środa, 12 grudnia 2012

Zadanie na gł. Zielarza ~ "Najciemniej pod latarnią"


"Bring me home or leave me be
My love in the dark heart of the night
I have lost the path before me
The one behind will lead me"

Samka zadarła łeb ku nieboskłonowi, który przybrał pastelowe odcienie różu i subtelnego oranżu; oszacowała przy tym, że Słońce musiało wstać nie wcześniej, niż kilka godzin temu. Teraz jednak rozmyślała nad mniej i bardziej istotnymi aspektami zadania, które Ją czekało, a którego się podjęła. Nagle jeden z radarów poruszył się kurczowo, gdy tuż za Suczką rozległ się charakterystyczny szelest wzburzonych kniei. Smukła kufa obróciła się machinalnie w stronę źródła ów dźwięku. 
- Tiriett. - Wymruczała fachowo beznamiętnym tonem, dostrzegając w gąszczu pobliskich chaszczy zarysy znajomych postur. - W samą porę.. - Mleczne oblicze Suni rozjaśnił delikatny uśmiech. Odczekała moment, ażeby Zebrani, w których rozpoznała Luffierę, Cheese'a oraz Bueno, zasiedli na spowitej szronem trawie, by u zarania przystać na jednej z oblodzonych skał. W ten sposób chciała zwrócić uwagę Psów. - Zapewne zastanawiacie się, czemu Was tu zebrałam? Otóż obarczono mnie zadaniem, w którym leży i Wasz interes.. - Urwała, by zwilżyć już i tak mokre, koralowe nozdrza. - Doszły Mnie słuchy, że Medykom braknie ziół na napary i opatrunki, natomiast Zielarze nie mają skąd ich czerpać.. - Uroki zimy przeszło Jej przez myśl. - ..Mnie przypada obowiązek zaopatrzenia Was w nie.
- No dobrze, rozumiem.. - Tu odezwała się Luffiera. - ..Ale nadal nie mam zielonego pojęcia, czemu ma służyć to zebranie..? - W jej tonie dało się wyczuć nutę zmieszania.
- Do tego właśnie zmierzam. - Lore potrząsnęła łbem, wracając do snucia opowiastki. - Sęk leży w tym, że nie bardzo wiem, których to roślin braknie w składach. - Mlasnęła ozorem, zniesmaczona. - W tym celu pozwoliłam sobie zwołać garstkę przedstawicieli kasty uzdrowicielskiej, czyli, ma się rozumieć, Was. - Zakończyła, lustrując Towarzystwo nader uważnym wzrokiem. 
- Mówiąc krótko; mamy sporządzić listę brakujących składników? - Wtrącił się Cheese.
- Nie inaczej..
- Żaden problem. - Wyrwała się niespodziewanie Bueno. Jako, że zajmowała się również kunsztem magicznym, bez wiekszego trudu stworzyła skrawek pergaminu, na którym widniał ciąg hebanowoczarnych liter, układających się kolejno w nazwy. - Mam nadzieję, Lee, że wiesz, jak wyglądają.. Powodzenia. - Dodała, wręczając jej urywek.
- O to się nie martw.. - Odparowała, przejrzawszy szybko spis. - Dam radę. - Kąciki smolistych warg Samki powędrowały ku górze w geście pogodnego uśmiechu.
*

 Białolica Zdradliwa, Rdest Ptasi  i.. Darath? - Zastanowiła się przez moment nad ostatnim terminem. Czyżby znowu skleroza naszła Ją w najmniej odpowiednim momencie? Cóż, najwyraźniej wszystko na to wskazywało..Nie miała jednak ni sił, ni chęci, by wracać na tak już odległą Polanę. Swoją drogą liczyła na to, że przebłyskiem olśnienia zdoła przypomnieć sobie, jak wyglądała owa roślina. Zaopatrzona w najmniej dobry humor ruszyła przedsiebie, mając do akompaniamentu melodyjne trele zarannego ptactwa. Z takim też nastawieniem dotarła do lokum występowania pierwszego zioła -Białolicy. - Jeśli pamięć mnie nie myli.. - Zagadnęła do siebie, gdyż od pewnego czasu zaczęła doskwierać Jej samotność, a to pozornie ją maskowało. - ..Białolicę często mylono z Katgą, ze względu na ich podobne, śnieżnobiałe kwiecie. - Wywnioskowała, rozglądając się badawczo; rzadko kiedy zapuszczała się w tak odległe zakątki terenów Stada Psich Serc. Jako zdolna zielarka i znachorka, Lee znała pewną cechę, diametralnie poróżniającą oba zioła. Kiedy więc jej jasnym ślepiom ukazała się, na pierwszy rzut oka, pożądana roślina, za razu przyjrzała się jej drobnym listkom, barwy śniadej zieleni. - Przez ich wiotkie łodygi ciągnęła się ledwie dostrzegalna, czarna smuga. To nie pozostawiało wiele do myślenia;  Samkaśmiało, tudzież delikatnie i ostrożnie wyrwała roślinę, wsadzając ja doprzepasanej na boku torby, zważając na to, by nic nie stało się jej podczas podróży. Pokręciła się jeszcze trochę, przeszukując plantację. Kiedy uznała, iż zaopatrzyła się w wystarczającą ilość roślin, ruszyła dalej. Suczka wiedziała, że musi się śpieszyć, bo czas do zwiędnięcia kurczył się nieubłaganie.
*
Rdestem nie było większego problemu, choć takowym mógłby być fakt, że wokół czaił się mnóstw szopów i rosomaków,  które wprost przepadały za jego rześko słodkawą wonią. Teraz jednak przyszedł czas na tak długo wyczekiwaną improwizację; Czymże jest ów tajemniczy Darath?  Lazurooka usadowiła zadowie na śnieżnym kożuchu, który otulił wszystko wokół, by pogrążyć się w dogłębnej zadumie. Kiedy już myślała, że to kres Jej wojaży, doznała doń mniemanego olśnienia. Jakież było zdziwienie Lorelei, kiedy zdała sobie sprawę z tego, iż "Darath" to w prawdzie odmiana mchu nadrzewnego, o silnych właściwościach leczniczych. Jak na to wpadła? Otóż ktoś kiedyś wspomniał w towarzystwie Suni, iż Darath to w rzeczywistości tylko skrót, od pełnej nazwy  porostu. Pewna już, iż to koniec tułaczki, stanęła przed kolejną komplikacja, której wcześniej nie wzięła pod uwagę.. - Jak też zwykły Pies mógłby dostać się na wysokość koron sosen, na którychmech ten bytuje? I na to znalazło się rozwiązanie. Z głębi gardzieli Suki wydobył się dziwny skowyt: na poły wycie, na poły skomlenie. Zaraz po tym na tle szarawego nieba pojawił się cień sylwetki Kruka. Lorelei zerknęła nań porozumiewawczo, a Ten niby zrozumiał od razu, wzbijając się wysoko. Nie mineło wiele czasu, kiedy Ptak powrócił z połaciami srebrnego mchu w solidnym, połyskującym dziobie. 
Teraz była już pewna, że może wrócić na Polanę i, tym samym, dostarczyć składniki Uzdrowicielom.
*
- Sathano. - Oznajmiła, zadarłszy łeb w stronę Kompanki. - Mogę z czystym sercem oznajmić Ci, że dane zadanie wykonałam, jednakże czy będzie zaliczone? Nie mnie o tym  osądzać.. - Potrząsnęła nieznacznie biszkoptowym łbem, machnąwszy przy tym dyskretnie jedwabistymchwostem.
 ~*~

Z góry wybaczcie, żem się tak rozpisała; szczerze mówiąc, sama się nie 
spodziewałam tego, że "To" wyjdzie takie obszerne. |'D
No, więc teraz tylko pozostaje czekać na opinię Sathuli.
 Sayou. ~   

Czego ślepia nie widzą tego sercu nie żal.


~*~ Noc o której nie zapomnę ~*~

Dzień który zapadł Mi w pamięć nie zapowiadał niczego niezwykłego od razu z góry, ów dzień rozpocząłem od obchodów terenów Stada Psich Serc. Owczarek przechodząc nieopodal polany zatrzymał się unosząc wysoko łeb, obserwował zebrane tego dnia Suczki po czym ruszył przed siebie, zima z każdą godziną dawała o sobie znać coraz wyraźniej gdyż wiatr który wiał w stronę polany ukazywał się od terenów Owczarka, Samiec zmrużył ślepia z wolna stawiając łapę za łapą ruszył w ów stronę , wolny chód pomału zmieniał się w bieg. Minęło kilka godzin po których Pies znalazł się na swoich terenach zwolnił gwałtownie rozglądając się dookoła spode łba, wszystko wydawało się inne i to poczucie jakby on sam czuł się tutaj obco? Wszedł do groty której ściany były zarośnięte różnorodną roślinnością, przez dobre kilka godzin oddawał się obowiązkom związanym z porządkowaniem wnętrza groty kiedy poczuł znajomy zapach jednej z Suczek.

~Niepewnie podeszła do owczarka. Rozglądała się do okoła ciekawym wzrokiem. Zerknęła na psa. - Dobry Wieczór Armanii. - skłoniła się lekko na przywitanie. [Vivian]
-Dobry Wieczór Vivian -uśmiechnął się ciepło do Suczki kłaniając się Jej nisko. [Armanii]
~Zasiadła nieopodal niego kładąc łeb na łapach. Westchnęła ciężko. Miała ogromną ochotę po przechadzać się po tych terenach, ale sama nie miała odwagi. [Vivian]
--Spojrzał na Vivian usadawiając zad na ziemi. Widzę że bardzo zaciekawiła Cię opowieść o tych terenach prawda? poruszył ogonem strzygąc szerokimi radarami. [Armanii]
~Taak.. - przyznała. - Ostatnio nie mogła zostać z wami do końca. I tak właściwie to ciekawi mnie czy może dziś udało by mi się ujrzeć owego wilczóra o którym opowiadałeś. [Vivian]
-Vivian nie wiem czy dziś byśmy go zobaczyli, jak wspomniałem podczas kolacji nie jest to częste zjawisko. -odetchnął pełną piersią. [Armanii]
~Westchnęła. - No cóż. Mówi się trudno. - ułożyła łeb na łapach przymykając oczy. [Vivian]
-Spokojnie Vivian kiedyś na pewno będziesz... -Gdy miał już dokończyć zdanie poczuł jak przez ciało przeszywa go dreszcz, odszedł od Suczki kilka kroków skupiając całą uwagę na szczycie wodospadu na którym zaczęła się kłębić nietypowa mgła, w ów zjawisku pojawiały się jasne ogniki. Vivian. Viv wstawaj -Mruknął odwracając łeb w Jej stronę. [Armanii]
~Zerwała się z miejsca jak poparzona. Podbiegła do owczarka. - Co się stało ? - zapytała. [Vivian]
-Zobacz.. -Szepnął pokazując skinięciem łba ów nietypowe zjawisko na szczycie wodospadu, mgła zaczęła się przejaśniać jednak nadal nie było wiadomo cóż to za zjawisko. [Armanii]
~Podążyła wzrokie w miejsce które wskazał. Wytężała wzrok próbując dojrzeć cokolwiek poza gęstą mgłą. Jej wysiłki szły jednak na marne. Wpatrywała się więc z natężeniem na szczyt wodospadu. [Vivian]
--Czując ponownie chłodny powiew wiatru zmrużył ślepia obserwując uważnie mgłę, po chwili dostrzegł iż zaczyna się przerzedzać, w niemal tej samej chwili źrenice w ślepiach rosłego Owczarka rozszerzyły się, każdy mięsień w ciele psa gwałtownie się spiął a Jego wzrok pusto utknął w zarysie Wilczej postaci, przed ślepiami przeszła Mu następna wizja, była szybka. Cholerny zdrajco.. zdrajco... zgiń.. zginiesz. esz.. sz.. Twój łeb zawiśnie u wejścia Mej groty.. -Raptownie wizja zniknęła a z pyska Owczarka dobył się okropny jęk.. Arrrgghhh.. -Pies zmrużył mocno ślepia nie mogąc rozluźnić mięśni. [Armanii]

Nie mogąc w tamtej chwili nic uczynić czekałem praktycznie bez ruchy czy dowcip uczyniony przez zjawę odpuści sam czy też będę musiał zwalczyć go i tak już resztkami sił, jednak w porę na mych terenach zagościła Luffiera która nie żałowała pomocy.

~Była tak zapatrzona w postać wilka, że nawet nie zauważyła co się dzieje z stojącym obok owczarkiem. Dopiero jęk wydobywający się z pyska psa zwrócił jej uwagę. - Armanii ? - zapytała patrząc na niego zaniepokojona i zatroskana. [Vivian]
--Suczka przybiegła na miejsce, przejęta dziwnymi hałasami. Od razu rzuciła się jej w oczy Vivian. - Co się dzieję? Słyszałam coś dziwnego.. [Luffiera]
-Nie mogę.. nic z...zrobić -Warknął głucho przez zaciśnięte kły, ślepia nadal miał mocno zaciśnięte, dyszał ciężko. [Armanii]
~Zerknęła na Luffiere po czym przerażona na Armanii'ego. Gorączkowo myślała jak mu pomóc. Nie była medykiem. Spojrzała na Luffiere po raz wtóry, ale w jej oczach nie było błagania tylko skupienie jakby była bliska rozwiązania problemu.[Vivian]
--Viv, co się stało, czemu on się tak zachowuje? Byłaś z nim wcześniej, wiesz co się działo! - Spytała, patrząc raz na nią, a raz na samca. Nie mogła patrzeć jak on cierpi, ale za nic nie wiedziała jak mu pomóc, a nawet co mu jest. [Luffiera]
-Ciało Samca zaczęło drżeć, obnażył kły starając się zwalczyć okropny ból przeszywający każdy mięsień w jego ciele, ów ból był niesamowicie palący, mruknięcie które wydobyło się z pyska Samca bardziej przypominało ponowne jęknięcie. [Armanii]
~ Nie wiem! Patrzeliśmy na wodospad! Wszytko było w porządku i wtedy usłszałam jego jęk! Nie mam pojęcia co mu jest! - wrzasnęła. - Nie wiem co mu jest. - szepnęła. Miała ochotę się ropłakać. Nie mogła patrzeć na owczarka i nie próbować mu pomóc. - Ehm.. Może jakieś zaklęcie albo mikstura by mu pomogły? - przyszło jej nagle do łba. [Vivian]
--Niestety, ja się znam tylko na medycynie. O żadnej magii nie mam najmniejszego pojęcia... - Powiedziała, przygryzając delikatnie smoliste wargi, wciąż patrząc na psa. Jaka ona głupia! Patrzy tylko jak on cierpi. Gdyby tylko mogła użyć jakiejś magii.. [Luffiera]
-Wyrwijcie Mnie z tego stanu. -Mruknął zwracając łeb w stronę Suczek. Luffiero dobrze że jesteś... -przysiadł nie mając już siły. weź Viv i razem z Nią wbiegnijcie we Mnie, to jest jedyny sposób by Mnie z tego wyciągnąć, nie żałujcie siły. Liczę na Was...Uderzcie Mnie jednocześnie barkami -Wydarł się już nie mogąc opanowywać emocji. [Armanii]
--Mamy chyba po prostu przebiec.. Tak, no wiesz, przez niego.. Nie wiem jak to pomoże, ale jestem pewna, że on wie co mówi. I zrobię wszystko o co poprosi, żeby mu pomóc. - Spojrzała raz jeszcze na Armanii'ego, oddalając się do tyłu, by mieć dobry rozbieg.- Chodź, Vivian! [Luffiera]
~Oddaliła się przymierzając do biegu. Zerknęła na Luff sprawdzając czy jest gotowa. [Vivian]
--Spojrzała na samca, a potem ponownie na towarzyszkę. Schyliła się lekko. - Teraz, Viv... Biegnij! - Powiedziała, po czym ruszyła w stronę psa jak najszybciej mogła. [Luffiera]
~Wyruszyła ułamek sekundy po suczce. Mimo krutkiego odcinka nie szczędziła łap. [Vivian]
-Widząc jak Suczki nadbiegają zacisnął kły zamykając slepia, chciał by to już się skończyło. [Armanii]
~Odwróciła łeb i naprężyła mięśnie barka. Całą siłę przerzuciła na bark. Nie zważając na własny ból uderzyła w psa jednocześnie z Luffierą. [Vivian]
-Czując jak wszystkie mięśnie odpuściły padł na ziemię, od uderzenia Samic Jego ciało poleciało dobre kilka metrów przetaczając się kilka razy po ziemi, przez długi czas nie dawał znaku życia, nareszcie po niebywałym odcinku czasu poruszył uchem. [Armanii]
~Mięsień barku piekł ją jednak nie zwracała na to uwagi. Niepewnym krokiem poczęła zbliżać się do owczarka. Widząc i poruszył uchem podbiegła do niego by mu pomóc. - Armanii, wszystko w porządku ? - zapytała trącając go niepewnie nosem. [Vivian]
--Armanii, żyjesz?! - Podbiegła do niego od razu, przykładając ucho do jego boku. Na szczęście słyszała bicie serca. Przynajmniej tak jej się zdawało. - Vivian, idź proszę do mojej jaskini i przynieś mi maść przeciwbólową, taką zieloną i może bandaż i kilka patyków. Myślę, że coś mu się stało i się to przyda.. - Powiedziała, odwracając spojrzenie zmoczonych od łez oczu na suczkę. [Luffiera]
~ Jasne. - rzekła i zniknęła pomiędzy drzewami. [Vivian]
-Nabierając płuca pełne powietrza ponownie mruknął. Że..żebro -Oddychał płytko by nie czuć silnego bólu w klatce piersiowej. Luffiero Moja Droga nie płacz, żyję. -Przymknął ślepia. [Armanii]
--Nie mogę tak patrzeć, jak cierpisz. Poczekaj tu, zaraz postaram się przynieść coś, co pomoże.. - Powiedziała, po czym ruszyła do swojej jaskini, jak najszybciej mogła. [Luffiera]
-Nie miał nawet sił by odwrócić się na prawy bok, starał się nie myśleć o przeszywającym bólu, był jednak bardzo wdzięczy Suczką że uwolniły go od prawdziwego cierpienia, cielsko Owczarka było tak obolałe że wiatr który muskał jego sierść przyprawiał go o nie lada cierpienie. [Armanii]
--Samica pognała do swej groty, szukając potrzebnych rzeczy. A było tego sporo, lecz postarała się szybko się z tym uwinąć. Spakowała wszystko do skórzanej torebki i szybko powróciła do Armanii'ego. - Będę musiała założyć opatrunek, przeżyjesz to jakoś? - Spytała, siadając tuż obok. [Luffiera]
-Będę się starał Luffiero, czyń swoją powinność -odwrócił łeb. Ufam Ci. -Wyszeptał bardzo cicho. [Armanii]
--Postaram się zrobić to delikatnie.. - Powiedziała, po czym wzięła na łapę trochę przyniesionej maści. - Powiesz, gdzie Cię dokładnie boli? Chcę być pewna, że nałożę maść w odpowiednie miejsce. [Luffiera]
-Uniósł lekko prawą przednią łapę. Zaraz przy łopatce, i nie spiesz się, troche jęku może Mi się przydać. [Armanii]
 --Suczka nic już nie powiedziała, poczęła tylko krążyć wierzchem łapy w miejscu wskazanym przez samca, rozprowadzając tym samym maść. - Teraz może trochę bardziej boleć.. - Powiedziała cicho, rozwijając opatrunek i delikatnie podnosząc bok Armanii'ego, by podłożyć bandaż. I teraz zaczęła powoli go zawijać, obserwując, ile razy musi jeszcze wykonać tę czynność. Starała się wszystko robić jak najmniej boleśnie. [Luffiera]
 - Oddychał spokojnie mrużąc jednak ślepia, nerwowo przesuwał ogonem po ziemi. Luffiero jeśli musisz to nie obawiaj się Mi sprawić więcej bólu zniosę to. -Jęknął obnażając kły. Czuję się jakbym miał zaraz zejść -uśmiechnął się pod nosem. [Armanii]
--Nie przesadzaj, jesteś dzielny. Ja bym tu dawno umarła na samą myśl o zakładaniu jakiegokolwiek opatrunku.. - Zaśmiała się cicho, po czym zawiązała bandaż, całą resztę rzeczy chowając do torebeczki. - Zresztą, już skończone. Nic więcej już nie mogę na razie zrobić, chyba, że boli Cię coś jeszcze, to mogę użyć jeszcze maści przeciwbólowej. [Luffiera]
-Zerknął na Suczkę uśmiechając się pod nosem. Luffiero boli Mnie wszystko więc są też miejsca których byś nie owiała spojrzeniem. -Zaśmiał się ochryple starając odnaleźć taką pozycję by wypocząć, musnął ozorem suchy nochal. Dziękuję za pomoc Luffiero, pewnie troche czasu mine zanim będę mógł stanąć na łapach. -Mruknął spoglądając na Suczkę, zastrzygł leniwie uchem. [Armanii]

Dobrze to by było na tyle, miłego czytania i mam nadzieję iż teraz Mnie zrozumiecie dlaczego potrzebuję wyłącznie naprawdę dobrych wojowników.

Zadanie na Dowódcę Straży


Dzień, niby jak co dzień, a jednak wysypała się z wora ta szczypta strachu i niepewności. Słowa Sathany, obijały się wciąż o długie uszy podpalanej. Wróg. Znaleźć. Przegonić. Uniknąć śmierci najbliższych. Niby zadanie wydaje się łatwie, ale tylko wtedy, jeśli w grę wchodzą małe drapieżniki, takie jak lisy, borsuki, żbiki. Gorzej, jeśli będą to większe zwierzęta, takie jak niedźwiedzie czy dziki. Obydwa zwierzęta budziły nie małą grozę, w tak silnej istotce jaką była Desiree. Wskaźnik jej odwagi, zniżył się tak nagle. Miała do dyspozycji jedynie Sashę, Izis i Phantomę. Może i mała jest to sfora obrony, ale zapewne silna. Przygnębiona z początku, szukała jakiego kolwiek wyjścia na prostą. Zaraz jednak powstała z ściółki, którą wyścielona była cała jaskinia, zamiotła ogonem parę szyszek, do których przyczepione były rozmaitych barw liście, i jęła wolnym chodem wykroczyć z punktu zamieszkania. Rozejrzała się, marszcząc smolisty nos, w którym połyskiwał księżyc. Właśnie odsłoniły go ciemnoniebieskie chmury, które pozwoliły oświecić delikatnie zagęszczony las. Białe świetliki wraz z ich królem rozświeciły teren, Desiree szybko domyśliła się gdzie mogą buszować nie przyjaciele. Z pewnością, będzie to miejsce bliskie wodopoju, gdyż zawsze w jego okolicach można było znaleźć spore stadko jeleni, albo niedojedzone padliny przykryte krzakami. Ruszyła na tak zwane zwiady, blisko szumu ściany wody uderzający w jakiś zbiornik wody usłyszała szelest. Odrazu nasuneła jej się myśl, że to jakieś małe stworzonka. Jednak, gdy to nozdrzy nie doszła woń ani zajęcy, ani lisów i innych małych istot, zaś obcych stworzeń, o których mogła jedynie słyszeć z histori, jej przekonania zmieniły się w mgnieniu oka. Zakryła swoją dość widoczną sylwetkę w pewnym skupisku chaszczy po czym wyjrzała zeń wystawiając jedynie czubek pyska. Przed sobą miała obraz zabitej łani, z rozszarpanym brzuchem i z wnętrznościami porozrzucanymi wokół niej na rozlewie jej krwi. Jakaś istota, na moment wyłoniła z ciemności swoją olbrzymią łapę, zageszczoną szarym futrem delikatnie pobrudzonym błotem i krwią. Czarne szpony, które zgarnęły zwinnie mięso, wzbudziły lęk w piwnych oczach suczki. Strach ścisnął ją za serce, żołądek podskoczył do gardła, zaś krew na moment zaprzestała swojego obiegu. Na moment, przed oczami widziała swoich bratanków podróżujących lasem, i tak nagle natknęli by się na tą istotę. Jaki płacz i smutek objął by matkę dzieci i ojca oraz całą rodzinę, gdyby takie biedne, bezbronne, niewinne stworzonka zginęły z bezmyślności Straży. Nie. Desiree nigdy nie wybaczyła sobie tego i do końca swego życia wmawiała by sobie, że to jej wina i to ją powinno spotkać takie nieszczęcie. Dlatego do drzwi zapukała odwaga, niosąca za sobą napływ adrenaliny. Zamienili się miejscami, suczka zmrużyła oczy próbując wyśledzić sylwetkę. Były dwie, więcej woni obcych zwierząt nie wyczuła. A do jakiego zdziwienia doszło, gdy zobaczyła ogromną, masywną sylwetkę wilczura. Z pewnością basiora, miał grubą warstwę szarego futra i ogromne żółte kły, z których krew ściekała nieubłagalnie. Wzdrygnęła się, przez co krzaki musnęły drzewo rosnące u ich boku, a ogromny potomek psów zwrócił swój łeb w jej stronę. Jednak za nim czerwone ślepia stknęły się z rośliną, psiny już nie było. Dawno, znalazła się zdyszana poza tym lasem i korzystając z tego, że jest noc i żadne szczenię nie pałęta się lasem, ruszyła do wymienionych wcześniej suczek. Wpierw znalazła się u boku zmęczonej Sashy, później zbudziła znużoną, a jednak tryskającą energią jak Sasha Izis. Na koniec stanęła wyzwaniu obudzeniu Phantomy, która z łatwością otworzyła oczy i otrzeźwiła organizm. Wszystkie odsypiały, gdyż był czas na stróżowanie Desiree, dlatego były nie mało zdziwione gdy ją zobaczyły, a jednak przekonane, że coś się dzieje. 
- Zbudziłam Was z konretnego powodu. Mianowicie- Odchrząknęła, po czym złapała łapczywie oddech, jak tonący pies, któremu cudem udało się wydrzeć łeb zza odbierającej i dającej życie wody- Słyszałyście o stworzeniach grasujących na naszych terena...
- Czy...czy to niedźwiedzie?- Zapytała przestraszona dalmatynke, przestąpiła z łapy na łape przyglądając się ze strachem w oczach na suczkę.
- Niedźwiedzie? No coś Ty. To napewno dziki. - Zazgrzytała szczękoma Phantoma, przyglądając się towarzyszkom.
- Wiecie... to mogą być równie dobrze drobniejsze zwierzyny niż dziki czy niedźwiedzie.- Westchnęła Błękitnooka, która zawiesiła morski wzrok na zniecierpliwionej, czekającej na uwagę Desiree.
- No więc. To nie są ani niedźwiedzie, ani dziki, zaś przeogromne wilki. Nigdy takich nie widziałam, ale nie uważam, że posłuchaja mniejszych od siebie.  I to psów... - Westchnęła, na przypomnienie ogromnych kłów i pazurów wbijających się gładko w mięso.
- Ale...co my mamy zrobić? Zabić je? Jeżeli są takie wielkie, to nawet we czwórke nie damy rady zabić całej sfory.- Sasha przekręciła łeb, domagając się jak reszta konkretnego rozwiązania.
- W sumie... jest ich tylko dwóch. Widziałam jednego, ale wyczułam dwoje. Do tego basiora i waderę, zaś samica chyba chora, gdyż samiec ciągle rzucał w cień małe kąski mięsa. Jeżeli tak miewa się sprawa, to wygląda na to, że jest osłabiona. Przydałoby się odciągnąć od niej samca, a wtedy wypędzić waderę. Gdy jej nie będzie, odrazu opuści teren i zacznie jej szukać, nie powracając już na SPS.- Zastanowiła się chwilę, rozrysowując to wszystko w myślach.
- Może się udać... a kto pójdzie na przynętę? - Zapytała Phantoma wymijająca wskazując oczami na wszystko co się ruszało dookoła niej.
- Mój plan jest taki, Phantomo. Jesteś dość szybka, więc sądze, że sobie poradzisz. Wygonisz go z legowiska, podbierając mu mięsa, musisz jednak kierować go jak najdalej i z pewnością- nie w stronę jaskiń. Izis wygoni osłabioną z jej punktu zamieszkania, ja zaś pogonię ją w stronę innego miejsca, które wskaże mi Sasha.- I tu wskazała czubkiem ciemnego nosa na dalmatynkę. - Twoje zadanie, będzie proste. Wystarczy, że poszukasz miejsca, leżącego daleko od terenów Stada Psich Serc, gdzie zwierzyny będzie dość, aby pozostawić tam waderę.
- Dosyć przemyślane, ale co jeśli samiec będzie aż do skutku podążać za Phantomą?-Zauważyła Izis.
- Wtedy, Izis podążysz jej śladami. I jeśli dotrzesz do niej, razem przegonicie basiora, który z pewnością wyczuje na Tobie woń wadery. Wtedy, nie będzie już zainteresowany Wami, acz rzuci się w pogoń za nią. Ja w tej chwili wraz z Sashą szybko odejdziemy od tego miejsca przeciwną trasą, byśmy na siebie nie trafili.
- Zrozumiałam. - Pokiwała Błękitnooka, a za nią w ślad poszła Sasha i Phantoma.
-No więc? Do dzieła! Nie chcemy ofiar?-Zaszczekała wesoło Sasha, machnęła krótkim ogonem i gotowa by ruszyć nastroszyła zabawnie sierść na karku.
Zanim gdziekolwiek poszły, Desiree uniosła swój smukły łeb wysoko by przyjrzeć się czarnemu niebu, zagęszczonymi gwiazdami. Zazgrzytała szczękami, próbując osądzić, czy ten czas, jest prawidłowy na wykonanie tej misji. Zadumała się przez moment, mrużąc smutnie oczu, coś ciążyło jej na sercu. Dodatkowy strach, obciążył jej i tak już ciężki kręgosłup. A jeżeli, którąś z towarzyszek spotkała by śmierć? Ciężki los obdarzyłby podpalaną suczkę, z trudem próbowała zignorować tą myśl. Z trudem, przyszło jej, wziąć kolejny ciężar na kark… Odległość od ich położenia do ich celu nosiła około 60 kroków. Przewodniczka zwróciła się do swoich „turystek”, odwracając cielsko ku nim.
-No więc Sasha, ruszaj, i biegnij jak najdalej.- Wskazała jej ruchem pyska odległe miejsce, a gdy ona ruszyła chaszczy, odprowadzona piwnymi oczami, odwróciła swój łeb w stronę reszty.- No więc? Phantomo? Izis? Do dzieła.
Wszystkie wypięły dumnie pierś, próbując okazać swoją wielkość i chęć dostania medalu. Desiree zachichotała pod nosem i wskazała Phantomie łbem skupisko trzech drzew, tworzących jedną grubą norę pod ich korzeniami. Suczka ruszyła bezszelestnie, przyklejona brzuchem do ziemi, w stronę wilczura. Nagle, bedąc blisko niego, odbiła się tylnymi łapami od ziemi i wskoczyła gwałtownie na grzbiet większego osobnika. Drasnęła szponami jego oko po czym rzuciła się w ucieczkę. Tak powstała pogoń, w której skład i basior. Izis natychmiastowo, tuż po usłyszeniu szczeków i warków, wskoczyła w krzaki i zaczęła drapać i zabierać mięso waderze. Takim sposobem, wyciągnęła ją z kryjówki. Podpalana usłyszała piski owej samicy, lekko przestraszona, że przez nią cały plan się może zawalić. Że on nie wystarczy. Że oni tu wrócą. Jej nogi stały się jak z waty, a uszy oklapły przysłaniając oczu. Jednak mimo tego strachu, podążyła za wczesniejszymi samicami i jęła wyganiać waderę. Podążała wonią Sashy unoszącej się w powietrzu. Desiree była już niedaleko, jeszcze trochę. Wytrzyma. Obserwowała jedynie chudą sylwetkę, biegnącą przedeń, której sierść lekko była poplamiona krwią i bliznami. Zaś do jej łap przyklejone było błoto i kawałki mięsa. Okropnie wyglądała, acz podpalana ani nie pomyślała o tym żeby jakoś jej współczuć. Dla niej liczyła się rodzina, dla niej najważniejsi byli oni. Dlatego też bez skrupułów warczała i charczała i wyła na płochliwą samicę. W oddali usłyszała wycie Phantomy, oraz warki Izis, zaś przed sobą długie wycie Sashy rozlegające się po całym terenie. W końcu dotarła, a gdy tylko znalazła się w miejscu wybranym przez dalmatynę, wycofała się wraz z nią. Wadera została w ukryciu już wymęczona. Pozostało nam czekać na Phantomę i Izis, obydwie czekałyśmy do północy na obydwie, wiernie przy terenie. A gdy wróciły wyczeńczone odprowadziły je do ich jaskiń po czym same postanowiły zasnąć. Udało się... w końcu... jeszcze powiadomić Sathanę.
-Zadanie wykonane. Szkodników nie ma na horyzoncie, nie przekroczą już granic, a niech spróbują to nas popamiętają.- Odrzekła krótko, zasalutowała i czekała na werdykt.
_______________
Sorry, że takie krótkie. Nie miałam zbytnio weny .__.'' Mam nadzieję, że wystarczy.

Zadanie do hierarchii indywidualnej : Mag


  Krzątała się po jaskini, pakując wszystkie potrzebne rzeczy. Najtrudniej było jej wybrać flakoniki. W końcu zdecydowała się na pięć fiolek : z płynem leczniczym, uśmierzającym ból, żrącym, wodą mgielną i z pyłem wodospadowym. Zastanawiała się chwilę, po czym spakowała kilka bandaży. 
- No cóż... Jestem gotowa. - posłała jeszcze jedno smutne spojrzenie na swoją jaskinię. Na szyję założyła naszyjnik z czarnym kamieniem. Miała w nim ,, oszczędzoną '' energię. Zarzuciła torbę na grzbiet, a na łapę wsunęła dwie diamentowe bransolety, które dostała od przybranej babci. Opuściła dom z determinacją ruszając w nową podróż. 
        Późnym wieczorem przyszedł czas na znalezienie jakiegoś noclegu i upolowanie czegoś do jedzenia. Należało jej się po całym dniu wędrówki. Bolały ją wszystkie cztery łapy. Mięśnie były naprężone do granic możliwości. Gardziel paliła ją niemiłosierne, gdyż od chwili wymarszu nie miała ani jednej kropelki wody w pysku. Jej żołądek upominał się z coraz większą natarczywością o strawę. Ona nie miała jednak siły by polować, nawet za pomocą magii. Magią rozpaliła ognisko, a co do posiłku, to zadowoliła się leśnymi owocami, które znalazła. W nocy nie mogła spać. Męczyła ją wizja niebezpieczeństwa, które mogło czyhać dookoła. Zmęczenie jednak wzięło nad nią górę. Osunęła się w kojące nerwy, objęcia snu. 


          Wstała wraz z ukazaniem się pierwszych promieni słońca.  Resztki zmęczenia były dla niej nadal odczuwalne, jednak łapy już jej nie bolały. Wyszła z jaskini z myślą, że znajduje się jeszcze w lesie. Myliła się. Była dokładnie na skraju. Stała przed wejściem do groty i podziwiała przepiękne widoki. Przed nią rozciągały się góry. Dzięki wschodzącemu słońcu miały one kolor rumianej jutrzenki. Miejsce w którym stała akita było doskonałe do podziwiania tego zjawiska. Miała ochotę zostać tam i patrzeć na to do końca życia. Niestety, musiała wykonać zadanie. Bez żadnego śniadania wyruszyła w dalszą drogę. 
           Późnym popołudniem dotarła do podnóża gór. Jak na razie podróż mijała bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Stała przed przełęczą wpatrując się w kości leżące u jej łap. Z pyka wydobył się jakby pisk. 
- Z daleka góry wyglądały o wiele przyjaźniej. - rzekła sama do siebie. Nabrała powietrza w płuca, chwilę je przetrzymując, po czym ze świstem, acz powoli wypuszczając. Ruszyła przed siebie, a mgła spowiła ją do tego stopnia, iż nie widziała nawet swoich łap. Uszy przywarły do jej czaszki, gdy dostał się do nich złowrogi śmiech. Zaraz jednak wyprostowała się, a uszy powróciły do uprzedniego stanu stanu, gdyż zdała sobie sprawę, że śmiech oznacza czyjąś obecność. Wahała się chwilę, po czym zawołała, a jej słowa odbijały się echem od gór. 
- Kim jesteś ? krzyknęła. 
- Twym najgorszym koszmarem - usłyszała czyjś szept i poczuła oddech przy prawym uchu. Po chwili we mgle ukazała się para szmaragdowych, acz złowrogich ślepi. Po grzbiecie akity przeszedł dreszcz lekkiego strachu. Zmrużyła oczy i przybrała niewzruszony wyraz ,, twarzy '' . 
- Pokaż się. - rozkazała nie mając nadziei, że istota się ukaże. Jakaż była jej pomyłka. 
              Po kolei z mgły zaczęły się wyłaniać przednie łapy. Potem pysk i cały łeb. Na koniec reszta ciała.
- Oto jestem. - usłyszała słowa, nienaturalnej wielkości basiora. Cofnęła się o kilka kroków i niechcący na coś nadepnęła. To ,, coś '' pękło, a ona usłyszała czyjś warkot. - Boisz się mnie ? - padło pytanie. Głos był przepełniony kpiną. Samo pytanie wydało jej się trudne. Czy się bała ? Nie. Strach to nie najodpowiedniejsze określenie. Była raczej ostrożna. Pokręciła przecząco łbem. Basiorowi najwyraźniej nie spodobała się odpowiedź, gdyż warknął i zbliżył się do niej. - Czego tu szukasz ? - huknął. Przymknęła oczy słysząc kolejny warkot. 
              Czując na karku oddech basiora, odchyliła się w tył, umykając jego szczękom. Udało jej się wypowiedzieć zaklęcie, odpychając nim wilczura i  uciec za najbliższy głaz. Nie była to najlepsza kryjówka. Wilk skoczył na nią. Przewróciła się na grzbiet i osłoniła łapami łeb. 
              Nagle poczuła lekkie osłabienie. Otworzyła oczy zdumiona, iż nie poczuła żadnego bólu. zmrużyła je, gdy dostało się do nich srebrzyste światło. Po chwili przyzwyczaiła się do jasności.  Ździwiło ją źródło owego światła. Pochodziło ono z jej łap. Na samej górze, na słupie światła unosił się wilczur. Tryumfalny uśmiech zagościł na jej pysku. Słup sięgał tylko dwa metry nad ziemię. Zatrzymała przepływ światła i momentalnie odzyskała część sił. Basior wylądował na ogromnym głazie. Podeszła do niego dumnie wyprostowana. Otworzył ślepia i warknął próbując się podnieść. Jej oczy i wyraz pyska niczego nie ukazywały. Wyzierała z nich duma i obojętność. Zimna obojętność. 
              Westchnęła i oddaliła się gdzieś dalej. Wypowiedziała krótką frazę, a wokół niej rozległo się białe światło. Zobaczyła i usłyszała jeszcze warkot, podnoszącego się psa. 


               Otworzyła ślepia i rozejrzała się dookoła. I nasady czaszki poczuła tępy ból. Wstała potrząsając łbem. Wszystko wokół niej wirowało. Usłyszała nagle, jakby brzęk łańcuchów. Wytężyła wzrok i podeszła bliżej miejsca z którego dobiegał ów dźwięk. Jej oczom ukazał się starzec przykuty do ściany. 

- Mędrzec z Gór ? - zapytała ździwiona. Starzec spojrzał na nią udręczonym wzrokiem. 
- Może kiedyś - stwierdził, a w jego glosie brzmiała taka żałość, iż młodej Vivian serce się ścisnęło. Wypowiedziała po cichu krótką frazę i kajdany pętające Mędrca, pękły. 
               Gdy starzec czołgał się bliżej akity, w wejściu do jaskini stanęła wataha wilków. Podbiegła do Mędrca, wypowiedziała krótkie zaklęcie i złapała za jego koszule. Kolejny raz wokół rozlało się białe światło. Ostatnim dźwiękiem jaki usłyszała było wycie wilków, a obrazem jaki ujrzała, wściekłe ślepia jednego z nich. 


                Rozejrzała się dookoła. Byli przed przełęczą. Puściła ubranie starca, a on oparł się o głaz. Akita zdjęła z grzbietu torbę i wyjęła potrzebne rzeczy. Opatrzyła rany niedawnego więźnia. Za pomocą magii rozpaliła ognisko i upolowała dwa zające. Upiekłszy je, dała jednego Mędrcowi. Gdy skończył jeść i oddał się w objęcia snu, ona zaczerpnęła trochę energii z czarnego kamienia. Wahała się, jednak postanowiła przekazać mu też jakąś ilość. Pół mocy czuwała nie mogąc zasnąć, ale w końcu owładnął nią sen. 



               Obudziło ją wesołe pogwizdywanie. Otworzyła ślepia i... zerwała się na równe łapy. Rozejrzała się. Była w jakiejś izbie. Jej wzrok padł na staruszka krzątającego się dookoła. Z wczorajszych zadrapań nie pozostał nawet ślad. Podeszła do Mędrca. 

- Na mnie już pora. - rzekła bez ogródek. 
- Tak szybko ? - zapytał. Ona skinęła łbem. - No cóż... Powiedz mi chociaż jak masz na imię. 
- Zwą mnie Vivian Revenges Tallos. - skłoniła się nisko. 
- Droga Vivian, skoro naprawdę musisz już wracać, przyjmij proszę to na dowód mojej wdzięczności. - Mędrzec założył jej na szyję wisior z łzą smoka. Miła ona formę kamienia, jednak wewnątrz niej płonął ogień. Oprawiona była w srebro wysadzane kamieniami szlachetnymi. 
                 Wyszli na zewnątrz. Skłoniła łeb i wymamrotała pod nosem zaklęcie. W jednej chwili z jej grzbietu wyrosły czarne skrzydła. Odwróciła się do starca i widziała w jego oczach łzy. 
- Pozwól, że dam ci jedną cenną radę. Nigdy nie baw się magią. To niebezpieczne i nierozsądne. - skinęła łbem. - Żegnaj Vivian Revenges Tallos. - rozłożyła skrzydła i wzbiła się w powietrze. 
- Żegnaj Mędrcze z Gór. - pomachała mu łapą i z radością udała się na powrót do ukochanej rodziny jaką byli wszyscy członkowie SPS. 

Ps. - Przepraszam, że tak mało magii, ale nie miałam weny. Nigdy czegoś takiego nie pisałam. 

Zadanie na Gł. Dowódcę Wojowników.

Obudziłem się po nocnym przechadzaniu w lesie. Musiałem obczaić teren na który miałem się dzisiaj wybrać z Arrowe'm, Armanii'm, Izis i Chantell późnym popołudniem. Wiedziałem, że oni są dobrymi wojownikami, ale to przecież ja musiałem poprowadzić grupą. W końcu chciałem być Głównym dowódcą wojowników. To nie taka prosta sprawa jak się z początku wydaje. Tutaj chodzi głównie o walki i o przetrwanie. Nasuwa się jedno proste pytanie: Albo umiesz walczyć, albo nie. Tego dnia musieliśmy się wybrać do lasu by pokonać inną rasę, a raczej głównie lidera tej drugiej rasy. Bo takie przydzielono mi zadanie. Poza tym skoro Sathana zauważyła, że grozi nam niebezpieczeństwo to nie mogłem tego od tak sobie zostawić. W sumie to nie wiem kto to jest, nie widziałem ich ostatniej nocy. Słowo stwory nic mi nie mówi. Jako, że jestem strasznie ciekawy musiałem to zobaczyć i z tym się uporać. Wiem, tylko że jest ich dużo, więc nie mogłem pójść sam temu biorę do pomocy moim sprzymierzeńców. Ufam im wszystkim i wiem, że poradzą sobie świetnie, chociaż i tak będę musiał dać im parę wskazówek.
Przed pójściem musiałem omówić parę spraw z przyjaciółmi. Czekałem na nich jak zwykle pod moim ulubionym drzewem. Jako pierwszy przyszedł Arrow.
-Witaj Ravel, nie spóźniłem się. -Odpowiedział do mnie.
-Dobry. Chociaż jeden na czas, tamci to pewnie albo zrobili sobie popołudniową drzemkę, albo coś innego. Nienawidzę jak ktoś spóźnia się. -Powiedziałem lekko zdruzgotany.
Nagle zauważyłem idącą Izis z Armanii'm a za nimi szła Chantell. Nie chciałem już robić problemu także uniknąłem swojego gadania, które mogło przerodzić się w kłótnie. Chciałem szybko się z tym uporać, także przeszedłem od razu do rzeczy.
-Witajcie wszyscy. Dzisiaj jak wiecie idziemy w piątkę walczyć ze stworami, które stanowią nam niebezpieczeństwo. Chciałbym abyście walczyli szybko, zwinnie oraz sprawnie. W końcu jesteśmy wojownikami i wiemy jak się walczy. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie. Poprowadzę grupą, gdyż wykonuję zadanie na Głównego Dowódcę Wojowników także i chciałbym wykonać je najlepiej jak potrafię. Pamiętajcie by trzymać się razem, pomagać sobie jeśli ktoś nie da rady i walczyć do samego końca. Z tego co mi wiadomo musimy przynieść głowę lidera tamtych stworów na znak, że udało nam się ich pokonać. Pewnie będzie ich dużo, więc od razu nie rzucajmy się na ich dowódcę tylko spróbujemy pokonać jego poddanych. Jeśli zobaczymy, że zostało już mało tych stworów to wtedy możemy zacząć atakować dowódcę. Powiem wam jak on wygląda, bo sam nie wiem jak oni wyglądają. A przywódca zawsze różni się od pozostałych, tak więc wiecie. Zrozumieliście wszystko?
-Oczywiście. -Jako pierwszy odpowiedział Armanii.
-A reszta? Zrozumiała czy nie? Mogę jeszcze raz wytłumaczyć, jeśli coś nie tak. -Spojrzałem na Izis, Chantell i Arrow'a.
-Tak, zrozumieliśmy. -Odpowiedzieli wszyscy chórem.
-To świetnie. Ruszajmy w drogę, daleko w sumie nie mamy więc za jakieś piętnaście, a może dwadzieścia minut będziemy na miejscu.
I ruszyliśmy. Ja oczywiście byłem na przodzie, za mną Izis i Chantell, a Armanii i Arrow byli z tyłu. Muszę przyznać, że trochę dziwnie czułem się prowadząc grupę, ale muszę w końcu przyzwyczaić się. Pogoda była całkiem ładna, nie padało, nie wiało tylko była umiarkowana. W końcu dochodziliśmy prawie do miejsca. Słyszałem jakieś dziwne odgłosy, więc postawiłem uszy na sztorc. Reszta zrobiła to samo.
-Chodźmy zobaczyć co jest grane, kto to co i jak. Tylko zachowujcie się cicho. Zaatakujemy ich znienacka.- Powiedziałem półszeptem i zacząłem skradać się coraz bliżej istot nie szeleszcząc przy tym liśćmi.
Moja grupa zrobiła to samo. Znaleźliśmy się za dużym dębem i krzakami zasłaniającymi nas, także nie było nas widać i słychać. Wtem odezwał się Armanii.
-Nieprzyjemny zapach czuję. -Zmarszczył nos krzywiąc się zarazem.
Chciało mi się śmiać, ale nie mogłem, bo wtedy nasz plan nie powiósłby się, więc ugryzłem się w język, by nie wybuchnąć śmiechem. Faktycznie zapach był odrażający, ale w końcu to inne potwory, nie psy, nie wilki i nie lisy. To było coś podobnego do.. nie wiem jak to nazwać. Postacie były czarne, a ich przywódca biały, więc łatwo było go rozpoznać. Mieli puchatą sierść i bardzo duże kły oraz pazury. Nie byli za wysocy i za niscy, średniego wzrostu.
-Czyli zwycięstwo nasze- Powiedziałem.
Widać było, że urządzili sobie popołudniowy obiad, bo ognisko było rozpalone i coś było pieczone, chyba jakieś zwierzę, które przypominało świnię. Temu tak cuchnęło.
-No to czas ruszać. Wyskakujemy z krzaków i robimy co do nas należy. Arrow i Chantell na prawo idą, a ja Armanii i Izis na lewo. Wpierw atakujemy czarne stwory. Po naszej stronie jest więcej, więc więcej nas jest, jeśli je pokonamy to rzucamy się na przywódcę. Podejrzewam, że my zaatakujemy go pierwsi, gdyż szybciej zdołamy zabić tamtych, ale Arrowie i Chantell też do nas dołączcie. Zrozumiano? -Wytłumaczyłem im mój plan i powoli przygotowywałem się do wyskoku zza krzaków.
-Jasne.- Odpowiedziała Chantell.
W końcu zacznie się prawdziwa wojna. Wyskoczyłem jako pierwszy a za mną Armanii i Izis. Stwory wpadły w szał, a ich przywódca chyba najwyraźniej urządził sobie drzemkę. Usłyszawszy nasze kroki i warczenie szybko obudził się i wziął jakieś narzędzie przypominające łuk i zaczął strzelać w Armanieg'o. Ojciec nie dawał za wygraną. Rzuciliśmy się na biegające czarne stwory, a te na nas. Miały strasznie długie pazury także bałem się, że coś nam zrobią, ale plusem było to, że łatwo się łamały. Także nie miały innej obrony. Chantell i Arrow też nieźle sobie dawali radę. Zabili już trzy stwory, a ich może jest z dziesięć oraz dowódca. Ja z Armanii'm i Izis zabiliśmy już pięciu. Zostało jeszcze dwóch.
-Dobra rzucamy się na białego. -Wskazałem łapą po czym rzuciłem  się z łapami na przywódcę. Wyrwałem mu z łap łuk i rzuciłem nim w tył. Izis ten łuk połamała i również zaatakowała jego wgryzając się mu w szyję. Musieliśmy w końcu przynieść głowę stwora na znak, że wygraliśmy. Chapnąłem zębami z drugiej strony powoli przegryzając kark. Armanii rozszarpywał go z tyłu. Arrow i Chantell zabili już ostatniego z czarnych i dołączyli do nas.
-Głowa, pamiętajcie głowa.- Powiedziałem oblizując się z krwi.
Każdy z nas miał cały pysk umazany we krwi, ale cóż się dziwić, skoro się walczy? W końcu biały padł na ziemię. Wygraliśmy. Teraz została tylko głowa. Arrow i Chantell odeszli nieco dalej szukać wielkiego patyka by nadziać głowę. Izis i Armanii odsunęli się bym mógł ostatni raz oderwać głowę.
-I jest! Wygraliśmy. To była ciężka walka. Macie patyk? -Skierowałem wzrok na Arrow'a i Chantell.
-Tak już niesiemy. -Powiedziała Chantell niosąc z Arrowem wielki patyk.
-Świetnie się spisaliście. Dziękuję wam. Możemy już iść. -Uśmiechnąłem się szeroko wyszczerzając się zarazem.
Nadzialiśmy oderwaną głowę na kij i ruszyliśmy zadowoleni i dumni z siebie na polanę.

---
Mam nadzieję, że zadanie na Głównego Dowódcę Wojowników zostanie zaliczone i przypieszecie mi tą rangę. Naprawdę starałem się c:

czwartek, 8 listopada 2012

Wierszyk Vivian


Siedzi Lena przy kominku,
Przyglądając się stadeńku.
Ravel z Carmell pod jemiołą,
Wypatrują gwiazdki w koło.
Vivian z Izis ciasta pieką,
A szczeniakom ślinki ciekną.
Reszta sfory choinkę ubierała,
Przy tym dużo bombek zbijała.
Sathana lampki wieszała
I Lorelei do drzewka przywiązała. 
Keyth z Ren'em się bawili
Przy czym tak sobie nucili : 
,, Już na płatkach śniegu przyfrunęły święta.
Teraz wszystkie pieski marzą tylko o prezentach. 
Sanie Mikołaja dzwonią dzwoneczkami.
Święty Mikołaju bądź już zawsze tutaj z nami. 
A Mikołaj pędzi,
A Mikołaj gna.
Od domu do domu, 
Ciężką prace ma. ''
I tak patrzy na to Lena,
I tak sobie mniema. 
Że te święta będą udane
I wesoło wyśpiewane.

Okiem Ruby

 Przebudziła się.Wychyliła pysk zza krzewu,zza swojego ulubionego miejsca oddalonego trochę od centrum polany,z którego ona świetnie widziała wszystko,ale jej nie widział nikt,kto by się uważnie nie przyjrzał.Było ciemno.Zimne,nocne powietrze drażniło jej nos a wiatr przyprawiał o dreszcze.Na polanie nie było widać żywej duszy:wszyscy spali.Nic dziwnego,tyle się dziś wydarzyło.Tyle wydarzeń,ale ona w żadnym nie brała udziału.Nie tylko dlatego,że była za młoda,po prostu nie miała odwagi.Ktoś nazwie ją tchórzem?Ciekawe,a kto powiedział,że każdy musi być duszą towarzystwa,tryskającą pomysłami,udzielającą się zawsze i wszędzie?Wolała poobserwować,niż popełnić jakieś głupstwo,co byłoby chyba nieuniknione,biorąc pod uwagę jej brak doświadczenia.Szczeniętą dużo się wybacza (gdzie to usłyszała?Nie pamięta),ale wstyd pozostaje.
 Wyplątała się z gałązek i przeciągnęła się.Śnieg skrzypiał cicho pod jej łapami,gdy ruszyła do swojej nory,choć może wybrałaby się do mamy?Nie,nie będzie jej budzić w środku nocy.Ma swoją norę,w prawdzie trochę ciasną(ciasną ale własną-zaśmiała się w duchu) w której trochę pustawo,ale w końcu idzie spać.Mimo wszystko nie lubiła samotności.Nigdy nie będzie spontaniczną sunią,ale też nigdy nie będzie w stanie polubić samotności.Choć chyba jest na to skazana:sześć miesięcy w stadzie,a ona poza rodzicami nie ma nikogo bliskiego.Rodzeństwa nie widuje,przyjaciółki nie ma.Mogła by spróbować rozmawiać,bawić się tak jak inni,ale wypadłoby to raczej komicznie i nie zyskałaby nic,poza kilkoma wyrażającymi politowanie uśmiechami.To nie jest jej natura,będą musieli polubić ją taką,jaka jest.A nie,nie muszą.Nikogo nie zmusi do tego,by ją polubił.Nawet nie ma zamiaru.Może się tacy znajdą,może nie.
 Wczołgała się do nory i zwinęła w kłębek,wtulając nos w miękkie futro.Sen przyszedł szybko,ale w nim też była obserwatorką,tyle,że czerpała z tego większą radość.
___________________________________
Tak,tak:bez ładu i większego składu,ale możecie mi nie wierzyć,dokładnie o to mi chodziło.
,,Opowiadanie'' ma na celu trochę przybliżyć postrzeganie świata przez Ruby.Spokojnie,nie będą pojawiać się często,tylko wtedy,gdy zdarzy się coś dla tej postaci ciekawego.Jeśli bardzo przeszkadza:jest pierwsze i ostatnie.

sobota, 18 sierpnia 2012

Me serce bije i tak na pewno.

I.Akt pierwszy- nuty pochodzące z serca.
Wolnym chodem kroczyłam terenami SPS, podziwiałam matkę naturę, że ma do tego taką smykałkę oraz podziwiałam SPS'owiczów, że pielęgnowali jej dzieło. Zatrzymałam się dopiero na piaszczystych terenach. Moje łapy zatapiały się w sypkim złotym piasku. Odetchnęłam szczęśliwa, nic więcej nie potrzebowałam od życia.Przysiadłam na tylnych łapach, krajobraz był bezcenny, zachodzące słońce za horyzontem. Błyszczące jaskrawe słońce tonęło w falach błękitnego morza. Uśmiechnęłam się sama do siebie.Owinęłam delikatnie łapy ogonem przypatrując się błękitnym falom unoszącym białą pianę.W tle widać było ptaki cieszące się z życia, szczęśliwe krakały dla ukojenia wzburzonych fal. Uspokajały je. To zjawisko było piękne.I pomyśleć, że to mój dom, że tu mieszkam, stąd pochodzę. Odetchnęłam wolno i położyłam się na złocistym piasku, który skrywał w sobie różne muszle, te połamane i te w całośći oraz kawałki błyszczących bursztynów w odcieniach podpalanego hebanu.Podpasowały się moim ślepiom.Zamknęłam oczy i..zasnęłam.
II.Akt drugi-napietą struną me ciało jest.
Poczułam się błogo, jakbym była w innym świecie...A jednak byłam w innym.Gdy otworzyłam wolno zmęczone hebanowe ślepia nie widziałam już morskich fal, zachodzącego słońca i śpiewających ptaków.Widziałam czarne zeschnięte drzewa, puste doły bez jezior, bez wody, umarłe rośliny i twardą czarną glebę. Niebo było zasłoniętę czarną mgłą, która otaczała wszystko dookoła.,,Gdzie ja jestem?'' zadawałam sobie te pytanie bez przerwy. Z łatwością podniosłam się z ziemii, której urok nie przyciągał mojego wzroku.Byłam ciekawa, fakt, i to mnie wpędzało w kłopoty.Rozejrzałam się uważnie stawiając przed sobą niepewne kroki. Co raz szybciej wtapiałam się w tło gęstej ciemnej mgły. W powietrzu unosiła się woń spalin, która strasznie drażniła moje nozdrza.Stawiałam wolne kroki.W mgle dostrzegłam zarys gór. Odetchnęłam wolno kuląc uszy. Mimo wielkiej niepewnośći ruszyłam w jej stronę.W pewnym momencie wędrówki zatrzymałam się, mgła wolno odchodziła, a ja widziałam górę w całej okazałośći.Westchnęłam i przeskoczyłam wąską rzekę, w której płynęła czarna ciecz. W górze wyryta była jaskinia, przy jej wejściu stał posąg smoka.
III.Akt trzeci-szukam naszej drogi, chwili szczęśćia.
Szłam wolno wąską skalną ścieżką, pod którą znajdowała się przepaść. Na ścianach groty widziałam różne rysunki, nie należące do arcydzieł.Zatrzymałam się gdy usłyszałam cichy szelest, odgłos wody, jednak gdy oddalił się ruszyłam ponownie.Robiło się coraz chłodniej, a ja traciłam nadzieję, że coś jest na końcu.Poczułam zimny śnieg, spuściłam wzrok. Naprawdę szłam po śniegu. Gwałtownie rozejrzałam się, skalne ściany skryły się lodem, a obrazy zakończyły się. Przełknęłam ślinę i usiadłam na zadzie.Znów usłyszałam szelest i szum wody.Postanowiłam wstać i ruszyć dalej, ale..ale nie mogłam. Przykleiłam się do zimnej ściezki skrytej lodem. Westchnęłam próbując najróżniejszych sposóbów ucieczki.Szelest zbliżał się.Przestraszona coraz gwałtowniej próbowałam się wydostać.Słyszałam coraz głośniejszy szum, któremu towarzyszył okropny chichot.Nie poddałam się. Widziałam w tle cień, cień nie znanej mi sylwetki. Szła w moją stronę. Robiło się coraz chłodniej, poczułam, że tracę wolno siły i ochotę do życia. Moje ciało wolno zmeniało temperature. Czułam jak zamarzam, czułam jak kończę swój żywot.Nerwowo próbowałam wstać, na marne tylko się wysilałam.
IV.Akt czwarty.-me serce bije i nie zatrzymasz go.
Otworzyłam wolno oczy. Było mi cieplej, lecz wciąz czułam chłód na swoim ciele. Rozejrzałam się uważnie, miałam przed sobą rozmazany obraz. Starałam się wstać, ale nie miałam zbyt dużo siły na to.Ułożyłam łeb na łapach, obraz był wyraźniejszy. Moje hebanowe ślepia śledziły wszystko dookoła. Ciekawe, gdzie się znajduję.Zauważyłam, że jestem w czyjeś jaskini uścielonej śniegiem, który przebijany był przez przebiśniegi.Obok mnie leżał martwy zając, jednak nie byłam głodna i nie skorzystałam z okazji. Przycisnęłam szczęki i z trudem wstałam. Wolnym chwiejnym krokiem ruszyłam do wrót jaskini. Przed sobą widziałam czyjąś sylwetkę, zapewnę basiora. Nie miałam ochoty na walke czy też potyczki. Usiadłam nieopodal niego bacznie obserwując go.
Trwałam w milczeniu. Przyglądałam się jego białej sylwetce. Był wyrośnięty, a jednak miał posturę zwykłego psa husky. Jego oczy były dwu kolorowe, jedno było rozpalające hebanowe natomiast drugie chłodne niebieskie. W pewnej chwili usłyszałam jego głos, który odbił się echem o ściany jaskini.
-Przyciągasz gniew, lecz za nic mam twą niewinność. A to Ci nie pomoże.
Ukazałam rząd rekinich zębów w ostrzeżeniu, że mogę go zabić. Nie zwrócił na mnie uwagi. Gdy się odwrócił ujrzałam go w całej okazałośći, przyglądał mi się dwu kolorowymi znużonymi ślepiami bez żadnego zainteresowania.
-Zachowaj to na później.-Uspokoił mnie swoim łagodnym tonem.-Na obronę swojego serca.-Odparł tylko, a ja zmrużyłam oczy nie zadowolona.
-Dziękuje, ale ja wracam.-Prychnęłam i ruszyłam przed siebie. Mgła znów unosiła się nad teren zasłaniając mi drogę. Krakanie towarzyszyło mi przez całą drogę.Było ciemno, ciemność moim stróżem. Wolno staczałam się i wkraczałam w otchłań bezdenną.
V.Akt piąty-jak dziki zwierz jestem czujna.
Nagle usłyszałam wrogie powarkiwanie, szczekanie i wycie wilków.Przestraszyłam się gdy zauważyłam w cieniu czerwone lśniące oczy i rząd kłów ubrudzonych krwią.Postać skoczyła na mnie i wgryzła się w mój brzuch. Zawyłam żałośnie z bólu. WIedziałam, że się nie wydostanę, a jednak mój instyk kazał mi walczyć w obronie.Zrzuciłam bestię z siebie. Z mojego brzucha wolno sączyła się krew.Wszystkie bestie rzuciły się na mnie, jedna ugryzła mnie w łapę, druga wgryzła się w moje ucho.Poczułam się rozdarta, atakowana.Jednak..nie skomlałam, nie wyłam. Pogodziłam się z losem.Leżałam tam rozdzierana przez zwierzyny, z mojego ciała sączyła się krew. Na czarnej glebie została po mnie czerwona plama krwi. Nagle usłyszałam skomlenie, otworzyłam ślepia. Na niewyraźnym tle widziałam go. Widziałam tamtego białego basiora, atakował ich, zabijał bez litośći...Był moim przeciwieństwem, nie umiałam nawet muchy skrzywdzić.Widziałam jak zabijał ich. Zabił wszystkich. Schylił się nade mną i patrzył się na mnie z politowaniem, którego nie potrzebowałam.Widziałam w jego oczy gniew, że dałam się tak łatwo, że nie walczyłam.Nie patrz tak na mnie, idź stąd, zostaw mnie. Przeżyję. Wolno zamknęłam oczy miałam przed sobą tylko czarne tło.Nie widziałam już jego uspokajających ślepii...Proszę spójrz tak na mnie jeszcze raz, bym mogła wyrwać się z paniki.
"Mówiłeś mi, że przyciągam gniew, że za nic masz mą niewinność. Kazałeś mi trudną drogą iść, za stróża mieć tylko ciemność. Patrzyłeś jak wolno staczam się i spadam w otchłań bezdenną. Widziałeś jak mieszam z winem krew, by obłaskawić codzienność. Me serce bije i tak na przekór dniom gdy ciągle czuję Twój gniew nade mną. Me serce bije i nie zatrzymasz go. Me serce bije i tak na pewno."

Szkolne życie Leny i innych. cz. II

-I co idziecie na imprezę? – Spytała Carmell.
Kolejny dzień. Właśnie jestem w szkole i rozmawiam sobie z dziewczynami. Nie wiem czemu, ale jakoś nie cieszę się tak jak Carmell z okazji tej sobotniej imprezy. U Izis też nie widzę zafascynowania na twarzy. Bueno gdzieś poszła, zapewne zapisać się do samorządu uczniowskiego, a Carmell nas dręczy pytaniami. Nie wiem co Carmell widzi w tej całej imprezie, ale myślę, że to by poznać jak najwięcej osób. Zawsze lubiła być w centrum uwagi. Nie to co ja.
-Ja pójdę, ale pod warunkiem, że dzisiaj Ty, Bueno i Izis przyjdziecie do mnie po lekcjach i pomożecie mi wybrać w co mam się ubrać na jutro.
Izis tylko przytaknęła, a Carmell jak widać ucieszyła się, że idę.  Po chwili przyszła do nas Bueno  z namalowanym uśmiechem na twarzy.
-Jest! Dostałam się. Będę w samorządzie uczniowskim. Oraz pomogę w przygotowaniu do jutrzejszej imprezy. A wy idziecie? –Skierowała wzrok na mnie i Izis
-Tak idziemy.-Odpowiedziałam jej za nas obie.
-To świetnie.
Zastanawiałam się, dlaczego odpowiedziałam za Izis, skoro ona swojego zdania nie wyraziła? Pokręciłam lekko głową i musiałam jeszcze poinformować Bueno o dzisiejszej zabawie w modelki u mnie.
-No więc Bueno po lekcjach idziemy do mnie, musicie mi doradzić w co mam się ubrać.-Powiedziałam z nutką obojętności.
Zadzwonił dzwonek  na lekcje. Carmell jeszcze dokańczała rozmowę z Bueno  o czymś tam i nagle szybko pobiegła w stronę sali. Wpadła na jakiegoś wysokiego, brązowowłosego chłopaka. Zaśmiałyśmy się wszystkie i przyspieszyłyśmy kroku by dołączyć do Carmell. Ona zaś zaczęła rozmawiać z tym chłopakiem. Chciało mi się śmiać, ale musiałam powstrzymać się.
-Wybacz, że wpadłam na ciebie. To było niechcący.-Powiedziała cicho do starszego chłopaka.
-Nic się nie stało, jestem Ravel.- Spojrzał na każdą z osobna wodząc wzrokiem.
Na twarzy Carmell można było zauważyć zawstydzenie. Ciągle wpatrywała się w niego. Widać, że się jej spodobał. Na początku speszyła się, nie wiedziała co powiedzieć, ale po chwili wreszcie przełamała się i przedstawiła mu nas.
-Ja jestem Carmell, a ta po mojej lewej to Bueno, obok niej Lena i Izis.  -Wskazywała ręką na nas.
Powiedziałam tylko krótkie i przelotne cześć zauważając naszą nauczycielkę od historii. Widać było, że jest zła, gdyż minęło już dobre pięć minut po dzwonku na lekcje. Z tego co wiem to ta kobieta nie lubi jak ktoś się spóźnia.  No i zaczęło się.
-A panienki to sobie urządzają flirty na korytarzu, jak już był dawno dzwonek na lekcje. Proszę do sali.
Ale było mi głupio. Drugi dzień szkoły, a my już wpadłyśmy w niezłe kłopoty. Carmell zakochała się, historyczka na nas drze się, Bueno wstąpiła do samorządu uczniowskiego , Izis chyba się na mnie obraziła, a ja? No właśnie.
Poszłyśmy do sali. Wiedziałam co się tam szykuje. Czułam tam każdego wzrok wlepiający się w naszą czwórkę. Usiadłam do ławki i czekałam, aż nauczycielka zacznie coś mówić. Nie myliłam się. Nie dość, że przy całej klasie zaczęła mówić, iż na przerwach flirtujemy to jeszcze niezłego przypału zrobiła Carmell, biedna ona współczuję jej. Normalnie czekałam aż skończy się ta lekcja. Nie dość, że była przynudzająca, szczególnie jak ta baba ją prowadziła, to jeszcze przez drugie pół lekcji pisaliśmy w zeszytach. W sumie  szybciej to zleciało. Całe szczęście, że zadzwonił dzwonek na przerwę. W końcu do domu.
Wracałam sobie z dziewczynami. Carmell jak zwykle zaczęła opowiadać o tym chłopaku co się z nim zderzyła na przerwie. Nie dość, że go nie znała to już miała w głowie tysiące myśli związanych z nim.
-On jest przecudny! Widziałyście jak się na mnie patrzył? –Mówiła to z wielkim  zafascynowaniem.
-Oho ktoś tu chyba się zakochał.  -Wtrąciłam się jej w połowie zdania.
-Ravel, a te jego imię. Ah. Normalnie żyć, nie umierać. Lena, dziewczyny on musi być mój. Musi rozumiecie?! –Popchnęła mnie lekko.
Nic nie odpowiedziałam jej. No tak. Carmell teraz będzie nam ciągle mówiła o tym chłopaku, a mi się nawet nie chce na te tematy rozmawiać. W sumie to nie wiem czemu. Odetchnęłam z ulgą gdy już doszłyśmy do mojego domu.
-Cześć mamo. Przyprowadziłam dzisiaj koleżanki, idziemy na górę.  –Powiedziałam przelotnie wchodząc po schodach do swojego pokoju.
Każda z dziewczyn przywitała się z moją mamą i też poszły za mną. Gdy już weszłyśmy do pokoju to włączyłam radio, by nie było aż tak cicho i otworzyłam swoją wielką, biało szarą szafę. Stałam przy niej jak wryta, lecz po chwili odwróciłam się do dziewczyn.
-No i co mam nałożyć? Sukienka, spodnie, spódnica?  -Spojrzałam na każdą.
Pierwsza jak zwykle wyrwała się Carmell i od razu szybkim  krokiem podeszła do mojej szafy ściągając jedną z fioletowych sukienek. Zerknęłam na nią krzywo. Mam się w to ubrać? Powiedziałam sobie w myślach. Sukienka była niby ładna, ale nadawała się bardziej na jakąś uroczystość. A to tylko impreza szkolna, po co mam się tak stroić.
-Nałóż to. Będziesz wyglądać w niej wystrzałowo.  -Carmell przykładała do siebie sukienkę.
Jako druga do mojej szafy podeszła Bueno i wyjęła z niej czarne leginsy oraz krótką jeansową spódniczkę. Przymierzyłam to co podała mi Bueno i niezbyt pewnie czułam się w tym. Przeglądałam się w lustrze pytając przyjaciółki.
-Może być? Bo sama nie wiem.  –Zerknęłam na nie.
-Myślę, że w sukience fajniej byś wyglądała.  -Rzekła Carmell trzymając dalej sukienkę.
-Mi się podoba. -Powiedziała krótko Izis.
-Tak! Nałóż to. Wyglądasz w tym ślicznie. Do tego jakaś fajna bluzka, włosy podkręcisz, nałożysz ten naszyjnik srebrny i kolczyki. –Przytaknęła Bueno doradzając mi.
Może i faktycznie miała rację. Mogłabym pójść w tej spódnicy i leginsach. Nie byłoby tak źle. W każdym bądź razie naprawdę jestem wdzięczna Bueno, za to że mi pomogła. Gdyby nie ona to zapewne zostałoby na tym, że poszłabym w zwykłych spodniach.
Pół godziny później każda z dziewczyn poszła. Odłożyłam swoje jutrzejsze ubranie i położyłam się spać.
Nastała sobota. Dzień pełen wrażeń, jak dla mnie. Ciekawo czy miłych, czy też nie. Z rana poszłam z mamą na zakupy, a po południu przyszła do mnie Izis. Była w zwykłych białych spodniach, czarnej bluzce i czarny sweterek. Jej włosy blond fajnie opadały na ramiona. Wyglądała tak naturalnie. Ja byłam już podmalowana i ubrana. Izis podkręcała mi włosy rozmawiając ze mną.
-Mam złe przeczucia. Myślę, że coś może się stać na tej imprezie. -Powiedziała bez żadnego entuzjazmu.
Pomyślałam sobie, że Izis przesadza, chociaż mogła mieć i odrobinę racji. Nigdy nic niewiadomo co tam może się wydarzyć. Spoglądałam w lustro patrząc jak Izis podkręca mi lokówką włosy i zamyśliłam się. Gdy już zrobiła mi fryzurę to czas było wychodzić. Było wpółdo ósmej. Impreza jest na ósmą, ale musiałyśmy być trochę wcześniej bo jeszcze spotkać się z Carmell i Bueno. Wyszłyśmy z domu. Spojrzałam na ściemniające się niebo i zachodzące słońce. To będzie się działo. Powtórzyłam w myślach idąc obok Izis. Rozmawiałyśmy głównie o szkole jak i o imprezie.
Nagle spotkałyśmy Carmell w rózowej rozłożystej sukni, a na włosach miała opaskę z diamencikami. Podeszła do nas uradowana i przytuliła nas na przywitanie.
- Hej. Wyglądasz nieziemsko.  -Powiedziałam uśmiechając się serdecznie do niej.
-To prawda. Ślicznie wyglądasz. A gdzie Bueno? –Spytała Izis.
-Dzięki wam. Dzwoniła do mnie i mówiła byśmy szły same, bo ona tam przygotowuje coś i pomaga w organizacji imprezy.  –Odpowiedziała Carmell odgarniając włosy.
Faktycznie. Bueno jest w samorządzie uczniowskim. Zupełnie mi to wyleciało z głowy. Doszłyśmy na miejsce i pewien starszy chłopak, chyba z trzeciej klasy, nie wiem nie znałam go założył nam przy wejściu kolorowe opaski na ręce. Dlaczego? Ponieważ wstęp jest tylko dla uczniów z naszej szkoły i nie chcieli zapewne jakiś nieznajomych. Rozglądałam się dookoła. Impreza odbywała się na podwórku szkolnym. Można powiedzieć że obok boiska. Wszędzie paliły się kolorowe światełka, na drzewach były powieszone ozdoby jak i baloniki, a na samym środku była ogromna scena. Na uboczach był poczęstunek i krzesła by usiąść. Nim się rozejrzałam, a Carmell pobiegła już do jakiś dziewczyn z naszej klasy. Chyba dostrzegłam Allie w zielonej bluzce. Bueno dalej nie widziałam, więc poszłyśmy z Izis usiąść i nieco odpocząć. Coraz więcej ludzi zbierało się. Dużo nieznajomych twarzy było.
-I jak ci się podoba impreza?  -Spytałam Izis
-Może być jak na razie. – Odpowiedziała
Nagle zapaliły się światła nad sceną i wszedł na nią chłopak o czarnych włosach i  średniego wzrostu w garniturze. Wszyscy zaczęli krzyczeć na jego widok i klaskać.
-Witam serdecznie wszystkich na naszej imprezie szkolnej. Nazywam się Renoir von Reinmar i jestem przewodniczącym samorządu uczniowskiego. Gwarantujemy dobrą zabawę i zapraszamy na koncert „The Boys” naszych chłopaków ze szkoły. Życzę udanej zabawy i zapraszamy już ich na scene.
Chłopak zszedł ze sceny i nagle zaczęli śpiewać . Dostrzegłam Bueno rozmawiającą z tym przewodniczącym.
-Patrz Izis! Bueno tam jest. Chodźmy do niej! –Wstałam i już skierowałam się w stronę Bueno, ale nagle ktoś złapał mnie za rękę. To była Izis. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Spojrzałam na nią pytająco.
-Nie idź tam. Nie widzisz, że rozmawiają? Po co im przeszkadzać. Może podoba się on dla Bueno, więc lepiej zostańmy tutaj.
W sumie Izis miała rację. Po co było przeszkadzać. Bueno też wyglądała niepowtarzalnie. Miała krótką zwiewną sukienkę w kwiatki i ładnie upięte włosy. Siedziałam dalej z Izis zerkając na innych ludzi. Nagle do Izis zadzwonił telefon.
-Tak? Co się stało? Zaraz będę.  -Odłączyła się.
-Coś się stało?  -Spytałam się jej.
-Słuchaj Lena, ja muszę iść. Przepraszam, że cię tutaj zostawię samą, ale naprawdę to ważne. Coś się stało w rodzinie. Mama nie chciała mi powiedzieć o co chodzi. Wybacz.
Gdy chciałam coś powiedzieć, ona już odbiegła. Biedna Izis. Myślałam czy by nie pójść za nią, ale jednak zostałam.
Siedzę sobie tutaj całkiem sama. Miałam już dosyć tego siedzenia w jednym miejscu, więc przeszłam się nieco bliżej sceny. Chciałam znaleźć kogokolwiek znajomego, lecz niestety nie znalazłam. Jakaś dziewczyna zaczepiła się i wpadła wprost na mnie.
-Uważaj jak chodzisz. -Powiedziała ze zdenerwowaniem.
Spojrzałam tylko na nią i poszłam dalej. Stałam pod sceną i patrzyłam się na nią. Wybiła północ. Fajerwerki wystrzeliły w górę. Każdy zaczął krzyczeć. Zerknęłam w niebo wpatrując się.
-Witaj.  -Powiedział do mnie męski głos.
W następnej części:
-Kim jest tajemniczy chłopak który rozmawia z Leną?
-Czy Carmell i Bueno zakochały się?
-Co się stanie z Izis?

Szkolne życie Leny i innych. cz. I

Obudziłam się o siódmej rano. Dzisiaj pierwszy dzień w nowej szkole. Za późno wstałam, zdecydowanie za późno.  Miałam na ósmą. To zdecydowanie za mało czasu dla mnie by naszykować się. Szybko zbiegłam po schodach na dół i całe szczęście, że śniadanie było już gotowe. Uśmiechnęłam się do mamy jedząc kanapki z masłem orzechowym. Biegałam w tą i z powrotem czesząc swoje długie, proste, brązowe włosy. Pożegnałam się z mamą, toteż musiałam już wychodzić do szkoły.
-Pa mamo.- Zamknęłam drzwi za sobą radośnie idąc do szkoły.
Ciągle zastanawiałam się jak to będzie w nowej szkole. Czy kogoś poznam.? Czy będą mili nauczyciele.? Tego nie wiem, ale pocieszające jest to, że ze mną w klasie będą moje trzy najlepsze przyjaciółki. Carmell, Izis i Bueno. Od dzieciństwa przyjaźniłam się z nimi. Zawsze mogłam na nie liczyć i na nich polegać. Dochodziłam już do dużego czerwonego budynku a na nim było napisane Liceum Imienia Alberta Einsteina. Ujrzałam tam dużo nowych osób. Nikogo nie znałam. Postanowiłam wejść do szkoły i nim się rozejrzałam podbiegły do mnie przyjaciółki.
-Hej Lenka!- Carmell krzyknęła do mnie podekscytowana.
-Cześć wam.- Przywitałam się z każdą z osobna.
Pierwszy dzwonek na lekcje. Zapoznanie się z nową klasą, wychowawcą. Zawsze byłam ciekawa kto będzie uczyć się ze mną w klasie. Ruszyłyśmy głównym korytarzem do Sali 203. Dziewczyny ze starszych klas patrzyły się na mnie. Bueno i Carmell uśmiechały się do każdego. Zauważyłam, że Carmell pomachała do jakiegoś brązowookiego chłopaka. Cała Carmell zawsze lubiła podrywać chłopaków. Gdy weszłyśmy już do Sali usiadłyśmy w ławkach. Ławki były niestety pojedyncze, ale Carmell usiadła w pierwszej w rzędzie pod oknem, ja usiadłam w czwartej w drugim rzędzie, za mną usiadła Bueno a w rzędzie pod ścianą w drugiej ławce usiadła Izis. Lekcja się zaczęła. Weszła kobieta w okularach z niewyraźnym uśmiechem na twarzy, ale i tak wydawała się być miła.
-Dzień dobry nazywam się Meg Valenrie i będę waszą wychowawczynią. Uczę j. polskiego i hiszpańskiego. Hiszpański was nie obowiązuje w pierwszej klasie, więc teraz każdy z was zacznie przedstawiać się.
No tak nie mam co robić tylko przedstawiać się. Pomyślałam i rozejrzałam się po nowych osobach. Na każdego patrzyłam uważnie aż usłyszałam czyjś głos. Tak to była Carmell.
-Jestem Carmell la Devon. Interesuję się końmi, lubię rysować. Znam się z Leną, Bueno i Izis.
Usiadła uśmiechając się i już zapoznała się z nową koleżanką o imieniu Allie. Allie wyglądała raczej na spokojną dziewczynę, tak z pozorów. Aczkolwiek nie znałam jej, ale miałam nadzieję że zapoznam się ze wszystkimi z klasy. Zamyśliłam się na chwilkę i nagle usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się, a to była Bueno. Zaraz ja będę, o nie. Nie wiedziałam co o sobie powiedzieć. Nasłuchiwałam co mówiła Bueno.
-Nazywam się Bueno la Karte i bardzo chciałam dostać się do tej szkoły. Dlaczego.? Dlatego, że słyszałam wiele dobrych opinii o niej oraz dowiedziałam się od znajomych, że są ciekawe zajęcia pozalekcyjne na które pragnę uczęszczać. Chciałabym wstąpić do samorządu uczniowskiego klas pierwszych i zająć się organizacją konkursów, bo mam już parę pomysłów, ale wpierw czekam na przyjęcie mnie. We wcześniejszych szkołach byłam organizatorką balów, wycieczek i innych tego typu rzeczy. Nikt na to nie narzekał, a raczej wręcz przeciwnie.
Po tych słowach przyszła pora na mnie. No to pięknie- pomyślałam i kiedy skapnęłam się, że połowa klasy na mnie patrzy, odgarnęłam swoje czekoladowo brązowe włosy i zaczęłam mówić.
-Jestem Lena. Interesuję się muzyką, zwierzętami i w wolnych chwilach lubię biegać. Również chciałabym wstąpić do samorządu uczniowskiego klas pierwszych.
Speszyłam się, nie wiedziałam w ogóle co mam mówić. Nie lubię wypowiadać się na forum całej klasy, szczególnie jak znałam tylko Izis, Bueno i Carmell. Oczywiście cały mój rząd już wypowiedział się, więc teraz czas na Izis. Zerknęłam w jej kierunku uśmiechając się do niej lekko.
-Witam. Mam na imię Izis i pasjonuję się jazdą konną oraz uwielbiam rysować konie. Lubię też czytać książki i pomagać innym. Chciałabym wstąpić do wolontariatu i chodzę do pobliskiej stajni.
Blondwłosa dziewczyna usiadła i tak oto zadzwonił dzwonek na przerwę. Carmell jak zwykle wybiegła szybko z sali jako pierwsza a ja z Bueno i Izis przechadzałyśmy się po szkolnym korytarzu czytając ulotki. Nagle do nas podbiegła uradowana Carmell trzymając w ręku jakiś papierek.
-Słuchajcie dziewczyny. W tą sobotę odbędzie się ognisko szkolne na cześć przywitania nowego roku szkolnego. Wstęp tylko dla uczniów z naszej szkoły. Idziecie? Będzie światełko do nieba o północy, mnóstwo atrakcji, koncert i masa chłopaków.
Spojrzałam na Bueno i Izis. Czekałam aż coś odpowiedzą.
-Ja z chęcią przyjdę. –Powiedziała Bueno uśmiechając się.
Milczałam z Izis wymieniając dziwne spojrzenia. Przecież na takie imprezy przychodzi się raczej z kimś, a nie tak samym. A z kim ja miałam przyjść skoro ledwo co swoją klasę dopiero poznałam , a mam się bawić przy całej szkole.? Nie wiem czy pójdę. Wtem Carmell szturchnęła mnie i Izis pytając.
-No chodźcie! Co wy takie markotne? Impreza będzie to trzeba korzystać, a nie…
Spojrzałam na nią z politowaniem. Nie mogłam przecież odmówić przyjaciółce. Bueno i Carmell idą, Izis myślę, że też by poszła więc co mi szkodzi pójść.
-Dobrze przyjdę, ale nie obiecuję, że zostanę do końca.- Uśmiechnęłam się sztucznie.
Izis nic nie odpowiedziała. Mam nadzieję, że ona chociaż pójdzie, bo Carmell jak to Carmell szalona i pobiegnie zaraz zapoznawać się z innymi, Bueno pewnie będzie organizatorką czegoś tam, a ja nie chcę zostać sama wśród ludzi. Dziwnie bym się czuła, ale cóż.
Po lekcjach wróciłam do domu. Nie chciało mi się rozmawiać z mamą, więc poszłam na górę do swojego pokoju i położyłam się myśląc. To już za dwa dni. A nawet nie wiedziałam w co się ubrać. Po chwili wstałam i podeszłam do szafy otwierając ją. Miałam dylemat: Nałożyć sukienkę, spódnice czy zwykłe spodnie? Mamy nie chciałam pytać o poradę, bo zaraz by wypytywała co, gdzie i jak, a nie chce mi się zbytnio tłumaczyć, z resztą jakbym tłumaczyła o co chodzi to mama pomyślałaby, że stroję się dla jakiegoś chłopaka. Jutro w szkole zapytam dziewczyn jak ubierają się. Albo wiem. Zaproszę je po lekcjach do swojego domu i pobawimy się w casting na modelkę. Brzmi dziwnie, ale może być całkiem zabawnie.
Dobra. Zamknęłam szafę. Na dzisiaj to wszystko idę spać. Czeka mnie jutro ciężki dzień.
W następnej części:
-Czy Izis pójdzie na impezę szkolną?
-Co się wydarzy na imprezie?
-Czy Lena będzie zadowolona z imprezy szkolnej?