień dobry.-Mówi Lionel.
-Dzień dobry. Jestem zapewne już wiesz mamą Grim czy mogłabym z Tobą porozmawiać i prosić o szczerość?-Spojrzała na niego.
-Jasne, a co pani chce wiedzieć?-Zaciekawiony zerknął na Lori.
-Czy Ty wiesz co się dzieje z Grim i...
Ciąg dalszy nastąpi.